Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 42 gość(ci) i 3 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie *
Wysłano dnia 21-12-2005 o godz. 10:17:58
Autor: Winrich

Wróż i zakonnik

Henryk von Plauen siedział wygodnie wsparty o dębowy stół i co chwilę wrzucał do ust kolejne płaty solonej ryby. Jeszcze od gdańskich czasów mu pozostało, że lubił przegryźć co nieco pomiędzy przepisanymi regułą posiłkami, a za solonymi dorszami i śledziami wręcz przepadał. Niegdyś za takie przekroczenie przepisów o mało nie pozbawiono go urzędu komtura domowego w Gdańsku i tylko wstawiennictwo ówczesnego wielkiego marszałka Konrada von Jungingen nie przerwało ostatecznie jego zakonnej kariery. Dla niego, dla którego Zakon był wszystkim, byłby to cios nie do przeżycia i Jungingen, który czuł do niego dziwną słabość postarał się o szybkie wysłanie go do innej komandorii, gdzie nie znano jego słabostek. 
Plauen przyłożył dłoń do czoła, starając się przywołać przed oczy pamięci twarz starego mistrza. I zobaczył pomarszczone, zawsze czymś zafrasowane czoło i nikły uśmieszek jakby na stałe przyklejony do wąskich warg. Gdyby nie ta jego zadziwiająca pobłażliwość dla zdrajców byłby wzorem prawdziwego niemieckiego zakonnika. Mimo to Henryk bardzo cenił starego mistrza, chociaż często nie zgadzał się z jego licznymi posunięciami, które według niego szkodziły Zakonowi. A Zakon był dla niego dobrem szczególnym. To dla niego potrafił posunąć się do najgorszych łotrostw i wydać na śmierć najlepszego przyjaciela. Bo tak naprawdę tylko w Zakonie on, który wywodził się z ubogiej szlachty miśnieńskiej, mógł dojść na same szczyty. Któż mógł przypuszczać, kiedy ruszał na rejzę wraz z margrabią Ottonem, że pozostanie w Prusiech na zawsze i z jego losem na stałe zwiąże się służba Zakonowi. Służył mu też na dobre i na złe, wiedząc, że władza, której pożądał, by doprowadzić go do świetności, przyjdzie prędzej czy później.

Takiego właśnie człowieka szukał do realizacji swych planów Werner von Tettingen.

Do pierwszego spotkania doszło, kiedy Tettingen wiódł na Żmudź wyprawę, której celem było zniszczenie starożytnego Perunowego Pola, gdzie miejscowi odprawiali krwawe obrzędy przywołujące krwiożercze lokisy. Plauen uśmiechnął się pod rzadkim wąsem na to wspomnienie. Szybko odkrył prawdziwe intencje szpitalnika i po długiej rozmowie właśnie z nim postanowił związać swoje dalsze losy. Tettingen był już wtedy na tropie wieszczka żmudzkiego, renegata ściganego przez własny lud i wyprawa na Perunowe Pole miała stanowić pierwszy krok do jego odnalezienia.

Ale to właśnie on, a nie Tettingen wpadł pierwszy na ślad Kriwuna. To jemu po pełnej niebezpieczeństw eskapadzie udało się dotrzeć z kilkoma knechtami do miejsca, gdzie ten odprawiał swe straszliwe obiaty. I ten człek, którego Plauen bał się od tej pory jak ognia, pokazał mu swą moc, od czego Krzyżak o mało nie oszalał. Uznał jednak, że jego Moc będzie można spożytkować na chwałę Zakonu i przywiózł do obozu Tettingena.

Wiele razy później zastanawiał się, czy nie lepiej dla Zakonu byłoby, gdyby wtedy dał się temu potwornemu magowi zabić, bo pakt, jaki zawarł z nim szpitalnik, przerażał nawet jego samego. Czyż można było sprowadzić bowiem na ziemię grozę tak straszliwą, jakiej on zaznał pod okiem Kriwuna. A przecież to, co zobaczył, było drobniutką jeno cząsteczką prawdziwej Mocy Ciemnego Władcy.

Wtedy, kiedy nachodziły go takie wątpliwości, Henryk powtarzał sobie w duchu słowa brzmiące jak modlitwa: „Na chwałę Zakonu”. I istotnie szybko pakt począł przynosić korzyści braciom. Przez tyle dziesiątków lat trudzono się nad poskromieniem wojowniczych braci witalijskich, którzy żadnemu pruskiemu statkowi nie pozwalali spokojnie żeglować po burych falach Bałtyku, rwąc w ten sposób podstawy krzyżackiej ekonomii. Nawet w latach świetności niemieckich braci za wielkiego mistrza Winricha wyprawy przeciwko nim kończyły się fiaskiem, a ci przeklęci rozbójnicy naigrawali się z potęgi Zakonu, siedząc w swej skalistej Gotlandii. A tu wystarczyło jeno, że Tettingen zabrał ze sobą Kriwuna i Kamień, a korsarze sami dali się zawojować. Henryk, który osobiście wziął udział w wyprawie i widział, z jaką mocą ma do czynienia, przestał się na pewien czas wahać.

Wątpliwości wróciły, kiedy Tettingena Ulryk wysłał w posły, a on sam został postawiony na straży nad Kriwunem. Trzymając go w swoim Świeciu, napatrzył się na przeraźliwe wręcz rzeczy, które nawet jemu, co w czasie bitwy wypruwał dosłownie trzewia z wrogów, wydawały się nieludzkie i obrzydliwe. Ale nawet nie to go najbardziej przeraziło. Pewnej nocy coś go podkusiło, by wyjść na mury. Sam dobrze nie pamiętał, czy chciał sprawdzić rodzące się wśród knechtów pogłoski o grasującym potworze, czy też po prostu zaczerpnąć świeżego powietrza jako, że był akurat sam środek lata. Dość na tym, że znalazł się w środku nocy na murach świeckiej warowni i ku swojemu największemu zdumieniu nagle ujrzał przekradający się cień olbrzymiego stwora przypominającego nieco niedźwiedzie, na jakie polował czasami na Litwie. Niedźwiedź ten jednak poruszał się bez zwykłej dla zwierząt bezmyślności. Każdy jego ruch był zaplanowany i zmierzał wprost do miejsca, gdzie zamkowi pachołkowie pozbywali się nieczystości i gdzie mur zamkowy był na tyle niski, że zeskoczenie z niego nie sprawiało zbyt wiele trudności. Tam właśnie zniknął niedźwiedzi cień. Zafrapowany tym widokiem komtur zdecydował się go dalej śledzić, chociaż groza ciemniejącej w pobliżu puszczy napawała go panicznym lękiem. Przemógł się jednakowoż i skoczył w ciemności.

Tej nocy Henryk von Plauen nigdy pewnie już nie wyrzuci z pamięci. Niechętnie też wspominał o niej komukolwiek. Kiedy rankiem odnaleziono go nieprzytomnego pod zamkową bramą wyjąkał tylko coś o Otchłani, która się przed nim otworzyła i padł jak martwy w ramiona strażujących knechtów. Chorował też potem długo i przez wiele dni zastępować go musiał w obowiązkach komtur domowy, zaś Kriwun w tym czasie znikł ze Świecia, co wywołało natychmiast ulgę wśród załogi.

Po ozdrowieniu Henryk natychmiast ruszył do Elbląga, gdzie spodziewał się odnaleźć wielkiego szpitalnika. Jakoż odnalazł zarówno Tettingena jak i czarnobrodego Kriwuna.

Rozmowa z Tettingenem nie należała do przyjemności, gdyż wielki szpitalnik natychmiast począł oskarżać nieszczęsnego komtura, że o mało z powodu jego ciekawości nie doszło do zerwania paktu z Kriwunem. Nie zrobiło to zbyt wielkiego wrażenia na Plauenie, który wręcz zażądał, by o wszystkim, więc również o tym, co ujrzał na własne oczy, śledząc maga, powiadomić Kapitułę i wielkiego mistrza. Długo później musiał przekonywać komtura przebiegły Tettingen, by na razie pozostawić sprawy własnemu biegowi i dopiero kiedy Obręcz Woli zostanie ukończona, zawiadomić władze Zakonu i poczekać na ich decyzje. Ostatecznie Plauen zażądał, by przynajmniej powiadomić o zabiegach nad wykorzystaniem Kamienia wielkiego mistrza, na co szpitalnik wyraził zgodę.

Kiedy wybuchła wojna z krakowskim królem, Plauen zajęty mocno konstruowaniem siatki szpiegowskiej na wrogim terytorium, przestał się wahać. Poznawszy siłę państwa Jagiełły, zrozumiał, że w Kamieniu pozostaje ostatnia deska ratunku dla Zakonu. Wiedział, że tak naprawdę dla Zakonu gotowi są zginąć jeno bracia, a większość poddanych w Prusiech i na Pomorzu raczej gotowa była zdradzić zakonników, niż za nich ginąć. W końcu w latach swej młodości Henryk był świadkiem jak w Gdańsku krzyczano: „Krakau, Krakau”!

Dlatego też bez oporu dał się nakłonić szpitalnikowi, by wypróbować pod Bydgoszczą siłę Kamienia.

Teraz też, gdy przyszło przekonywać do sprawy mistrza Ulryka, Plauen okazał się gorącym zwolennikiem wykorzystania posiadanej mocy jako jedynej drogi ratunku dla Zakonu. Tettingen, nie chcąc wciągać w sprawę kolejnych zakonnych dostojników, jemu zdecydował się powierzyć misję dokończenia w Ragnecie konstrukcji Obręczy.

Na jego wyraźne życzenie Plauen miał się udać do Ragnety wraz z tamtejszym komturem prowadząc ze sobą posiłki przeciwko buntującym się Żmudzinom.

Plauen podniósł się z miejsca. Czas było ruszać w drogę! Bezwiednie skubnął jeszcze spory kęs suszonego dorsza i dźwięcząc ostrogami ruszył ku stajniom.

Komtur von Drahe czekał już na czele uszykowanej do marszu chorągwi. Plauen uniósł rękę w górę, dając sygnał do wymarszu. Kątem oka zauważył długą brodę wielkiego szpitalnika wychylająca się spoza węgła.

Pogonił konia i wysforował się na czoło kolumny. Knechci z ponurymi minami pocwałowali za nim. Żadnego z nich nie cieszyła perspektywa znalezienia się w zapadłej dziurze, za jaką uchodził zamek w Ragnecie, gdzie ani porządnego piwa nie dawano, ani nie było zamtuzu jak w Malborku. Co prawda wyprawa ta mogła ich uratować od udziału w nadchodzącym starciu ze straszliwym Jagiełłą, o którym coraz głośniej między knechtami się mówiło, ale z drugiej strony wielka też była bojaźń przed żmudzkim okrucieństwem. Na dodatek, mimo ciągłych połajanek ze strony sierżantów, ustawicznie wśród knechtów rozchodziły się plotki o niebezpieczeństwach czyhających na nich w Ragnecie. I nic nie pomagały kary nakładane na całe oddziały. Nadal szeptano o złym duchu, który na żmudzkim pograniczu uwił sobie gniazdo. I o ginących tam w mrokach nocy knechtach, a na to żaden z nich nie miał już zupełnie ochoty.

W pewnym momencie komtur von Drahe nawet odwołał na stronę Plauena i począł go przekonywać, że należy koniecznie wzmocnić nocą warty, gdyż kilku ludzi szykuje się do ucieczki, ale świecki komtur wcale się tym nie przejął, zajęty własnymi rozważaniami. Byli już wtedy na wysokości Elbląga i na rozkaz komtura, który nie chciał, by rozeszła się wieść o ich pochodzie, zeszli ze szlaku na Pasłęk i Ornetę, starając się trzymać raczej leśnych duktów. To posunięcie wywołało jednak sarkanie nawet wśród sierżantów, którzy zaczęli prawie oficjalnie protestować przed dalszą drogą odbywaną w coraz trudniejszych warunkach, szczególnie że wiosna była tego roku dość kapryśna i co chwilę na kolumnę jazdy spadał obfity deszcz, który zamieniał rozbity ciężkimi kopytami ogierów leśny szlak w prawdziwą topiel, w której tonęły dosłownie prowadzone przez Krzyżaków podwody.

Wreszcie po kilku dniach takiego uciążliwego marszu, komtur von Drahe nakazał powrócić na szlak, obawiając się wręcz otwartego buntu wśród żołnierzy. Nie próbował już z tym naradzać się z Plauenem, który od początku marszu wpadł w jakiś dziwny letargiczny stan, w którym duchem był gdzieś bardzo daleko.

Drahe zaczął się nawet martwić jego stanem i kiedy przybyli do Ornety chciał go odesłać z powrotem do Malborka, ale że miejscowego komtura nie było, zaś sam bał się podejmować takiej decyzji, szybko zrezygnował. Z opresji wybawił go sam Henryk von Plauen, który właśnie w Ornecie nagle zniknął. Szukano go następnego dnia po całym zamku. Zajrzano nawet na podzamcze, czym wywołano popłoch wśród miejscowych rzemieślników, dla których poszukiwania te zakończyły się całkowitą czasem rujnacją ich kramów i warsztatów. Nikt nie śmiał jednak protestować, gdyż na środku placu stał potężny, mający posturę Herkulesa Krzyżak, który spod spuszczonej przyłbicy obserwował wszystko. Plauena jednak nie znaleziono i pewnie biedny komtur ragnecki długo by się zastanawiał nad powodami zniknięcia formalnego dowódcy, gdyby do zamku koło sumy nie przygalopował na spienionym rumaku miejscowy pachołek, który okazawszy komturowi pierścień Plauena przekazał jego rozkaz, by natychmiast ruszać, a on sam dotrze do Ragnety, gdyż sprawy Zakonu wzywają go w inne miejsce.

Przekazał równocześnie też całe dowództwo w ręce komtura von Drahe, który rad nierad przyjął do wiadomości te informacje wydukane przez mało rozgarniętego pachołka, nie potrafiącego nawet odpowiedzieć na pytanie, w jakim to właściwie kierunku podążył pobożny komtur von Plauen. Kilka godzin później kawalkada jeźdźców podążyła na wschód.

Tymczasem przyczyna całego zamieszania spokojnie dążyła w kierunku z lekka południowym. Pewnie kierunek ten mocno zdziwiłby komtura Ragnety, bo mogło się wydawać, że Plauen dąży nie gdzie indziej jak ku granicom ościennego księstwa płockiego, którego władca – Ziemowit co prawda okazywał przyjaźń braciom, ale bądź co bądź był jednakowoż lennikiem krakowskiego króla i w czasie wojny był zobowiązany do udzielania pomocy swemu suzerenowi.

Ale Plauen nie miał wcale ochoty odwiedzić płockiego dworu, gdzie być może i księżniczka Aleksandra przyjęłaby go radosnym sercem. Od dawna już był umówiony na spotkanie ze swoim człowiekiem, który z puszczańskiej oberży zawiadywał całą siecią szpiegów, jakich rozesłano po całym władztwie Władysława. Ostatnio otrzymywane wiadomości były bowiem niesłychanie niepokojące i Plauen chciał je osobiście sprawdzić. Dodatkowo chciał upewnić się ostatecznie, nim podąży do Ragnety, że pakt z Kriwunem jest jedynym już rozwiązaniem, jakie pozostało Zakonowi Niemieckiemu. Przez całą drogę z Malborka przepowiadał sobie w duchu wszystkie argumenty za i przeciw takiemu rozwiązaniu i wreszcie zdecydował, że przeważy szalę ostatecznie to, czego się dowie od starego Wolfa.

Starał się jak najmniej rzucać w oczy ludziom i dlatego przemierzał lasy rozpostarte pomiędzy Łyną a Pasłęką, z dala omijając ludzkie sadyby. Dopiero koło Pasymia, gdzie szła już bezpośrednia droga ku granicy płockiej, wyjrzał z lasów, przebrawszy się uprzednio w zabrany świecki strój, w którym mógł uchodzić za zwykłego pruskiego szlachcica, który ma jakoweś sprawy na Mazowszu. Co prawda na czas wojny kontakty takie z reguły ustawały, ale na to między innymi liczył też Henryk. Istotnie na szlaku jakby ludzi wymiotło. Raz jeno w zasięgu jego wzroku pojawiły się sylwetki jeźdźców, których jednak wcale nie rozpoznał, bo tak szybko znikły za horyzontem. Bez większych więc przeszkód znalazł się poza granicami zakonnego państwa i tutaj dopiero z powrotem począł wędrować lasami. Do tajnej kryjówki Wolfa dotarł w środku ostatniego majowego dnia. Zgodnie z umową Wolf miał przyjeżdżać do tego skrytego w głębi puszczy domostwa co drugą noc na przełomie maja i czerwca.
Plauen miał nadzieję, że nie zmitręży w tej chacie zbyt wiele czasu i jeszcze tej nocy pojawi się w niej oberżysta. I nie pomylił się.

Zobaczył Wolfa jeszcze, gdy ten przekradał się z wolna po niewielkiej brzezinie. Widocznie zobaczył Plauenowego rumaka i z lekka się spłoszył. By nie doprowadzić do jakiegoś nieporozumienia, Henryk pokazał się na tle oświetlonej paleniskiem ściany, by oberżysta go rozpoznał. Zbyt dobrze znał siłę kuszy Wolfa, aby ryzykować.

- Nie kryjcie się już dłużej czcigodny Wolfie! – zakrzyknął w stronę, gdzie spodziewał się ujrzeć przygarbioną sylwetkę swego agenta. – Przybywam tak, jak się umówiliśmy!

- Witajcie pobożny komturze! – Wolf wysunął się niespodziewanie z zarośli tuż obok wejścia do chaty, całkowicie tym zaskakując rycerza, który aż podskoczył na widok jego twarzy znajdującej się o kilka łokci od niego. – Cóż to? Nerwy wam puszczają, pobożny komturze? Podskakujecie jakbyście ducha jakiegoś ujrzeli, a nie uniżonego sługę swego! – garbus schylił się jeszcze mocniej, bezwiednie parodiując pokłon, ale Plauen nie zareagował. Był już od dawna przyzwyczajony do takiego zachowania oberżysty, który znając swoją wartość, często okazywał nie tylko to, że uważa się za co najmniej równego swoim panom.

- Co tam słychać w oberży, czcigodny Wolfie? – zapytał rozsiadając się przy palenisku, na którym skwierczał niewielki udziec.

- Stara bieda, panie! – niby kornie ozwał się garbus. – Wojna to i ruchu nie ma w interesie! Mizeria i bidota, panie!

- Skoro ruch marny, to więcej czasu możecie poświęcić naszym sprawom! – skrzywił usta w złowrogim uśmiechu Henryk.

- A i trudzę się bez przerwy, miłościwy panie! – oberżysta wyciągnął ze sprytnie skrytego pod klepiskiem schowka antałek z chlupoczącą wewnątrz zawartością. – Pewnieście też panie strudzeni! Mam ci ja tu nieco dobrego miodu, którym kurz z gardła strącicie a i niemoc wam odejdzie!

- Chętnie spróbuję! – wyciągnął skwapliwie rękę von Plauen, któremu istotnie kurz zalepił mocno gardło. – Wy jednak opowiadajcie, coście ostatnio uczynili i wiedzcie, że nic bez nagrody nie pozostanie.

Wolf spojrzał przeciągle na Krzyżaka, któremu zdało się w tym momencie, że twarz oberżysty przybrała maskę gadziej głowy, ale mogło być to równie dobrze złudzeniem wywołanym przez płonące ognisko, gdyż ton głosu Wolfa nie zmienił się ani na jotę.

- Jako kazaliście, panie – mówił – obesłałem swoimi ludźmi całe Mazowsze i Polskę, a moi ludzie doszli aż do samego Krakowa! I niewesołe stamtąd wieści przynieśli! Wszędzie kupią się przeciwko Zakonowi, a wygrażają, że słuchać nie sposób. Oskarżają Zakon i dobrotliwych braci o gwałty, przeniewierstwa i zbrodnie, o jakich się mi nie godzi nawet mówić. Często słychać, nawet na Mazowszu, że przyszła teraz godzina i albo Zakon, albo oni. Straszna jest na was złość, panie i wielka wojna będzie z tego.

- Sądzicie więc Wolfie, że do ostatecznej rozprawy przyjść musi?

- Ano tak panie! – przyznał oberżysta, kiwając gorliwie głową. – W Krakowie król spotyka się z panami radą i ustala plan działania.

- Wiecie o tym, co bliższego? – Plauen zerwał się gwałtownie z miejsca, rozchlapując przy tym nieco miodu z bukłaku.

- Pewnie nim wojna się wznowi, będę miał bliższe wiadomości! – flegmatycznie oznajmił Wolf. – Mam swego człowieka na królewskim dworze i ten wszystkiego się dowie.

- Byleby nie było za późno! – sarknął komtur.

- Będzie na czas, panie! – uspokajał Wolf. – Jedno jednak jest już pewne. Po świętym Janie Jagiełło ruszy!

- Znowu pewnie na ziemię dobrzyńską lub na Pomorze? – tonem pewności orzekł Henryk.

- Tego już nie byłbym pewien! – Wolf skurczył się znowu na twarzy. – Zbierają takie siły, że można przypuszczać, iż na sam Gdańsk ruszą. A i o Litwinach pogłoski chodzą, że na pomoc królowi pośpieszą. Ze wspólną potęgą obu krajów ciężko będzie! Nie tak jak w roku ubiegłym!

- A co z Mazowszem? – niecierpliwił się komtur. – Co uczyni Ziemowit?

- Wiecie panie, że książę nam przychylny a i księżna Aleksandra, chociaż ze krwi Jagiełłowej, nie chce wojny z Zakonem i dobrze mu życzy. Mam ja swoich ludzi u boku samego księcia i wiem na pewno, że Ziemowit na wojnę nie ruszy, ale posiłki królowi wyśle. Jednakowoż radzę, by go do Zakonu nie zrażać całkowicie, nie atakować Mazowsza i je w spokoju pozostawić. Co innego książę Janusz. Ten oficjalnie się już po stronie Władysława opowiedział i z nim zaczepki szukać trzeba natychmiast.

- Jakie siły spodziewacie się ujrzeć po stronie Jagiełłowej? – Plauen spojrzał na swego rozmówcę, zastanawiając się, ile jest prawdy, a ile przesady w jego słowach.

- Zbyt wiele żądacie ode mnie, pobożny komturze! – chytrze uśmiechnął się garbus. – Jam jeno sługa! Nie godzi mi się rad wam rycerzu udzielać!

- A przed chwilą, coście czynili! – nerwowo odparł Henryk. – Długo już w tych praktykach siedzicie i znacie je lepiej od kogokolwiek. Chcę znać wasze zdanie! – dodał już bardziej pojednawczo.

- Mazowsze zbyt wiele sił nie ma, chociaż i z nimi liczyć się trzeba. Mniemam, że Janusz jakieś trzy chorągwie wystawić zdoła, każda po jakieś sto kopii, a i trochę piechoty z miast ściągnie. Co do Ziemowita, to chociaż da Władysławowi pomoc, jednak może jeno jaką chorągiewkę, a i to nie na pewno. Myślę też, że w razie znaczniejszego wysiłku wojennego siły te szybko się rozpierzchną. Gorzej ma się sprawa z Polską i Krakowianami. Tutaj można się spodziewać, że z samej Polski przybędzie co najmniej ze czterdzieści dobrze okrytych chorągwi, a ze dwa razy tyle z ziemi krakowskiej. Moi ludzie donosili, że król z całym dworem polowania przez całą zimę czynił i solone mięso w beczki kładziono, jakby wielkiej liczby wojska wkrótce się spodziewano. Z Polakami też łączyć się Rusini będą, chyba że wielmożny król Zygmunt dywersję na naszą rzecz uczyni, co jak mniemam się wkrótce stanie, gdyż spoza Karpat pocieszające wieści nadchodzą, a i ja sam od księżnej Aleksandry odebrałem niedawno wieść, że był u niej poseł królewski, graf Gara, któren do Malborka zmierzał, który poufnie ją powiadomił, że Zygmunt wojnę Jagielle wyda.

- To i ja wiem! – żachnął się Henryk. – Pomoc Zygmuntowa jednak niepewna i słono trzeba za nią płacić.

- Dlatego przyjmijcie pomoc pewną! – Wolf przyskoczył do komtura. – Bo słuchajcie pobożny komturze, co jeszcze wam rzeknę. Myślę, że sam król powiedzie na was siły, jakich do tej pory żaden król krakowski nie posiadał, ale przecież pozostaję jeszcze Witold, który z królem teraz w największej zgodzie i na pomoc mu na pewno przybędzie. Był zresztą dopiero co Witold u Jagiełły, na pewno nie po to, by go o zdrowie zapytać. Spotkali się ponoć w Lublinie, chociaż to niepewna wiadomość, toć groźna niezmiernie. Bo przecie z samej Litwy może przyjść i do stu tysięcy wojowników! A do tego doszły mnie wieści, takoż jeszcze nie potwierdzone, że Jagielle pomoc obiecali diabelscy potomkowie Beliala, którzy nad czarnym Morzem siedzą, a ich i około miliona liczyć trzeba będzie.

- Sprawdzić to musicie dokładniej, czcigodny Wolfie! – sapnął z trudem komtur von Plauen, którego szczególnie te ostatnie wieści przytłoczyły tak mocno, że niemal zapomniał o uwadze oberżysty, z której jasno wynikało, iż wie on o pakcie z Kriwunem.

Wiadomości o Tatarach, z którymi dotąd Krzyżacy się w polu nie potykali, przesłoniły tymczasem inne sprawy. Począł więc Henryk wypytywać dokładniej o siłę wojsk chańskich i możliwe ich przybycie na pomoc Polakom. Garbus relacjonował w odpowiedzi informacje, jakie nie tak dawno uzyskał od jednego z kupców ormiańskich, którzy byli przez niego często wykorzystywani do posług szpiegowskich. Udało mu się wejść w bliższą konfidencję z członkiem tatarskiego poselstwa, które przez Lwów zmierzało do Krakowa. To od niego dowiedział się o walkach w chanacie i Tochtamyszowym wnuku Dżelaledinie, który wybierał się do Jagiełły i za pomoc obiecywał przysłanie dziesięciokroć po sto tysięcy ordyńców. Z taką właśnie propozycją jechał do Krakowa poseł chanowy, którego wraz z orszakiem chan już królowi darowywał.

- Mówicie więc, że poganie na pomoc Jagielle ruszą? – skrobał się po brodzie von Plauen. – Łatwo będzie można uczynić z tego broń przeciw Jagielle. Pakt z poganami... – nagle jednak głos komtura stężał. Przyszło mu bowiem do głowy, że i Zakon z mocą gorszą może nawet od pogan układy zawiera, a on sam w tym właśnie ma pomagać.

Zauważył tą nagłą zmianę w głosie i postawie komtura garbaty oberżysta, który najwyraźniej szybko domyślił się jej przyczyny i prędko zareagował.

- Dla chwały Zakonu godzi się nawet z najgorszymi poganami się sprzymierzać! – wysyczał jadowicie.

- A wy skąd o tajnym pakcie wiecie? – oburzył się gwałtownie Plauen.

- Nie sierdźcie się pobożny komturze! – uspokajająco odezwał się Wolf. – Sam wielki szpitalnik mi o tej sprawie powiedział, a i mag trochę u mnie przebywał. Wiem, że macie w swych rękach potężny przedmiot, co ludziom wolę do walki odbiera. W tej właśnie potrzebie na rozkaz dostojnego brata Wernera, szykuję miejsce, gdzie można go w razie nagłej potrzeby natychmiast uruchomić!

- Nic mi o tej sprawie wielki szpitalnik nie wspominał! – pokręcił głową Henryk. – No ale skoro to na jego rozkaz! Znużony jestem! – powiedział nagle, czyniąc gest ziewnięcia. – O reszcie jutro z rana pogwarzymy! Gdzie mam spać?

Oberżysta wskazał mu pęk skór leżących w kącie i uważnie obserwował ruchy komtura, sam pozostawszy przy palenisku, by pożywić się resztkami pieczeni pozostawionymi przez rycerza.

Plauenowi jednak wcale nie chciało się spać. To, co usłyszał od Wolfa wcale nie rozwiało jego wątpliwości. Zamknął oczy, ale sen wcale nie nadchodził. W głowie mu się kotłowało od myśli. Czuł, że dla jego ukochanego Zakonu nadszedł czas ostatecznej próby i między innymi od jego poczynań będzie zależało, jaki z tej próby wyjdzie. Zdawało mu się, że jakiś wewnętrzny głos szepcze mu do ucha ostrzeżenia. Po raz kolejny jawił mu się przed oczami widok, jaki ujrzał, śledząc Kriwuna. Widział rzędy ponabijanych na włócznie ludzkich głów, które z wywalonymi na wierzch krwawymi jęzorami przyzywały Moce Otchłani. Widział groteskowo odmieniony świat wewnątrz Otchłani, gdzie ludzie zamienili się rolami ze zwierzętami.

Z drugiej zaś strony przed oczami miał nie przemierzone kolumny półdzikich jeźdźców, którzy oblegają dumne wieże Malborka. Raz jeden, kiedy posłował do Budy na dwór króla Zygmunta, widział tatarskiego wojownika i widok ten straszliwie go przeraził. Te małe skośne oczka i twarz wykrzywiona w nienaturalnym uśmieszku nie mogły należeć do ludzkiej istoty. Przed takimi stworami musiał bronić ukochany Zakon.

Pogrążony w rozmyślaniach Henryk von Plauen nie zapomniał jednak o obserwacji karczmarza, którego zachowanie wydało mu się nadzwyczaj dziwne. Spod przymrużonych ledwie powiek spoglądał co chwilę na zastygłego jakby w letargu Wolfa. Gdyby nie otwarte szeroko oczy, które bacznie lustrowały pomieszczenie, mogłoby się zdawać, że garbus śpi. Ale nie spał.

W pewnej chwili wstał i ostrożnie przybliżył się do leżącego rycerza. Ręka Henryka spoczęła nerwowo na zimnym ostrzu miecza, który ułożył sobie wzdłuż ciała. Był przygotowany na nagły atak.

Ale atak nie nastąpił. Henryk poczuł zgniły zapach oddechu garbusa, ale ten tylko sprawdzał, czy rycerz śpi wystarczająco głęboko. Zadowolony z oględzin poczłapał bezszelestnie ku drzwiom i zniknął w ciemnościach.

Henryk uniósł się na rękach i po chwili wahania postanowił jednak sprawdzić przyczyny, dla jakich oberżysta opuścił chatę. Najpierw wyjrzał ostrożnie przez wąską szparę, jaka była w źle zamocowanych drzwiach, ale niestety nic się stąd zaobserwować nie dało. Zdecydował więc mocniej je uchylić. Skrzypienie, jakie się przy tym rozległo, wstrzymało na dłuższy czas dalsze działanie komtura. Wsłuchany w odgłosy nocy zastygł w bezruchu, starając się wyłowić z nich jakiś ślad obecności garbusa. W międzyczasie jego wzrok przyzwyczaił się do panującej na zewnątrz ciemności i był już zdolny do rozróżniania kształtów wśród drzew.

Na ślady Wolfa natrafił dopiero po dłuższej chwili, kiedy praktycznie z twarzą przy wilgotnej od nocnej rosy ziemi okrążał chatę. Świeżo zdeptana trawa świadczyła dobitnie o kierunku, w jakim odszedł oberżysta. Ślady prowadziły do bielejącej w mrokach nocy w srebrzystym świetle księżyca brzeziny. Bardzo ostrożnie Henryk podążył za nimi, starając się zachować całkowitą ciszę.

W brzezinie do jego nozdrzy dotarł mocny zapach gnijącej padliny, która była tak znajoma komturowi. Niejeden raz objeżdżał pobojowisko, które tak właśnie pachniało.

Dlatego niezbyt się zdziwił, kiedy poczuł pod stopami resztki gnijącego ciała. Było co prawda zbyt ciemno, by można było stwierdzić, kim ten człowiek był za życia, ale jedno było pewne, co komtur wyczuł natychmiast. Ciało pozbawione było głowy. Z grozą w duszy Krzyżak powędrował dalej w stronę, skąd dobiegały dziwne syczące dźwięki. Przypominały one nieco odgłosy, jakie Plauen słyszał w budzińskim bestiarium, a wydawane przez łuskowate węże poruszające się na czterech obrzydliwych łapskach.

I wtedy właśnie zobaczył oberżystę Wolfa, a właściwie stwora, w jakiego ten się przemienił. Tylko brązowy kaftan z szerokimi rękawami, w jakim go widział w chacie, świadczył o tożsamości właściciela. Łuski pokrywały całe oblicze, w którym żółciły się trójkątne oczy. Długi rozwidlony na końcu jęzor co chwilę obmywał oblicze potwora, jakby tam szukał pożywienia. Poza twarzą reszta ciała garbusa również przeszła zadziwiającą metamorfozę. Ruchy potwornego stworzenia były niezwykle szybkie i sprężyste. Wydawało się, że zatopiony był w jakimś gwałtownym tańcu, ale dopiero po dłuższej chwili Plauen zrozumiał, że on istotnie wykonuje jakiś obrzęd, zaś szponiaste palce kreślą w powietrzu wymyślne znaki, które powoli otwierają w zgęstniałym nagle powietrzu świetlistą bramę.

Z świetlistych znaczków wyłaniał się z wolna obraz. Tego już zdrętwiała ze strachu dusza Krzyżaka nie była w stanie wytrzymać.

Usta jednak nie zdążyły dokończyć krzyku, kiedy uderzenie szponiastego ramienia posłało Henryka von Plauena w otchłań niepamięci.

Kiedy odzyskał przytomność, był już nowy dzień, zaś oberżysta Wolf kuśtykał na swych niezbyt sprawnych nogach wokół niego, postękując co chwilę. Spróbował poruszyć rękami i wtedy poczuł na nich pęta. Rozejrzał się wokół.
To jednak nie był sen! Znajdował się nadal na maleńkiej polance w środku brzozowego zagajnika.

- Wolf! Rozwiąż mnie! – rozkazał tonem nie znającym sprzeciwu.

- Nie mogę pobożny komturze! – załkał oberżysta, podchodząc do więźnia. – Nazbyt wiele widzieliście panie!

- Kim jesteś ty potworze? – wrzasnął , nie panując już nad sobą Plauen.

- Waszym sługą panie! – pokornie odparł Wolf, mrużąc przy tym oczy. – Najwierniejszym sługą Zakonu!

- Uwolnij mnie więc natychmiast! – rozkazał ponownie, wbijając twarde spojrzenie w obliczu oberżysty.

- Tego uczynić nie mogę! – równie twardo odpowiedział Wolf. – Niech zadecyduje pobożny brat Werner lub czcigodny Kriwun., do których też zaraz poślę.

- Nie pora teraz na gońców! – spróbował innej metody komtur. – Wiedziałem od dawna, żeś jest sługą Kriwuna. On sam mi to opowiedział, mówiąc też, że należysz do zapomnianego plemienia, co potrafi zmieniać ludzką postać! Że szykujesz drogę Panu, który wkrótce ma się pojawić!

