Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 46 gość(ci) i 4 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: TRESORNIA /opowiadanie/ *
Wysłano dnia 08-11-2001 o godz. 11:55:50
Autor: Lukasz_Badula

Obok schodów prowadzących na pierwsze piętro, tuż przy wejściu, znajdują się odrapane drzwi do piwnicy. Tej, która jeszcze zimą przyjęła bezdomnych narkomanów, charkających krwią i znaczących wszelkie kąty swoim zakalcem. Pewnego dnia wprowadził się tam, ot tak po prostu, pan Henryk. Ze swoimi poplecznikami skutecznie wyeksmitował usychających ćpunów na chodnik, ale mimo renomy rasowego destylatora trunków wytrzymał w lochach nowej meliny zaledwie miesiąc. Bezpośrednio stamtąd trafił do przechowalni bagaży cielesnych, uboższy o te parę wyplutych kawałków wątroby. Kolejnym rezydentem piwnicy był glaniastosłup spod ósemki; organizator konferencji kopaczy - łysy od urodzenia. Imprezował krótko, acz intensywnie. Podłoga i ściany zmieniły stan skupienia, a małe okienko rozebrało się aż do samych framug. Glanowca zaś chyba zagryzły psy gończe: głupia odzywka, furia, atak i kleksy krwi na klatce schodowej. Od tego momentu piwnica czeka na właściciela. Nic dziwnego, skoro po całym pomieszczeniu grasują drobne ustroje syfu. Dozorca dawno połknął klucz, a jeśli nawet ten zardzewiały kawałek metalu mu się zwrócił, to i tak spłynął do rur z zeszłorocznymi życzeniami. Miejsce w każdym razie stoi otworem. Otwór to niewielki, lecz wystarczający by wysłać na zasłużone wakacje zameczek, wstawiony przez wstawionego ślusarza.
Lokal wymaga troskliwej opieki, przeglądu, remontu, czegokolwiek, co przywróciłoby mu pamięć mieszkańców. I nie chodzi już tylko o skatalogowanie igieł, strzykawek, martwych szczurów, pustych butelek; dokumentację czasów, w których nastąpiło zrównanie dna z mocą. Nadarza się wreszcie szansa upaść jak najniżej w całej krasie upodlenia zmysłów. Na jedną noc, mały przecinek w wieczności, pozbawiona mebli podświadomość całego budynku może być substytutem najprawdziwszego podziemia; korzennym wywarem spontanicznego buntu . W charakterze totemu wystąpiłby solidny sprzęt odtwarzający z kolumnami o sile rażenia co najmniej 100 wat (aby natężenie dźwięku zlizywało tynk ze ścian). Do tego goście, uczestnicy, rezydenci równie otwarci na innych jak inni zamknięci na drugich i trzecich w pierwszej osobie. Mocni zogniskowanym dźwiękiem, przytuleni do siebie plecami i czekający, aż wibrujące niskie częstotliwości zabiorą cokolwiek gdziekolwiek, a najdrapieżniejsza z żyjących istot poruszy ich sercem. Poczuliby metaliczny smak krojonej blachy, wibrowanie miliona śrubek, których śpiew zagłusza hydrauliczna prasa rytmu.

Dudnienie powinno zwabić kilka osób. Pierwszy przyturla się Jurcio. Ach, Jurcio, to biedne dziecko. Utalentowany plastyk, który nie namalował ani jednego obrazu, za to podróżował po wszystkich stanach świadomości. Jurcio, skarbonka chorób psychicznych, wiotka roślinka. Odstawi swój charakterystyczny fokstrot, po czym odpadnie i upadnie u stóp osiedlowych ławeczników czekających na przybycie niebieskich lasek. Ale te nany w majtkach przerobionych na maxi mini wrócą dopiero nad ranem, prosto z mrugających stroboskopowymi drinkami dyskotek, gdzie rozstawiają swe anorektyczne nogi i podpierają plecami automaty z gumą do życia zabijania. Powrócą do gniazdek nie zwróciwszy uwagi na blocznych trzepakowców w dresach, którzy mogą jedynie pomarzyć ze śliną w ustach o wilgotnych dziurach do zapychania lub odwiedzić studentów spod dwunastki w czasie jednej z tych imprez, gdy białe rękawiczki intelektu zastępuje porykiwanie wiejskich buhajów, a telewizor krztusi się od bazarowych pornoli. Mrowisko blaszaków wprowadzonej w ruch Tresorni nie zmieni zapatrywań tych twardzieli o etosie (h)erosa. Spróbują rozbroić sprzęt i rozkwasić miny co niektórym, tak jak uczono ich w ubikacjach szkół. Z dużą ilością potu, papierosów i win darowanych.

Nie nasyci brzęk głodnych staruszków, nie wygra z hukiem ciszy odgradzającej ich słuch od codzienności, nie wyjdzie poza rykoszet molestowania hałasem. Pozostawi najwyżej kolejną zadrę i oddali się, chociaż nie do wytrzymania, zbyt głośno... Lepsze kotary, czarno biały odbiornik, herbata bez cukru, kolejne odcinki serialu rent albo emerytur. Zwyczajna proza nie pozwala starszyźnie zejść do piwnicy, zasiąść przy wspólnym stole i dzielić się pokarmem, jaki wytapia walcowe uderzenie Tresora, chłonąć jego najdrobniejszy detal, najmniejszą cząsteczkę fluktuacji lotów niskich basów. Bo wzrok płata figle, schody zaś strome. W piwnicy jest zimno i niebezpiecznie, zaś brud odstrasza wiekowych lokatorów. Brudne są nie tylko ściany, podłoga, ale i charkot nienaoliwionych kół zębatych - tresorcza preparacja, maszynowe odciski, plomby hekatomby. Reszta miazgą.

Horyzont korozji emitowanego dźwięku wyznacza nośność piwnicznych ścian. Te sztuczne zapory, nie pierwszej młodości, ledwie wytrzymują nacisk decybeli, choć skowyt marmuru o zachodzie Słońca należy do najprzyjemniejszych zjawisk rewiru żelbetonowych blokowisk. Stygmaty syntetycznej emancypacji może wtedy odczuć każdy mieszkaniec kilkupiętrowej nory. Niestety, bez szansy na choćby chwilowe przebudzenie z hibernacji w tyglu funkcyjności, jakie nadaje mu codzienne dopełnianie zbioru tłumu. Mimo tego, iż rozpozna w pasażach tresorczych ścieżkę dźwiękową swojego istnienia pośród zakładników przemysłowych, to w gruncie rzeczy przekaz mechanicznej tresury pozostanie dla niego irytującym aktem perswazji. Jeśli każdego dnia zalewa mózg wrzątkiem industrialnych bąbelków, parzy szare komórki warkotami fabrycznych ulic z halami halogenowymi, to spuszcza głowę, wzdycha i wdycha smród wirusa metropolii. Ale kiedy cały zgiełk martwej natury dużego miasta zostaje uporządkowany, a następnie w postaci cyferek skodyfikowany oraz przetransponowany na płaszczyznę pierwotnego, plemiennego transu, ten szaraczek blokowy wścieka się, protestuje, wali w ścianę, dzwoni do administracji. Z czym chce walczyć i przeciwko czemu, on i tysiące innych? Z językiem dżungli, która ich wydała? Przeciwko jego estetyzacji? Prędzej zawiśnie na klepsydrach.

Ostatnio niewiele słychać o M. Nikt o niej nie rozmawia. Nie komentuje jej wybryków. Prawdopodobnie wyprowadziła się i teraz komuś innemu pokazuje język, wypina swoje cztery wzgórki; doskonała jako szczenię, które i gryźć i lizać potrafi. Szkoda, bo właśnie M posiadała słuch idealny do poddania się wyczerpującej tresurze rytmów synteksu. Być może jeszcze tkwi na szpitalnym łóżku, dochodząc do siebie po fatalnym spadku formy - wypadku spowodowanym brakiem wyczucia rzeczywistości. Wypadku, po którym prawie wszyscy się od niej odwrócili, jakby o wyjątkowości M przesądzała nie swoistość manifestowanych postaw, lecz koniunkturalizm. W rezultacie brak M stał się usprawiedliwieniem dla wegetantantów blokowiska. Długa nieobecność zaciera wrażenie, wyczucie zmysłów, zdolność do partycypacji w odtwarzanej z pamięci empirii. Z dzisiejszej perspektywy właściwie nie wiadomo czy M istniała realnie wewnątrz bunkra ponurantów i skrytych morderców. A jeśli nie było i nie ma Muzyki, Melancholii, Miłości?

Plątanina szumów uchwyconych przez narządy słuchu to dla mózgu trywialna radość odczytania sekwencyjności pod płaszczykiem wzruszenia. Z kolei doznanie smutku, nostalgii, jakkolwiek je nazwać pozostaje ciągle słabością sentymentalizmu. A kochanie - napisane na kartonach, opakowaniach różnych półproduktów, które można nabyć, zaraz przy osiedlu, w otwartym 24 godziny na dobę supermarkecie, czym będzie na tle run ruin jutra... Nadzieja w technicznej ekstazie powinna połączyć, ale nie połączy, ponieważ piwnica już nie odżyje, a sen o nadejściu Tresora straci swój realny zarys, przechodząc w sferę banalnych ideałów. Dlatego póki jeszcze nie ma zimy obiecanej, nie nastąpił koniec swata, należy podgrzewać temperaturę obu półkuli, zadbać o prawidłową penalizację pragnień odlotu. Pneumatyczny młot tresorówki jest w stanie wybić metafizyczne rozterki, chęć dublowania rzeczywistości wymiarami duchowymi ku pokrzepieniu lęków. Tak więc trancende, choćby je ne se qua!
Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 0

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować



Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim