Nowe recenzje
· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz[ RECENZJE ]
Online
Aktualnie jest 42 gość(ci) i 3 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
NA FORUM
 | wszystko jest do zmiany |
 | FABRYKA-NASZE MIEJSCE W KOSMOSIE |
 | Funkcja redaktora - rezygnacja umorusańca |
 | Jerzy Reuter - Izobar nie żyje |
 | CO Z RUBRYKĄ |
 | Zaproszenie na kwietniowy DACH |
 | O stronie na stronie. |
 | Fantazje Zielonogórskie 2012 - konkurs na opowiadanie |
 | Coś dla poetów i miłośników poezji |
 | Kwiecień plecień w netkulturze! |
 | Cytat z Forum |
 | Zbieramy teksty do nowego numeru Magazynu Cegła!!! |
 | Konkurs Poetycki „O Srebrne Pióro MDK” – VI edycja |
 | CHATA |
 | Dość codzienność! |
 | Zapraszamy na Świąteczny DACH |
 | Kto |
 | Ody odbite Karola Maliszewskiego |
 | Pierwsze zdanie! |
 | współpraca przy scenariuszu - za pieniądze |
 | Ankieta dotycząca czytelnictwa kryminałów |
 | Czarny Kot |
 | Rozwój osobisty medytacje terapeutyczne |
 | ID w Czasie Fantastyki |
 | Barwy, a tworzenie nastroju |
 | Nieznane teksty Tadeusza Konwickiego w |
 | Rozwój osobisty kluczem do sukcesu |
 | Co Na Scenie - Nowy Wymiar Teatru |
 | nieTUZINkowa 12-ka Netkultury |
 |
Epika: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie *
Wysłano dnia 21-12-2005 o godz. 10:17:58
Autor: Winrich
Wróż i zakonnik
Henryk von Plauen siedział wygodnie wsparty o dębowy stół i co chwilę wrzucał do ust kolejne płaty solonej ryby. Jeszcze od gdańskich czasów mu pozostało, że lubił przegryźć co nieco pomiędzy przepisanymi regułą posiłkami, a za solonymi dorszami i śledziami wręcz przepadał. Niegdyś za takie przekroczenie przepisów o mało nie pozbawiono go urzędu komtura domowego w Gdańsku i tylko wstawiennictwo ówczesnego wielkiego marszałka Konrada von Jungingen nie przerwało ostatecznie jego zakonnej kariery. Dla niego, dla którego Zakon był wszystkim, byłby to cios nie do przeżycia i Jungingen, który czuł do niego dziwną słabość postarał się o szybkie wysłanie go do innej komandorii, gdzie nie znano jego słabostek. Plauen przyłożył dłoń do czoła, starając się przywołać przed oczy
pamięci twarz starego mistrza. I zobaczył pomarszczone, zawsze czymś
zafrasowane czoło i nikły uśmieszek jakby na stałe przyklejony do
wąskich warg. Gdyby nie ta jego zadziwiająca pobłażliwość dla zdrajców
byłby wzorem prawdziwego niemieckiego zakonnika. Mimo to Henryk bardzo
cenił starego mistrza, chociaż często nie zgadzał się z jego licznymi
posunięciami, które według niego szkodziły Zakonowi. A Zakon był dla
niego dobrem szczególnym. To dla niego potrafił posunąć się do
najgorszych łotrostw i wydać na śmierć najlepszego przyjaciela. Bo tak
naprawdę tylko w Zakonie on, który wywodził się z ubogiej szlachty
miśnieńskiej, mógł dojść na same szczyty. Któż mógł przypuszczać, kiedy
ruszał na rejzę wraz z margrabią Ottonem, że pozostanie w Prusiech na
zawsze i z jego losem na stałe zwiąże się służba Zakonowi. Służył mu
też na dobre i na złe, wiedząc, że władza, której pożądał, by
doprowadzić go do świetności, przyjdzie prędzej czy później.
Takiego właśnie człowieka szukał do realizacji swych planów Werner von Tettingen.
Do pierwszego spotkania doszło, kiedy Tettingen wiódł na Żmudź wyprawę,
której celem było zniszczenie starożytnego Perunowego Pola, gdzie
miejscowi odprawiali krwawe obrzędy przywołujące krwiożercze lokisy.
Plauen uśmiechnął się pod rzadkim wąsem na to wspomnienie. Szybko
odkrył prawdziwe intencje szpitalnika i po długiej rozmowie właśnie z
nim postanowił związać swoje dalsze losy. Tettingen był już wtedy na
tropie wieszczka żmudzkiego, renegata ściganego przez własny lud i
wyprawa na Perunowe Pole miała stanowić pierwszy krok do jego
odnalezienia.
Ale to właśnie on, a nie Tettingen wpadł pierwszy na ślad Kriwuna. To
jemu po pełnej niebezpieczeństw eskapadzie udało się dotrzeć z kilkoma
knechtami do miejsca, gdzie ten odprawiał swe straszliwe obiaty. I ten
człek, którego Plauen bał się od tej pory jak ognia, pokazał mu swą
moc, od czego Krzyżak o mało nie oszalał. Uznał jednak, że jego Moc
będzie można spożytkować na chwałę Zakonu i przywiózł do obozu
Tettingena.
Wiele razy później zastanawiał się, czy nie lepiej dla Zakonu byłoby,
gdyby wtedy dał się temu potwornemu magowi zabić, bo pakt, jaki zawarł
z nim szpitalnik, przerażał nawet jego samego. Czyż można było
sprowadzić bowiem na ziemię grozę tak straszliwą, jakiej on zaznał pod
okiem Kriwuna. A przecież to, co zobaczył, było drobniutką jeno
cząsteczką prawdziwej Mocy Ciemnego Władcy.
Wtedy, kiedy nachodziły go takie wątpliwości, Henryk powtarzał sobie w
duchu słowa brzmiące jak modlitwa: „Na chwałę Zakonu”. I istotnie
szybko pakt począł przynosić korzyści braciom. Przez tyle dziesiątków
lat trudzono się nad poskromieniem wojowniczych braci witalijskich,
którzy żadnemu pruskiemu statkowi nie pozwalali spokojnie żeglować po
burych falach Bałtyku, rwąc w ten sposób podstawy krzyżackiej ekonomii.
Nawet w latach świetności niemieckich braci za wielkiego mistrza
Winricha wyprawy przeciwko nim kończyły się fiaskiem, a ci przeklęci
rozbójnicy naigrawali się z potęgi Zakonu, siedząc w swej skalistej
Gotlandii. A tu wystarczyło jeno, że Tettingen zabrał ze sobą Kriwuna i
Kamień, a korsarze sami dali się zawojować. Henryk, który osobiście
wziął udział w wyprawie i widział, z jaką mocą ma do czynienia,
przestał się na pewien czas wahać.
Wątpliwości wróciły, kiedy Tettingena Ulryk wysłał w posły, a on
sam został postawiony na straży nad Kriwunem. Trzymając go w swoim
Świeciu, napatrzył się na przeraźliwe wręcz rzeczy, które nawet jemu,
co w czasie bitwy wypruwał dosłownie trzewia z wrogów, wydawały się
nieludzkie i obrzydliwe. Ale nawet nie to go najbardziej przeraziło.
Pewnej nocy coś go podkusiło, by wyjść na mury. Sam dobrze nie
pamiętał, czy chciał sprawdzić rodzące się wśród knechtów pogłoski o
grasującym potworze, czy też po prostu zaczerpnąć świeżego powietrza
jako, że był akurat sam środek lata. Dość na tym, że znalazł się w
środku nocy na murach świeckiej warowni i ku swojemu największemu
zdumieniu nagle ujrzał przekradający się cień olbrzymiego stwora
przypominającego nieco niedźwiedzie, na jakie polował czasami na
Litwie. Niedźwiedź ten jednak poruszał się bez zwykłej dla zwierząt
bezmyślności. Każdy jego ruch był zaplanowany i zmierzał wprost do
miejsca, gdzie zamkowi pachołkowie pozbywali się nieczystości i gdzie
mur zamkowy był na tyle niski, że zeskoczenie z niego nie sprawiało
zbyt wiele trudności. Tam właśnie zniknął niedźwiedzi cień. Zafrapowany
tym widokiem komtur zdecydował się go dalej śledzić, chociaż groza
ciemniejącej w pobliżu puszczy napawała go panicznym lękiem. Przemógł
się jednakowoż i skoczył w ciemności.
Tej nocy Henryk von Plauen nigdy pewnie już nie wyrzuci z pamięci.
Niechętnie też wspominał o niej komukolwiek. Kiedy rankiem odnaleziono
go nieprzytomnego pod zamkową bramą wyjąkał tylko coś o Otchłani, która
się przed nim otworzyła i padł jak martwy w ramiona strażujących
knechtów. Chorował też potem długo i przez wiele dni zastępować go
musiał w obowiązkach komtur domowy, zaś Kriwun w tym czasie znikł ze
Świecia, co wywołało natychmiast ulgę wśród załogi.
Po ozdrowieniu Henryk natychmiast ruszył do Elbląga, gdzie spodziewał
się odnaleźć wielkiego szpitalnika. Jakoż odnalazł zarówno Tettingena
jak i czarnobrodego Kriwuna.
Rozmowa z Tettingenem nie należała do przyjemności, gdyż wielki
szpitalnik natychmiast począł oskarżać nieszczęsnego komtura, że o mało
z powodu jego ciekawości nie doszło do zerwania paktu z Kriwunem. Nie
zrobiło to zbyt wielkiego wrażenia na Plauenie, który wręcz zażądał, by
o wszystkim, więc również o tym, co ujrzał na własne oczy, śledząc
maga, powiadomić Kapitułę i wielkiego mistrza. Długo później musiał
przekonywać komtura przebiegły Tettingen, by na razie pozostawić sprawy
własnemu biegowi i dopiero kiedy Obręcz Woli zostanie ukończona,
zawiadomić władze Zakonu i poczekać na ich decyzje. Ostatecznie Plauen
zażądał, by przynajmniej powiadomić o zabiegach nad wykorzystaniem
Kamienia wielkiego mistrza, na co szpitalnik wyraził zgodę.
Kiedy wybuchła wojna z krakowskim królem, Plauen zajęty mocno
konstruowaniem siatki szpiegowskiej na wrogim terytorium, przestał się
wahać. Poznawszy siłę państwa Jagiełły, zrozumiał, że w Kamieniu
pozostaje ostatnia deska ratunku dla Zakonu. Wiedział, że tak naprawdę
dla Zakonu gotowi są zginąć jeno bracia, a większość poddanych w
Prusiech i na Pomorzu raczej gotowa była zdradzić zakonników, niż za
nich ginąć. W końcu w latach swej młodości Henryk był świadkiem jak w
Gdańsku krzyczano: „Krakau, Krakau”!
Dlatego też bez oporu dał się nakłonić szpitalnikowi, by wypróbować pod Bydgoszczą siłę Kamienia.
Teraz też, gdy przyszło przekonywać do sprawy mistrza Ulryka, Plauen
okazał się gorącym zwolennikiem wykorzystania posiadanej mocy jako
jedynej drogi ratunku dla Zakonu. Tettingen, nie chcąc wciągać w sprawę
kolejnych zakonnych dostojników, jemu zdecydował się powierzyć misję
dokończenia w Ragnecie konstrukcji Obręczy.
Na jego wyraźne życzenie Plauen miał się udać do Ragnety wraz z
tamtejszym komturem prowadząc ze sobą posiłki przeciwko buntującym się
Żmudzinom.
Plauen podniósł się z miejsca. Czas było ruszać w drogę! Bezwiednie
skubnął jeszcze spory kęs suszonego dorsza i dźwięcząc ostrogami ruszył
ku stajniom.
Komtur von Drahe czekał już na czele uszykowanej do marszu chorągwi.
Plauen uniósł rękę w górę, dając sygnał do wymarszu. Kątem oka zauważył
długą brodę wielkiego szpitalnika wychylająca się spoza węgła.
Pogonił konia i wysforował się na czoło kolumny. Knechci z ponurymi
minami pocwałowali za nim. Żadnego z nich nie cieszyła perspektywa
znalezienia się w zapadłej dziurze, za jaką uchodził zamek w Ragnecie,
gdzie ani porządnego piwa nie dawano, ani nie było zamtuzu jak w
Malborku. Co prawda wyprawa ta mogła ich uratować od udziału w
nadchodzącym starciu ze straszliwym Jagiełłą, o którym coraz głośniej
między knechtami się mówiło, ale z drugiej strony wielka też była
bojaźń przed żmudzkim okrucieństwem. Na dodatek, mimo ciągłych
połajanek ze strony sierżantów, ustawicznie wśród knechtów rozchodziły
się plotki o niebezpieczeństwach czyhających na nich w Ragnecie. I nic
nie pomagały kary nakładane na całe oddziały. Nadal szeptano o złym
duchu, który na żmudzkim pograniczu uwił sobie gniazdo. I o ginących
tam w mrokach nocy knechtach, a na to żaden z nich nie miał już
zupełnie ochoty.
W pewnym momencie komtur von Drahe nawet odwołał na stronę Plauena i
począł go przekonywać, że należy koniecznie wzmocnić nocą warty, gdyż
kilku ludzi szykuje się do ucieczki, ale świecki komtur wcale się tym
nie przejął, zajęty własnymi rozważaniami. Byli już wtedy na wysokości
Elbląga i na rozkaz komtura, który nie chciał, by rozeszła się wieść o
ich pochodzie, zeszli ze szlaku na Pasłęk i Ornetę, starając się
trzymać raczej leśnych duktów. To posunięcie wywołało jednak sarkanie
nawet wśród sierżantów, którzy zaczęli prawie oficjalnie protestować
przed dalszą drogą odbywaną w coraz trudniejszych warunkach,
szczególnie że wiosna była tego roku dość kapryśna i co chwilę na
kolumnę jazdy spadał obfity deszcz, który zamieniał rozbity ciężkimi
kopytami ogierów leśny szlak w prawdziwą topiel, w której tonęły
dosłownie prowadzone przez Krzyżaków podwody.
Wreszcie po kilku dniach takiego uciążliwego marszu, komtur von Drahe
nakazał powrócić na szlak, obawiając się wręcz otwartego buntu wśród
żołnierzy. Nie próbował już z tym naradzać się z Plauenem, który od
początku marszu wpadł w jakiś dziwny letargiczny stan, w którym duchem
był gdzieś bardzo daleko.
Drahe zaczął się nawet martwić jego stanem i kiedy przybyli do Ornety
chciał go odesłać z powrotem do Malborka, ale że miejscowego komtura
nie było, zaś sam bał się podejmować takiej decyzji, szybko
zrezygnował. Z opresji wybawił go sam Henryk von Plauen, który właśnie
w Ornecie nagle zniknął. Szukano go następnego dnia po całym zamku.
Zajrzano nawet na podzamcze, czym wywołano popłoch wśród miejscowych
rzemieślników, dla których poszukiwania te zakończyły się całkowitą
czasem rujnacją ich kramów i warsztatów. Nikt nie śmiał jednak
protestować, gdyż na środku placu stał potężny, mający posturę
Herkulesa Krzyżak, który spod spuszczonej przyłbicy obserwował
wszystko. Plauena jednak nie znaleziono i pewnie biedny komtur ragnecki
długo by się zastanawiał nad powodami zniknięcia formalnego dowódcy,
gdyby do zamku koło sumy nie przygalopował na spienionym rumaku
miejscowy pachołek, który okazawszy komturowi pierścień Plauena
przekazał jego rozkaz, by natychmiast ruszać, a on sam dotrze do
Ragnety, gdyż sprawy Zakonu wzywają go w inne miejsce.
Przekazał równocześnie też całe dowództwo w ręce komtura von
Drahe, który rad nierad przyjął do wiadomości te informacje wydukane
przez mało rozgarniętego pachołka, nie potrafiącego nawet odpowiedzieć
na pytanie, w jakim to właściwie kierunku podążył pobożny komtur von
Plauen. Kilka godzin później kawalkada jeźdźców podążyła na wschód.
Tymczasem przyczyna całego zamieszania spokojnie dążyła w kierunku z
lekka południowym. Pewnie kierunek ten mocno zdziwiłby komtura Ragnety,
bo mogło się wydawać, że Plauen dąży nie gdzie indziej jak ku granicom
ościennego księstwa płockiego, którego władca – Ziemowit co prawda
okazywał przyjaźń braciom, ale bądź co bądź był jednakowoż lennikiem
krakowskiego króla i w czasie wojny był zobowiązany do udzielania
pomocy swemu suzerenowi.
Ale Plauen nie miał wcale ochoty odwiedzić płockiego dworu, gdzie być
może i księżniczka Aleksandra przyjęłaby go radosnym sercem. Od dawna
już był umówiony na spotkanie ze swoim człowiekiem, który z
puszczańskiej oberży zawiadywał całą siecią szpiegów, jakich rozesłano
po całym władztwie Władysława. Ostatnio otrzymywane wiadomości były
bowiem niesłychanie niepokojące i Plauen chciał je osobiście sprawdzić.
Dodatkowo chciał upewnić się ostatecznie, nim podąży do Ragnety, że
pakt z Kriwunem jest jedynym już rozwiązaniem, jakie pozostało Zakonowi
Niemieckiemu. Przez całą drogę z Malborka przepowiadał sobie w duchu
wszystkie argumenty za i przeciw takiemu rozwiązaniu i wreszcie
zdecydował, że przeważy szalę ostatecznie to, czego się dowie od
starego Wolfa.
Starał się jak najmniej rzucać w oczy ludziom i dlatego przemierzał
lasy rozpostarte pomiędzy Łyną a Pasłęką, z dala omijając ludzkie
sadyby. Dopiero koło Pasymia, gdzie szła już bezpośrednia droga ku
granicy płockiej, wyjrzał z lasów, przebrawszy się uprzednio w zabrany
świecki strój, w którym mógł uchodzić za zwykłego pruskiego szlachcica,
który ma jakoweś sprawy na Mazowszu. Co prawda na czas wojny kontakty
takie z reguły ustawały, ale na to między innymi liczył też Henryk.
Istotnie na szlaku jakby ludzi wymiotło. Raz jeno w zasięgu jego wzroku
pojawiły się sylwetki jeźdźców, których jednak wcale nie rozpoznał, bo
tak szybko znikły za horyzontem. Bez większych więc przeszkód znalazł
się poza granicami zakonnego państwa i tutaj dopiero z powrotem począł
wędrować lasami. Do tajnej kryjówki Wolfa dotarł w środku ostatniego
majowego dnia. Zgodnie z umową Wolf miał przyjeżdżać do tego skrytego w
głębi puszczy domostwa co drugą noc na przełomie maja i czerwca.
Plauen miał nadzieję, że nie zmitręży w tej chacie zbyt wiele czasu i
jeszcze tej nocy pojawi się w niej oberżysta. I nie pomylił się.
Zobaczył Wolfa jeszcze, gdy ten przekradał się z wolna po niewielkiej
brzezinie. Widocznie zobaczył Plauenowego rumaka i z lekka się
spłoszył. By nie doprowadzić do jakiegoś nieporozumienia, Henryk
pokazał się na tle oświetlonej paleniskiem ściany, by oberżysta go
rozpoznał. Zbyt dobrze znał siłę kuszy Wolfa, aby ryzykować.
- Nie kryjcie się już dłużej czcigodny Wolfie! – zakrzyknął w stronę,
gdzie spodziewał się ujrzeć przygarbioną sylwetkę swego agenta. –
Przybywam tak, jak się umówiliśmy!
- Witajcie pobożny komturze! – Wolf wysunął się niespodziewanie z
zarośli tuż obok wejścia do chaty, całkowicie tym zaskakując rycerza,
który aż podskoczył na widok jego twarzy znajdującej się o kilka łokci
od niego. – Cóż to? Nerwy wam puszczają, pobożny komturze?
Podskakujecie jakbyście ducha jakiegoś ujrzeli, a nie uniżonego sługę
swego! – garbus schylił się jeszcze mocniej, bezwiednie parodiując
pokłon, ale Plauen nie zareagował. Był już od dawna przyzwyczajony do
takiego zachowania oberżysty, który znając swoją wartość, często
okazywał nie tylko to, że uważa się za co najmniej równego swoim panom.
- Co tam słychać w oberży, czcigodny Wolfie? – zapytał rozsiadając się przy palenisku, na którym skwierczał niewielki udziec.
- Stara bieda, panie! – niby kornie ozwał się garbus. – Wojna to i ruchu nie ma w interesie! Mizeria i bidota, panie!
- Skoro ruch marny, to więcej czasu możecie poświęcić naszym sprawom! – skrzywił usta w złowrogim uśmiechu Henryk.
- A i trudzę się bez przerwy, miłościwy panie! – oberżysta wyciągnął ze
sprytnie skrytego pod klepiskiem schowka antałek z chlupoczącą wewnątrz
zawartością. – Pewnieście też panie strudzeni! Mam ci ja tu nieco
dobrego miodu, którym kurz z gardła strącicie a i niemoc wam odejdzie!
- Chętnie spróbuję! – wyciągnął skwapliwie rękę von Plauen, któremu
istotnie kurz zalepił mocno gardło. – Wy jednak opowiadajcie, coście
ostatnio uczynili i wiedzcie, że nic bez nagrody nie pozostanie.
Wolf spojrzał przeciągle na Krzyżaka, któremu zdało się w tym momencie,
że twarz oberżysty przybrała maskę gadziej głowy, ale mogło być to
równie dobrze złudzeniem wywołanym przez płonące ognisko, gdyż ton
głosu Wolfa nie zmienił się ani na jotę.
- Jako kazaliście, panie – mówił – obesłałem swoimi ludźmi całe
Mazowsze i Polskę, a moi ludzie doszli aż do samego Krakowa! I
niewesołe stamtąd wieści przynieśli! Wszędzie kupią się przeciwko
Zakonowi, a wygrażają, że słuchać nie sposób. Oskarżają Zakon i
dobrotliwych braci o gwałty, przeniewierstwa i zbrodnie, o jakich się
mi nie godzi nawet mówić. Często słychać, nawet na Mazowszu, że
przyszła teraz godzina i albo Zakon, albo oni. Straszna jest na was
złość, panie i wielka wojna będzie z tego.
- Sądzicie więc Wolfie, że do ostatecznej rozprawy przyjść musi?
- Ano tak panie! – przyznał oberżysta, kiwając gorliwie głową. – W
Krakowie król spotyka się z panami radą i ustala plan działania.
- Wiecie o tym, co bliższego? – Plauen zerwał się gwałtownie z miejsca, rozchlapując przy tym nieco miodu z bukłaku.
- Pewnie nim wojna się wznowi, będę miał bliższe wiadomości! –
flegmatycznie oznajmił Wolf. – Mam swego człowieka na królewskim dworze
i ten wszystkiego się dowie.
- Byleby nie było za późno! – sarknął komtur.
- Będzie na czas, panie! – uspokajał Wolf. – Jedno jednak jest już pewne. Po świętym Janie Jagiełło ruszy!
- Znowu pewnie na ziemię dobrzyńską lub na Pomorze? – tonem pewności orzekł Henryk.
- Tego już nie byłbym pewien! – Wolf skurczył się znowu na twarzy. –
Zbierają takie siły, że można przypuszczać, iż na sam Gdańsk ruszą. A i
o Litwinach pogłoski chodzą, że na pomoc królowi pośpieszą. Ze wspólną
potęgą obu krajów ciężko będzie! Nie tak jak w roku ubiegłym!
- A co z Mazowszem? – niecierpliwił się komtur. – Co uczyni Ziemowit?
- Wiecie panie, że książę nam przychylny a i księżna Aleksandra,
chociaż ze krwi Jagiełłowej, nie chce wojny z Zakonem i dobrze mu
życzy. Mam ja swoich ludzi u boku samego księcia i wiem na pewno, że
Ziemowit na wojnę nie ruszy, ale posiłki królowi wyśle. Jednakowoż
radzę, by go do Zakonu nie zrażać całkowicie, nie atakować Mazowsza i
je w spokoju pozostawić. Co innego książę Janusz. Ten oficjalnie się
już po stronie Władysława opowiedział i z nim zaczepki szukać trzeba
natychmiast.
- Jakie siły spodziewacie się ujrzeć po stronie Jagiełłowej? – Plauen
spojrzał na swego rozmówcę, zastanawiając się, ile jest prawdy, a ile
przesady w jego słowach.
- Zbyt wiele żądacie ode mnie, pobożny komturze! – chytrze uśmiechnął
się garbus. – Jam jeno sługa! Nie godzi mi się rad wam rycerzu udzielać!
- A przed chwilą, coście czynili! – nerwowo odparł Henryk. – Długo już
w tych praktykach siedzicie i znacie je lepiej od kogokolwiek. Chcę
znać wasze zdanie! – dodał już bardziej pojednawczo.
- Mazowsze zbyt wiele sił nie ma, chociaż i z nimi liczyć się trzeba.
Mniemam, że Janusz jakieś trzy chorągwie wystawić zdoła, każda po
jakieś sto kopii, a i trochę piechoty z miast ściągnie. Co do
Ziemowita, to chociaż da Władysławowi pomoc, jednak może jeno jaką
chorągiewkę, a i to nie na pewno. Myślę też, że w razie znaczniejszego
wysiłku wojennego siły te szybko się rozpierzchną. Gorzej ma się sprawa
z Polską i Krakowianami. Tutaj można się spodziewać, że z samej Polski
przybędzie co najmniej ze czterdzieści dobrze okrytych chorągwi, a ze
dwa razy tyle z ziemi krakowskiej. Moi ludzie donosili, że król z całym
dworem polowania przez całą zimę czynił i solone mięso w beczki
kładziono, jakby wielkiej liczby wojska wkrótce się spodziewano. Z
Polakami też łączyć się Rusini będą, chyba że wielmożny król Zygmunt
dywersję na naszą rzecz uczyni, co jak mniemam się wkrótce stanie, gdyż
spoza Karpat pocieszające wieści nadchodzą, a i ja sam od księżnej
Aleksandry odebrałem niedawno wieść, że był u niej poseł królewski,
graf Gara, któren do Malborka zmierzał, który poufnie ją powiadomił, że
Zygmunt wojnę Jagielle wyda.
- To i ja wiem! – żachnął się Henryk. – Pomoc Zygmuntowa jednak niepewna i słono trzeba za nią płacić.
- Dlatego przyjmijcie pomoc pewną! – Wolf przyskoczył do komtura. – Bo
słuchajcie pobożny komturze, co jeszcze wam rzeknę. Myślę, że sam król
powiedzie na was siły, jakich do tej pory żaden król krakowski nie
posiadał, ale przecież pozostaję jeszcze Witold, który z królem teraz w
największej zgodzie i na pomoc mu na pewno przybędzie. Był zresztą
dopiero co Witold u Jagiełły, na pewno nie po to, by go o zdrowie
zapytać. Spotkali się ponoć w Lublinie, chociaż to niepewna wiadomość,
toć groźna niezmiernie. Bo przecie z samej Litwy może przyjść i do stu
tysięcy wojowników! A do tego doszły mnie wieści, takoż jeszcze nie
potwierdzone, że Jagielle pomoc obiecali diabelscy potomkowie Beliala,
którzy nad czarnym Morzem siedzą, a ich i około miliona liczyć trzeba
będzie.
- Sprawdzić to musicie dokładniej, czcigodny Wolfie! – sapnął z trudem
komtur von Plauen, którego szczególnie te ostatnie wieści przytłoczyły
tak mocno, że niemal zapomniał o uwadze oberżysty, z której jasno
wynikało, iż wie on o pakcie z Kriwunem.
Wiadomości o Tatarach, z którymi dotąd Krzyżacy się w polu nie
potykali, przesłoniły tymczasem inne sprawy. Począł więc Henryk
wypytywać dokładniej o siłę wojsk chańskich i możliwe ich przybycie na
pomoc Polakom. Garbus relacjonował w odpowiedzi informacje, jakie nie
tak dawno uzyskał od jednego z kupców ormiańskich, którzy byli przez
niego często wykorzystywani do posług szpiegowskich. Udało mu się wejść
w bliższą konfidencję z członkiem tatarskiego poselstwa, które przez
Lwów zmierzało do Krakowa. To od niego dowiedział się o walkach w
chanacie i Tochtamyszowym wnuku Dżelaledinie, który wybierał się do
Jagiełły i za pomoc obiecywał przysłanie dziesięciokroć po sto tysięcy
ordyńców. Z taką właśnie propozycją jechał do Krakowa poseł chanowy,
którego wraz z orszakiem chan już królowi darowywał.
- Mówicie więc, że poganie na pomoc Jagielle ruszą? – skrobał się po
brodzie von Plauen. – Łatwo będzie można uczynić z tego broń przeciw
Jagielle. Pakt z poganami... – nagle jednak głos komtura stężał.
Przyszło mu bowiem do głowy, że i Zakon z mocą gorszą może nawet od
pogan układy zawiera, a on sam w tym właśnie ma pomagać.
Zauważył tą nagłą zmianę w głosie i postawie komtura garbaty oberżysta,
który najwyraźniej szybko domyślił się jej przyczyny i prędko
zareagował.
- Dla chwały Zakonu godzi się nawet z najgorszymi poganami się sprzymierzać! – wysyczał jadowicie.
- A wy skąd o tajnym pakcie wiecie? – oburzył się gwałtownie Plauen.
- Nie sierdźcie się pobożny komturze! – uspokajająco odezwał się Wolf.
– Sam wielki szpitalnik mi o tej sprawie powiedział, a i mag trochę u
mnie przebywał. Wiem, że macie w swych rękach potężny przedmiot, co
ludziom wolę do walki odbiera. W tej właśnie potrzebie na rozkaz
dostojnego brata Wernera, szykuję miejsce, gdzie można go w razie
nagłej potrzeby natychmiast uruchomić!
- Nic mi o tej sprawie wielki szpitalnik nie wspominał! – pokręcił
głową Henryk. – No ale skoro to na jego rozkaz! Znużony jestem! –
powiedział nagle, czyniąc gest ziewnięcia. – O reszcie jutro z rana
pogwarzymy! Gdzie mam spać?
Oberżysta wskazał mu pęk skór leżących w kącie i uważnie obserwował
ruchy komtura, sam pozostawszy przy palenisku, by pożywić się resztkami
pieczeni pozostawionymi przez rycerza.
Plauenowi jednak wcale nie chciało się spać. To, co usłyszał od Wolfa
wcale nie rozwiało jego wątpliwości. Zamknął oczy, ale sen wcale nie
nadchodził. W głowie mu się kotłowało od myśli. Czuł, że dla jego
ukochanego Zakonu nadszedł czas ostatecznej próby i między innymi od
jego poczynań będzie zależało, jaki z tej próby wyjdzie. Zdawało mu
się, że jakiś wewnętrzny głos szepcze mu do ucha ostrzeżenia. Po raz
kolejny jawił mu się przed oczami widok, jaki ujrzał, śledząc Kriwuna.
Widział rzędy ponabijanych na włócznie ludzkich głów, które z
wywalonymi na wierzch krwawymi jęzorami przyzywały Moce Otchłani.
Widział groteskowo odmieniony świat wewnątrz Otchłani, gdzie ludzie
zamienili się rolami ze zwierzętami.
Z drugiej zaś strony przed oczami miał nie przemierzone kolumny
półdzikich jeźdźców, którzy oblegają dumne wieże Malborka. Raz jeden,
kiedy posłował do Budy na dwór króla Zygmunta, widział tatarskiego
wojownika i widok ten straszliwie go przeraził. Te małe skośne oczka i
twarz wykrzywiona w nienaturalnym uśmieszku nie mogły należeć do
ludzkiej istoty. Przed takimi stworami musiał bronić ukochany Zakon.
Pogrążony w rozmyślaniach Henryk von Plauen nie zapomniał jednak o
obserwacji karczmarza, którego zachowanie wydało mu się nadzwyczaj
dziwne. Spod przymrużonych ledwie powiek spoglądał co chwilę na
zastygłego jakby w letargu Wolfa. Gdyby nie otwarte szeroko oczy, które
bacznie lustrowały pomieszczenie, mogłoby się zdawać, że garbus śpi.
Ale nie spał.
W pewnej chwili wstał i ostrożnie przybliżył się do leżącego rycerza.
Ręka Henryka spoczęła nerwowo na zimnym ostrzu miecza, który ułożył
sobie wzdłuż ciała. Był przygotowany na nagły atak.
Ale atak nie nastąpił. Henryk poczuł zgniły zapach oddechu garbusa, ale
ten tylko sprawdzał, czy rycerz śpi wystarczająco głęboko. Zadowolony z
oględzin poczłapał bezszelestnie ku drzwiom i zniknął w ciemnościach.
Henryk uniósł się na rękach i po chwili wahania postanowił jednak
sprawdzić przyczyny, dla jakich oberżysta opuścił chatę. Najpierw
wyjrzał ostrożnie przez wąską szparę, jaka była w źle zamocowanych
drzwiach, ale niestety nic się stąd zaobserwować nie dało. Zdecydował
więc mocniej je uchylić. Skrzypienie, jakie się przy tym rozległo,
wstrzymało na dłuższy czas dalsze działanie komtura. Wsłuchany w
odgłosy nocy zastygł w bezruchu, starając się wyłowić z nich jakiś ślad
obecności garbusa. W międzyczasie jego wzrok przyzwyczaił się do
panującej na zewnątrz ciemności i był już zdolny do rozróżniania
kształtów wśród drzew.
Na ślady Wolfa natrafił dopiero po dłuższej chwili, kiedy praktycznie z
twarzą przy wilgotnej od nocnej rosy ziemi okrążał chatę. Świeżo
zdeptana trawa świadczyła dobitnie o kierunku, w jakim odszedł
oberżysta. Ślady prowadziły do bielejącej w mrokach nocy w srebrzystym
świetle księżyca brzeziny. Bardzo ostrożnie Henryk podążył za nimi,
starając się zachować całkowitą ciszę.
W brzezinie do jego nozdrzy dotarł mocny zapach gnijącej padliny, która
była tak znajoma komturowi. Niejeden raz objeżdżał pobojowisko, które
tak właśnie pachniało.
Dlatego niezbyt się zdziwił, kiedy poczuł pod stopami resztki gnijącego
ciała. Było co prawda zbyt ciemno, by można było stwierdzić, kim ten
człowiek był za życia, ale jedno było pewne, co komtur wyczuł
natychmiast. Ciało pozbawione było głowy. Z grozą w duszy Krzyżak
powędrował dalej w stronę, skąd dobiegały dziwne syczące dźwięki.
Przypominały one nieco odgłosy, jakie Plauen słyszał w budzińskim
bestiarium, a wydawane przez łuskowate węże poruszające się na czterech
obrzydliwych łapskach.
I wtedy właśnie zobaczył oberżystę Wolfa, a właściwie stwora, w jakiego
ten się przemienił. Tylko brązowy kaftan z szerokimi rękawami, w jakim
go widział w chacie, świadczył o tożsamości właściciela. Łuski
pokrywały całe oblicze, w którym żółciły się trójkątne oczy. Długi
rozwidlony na końcu jęzor co chwilę obmywał oblicze potwora, jakby tam
szukał pożywienia. Poza twarzą reszta ciała garbusa również przeszła
zadziwiającą metamorfozę. Ruchy potwornego stworzenia były niezwykle
szybkie i sprężyste. Wydawało się, że zatopiony był w jakimś gwałtownym
tańcu, ale dopiero po dłuższej chwili Plauen zrozumiał, że on istotnie
wykonuje jakiś obrzęd, zaś szponiaste palce kreślą w powietrzu wymyślne
znaki, które powoli otwierają w zgęstniałym nagle powietrzu świetlistą
bramę.
Z świetlistych znaczków wyłaniał się z wolna obraz. Tego już zdrętwiała ze strachu dusza Krzyżaka nie była w stanie wytrzymać.
Usta jednak nie zdążyły dokończyć krzyku, kiedy uderzenie szponiastego
ramienia posłało Henryka von Plauena w otchłań niepamięci.
Kiedy odzyskał przytomność, był już nowy dzień, zaś oberżysta Wolf
kuśtykał na swych niezbyt sprawnych nogach wokół niego, postękując co
chwilę. Spróbował poruszyć rękami i wtedy poczuł na nich pęta.
Rozejrzał się wokół.
To jednak nie był sen! Znajdował się nadal na maleńkiej polance w środku brzozowego zagajnika.
- Wolf! Rozwiąż mnie! – rozkazał tonem nie znającym sprzeciwu.
- Nie mogę pobożny komturze! – załkał oberżysta, podchodząc do więźnia. – Nazbyt wiele widzieliście panie!
- Kim jesteś ty potworze? – wrzasnął , nie panując już nad sobą Plauen.
- Waszym sługą panie! – pokornie odparł Wolf, mrużąc przy tym oczy. – Najwierniejszym sługą Zakonu!
- Uwolnij mnie więc natychmiast! – rozkazał ponownie, wbijając twarde spojrzenie w obliczu oberżysty.
- Tego uczynić nie mogę! – równie twardo odpowiedział Wolf. – Niech
zadecyduje pobożny brat Werner lub czcigodny Kriwun., do których też
zaraz poślę.
- Nie pora teraz na gońców! – spróbował innej metody komtur. –
Wiedziałem od dawna, żeś jest sługą Kriwuna. On sam mi to opowiedział,
mówiąc też, że należysz do zapomnianego plemienia, co potrafi zmieniać
ludzką postać! Że szykujesz drogę Panu, który wkrótce ma się pojawić!
Przy ostatnich słowach Krzyżaka, oblicze oberżysty gwałtownie spokorniało.
- Służysz panie Naszemu Władcy? – zapytał, patrząc w oczy komtura. – Czcigodny Kriwun was panie nawrócił?
- Tak! – przyznał Henryk, starając się nie powiedzieć zbyt wiele. – Zaprzysiągłem na imię Pana służyć mu wiernie.
Wolf podszedł do Plauena i błysnął wyciągniętym nożem. Pęta spadły.
Plauen z wolna rozcierając nadgarstki, wstał na równe nogi, czując w głowie straszliwy huk. Zachwiał się.
- W głowie mi się mąci! – powiedział słabo.
- Wybaczcie, panie! – skłonił się uniżenie Wolf. – Ale co miałem robić? Po coście mnie śledzili?
- Ciekaw byłem, jako się przeistaczacie w owego stwora, o jakim
opowiadał mi czcigodny Kriwun! – usprawiedliwiał się Krzyżak,
zastanawiając się równocześnie, czy nie zdzielić teraz w łeb oberżysty.
- Ciekawość nie zawsze popłaca! – roześmiał się charkotliwie Wolf. – Ale skoroście ciekawi panie, to coś wam pokażę.
Wolf poderwał się w kierunku gąszczu okrytych białą korą drzew i
oglądając się co chwilę prowadził w ich głąb komtura. Tuż przed
niewielką otwartą przestrzenią, zatrzymał się i przepuścił Plauena.
- Spojrzyjcie jeno panie! – wskazał szponiastym palcem. – Tędy przejdą
zastępy wielkiego Gorgota, kiedy przyjdzie na to jeno czas!
Na polance stały trzy rzędy obciętych ludzkich głów, szczerzących wprost do nich rozwarte szeroko usta.
Henryk von Plauen nie pamiętał zbyt dobrze, w jaki sposób opuścił
zagubioną w lasach chatę swego najlepszego agenta na Mazowszu.
Ocknął się dopiero wtedy, gdy leśny wiatr owiał mu nieco głowę. Jechał
powoli, dosłownie noga za nogą, starając się wyrzucić z pamięci
widziany przed chwilą obraz. W obolałej, nie tylko zresztą od uderzenia
głowie huczała mu jedna myśl. „Co myśmy zrobili? Jakie piekło
sprowadziliśmy na ziemię?”
I biedny komtur przystawał co chwilę, bijąc głową w przydrożne drzewa,
które aż drżały od tych razów. Dopiero parę takich dawek dało
oczekiwany rezultat.
Henryk począł się zastanawiać, co przyjdzie mu w najbliższym czasie
uczynić, by uratować honor Zakonu. Pierwsza myśl, jaka przyszła mu do
głowy, to zawiadomić wielkiego mistrza i kapitułę. Zaraz jednak
pojawiła się wątpliwość. A jeśli i wśród zakonnych dostojników
egzystują takie odmieńce, jak oberżysta Wolf. Zresztą czas rozejmu
mijał i zbliżająca się zawierucha wojenna mogła odwrócić uwagę mistrza
i kapitułę ku sprawom z wojną związanych. Z drugiej strony trzeba było
się naradzić z wielkim szpitalnikiem i ostrzec go przed dotrzymaniem
ugody z szatańskim Kriwunem. Henryk nie przypuszczał bowiem, by brat
Werner znał wszystkie niebezpieczeństwa kryjące się za paktem. Trzeba
było opracować wspólna strategię, a na to czasu zaczynało brakować. Z
drugiej zaś strony Plauen, który dobrze znał zasoby jednej i drugiej
strony konfliktu, zdawał sobie sprawę z tego, że bez użycia Kamienia
Woli wynik starcia mógł być tylko jeden. Zwycięstwo Jagiełły.
Grę więc trzeba było poprowadzić tak, by zmusić Kriwuna do współpracy,
jednak bez wykonania dalszej części planu. Jak jednak zmusić go do
tego? To było pytanie, na które na razie przynajmniej Plauen nie
potrafił znaleźć odpowiedzi.
Podjął już decyzję, że wróci jednakowoż do Ragnety i postara się zmusić Kriwuna do zamknięcia Wrót Otchłani.
Popędził konia, ale ten ku jego zdumieniu nagle skręcił ze szlaku i nie
bacząc na razy, jakich nie żałował mu rycerz, pocwałował prosto w bór.
Zatrzymał się równie nagle i niespodziewanie, jak rzucił w ten
szaleńczy pęd. Stali przed zapadłą w ziemię chatą, pozbawioną komina,
gdzie okryta ciemnymi mchami strzecha zdawała się zaraz zapaść nad
lichą budowlą.
Zeskoczył z konia i jeszcze raz zdzielił go soczyście po pęcinach, ale
ten nie zareagował na bolesną połajankę, lecz spokojnie począł skubać
kusą trawkę. Henryk zaciekawiony całą sytuacją, rozejrzał się wokoło i
stwierdził, że obejście, chociaż mocno zaniedbane, musiało jednak mieć
gospodarz, o czym świadczył dym, co spod strzechy się wydobywał. Był
jeszcze na terenie Mazowsza, na wszelki więc wypadek obnażył miecz i
wolno wszedł do ciemnej chaty. Natychmiast z niewysłowionym wstrętem
cofnął się, gdyż straszliwy fetor, jaki go owiał, był wręcz niemożliwy
do wytrzymania. Zdawało mu się również, że na jego stopę wskoczyło
jakieś okropne szkaradzieństwo. Spojrzał w dół i zobaczył wyłupiaste
oczy olbrzymiej ropuchy, która właśnie nadymała swój skórzasty worek
pod szkaradnym pyskiem.
- Nie lękajcie się panie! – rozległ się z ciemności ochrypły głos. –
One nic złego człowiekowi zrobić nie potrafią! Najwyżej oplują! Ale ich
ślina niegroźna, jeno śmierdzi bardzo!
- Kim jesteście? – zapytał rycerz, starając się przeniknąć osłonę
ciemności. Zapach przestał mu już przeszkadzać i był zaciekawiony całą
sytuacją.
- Nikim ważnym, pobożny komturze! – odezwał się głos.
- Skąd wiecie, kim jestem?! – Plauen poskoczył do przodu, ale chata
okazała się bardziej obszerna, niż to się mogło zdawać z zewnątrz.
- Wiem więcej o was, komturze von Plauen, niż może wam się wydawać! –
powoli z ciemności wyłaniało się palenisko i siedzący przy wielkim
poczerniałym od dymu kociołku starzec. Jego twarz była tak straszliwie
pomarszczona, że Plauen miał sporo kłopotu, by odnaleźć w tej
skomplikowanej mozaice normalne atrybuty ludzkiej twarzy: usta, nos i
oczy.
Komtur podszedł bliżej, nie wypuszczając z rąk swego miecza i
dokładniej obejrzał gospodarza domostwa. Był na pewno tak stary, że nie
mógł mu uczynić nic złego. Odzienie też wskazywało, że naprawdę nie był
to nikt znaczny. Na zgrzebnej koszuli, na której znać było olbrzymie
plamy stałego kontaktu z ropuchami, nałożony był kożuch wywrócony na
wierzch. Wszystko, tak jak i sama chata sprawiały wrażenie wielkiego
zaniedbania.
- Jeszcze raz pytam! Kim jesteś, starcze? – zagrzmiał von Plauen.
- Starcem! Jak słusznie raczyliście rzec! – odpowiedział spokojnie
gospodarz. – Moje imię i tak nic wam panie nie powie. Nazywajcie mnie
więc Wróżem! Bo tym właśnie się zajmuję od prawie wieku! Starym już
bardzo i na śmierć towarzyszkę czekam już od lat, ale ona jakoś o mnie
zapomniała. I czekam na nią z utęsknieniem, nie mniejszym niż na was,
pobożny komturze.
- Jak możecie czekać na mnie! – oburzył się Henryk. – Skoro jeszcze zeszłej niedzieli nie wiedziałam, że tu przywędruję!
- Dla Wróża nie ma rzeczy niemożliwych! – znad kipiącego kociołka
uniósł się głęboki, wcale nie starczy głos. – Wróż widzi dalej, niż
jakiekolwiek ludzkie oko. Wróż widzi to, co przed człowiekiem zakryto.
Wróż zna rzeczy, o których nikt inny wiedzieć nie powinien. Zna
przeszłość i widzi przyszłość. Wróż wie...!
- Powiedz mi więc, co powinienem teraz uczynić? – przerwał starcowi
komtur, kopiąc ropuchę, która mu wlazła na okutego stalą buta.
- Mówiłem, że może opluć! – uśmiechnął się Wróż. – Będzie długo
śmierdziało! Tak jest zawsze, gdy najpierw się coś uczyni, a potem zda
sprawę z konsekwencji.
- Nie pomyślałem! – usprawiedliwiał się komtur, wycierając płaszczem gęstą maź.
- Tak jest zawsze! – zamruczał starzec. – Najpierw coś głupiego, a
potem: „Ja nie chciałem. To nie tak miało być!” A wy panie? Wiecie, co
światu może przynieść straszliwy Niedźwiedziożerca, z którego
najstraszliwszym sługą pakt zawarliście? Wiecie, co się stanie, gdy
Wrota Otchłani zostaną otworzone! Tutaj nie chodzi jeno o wasz zakon,
który przetrwa, o co wy pobożny komturze się sami postaracie. Zielony
Las wcale nie będzie oznaczał kresu waszego istnienia, a wam panie
przyniesie wielkie wyniesienie. Strzeżcie się jeno Nowej Marchii! Nie
pozwólcie też, by gniew przesłonił wasza prawdziwą twarz. – Wróż
podniósł głowę do góry i komtur dopiero teraz zobaczył, że jego
rozmówca jest ślepy. - Kamień trzeba zniszczyć, ale nie dokona tego
żaden człowiek! Pamiętajcie panie! Nie wierzcie fałszywym przyjaciołom!
Świat Gorgota nie jest światem Zakonu! Nie pozwólcie, by miraże
przesłoniły wam rzeczywistość. Nie pozory świadczą o osobie! Zerwijcie
przeklęty pakt Gorgotem! Kamień nie jest ratunkiem dla Zakonu! To wiara
przyniesie wam odnowę! Kamień jest waszym przekleństwem!
Komtur Henryk von Plauen nie słuchał już dłużej słów starego Wróża. Jakaś nadludzka siła nakazała mu wstać i ruszyć ku wyjściu.
Kiedy jego rumak galopował w stronę posiadłości Zakonu, komtur nie myślał już o niczym!
|
|
|
|
Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować |
|
Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie * przez aneza dnia 21-12-2005 o godz. 13:13:23 | No, sprawnie odsłaniasz tajemnicę, kawałek po kawałku.
Mam zastrzeżenia do niezręczności językowych: wypruwał dosłownie, tonęły dosłownie (jeśli juz, to w odwrotnej kolejności) - słowa dosłownie nieco nadużywasz, podobnie ja wręcz - wręcz otwartego buntu. I jeszcze drobiazg - jako że nie rozdziela się przecinkiem - wedle mojego wyczucia, przecinek powinien być przed. No i Wolf raczej powie rycerzy niż wojowników. |
Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie * przez Winrich dnia 21-12-2005 o godz. 16:43:09 | Najciekawsze jest to, że trochę żongluję sobie rozdziałami i wcale nie podaję ich we właściwej kolejności, ale to tak nawiasem mówiąc.
Z tymi niezręcznościami językowymi pełna zgoda. Już moja żona zawsze powtarza, że jak się uczepię jakiegoś słowa, to jak rzep et cetera...
Co do okreslenia wojowie to trzeba pamiętać, że Wolf mówi w starogermańskim, ale nie upieram się.
Przy okazji najlepszego z okazji zbliżających się Świąt.
Pozdrawiam, kłaniając się staropolsko
WK |
Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie * przez aneza dnia 23-12-2005 o godz. 13:59:20 | | Podejrzewam, że Wolf, jak przystało na szpiega i apostatę, woli się nie wyrózniać, a więc mówi jak najmniej zindywidualizowanym językiem, bez żadnych archaimów. A pod Grunwaldem walczyli przecież już rycerze, z całą oprawą związaną z tym słowem. |
|
|
Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie * przez yarre dnia 21-12-2005 o godz. 14:16:00 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | nie wiem, czy wolf powie rycerzy. Wiem natomiast, ze von plauen zbyt powazny facet, zeby ryby jeśc poprzez wrzucanie ich do geby)))) Wyobraź to sobie: siedzi krzyżak, podrzuca kawałki ryby i łapie je jak tresowana foka:))) zmień to jakoś. Wiecej nic nie zauwazyłem - trzymasz poziom
"Werner lub czcigodny Kriwun., " o jedną kropke albo przecinek za daleko)
ps.
maila wysłałem wczoraj - mam nadzieję, ze dojdzie. |
Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie * przez Winrich dnia 21-12-2005 o godz. 16:28:30 | Być może wyrażenie niezbyt szczęśliwe. Jak to dobrze jednak, że ktoś uważnie czyta. A sam fakt jedzenia przez niego ryby poza porą posiłków był złamaniem reguły.
Mejla niestety nie dostałem. Mam natomiast nadzieję, że zamówienie w większości dotarło. Jak cie jeszcze coś interesuje, to daj znać (najlepiej na oba adresy, albo na priva (bo twoje chyba dochodzą).
Pozdrawiam
WK |
Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie * przez arf_il dnia 21-12-2005 o godz. 22:49:54 | | Tradycyjnie jestem na TAK :) Podoba się. uważam, że tylko jeden zgrzyt - nie uważasz że von Plaunem zbyt łatwo wyprowadził w pole Wolfa - szefa szpiegów??? Nienajlepiej to o Wolfie świadczy jako o szpiegu. Poza tym dobrze się czyta a tak naprawdę to największy plus każdej powieści czy opowiadania. Gwiazdka na gwiazdkę jak najbardziej zasłużona. |
Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie * przez Anonimus dnia 22-12-2005 o godz. 09:20:27 | jw.
prponuję gwiazdki dwie:) rahl. |
Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie * przez aneza dnia 23-12-2005 o godz. 14:00:29 | | Yarrku, wyslalam ci maila, a ty nic. Dotarł chociaż? |
Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie * przez aneza dnia 23-12-2005 o godz. 14:01:59 | | A z wrzucaniem to masz rację. Nie zauważyłam. Aż się usmiałam z Twojego komenta o foce. |
Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie * przez yarre dnia 24-12-2005 o godz. 09:19:55 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | kurcze(( nie miało być smiesznie:) z kogo jak z kogo, ale z winricha to sie nie chce natrząsać (mógłby nasłać na mnie krzyżaków) - a mail nie dotarł(((. podaje adresy alternatywne - niestety tutaj, bo posty to dziadostwo:
chatnoir@airport.wroclaw.pl
chatnoire@gazeta.pl
zenonkliszko@wp.pl
:) |
|
|
Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie * przez synthspirit dnia 21-12-2005 o godz. 22:03:11 | (...) von plauen zbyt powazny facet, zeby ryby jeśc poprzez wrzucanie ich do geby))))
J.w. :)))
Poza tym - wciąż się nie znudziłem. Mało tego, niecierpliwie czekam na kolejne odsłony. To naprawdę komplement;)))
synth |
Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie * przez Winrich dnia 22-12-2005 o godz. 08:54:46 | Dzięki za komplement!
Tych odsłon już zbyt wiele nie planuję, bo rozdziałów w sumie jest osiemnaście i obawiam się, że jednak to nazbyt wiele. Z całą pewnością będzie jeszcze rozdział finałowy czyli bitwa pod Grunwaldem.
Przy okazji pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego (Świątecznie!!!)
WK |
Re: Wróż i zakonnik - opowiadanie przedgrunwaldzkie * przez Serena dnia 26-01-2009 o godz. 17:12:30 | | według mnie to bardzo ciekawe opowiadanie. nie wiem czemu ale ostatnio polubiłam takie utwory o zabarwieniu historycznym:) pozdrawiam |
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione. |
Reklama w Portalu Literackim
|
|