Przy ostatnich słowach Krzyżaka, oblicze oberżysty gwałtownie spokorniało.
- Służysz panie Naszemu Władcy? – zapytał, patrząc w oczy komtura. – Czcigodny Kriwun was panie nawrócił?
- Tak! – przyznał Henryk, starając się nie powiedzieć zbyt wiele. – Zaprzysiągłem na imię Pana służyć mu wiernie.

Wolf podszedł do Plauena i błysnął wyciągniętym nożem. Pęta spadły.

Plauen z wolna rozcierając nadgarstki, wstał na równe nogi, czując w głowie straszliwy huk. Zachwiał się.

- W głowie mi się mąci! – powiedział słabo.

- Wybaczcie, panie! – skłonił się uniżenie Wolf. – Ale co miałem robić? Po coście mnie śledzili?

- Ciekaw byłem, jako się przeistaczacie w owego stwora, o jakim opowiadał mi czcigodny Kriwun! – usprawiedliwiał się Krzyżak, zastanawiając się równocześnie, czy nie zdzielić teraz w łeb oberżysty.

- Ciekawość nie zawsze popłaca! – roześmiał się charkotliwie Wolf. – Ale skoroście ciekawi panie, to coś wam pokażę.

Wolf poderwał się w kierunku gąszczu okrytych białą korą drzew i oglądając się co chwilę prowadził w ich głąb komtura. Tuż przed niewielką otwartą przestrzenią, zatrzymał się i przepuścił Plauena.

- Spojrzyjcie jeno panie! – wskazał szponiastym palcem. – Tędy przejdą zastępy wielkiego Gorgota, kiedy przyjdzie na to jeno czas!

Na polance stały trzy rzędy obciętych ludzkich głów, szczerzących wprost do nich rozwarte szeroko usta.
Henryk von Plauen nie pamiętał zbyt dobrze, w jaki sposób opuścił zagubioną w lasach chatę swego najlepszego agenta na Mazowszu.

Ocknął się dopiero wtedy, gdy leśny wiatr owiał mu nieco głowę. Jechał powoli, dosłownie noga za nogą, starając się wyrzucić z pamięci widziany przed chwilą obraz. W obolałej, nie tylko zresztą od uderzenia głowie huczała mu jedna myśl. „Co myśmy zrobili? Jakie piekło sprowadziliśmy na ziemię?”

I biedny komtur przystawał co chwilę, bijąc głową w przydrożne drzewa, które aż drżały od tych razów. Dopiero parę takich dawek dało oczekiwany rezultat.

Henryk począł się zastanawiać, co przyjdzie mu w najbliższym czasie uczynić, by uratować honor Zakonu. Pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy, to zawiadomić wielkiego mistrza i kapitułę. Zaraz jednak pojawiła się wątpliwość. A jeśli i wśród zakonnych dostojników egzystują takie odmieńce, jak oberżysta Wolf. Zresztą czas rozejmu mijał i zbliżająca się zawierucha wojenna mogła odwrócić uwagę mistrza i kapitułę ku sprawom z wojną związanych. Z drugiej strony trzeba było się naradzić z wielkim szpitalnikiem i ostrzec go przed dotrzymaniem ugody z szatańskim Kriwunem. Henryk nie przypuszczał bowiem, by brat Werner znał wszystkie niebezpieczeństwa kryjące się za paktem. Trzeba było opracować wspólna strategię, a na to czasu zaczynało brakować. Z drugiej zaś strony Plauen, który dobrze znał zasoby jednej i drugiej strony konfliktu, zdawał sobie sprawę z tego, że bez użycia Kamienia Woli wynik starcia mógł być tylko jeden. Zwycięstwo Jagiełły.

Grę więc trzeba było poprowadzić tak, by zmusić Kriwuna do współpracy, jednak bez wykonania dalszej części planu. Jak jednak zmusić go do tego? To było pytanie, na które na razie przynajmniej Plauen nie potrafił znaleźć odpowiedzi.

Podjął już decyzję, że wróci jednakowoż do Ragnety i postara się zmusić Kriwuna do zamknięcia Wrót Otchłani.

Popędził konia, ale ten ku jego zdumieniu nagle skręcił ze szlaku i nie bacząc na razy, jakich nie żałował mu rycerz, pocwałował prosto w bór.

Zatrzymał się równie nagle i niespodziewanie, jak rzucił w ten szaleńczy pęd. Stali przed zapadłą w ziemię chatą, pozbawioną komina, gdzie okryta ciemnymi mchami strzecha zdawała się zaraz zapaść nad lichą budowlą.

Zeskoczył z konia i jeszcze raz zdzielił go soczyście po pęcinach, ale ten nie zareagował na bolesną połajankę, lecz spokojnie począł skubać kusą trawkę. Henryk zaciekawiony całą sytuacją, rozejrzał się wokoło i stwierdził, że obejście, chociaż mocno zaniedbane, musiało jednak mieć gospodarz, o czym świadczył dym, co spod strzechy się wydobywał. Był jeszcze na terenie Mazowsza, na wszelki więc wypadek obnażył miecz i wolno wszedł do ciemnej chaty. Natychmiast z niewysłowionym wstrętem cofnął się, gdyż straszliwy fetor, jaki go owiał, był wręcz niemożliwy do wytrzymania. Zdawało mu się również, że na jego stopę wskoczyło jakieś okropne szkaradzieństwo. Spojrzał w dół i zobaczył wyłupiaste oczy olbrzymiej ropuchy, która właśnie nadymała swój skórzasty worek pod szkaradnym pyskiem.

- Nie lękajcie się panie! – rozległ się z ciemności ochrypły głos. – One nic złego człowiekowi zrobić nie potrafią! Najwyżej oplują! Ale ich ślina niegroźna, jeno śmierdzi bardzo!

- Kim jesteście? – zapytał rycerz, starając się przeniknąć osłonę ciemności. Zapach przestał mu już przeszkadzać i był zaciekawiony całą sytuacją.


- Nikim ważnym, pobożny komturze! – odezwał się głos.

- Skąd wiecie, kim jestem?! – Plauen poskoczył do przodu, ale chata okazała się bardziej obszerna, niż to się mogło zdawać z zewnątrz.

- Wiem więcej o was, komturze von Plauen, niż może wam się wydawać! – powoli z ciemności wyłaniało się palenisko i siedzący przy wielkim poczerniałym od dymu kociołku starzec. Jego twarz była tak straszliwie pomarszczona, że Plauen miał sporo kłopotu, by odnaleźć w tej skomplikowanej mozaice normalne atrybuty ludzkiej twarzy: usta, nos i oczy.

Komtur podszedł bliżej, nie wypuszczając z rąk swego miecza i dokładniej obejrzał gospodarza domostwa. Był na pewno tak stary, że nie mógł mu uczynić nic złego. Odzienie też wskazywało, że naprawdę nie był to nikt znaczny. Na zgrzebnej koszuli, na której znać było olbrzymie plamy stałego kontaktu z ropuchami, nałożony był kożuch wywrócony na wierzch. Wszystko, tak jak i sama chata sprawiały wrażenie wielkiego zaniedbania.

- Jeszcze raz pytam! Kim jesteś, starcze? – zagrzmiał von Plauen.

- Starcem! Jak słusznie raczyliście rzec! – odpowiedział spokojnie gospodarz. – Moje imię i tak nic wam panie nie powie. Nazywajcie mnie więc Wróżem! Bo tym właśnie się zajmuję od prawie wieku! Starym już bardzo i na śmierć towarzyszkę czekam już od lat, ale ona jakoś o mnie zapomniała. I czekam na nią z utęsknieniem, nie mniejszym niż na was, pobożny komturze.


- Jak możecie czekać na mnie! – oburzył się Henryk. – Skoro jeszcze zeszłej niedzieli nie wiedziałam, że tu przywędruję!

- Dla Wróża nie ma rzeczy niemożliwych! – znad kipiącego kociołka uniósł się głęboki, wcale nie starczy głos. – Wróż widzi dalej, niż jakiekolwiek ludzkie oko. Wróż widzi to, co przed człowiekiem zakryto. Wróż zna rzeczy, o których nikt inny wiedzieć nie powinien. Zna przeszłość i widzi przyszłość. Wróż wie...!

- Powiedz mi więc, co powinienem teraz uczynić? – przerwał starcowi komtur, kopiąc ropuchę, która mu wlazła na okutego stalą buta.

- Mówiłem, że może opluć! – uśmiechnął się Wróż. – Będzie długo śmierdziało! Tak jest zawsze, gdy najpierw się coś uczyni, a potem zda sprawę z konsekwencji.

- Nie pomyślałem! – usprawiedliwiał się komtur, wycierając płaszczem gęstą maź.

- Tak jest zawsze! – zamruczał starzec. – Najpierw coś głupiego, a potem: „Ja nie chciałem. To nie tak miało być!” A wy panie? Wiecie, co światu może przynieść straszliwy Niedźwiedziożerca, z którego najstraszliwszym sługą pakt zawarliście? Wiecie, co się stanie, gdy Wrota Otchłani zostaną otworzone! Tutaj nie chodzi jeno o wasz zakon, który przetrwa, o co wy pobożny komturze się sami postaracie. Zielony Las wcale nie będzie oznaczał kresu waszego istnienia, a wam panie przyniesie wielkie wyniesienie. Strzeżcie się jeno Nowej Marchii! Nie pozwólcie też, by gniew przesłonił wasza prawdziwą twarz. – Wróż podniósł głowę do góry i komtur dopiero teraz zobaczył, że jego rozmówca jest ślepy. - Kamień trzeba zniszczyć, ale nie dokona tego żaden człowiek! Pamiętajcie panie! Nie wierzcie fałszywym przyjaciołom! Świat Gorgota nie jest światem Zakonu! Nie pozwólcie, by miraże przesłoniły wam rzeczywistość. Nie pozory świadczą o osobie! Zerwijcie przeklęty pakt Gorgotem! Kamień nie jest ratunkiem dla Zakonu! To wiara przyniesie wam odnowę! Kamień jest waszym przekleństwem!

Komtur Henryk von Plauen nie słuchał już dłużej słów starego Wróża. Jakaś nadludzka siła nakazała mu wstać i ruszyć ku wyjściu.

Kiedy jego rumak galopował w stronę posiadłości Zakonu, komtur nie myślał już o niczym!



Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 13 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie *
przez aneza dnia 21-12-2005 o godz. 13:13:23
No, sprawnie odsłaniasz tajemnicę, kawałek po kawałku.

Mam zastrzeżenia do niezręczności językowych: wypruwał dosłownie, tonęły dosłownie (jeśli juz, to w odwrotnej kolejności) - słowa dosłownie nieco nadużywasz, podobnie ja wręcz - wręcz otwartego buntu. I jeszcze drobiazg - jako że nie rozdziela się przecinkiem - wedle mojego wyczucia, przecinek powinien być przed. No i Wolf raczej powie rycerzy niż wojowników.




Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie *
przez yarre dnia 21-12-2005 o godz. 14:16:00 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl
nie wiem, czy wolf powie rycerzy. Wiem natomiast, ze von plauen zbyt powazny facet, zeby ryby jeśc poprzez wrzucanie ich do geby)))) Wyobraź to sobie: siedzi krzyżak, podrzuca kawałki ryby i łapie je jak tresowana foka:))) zmień to jakoś. Wiecej nic nie zauwazyłem - trzymasz poziom



"Werner lub czcigodny Kriwun., " o jedną kropke albo przecinek za daleko)

ps.

maila wysłałem wczoraj - mam nadzieję, ze dojdzie.



Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie *
przez synthspirit dnia 21-12-2005 o godz. 22:03:11
(...) von plauen zbyt powazny facet, zeby ryby jeśc poprzez wrzucanie ich do geby))))

J.w. :)))

Poza tym - wciąż się nie znudziłem. Mało tego, niecierpliwie czekam na kolejne odsłony. To naprawdę komplement;)))

synth




Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim