Nowe recenzje
· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz[ RECENZJE ]
Online
Aktualnie jest 46 gość(ci) i 4 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
NA FORUM
 | wszystko jest do zmiany |
 | FABRYKA-NASZE MIEJSCE W KOSMOSIE |
 | Funkcja redaktora - rezygnacja umorusańca |
 | Jerzy Reuter - Izobar nie żyje |
 | CO Z RUBRYKĄ |
 | Zaproszenie na kwietniowy DACH |
 | O stronie na stronie. |
 | Fantazje Zielonogórskie 2012 - konkurs na opowiadanie |
 | Coś dla poetów i miłośników poezji |
 | Kwiecień plecień w netkulturze! |
 | Cytat z Forum |
 | Zbieramy teksty do nowego numeru Magazynu Cegła!!! |
 | Konkurs Poetycki „O Srebrne Pióro MDK” – VI edycja |
 | CHATA |
 | Dość codzienność! |
 | Zapraszamy na Świąteczny DACH |
 | Kto |
 | Ody odbite Karola Maliszewskiego |
 | Pierwsze zdanie! |
 | współpraca przy scenariuszu - za pieniądze |
 | Ankieta dotycząca czytelnictwa kryminałów |
 | Czarny Kot |
 | Rozwój osobisty medytacje terapeutyczne |
 | ID w Czasie Fantastyki |
 | Barwy, a tworzenie nastroju |
 | Nieznane teksty Tadeusza Konwickiego w |
 | Rozwój osobisty kluczem do sukcesu |
 | Co Na Scenie - Nowy Wymiar Teatru |
 | nieTUZINkowa 12-ka Netkultury |
 |
Epika: TRESORNIA /opowiadanie/ *
Wysłano dnia 08-11-2001 o godz. 11:55:50
Autor: Lukasz_Badula
Obok schodów prowadzących na pierwsze piętro, tuż przy wejściu, znajdują się odrapane drzwi do piwnicy. Tej, która jeszcze zimą przyjęła bezdomnych narkomanów, charkających krwią i znaczących wszelkie kąty swoim zakalcem. Pewnego dnia wprowadził się tam, ot tak po prostu, pan Henryk. Ze swoimi poplecznikami skutecznie wyeksmitował usychających ćpunów na chodnik, ale mimo renomy rasowego destylatora trunków wytrzymał w lochach nowej meliny zaledwie miesiąc. Bezpośrednio stamtąd trafił do przechowalni bagaży cielesnych, uboższy o te parę wyplutych kawałków wątroby. Kolejnym rezydentem piwnicy był glaniastosłup spod ósemki; organizator konferencji kopaczy - łysy od urodzenia. Imprezował krótko, acz intensywnie. Podłoga i ściany zmieniły stan skupienia, a małe okienko rozebrało się aż do samych framug. Glanowca zaś chyba zagryzły psy gończe: głupia odzywka, furia, atak i kleksy krwi na klatce schodowej. Od tego momentu piwnica czeka na właściciela. Nic dziwnego, skoro po całym pomieszczeniu grasują drobne ustroje syfu. Dozorca dawno połknął klucz, a jeśli nawet ten zardzewiały kawałek metalu mu się zwrócił, to i tak spłynął do rur z zeszłorocznymi życzeniami. Miejsce w każdym razie stoi otworem. Otwór to niewielki, lecz wystarczający by wysłać na zasłużone wakacje zameczek, wstawiony przez wstawionego ślusarza. Lokal wymaga troskliwej opieki, przeglądu, remontu, czegokolwiek, co
przywróciłoby mu pamięć mieszkańców. I nie chodzi już tylko o
skatalogowanie igieł, strzykawek, martwych szczurów, pustych butelek;
dokumentację czasów, w których nastąpiło zrównanie dna z mocą. Nadarza
się wreszcie szansa upaść jak najniżej w całej krasie upodlenia
zmysłów. Na jedną noc, mały przecinek w wieczności, pozbawiona mebli
podświadomość całego budynku może być substytutem najprawdziwszego
podziemia; korzennym wywarem spontanicznego buntu . W charakterze
totemu wystąpiłby solidny sprzęt odtwarzający z kolumnami o sile
rażenia co najmniej 100 wat (aby natężenie dźwięku zlizywało tynk ze
ścian). Do tego goście, uczestnicy, rezydenci równie otwarci na innych
jak inni zamknięci na drugich i trzecich w pierwszej osobie. Mocni
zogniskowanym dźwiękiem, przytuleni do siebie plecami i czekający, aż
wibrujące niskie częstotliwości zabiorą cokolwiek gdziekolwiek, a
najdrapieżniejsza z żyjących istot poruszy ich sercem. Poczuliby
metaliczny smak krojonej blachy, wibrowanie miliona śrubek, których
śpiew zagłusza hydrauliczna prasa rytmu.
Dudnienie powinno zwabić kilka osób. Pierwszy przyturla się Jurcio.
Ach, Jurcio, to biedne dziecko. Utalentowany plastyk, który nie
namalował ani jednego obrazu, za to podróżował po wszystkich stanach
świadomości. Jurcio, skarbonka chorób psychicznych, wiotka roślinka.
Odstawi swój charakterystyczny fokstrot, po czym odpadnie i upadnie u
stóp osiedlowych ławeczników czekających na przybycie niebieskich
lasek. Ale te nany w majtkach przerobionych na maxi mini wrócą dopiero
nad ranem, prosto z mrugających stroboskopowymi drinkami dyskotek,
gdzie rozstawiają swe anorektyczne nogi i podpierają plecami automaty z
gumą do życia zabijania. Powrócą do gniazdek nie zwróciwszy uwagi na
blocznych trzepakowców w dresach, którzy mogą jedynie pomarzyć ze śliną
w ustach o wilgotnych dziurach do zapychania lub odwiedzić studentów
spod dwunastki w czasie jednej z tych imprez, gdy białe rękawiczki
intelektu zastępuje porykiwanie wiejskich buhajów, a telewizor krztusi
się od bazarowych pornoli. Mrowisko blaszaków wprowadzonej w ruch
Tresorni nie zmieni zapatrywań tych twardzieli o etosie (h)erosa.
Spróbują rozbroić sprzęt i rozkwasić miny co niektórym, tak jak uczono
ich w ubikacjach szkół. Z dużą ilością potu, papierosów i win
darowanych.
Nie nasyci brzęk głodnych staruszków, nie wygra z hukiem ciszy
odgradzającej ich słuch od codzienności, nie wyjdzie poza rykoszet
molestowania hałasem. Pozostawi najwyżej kolejną zadrę i oddali się,
chociaż nie do wytrzymania, zbyt głośno... Lepsze kotary, czarno biały
odbiornik, herbata bez cukru, kolejne odcinki serialu rent albo
emerytur. Zwyczajna proza nie pozwala starszyźnie zejść do piwnicy,
zasiąść przy wspólnym stole i dzielić się pokarmem, jaki wytapia
walcowe uderzenie Tresora, chłonąć jego najdrobniejszy detal,
najmniejszą cząsteczkę fluktuacji lotów niskich basów. Bo wzrok płata
figle, schody zaś strome. W piwnicy jest zimno i niebezpiecznie, zaś
brud odstrasza wiekowych lokatorów. Brudne są nie tylko ściany,
podłoga, ale i charkot nienaoliwionych kół zębatych - tresorcza
preparacja, maszynowe odciski, plomby hekatomby. Reszta miazgą.
Horyzont korozji emitowanego dźwięku wyznacza nośność piwnicznych
ścian. Te sztuczne zapory, nie pierwszej młodości, ledwie wytrzymują
nacisk decybeli, choć skowyt marmuru o zachodzie Słońca należy do
najprzyjemniejszych zjawisk rewiru żelbetonowych blokowisk. Stygmaty
syntetycznej emancypacji może wtedy odczuć każdy mieszkaniec
kilkupiętrowej nory. Niestety, bez szansy na choćby chwilowe
przebudzenie z hibernacji w tyglu funkcyjności, jakie nadaje mu
codzienne dopełnianie zbioru tłumu. Mimo tego, iż rozpozna w pasażach
tresorczych ścieżkę dźwiękową swojego istnienia pośród zakładników
przemysłowych, to w gruncie rzeczy przekaz mechanicznej tresury
pozostanie dla niego irytującym aktem perswazji. Jeśli każdego dnia
zalewa mózg wrzątkiem industrialnych bąbelków, parzy szare komórki
warkotami fabrycznych ulic z halami halogenowymi, to spuszcza głowę,
wzdycha i wdycha smród wirusa metropolii. Ale kiedy cały zgiełk martwej
natury dużego miasta zostaje uporządkowany, a następnie w postaci
cyferek skodyfikowany oraz przetransponowany na płaszczyznę
pierwotnego, plemiennego transu, ten szaraczek blokowy wścieka się,
protestuje, wali w ścianę, dzwoni do administracji. Z czym chce walczyć
i przeciwko czemu, on i tysiące innych? Z językiem dżungli, która ich
wydała? Przeciwko jego estetyzacji? Prędzej zawiśnie na klepsydrach.
Ostatnio niewiele słychać o M. Nikt o niej nie rozmawia. Nie
komentuje jej wybryków. Prawdopodobnie wyprowadziła się i teraz komuś
innemu pokazuje język, wypina swoje cztery wzgórki; doskonała jako
szczenię, które i gryźć i lizać potrafi. Szkoda, bo właśnie M posiadała
słuch idealny do poddania się wyczerpującej tresurze rytmów synteksu.
Być może jeszcze tkwi na szpitalnym łóżku, dochodząc do siebie po
fatalnym spadku formy - wypadku spowodowanym brakiem wyczucia
rzeczywistości. Wypadku, po którym prawie wszyscy się od niej
odwrócili, jakby o wyjątkowości M przesądzała nie swoistość
manifestowanych postaw, lecz koniunkturalizm. W rezultacie brak M stał
się usprawiedliwieniem dla wegetantantów blokowiska. Długa nieobecność
zaciera wrażenie, wyczucie zmysłów, zdolność do partycypacji w
odtwarzanej z pamięci empirii. Z dzisiejszej perspektywy właściwie nie
wiadomo czy M istniała realnie wewnątrz bunkra ponurantów i skrytych
morderców. A jeśli nie było i nie ma Muzyki, Melancholii, Miłości?
Plątanina szumów uchwyconych przez narządy słuchu to dla mózgu
trywialna radość odczytania sekwencyjności pod płaszczykiem wzruszenia.
Z kolei doznanie smutku, nostalgii, jakkolwiek je nazwać pozostaje
ciągle słabością sentymentalizmu. A kochanie - napisane na kartonach,
opakowaniach różnych półproduktów, które można nabyć, zaraz przy
osiedlu, w otwartym 24 godziny na dobę supermarkecie, czym będzie na
tle run ruin jutra... Nadzieja w technicznej ekstazie powinna połączyć,
ale nie połączy, ponieważ piwnica już nie odżyje, a sen o nadejściu
Tresora straci swój realny zarys, przechodząc w sferę banalnych
ideałów. Dlatego póki jeszcze nie ma zimy obiecanej, nie nastąpił
koniec swata, należy podgrzewać temperaturę obu półkuli, zadbać o
prawidłową penalizację pragnień odlotu. Pneumatyczny młot tresorówki
jest w stanie wybić metafizyczne rozterki, chęć dublowania
rzeczywistości wymiarami duchowymi ku pokrzepieniu lęków. Tak więc
trancende, choćby je ne se qua!
|
|
|
|
Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować |
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione. |
Reklama w Portalu Literackim
|
|