Epika: KADMON /1 cz.Trylogii ***
Wysłano dnia 09-11-2001 o godz. 12:15:51
Autor: Joanna_Handerek
Rozdział I
SZUKANIE ADAMA
— Spotkajmy się jutro.
— Ale gdzie ono jest?
— Mój boże ty znowu zapominasz!
— Kogo ty wzywasz?
— Ty znowu jesteś pusty!
— Tak, znowu.
— A jednak coś ci zostało.
Ucieszył się dziwny chudy jegomość w kapeluszu i pogłaskał po głowie bladą osobę stojącą obok niego.
— No to co, spotkamy się?
Powtórzył ostrożnie nie kończąc.
— Co to jest: no?
— Niechlujstwo językowe.
— Co?
— Czy ty tak zawsze będziesz się wymazywał? Mógłbyś czasami chociaż słowa potoczne sobie zostawić. Tak wiem, za każdym razem są one zdecydowanie inne i za każdym razem czego innego dotyczą, ale mimo wszystko, gdybyś wykazał trochę dobrej woli... Nie jesteś tablicą, ani kartką, na której zostaje zawsze jakiś ślad — to wiem, jesteś istotą, pamiętam, ale mimo wszystko. Blady, w skupieniu, wsłuchiwał się w słowa kapelusznika. Co miał
oznaczać ten potok dźwięków, cała litania, adresowana w nie zapisaną
przestrzeń jego głowy. Bezradnie wiercił się i kręcił. Odczuwał
wyraźnie niezadowolenie tamtego i jakąś swoją winę. Ale jaką? W jego
głowie szumiało od otwartych oczu i uszu. Przymknął więc na chwilę
powieki, by uspokoić przeciąg. Pod powiekami nic nie było, oprócz
kształtu głowy i czarnego kapelusza tamtego.
— Chodźmy.
Wreszcie Chudy w Kapeluszu uśmiechnął się pobłażliwie, obejmując opiekuńczo bladego.
— Dokąd?
— Jak to dokąd? Muszę znowu wszystkiego nauczyć cię od nowa. Znowu
jesteś duszą, którą wyłowiłem z pustego ogrodu. Od nowa będziesz
oglądał to, co cię otacza i szukać dla tego wszystkiego nazw i
wyjaśnień.
— Ale po co?
— Żebyś mógł dalej oglądać, dalej nazywać i dalej pytać. I tak do
ponownego przepełnienia. I tak do kolejnego szczytu twojej abstrakcji,
twojej sztuki, twojej duszy. Żebyś mógł potem na powrót nie istnieć.
— A ty?
— Ja muszę tu cały czas na ciebie czekać. Otwierać ci drzwi, kiedy
przychodzisz i sprzątać po tobie, kiedy odchodzisz. Czy ty wiesz, jak
ty ostatnio nabałaganiłeś. Tyle smrodu, porozrzucanych strzępów i
znaczeń. Obrzydliwość, jedna wielka obrzydliwość. O Boże, o Boże, a
jeżeli ty znowu tak zaczniesz?
— Kogo ty tak ciągle przywołujesz ? Przecież jesteśmy tylko my dwaj.
— Tak, tak — zajęczał Chudy w Kapeluszu — od tego pytania się zwykle zaczyna, teraz to ci pójdzie bardzo łatwo.
Blady zirytował się nagle. Miał już dosyć całej tej sytuacji.
Postanowił wyrwać się narzuconemu mu opiekunowi i zaczął, najszybciej
jak tylko potrafił, odchodzić od niego. Przed nim rozciągały się dziwne
tereny. Twardo-szare, twardo-brunatne. Na wprost jasno-niebieskie z
białymi plamami pośrodku. Twardo-szaro, twardo-zielono, aż bolą stopy
od każdego kroku. I nagle zrozumiał, że jest wyprostowany. To już nie
był spokój jednego koloru i jednej płaszczyzny horyzontu. To były całe
roje atakujących kształtów, mozaika tego, co przed nim, co po prawej a
co po lewej stronie jego wyprostowanej postaci. Poczuł, jak gorąca fala
wypełnia mu policzki i zrobił coś dlań niewyobrażalnego. Podniósł
głowę. To nie było spokojem, to nie było lękiem, to było trwogą. Nad
jego głową wisiało błękitne-nic, a raczej rozciągało się rażąco
Błękitne-Nic.
— Zaczynasz, zaczynasz!
Gdzieś za nim złowrogo trwały słowa chudego w kapeluszu. Usiadł na
twardo-zielonym by, uspokoić kroki swojego ciała i szum swojej głowy.
Wyprostowany na przeciwko pustki.
—Idź dalej ! Nie zatrzymuj się już teraz. No coś ty, zwariowałeś!
Chudy w Kapeluszu stał za nim i próbował go podnieść z twardo-zielonego.
— Idź, idź, rozglądaj się i nazywaj. A co! Może się boisz — nuta
zwycięstwa pobrzmiewała w głosie chudego — A co! może sobie już coś
przypominasz. Ten bajzel, ten zasrany burdel, któryś mi tu ostatnio
sprawił !
Teraz Chudy w Kapeluszu był naprawdę wściekły.
— Idź ty chudy potworze, ty łysa pało, głupie ścierwo, no won, wynocha tam!
Blady, wystraszony, wstał ze swojego miejsca i ustawił się w stronę wskazanego mu kierunku.
— Mieliśmy się spotkać — próbował się jeszcze ratować, ale
odpowiedziało mu tylko wściekłe popchnięcie przez Chudego w Kapeluszu.
— Może jutro — powtórzył zapamiętany dźwięk, ale i to nie dało rezultatu.
Przerażony, tą nagłą agresją wymierzoną w niego i tym wielkim Nic
tuż nad nim, ruszył we wskazanym mu kierunku. Przed nim rozciągało się
cały czas to dziwne- twarde, dziwne-rzadkie, dziwne-ciepłe. Czuł, że
coś zawinił, czuł że coś powinien wiedzieć, ale w jego głowie był tylko
przeciąg od nieustannie otwartych oczu i uszu. Gdy próbował przymknąć
powieki widział pod nimi dziwne-twarde, tamtego w jego kapeluszu i jego
złe wargi wykrzykujące magiczne formuły, przeklinające cały los
bladego.
Szedł bardzo długo. Bał się zatrzymać, żeby nie powrócił tamten,
bał się rozglądać, żeby nie widzieć tego, co złowrogą nowością
wyłaniało się co chwila z naprzeciwka. Jego ciało tłukło się w nim i
rozbijało w każdym następnym kroku. Coraz częściej przymykał powieki,
by dać odpocząć głowie. To były sekundy ukojenia i objawienia. Wówczas
pojawiała mu się przychylna ciemność odgradzająca go od świata. Chyba
musiał wcześniej w niej być, ale dlaczego z niej wyszedł? Czy ktoś mu
to nakazał? Czy to może Chudy w Kapeluszu ? Czy może ktoś inny?
Możliwe, że to właśnie Chudy z tą jego przewrotnością, najpierw był
taki miły, a zaraz potem go odrzucił. Przypomniał sobie nagle wołanie.
Ktoś go jednak wtedy wywołał. Nie! To teraz ktoś go woła.
— Tutaj! — usłyszał donośny dźwięk i zaczął się rozglądać — Tutaj,
tutaj — nieco z boku stał ktoś inny, jeszcze jeden, Inny Nieznajomy.
Trochę podobny do bladego, a trochę do chudego.
— Tutaj! Tutaj!
— To ty jesteś Bogiem? — Blady przypomniał sobie imię wymawiane przez chudego.
— Nie, coś ty, kto ci to powiedział?
Blady przestraszył się, że zrobił coś złego, przypomniał sobie słowa
Chudego w Kapeluszu, że już kiedyś zrobił coś złego i że prawdopodobnie
zrobi to raz jeszcze. Znowu zaczął się bać, tym razem siebie samego.
— Nie jestem Bogiem. Jestem kimś innym.
— A kim jest Bóg ?
— Nie wiesz?
Blady zaprzeczył niezdarnym ruchem głowy i dodał — jeszcze go nie spotkałem.
— Nie spotkałeś, wiesz, ty tym razem wróciłeś wyjątkowo głupi.
Teraz widzę, że wczoraj niepotrzebnie się martwiliśmy. Ty na razie nic
nie zrobisz, będziesz tylko tak łaził w koło i śmierdział ze strachu.
— Czy ty jesteś zły na mnie? Czy ja coś złego zrobiłem?
— Chłopie, ocknij się, czy ty naprawdę nic nie pamiętasz?
— Nie. To znaczy tak, coś pamiętam, pamiętam ciemność.
— A ogród?
— Nie.
— Ogrodzenia, płoty, parkany, żywopłoty, mury, drut kolczasty?
— Nie.
— Kamienie, rynny, okna, klamki. śmieci?
— Nie.
— A głos?
— Nie. Chyba, że wołanie.
— Jakie wołanie?
— Wołanie kiedy byłem w ciemnościach.
— Czyje?
— Nie wiem, myślałem że twoje.
Inny Nieznajomy uśmiechnął się spokojnie. Poklepał po ramieniu bladego i ciepło powiedział.
— Nie bój się już tak. To na prawdę nie twoja wina, że zapomniałeś o wszystkim. Już taki jesteś.
—W takim razie, gdzieś jest moja wina?
— No, bez przesady. Skoro nic nie pamiętasz, wróciłeś jako nowy, to
znaczy, że jej nie ma. Zmazało się wszystko i teraz zaczynasz nową
drogę, nową opowieść.
— Ale dlaczego? Jeżeli coś było w ciemności, albo przed ciemnością, to
ja muszę to sobie przypomnieć, muszę to coś odnaleźć.
— Oj nie — ciągle uśmiechnięty Inny Nieznajomy zaniepokoił się wyraźnie
— nie ma sensu, by zaczynać w ten sposób. Po pierwsze, przestań chodzić
w kółko, przestań się bać. Skup się tylko na tym, co teraz. Sam
zauważyłeś, że jesteś już wyprostowany.
— Skąd wiesz!
— Powiedzmy, że cię obserwowałem.
— Ale jak to mogłeś zauważyć?
— Masz taką otwartą głowę i w niej tak niewiele. Każde twoje
spojrzenie, każde spostrzeżenie jest w niej od razu widoczne na wylot.
— Skoro tak, to czemu pytasz czy coś pamiętam, powinieneś widzieć, że mam pustą głowę.
— O brawo — wyraźnie zdziwił się Inny Nieznajomy — a jednak coś ci
zostało, albo uczysz się tak szybko. W każdym razie moje gratulacje.
Wracając do pamięci, nie mieści się ona w twojej głowie, a w całym
tobie poumieszczane są kawałeczki ciebie tamtego sprzed dwudziestej
siódmej ciemności.
— Dwudziestej siódmej?
— Oj ! Już nic ci nie powiem! Idź i nie bój się.
— A nie spotkamy się jutro?
— Może.
Inny Nieznajomy odwrócił się lekko i przeszedł w dziwne-niebieskie.
Dlaczego ja tak nie mogę — zastanawiał się blady — tylko muszę iść po
dziwnym-zielonymm, albo dziwnym-szarym. I nagle zrozumiał drugą rzecz,
która mu się przydarzyła w ciągu tego okresu. Zaczął zadawać pytania.
Pytał Chudego w Kapeluszu, pytał Innego Nieznajomego, pytał siebie,
może nawet pytał Boga tylko jeszcze o tym nie wiedział. Nagle wszystko,
co widział zaczęło przybierać kształt pytań. Co to jest to szare? A to
zielone? Dlaczego jest twarde? I te niepokojące inne pytania o siebie,
o swoją winę, którą posiadał w sobie, tak jak posiadał siebie samego z
innych przyjść i odejść. Nie wiedział, nie rozumiał, ale nosił to w
sobie, każdy okres, działanie, winę, ciemność, nadchodzenie i teraz
każdą rozmowę, i każde pytanie. Nie potrafił przestać się bać. Spotkał
dwóch innych i każdy z nich był dla niego trochę dobry i trochę zły.
Bał się, że spotka jeszcze tego Boga. Kim on może być ? Tamtych, to
przynajmniej już trochę oswoił, wie że przed jednym musi uciekać, a z
drugim może rozmawiać. Ale jaki jest Bóg? A może nosi go również w
sobie i dlatego nie spotka go, dopóki sobie wszystkiego nie przypomni.
Może on sam jest Bogiem ?
Postanowił być dzielny. Zaczął domyślać się, że jednak po coś go
tu przywołali, że coś od niego chcą. Ma coś do zrobienia. A zresztą,
może to jemu samemu znudziło się bycie w ciemności, dlatego nagle
wyprostował się i wyszedł w stronę światła. Teraz go bolą plecy i nogi.
Okrutny okup za podjętą decyzję. Może jego winą jest, że nie wyszedł
wcześniej, że tyle czasu zmarnował. Ale z drugiej strony nie mógł wyjść
wcześniej i wcale nie marnował czasu. Leżał na dnie uśpienia i ciszy.
Wsłuchiwał się w to, co go otaczało i nagle usłyszał głos. Czy to on
sam siebie wołał? Nie, nie tego jeszcze nie wie, ale może dlatego tu
przyszedł by dowiedzieć się, co jest prawdziwe z tego co o sobie wie, a
co jest nieprawdziwe z tego, czego o sobie nie wie. Dlatego będzie
szedł dalej i zacznie się rozglądać, zacznie chodzić naprawdę, zacznie
widzieć naprawdę. I zrobi coś jeszcze. Zabezpieczy swoją głowę, by nikt
swobodnie do niej nie zaglądał. Myślami i pytaniami zatka niewygodną
pustkę, uciszy przeciąg który tak mu w niej hula.
Wsłuchał się w siebie. Jego ciało stukało miarowo, a przeciąg szumiał.
Stanął bezradny. Więc jak to jest z tą jego głową? Przecież teraz ma w
niej parę pytań i parę myśli, więc powinno być tam spokojniej. A jednak
tak nie było. By zapełnić sobie głowę skupił się jeszcze raz nad tym
wszystkim o czym do tej pory myślał, ale rezultat pozostał taki sam.
Usiadł strapiony na zimnym-twardym i spostrzegł, że niebieskie-dziwne
stało się szaro-dziwne, fioletowo-dziwne. Ogarnęło go najpierw
zdziwienie, a później lęk, bo oto ujrzał jak niebieskie staje się
szarym i przechodzi w czerń. Ciemność rozlewała się z Wielkiego Nic nad
jego głową. To był koszmarny dowód jego winy i jego strachu. Tak, szedł
nic nie rozumiejąc, aż ciemność sama powróciła po niego, ale on jej
teraz nie chciał, teraz się jej bał. Ciemność stała się jego porażką.
— Naprawdę jestem wyjątkowo głupi — powiedział zrezygnowany do siebie.
I ułożył się, tak jak przedtem to robił w ciemności dwudziestej siódmej
nasłuchując tego co było dookoła. Lecz teraz Wielkie Nic przemawiało do
niego cicho szeleszcząc, sycząc nad jego uchem i głaszcząc go swym
szelestem. A on słuchał Wielkiego Nic i rozróżniał jego tony. Głęboki
poszum i wysoki świergot. Czym jest Wielkie Nic, może to jakaś dziwna
osoba? Czym jest jego mowa? Blady poczuł wielką siłę w sobie, gdy
zaczął zastanawiać się nad tym, co poza nim. Cały on, mógł się teraz
skryć w czymś, co nie było nim, ale stawało się jego zainteresowaniem.
Gdy Wielkie Nic szumiało nad nim w jego głowie uspokoił się przeciąg,
zwłaszcza że po jakimś czasie ukołysany tym co zewnętrzne zamknął
powieki i uszy.
Jasność! Jasność! Znowu! Jeszcze raz. Teraz strach. Znowu szumi w
głowie, krzyczy w ciele. Znowu! Nikt nie woła. Dziwne, dziwne, strach.
Zwinięty, skulony. W sobie jak w ciemności, tyle że teraz powróciła
jasność, taka intensywna. Świat z zewnątrz wchodzi w jego uszy, trwa w
nim, zostaje. Jego pytania obejmują już ten świat, choć brak jeszcze
jego odpowiedzi. Jasność uspokoiła Bladego. Nawet nie wiedział, kiedy
łomot w jego ciele ustał i szum w głowie przycichł. Sam z siebie
uspokoił się, jak gdyby przyjął do wiadomości, że znowu pojawiło się
niebieskie-dziwne i powróciło twarde-zielone, twarde-szare. Gdzie był?
Czy cały czas tu, w tym miejscu, czy w ciemności, tego nie mógł
rozpoznać. Ale wrócił, to znaczy, że jego istnienie, dwudziesty ósmy
pobyt miał się wypełnić, że musiał iść, że musiał patrzeć i pytać.
— I odpowiadać — dodał tuż koło niego stojący Inny Nieznajomy.
Blady drgnął przerażony, zabezpieczanie umysłu nic nie dało, tamten znów w nim mógł czytać.
— Staraj się odpowiadać, nie tylko zadawać pytania ale i odpowiadać.
Blady starał się nie poruszyć i nie reagować na obecność Innego Nieznajomego.
— No wiesz, też mi pomysł. Teraz, kiedy już raz zacząłeś myśleć i
zadawać pytania, nie możesz przestać. Tak było za każdym razem, pewne
rzeczy muszą się powtórzyć.
— Zadawanie pytań i odpowiadanie? — Blady przełamał swą niechęć.
— Tak.
— Myślenie i twoje podglądanie?
— Złośliwy! Ale ty się jednak szybko rozwijasz.
— Co robię?
— Złośliwy! Złośliwy!
— Jaki?
— Cwany!!
Inny Nieznajomy wykrzyczał mu to słowo do ucha i zaczął się śmiać powtarzając:
— zawsze musi być tak samo! Zawsze! Złośliwy, cwany, głupi i mądry, zły
i dobry, okrutny i miłosierny — przybliżając swoje usta do ucha Bladego
wyszeptał — winny i niewinny.
Blady drgnął. Inny Nieznajomy wie o nim dużo, albo może nawet i
wszystko. Nie ma przed nim ucieczki tak jak przed Chudym w Kapeluszu.
Blady poczuł się bezradny, nie chciał już tego towarzystwa, wolał być
sam z tym co zewnętrzne.
— A więc już gubisz się w dociekaniach, badaniach innych rzeczy. A więc już chcesz zajmować się światem.
— Nie, chcę go słuchać!
— A co słyszysz?
— Dużo, słyszę czym jest to, co nie jest mną. Widzę to, co nie jest mną.
— Achaa.. odkryłeś siebie i świat. Odkryłeś przedmiot. A to wszystko ze
strachu. Za każdym razem mnie zadziwiasz, bo za każdym razem robisz to
samo, ale i nie to samo. Niby wszystko się zgadza, ale jest tyle
różnic, że nie można ciebie całego złożyć w jedną całość... Zawsze
podmiot i przedmiot — zakończył cierpko Inny Nieznajomy.
Blady wiedział, a raczej czuł całym sobą, że Inny Nieznajomy zaczyna
mówić o jego winie. I znowu wszystko dotyczyło jego. Jego.
— Jesteś przewrażliwiony.
— Nie rozmawiaj z moimi myślami — jęknął Blady zatykając sobie uszy i zamykając oczy.
— Naiwny, w taki sposób nie zamkniesz sobie głowy!
— A w jaki?
— O nie. Dobrze wiesz, że to twój problem.
— A więc mam problemy?
— Ty masz wszystko.
Inny Nieznajomy cały czas uśmiechał się chłodno. Poprzednia jego
życzliwość zmalała, albo nawet zniknęła. Dlaczego? I jeden, i drugi
reagowali tak samo na Bladego. Najpierw byli ciepli i życzliwi, a potem
żywili do niego niechęć.
— Przewrażliwiony — powtórzył Inny Nieznajomy
Blady nie wytrzymał i zaczął krzyczeć: — złośliwy! Cwany!
Przewrażliwiony! mądry i głupi, zły i dobry, winny i niewinny! Jak
długa będzie ta wyliczanka ! Czy ty nie widzisz, że to jest twój obraz,
a nie ja sam. To nie ja! Ja jeszcze w ogóle nie jestem! Ja się dopiero
szukam, ja się dopiero staję! I to nie według twoich słów i wzorów.
Według mnie samego, według mego strachu.
Inny Nieznajomy nie odpowiedział, tylko z uśmiechem odwrócił się lekko
i odszedł. Idź, idź sobie myślał Blady, wstając i ruszając w przeciwnym
kierunku. Teraz idę sam z własnej woli, z własnego nakazu. Teraz nie
będą mnie męczyć tamci dwaj. Upiory! I szedł Blady rozglądając się,
pytając i myśląc o tym co go otacza i starając się odpowiadać.
Zauważył, że to, co go otacza jest inne od niego, ale nie potrafił w
tym rozdzieleniu znaleźć żadnej swojej winy. Po prostu coś było nim, a
coś było czymś innym. Siebie odczuwał, coś innego oglądał, dotykał,
wąchał. Siebie cały czas miał, a coś innego tracił, albo zyskiwał. Nie
wiedział tylko i nie mógł tego rozstrzygnąć czy pytania i myśli są nim
czy są czymś innym. Na pewno należały do niego, wraz z przeciągiem
stopniowo wypełniały jego umysł, tkwiły w nim. Tylko jak ukryć swój
umysł, jak ukryć swoje myśli? Gdzie się zakryć, w co się ubrać? Tego
Blady nie wiedział. Męczyło go to ciągłe, nieprzewidywalne podglądanie.
Nie mógł przez to, całkowicie się oddać poznawaniu świata. A miał
przecież tyle do zobaczenia. Tyle. Odkrył ogrom tego, co inne od niego.
Odkrył swoją bezbronność. Inny Nieznajomy mógł w nim czytać, więc czy
podobnie, nie mogły tego robić inne rzeczy. Te, które szeleszczą,
chlupią, lub głucho i nieruchomo milczą. Te, które się wyginają i te,
które poruszają się nad jego głową. A Wielkie Nic, które bezustannie
zmienia swe barwy, czy i ono nie patrzy na niego. A może jest Wielkim
Czymś, kryjącym w sobie jeszcze więcej rzeczy, niż przestrzeń, która go
teraz otacza.
— Tutaj! Tutaj!
Usłyszał znane mu już wołanie Innego Nieznajomego.
— Tutaj! Tutaj!
Powtarzało monotonnie rozchodząc się po świecie. Wołał na pewno Inny
Nieznajomy, ale nigdzie go nie było. Tylko głos natrętnie wskazywał
drogę. Chwilę stał niezdecydowany, aż postanowił iść i sprawdzić kogo
tym razem oznacza wołanie.
Za załamaniem twardo-szarego siedziała jakaś obca postać. Blady
zatrzymał się, tamten był odwrócony tyłem i wcale na niego nie czekał
jak pozostali Chudy w Kapeluszu i Inny Nieznajomy. Wydawało się, że ten
w ogóle na nikogo nie czeka. Po prostu trwał zanurzony w tym swoim
siedzeniu z wyprostowanymi, drobnymi plecami. Blady wolno podchodził do
tych pleców, przyciągany przebrzmiałym już wołaniem i
niezainteresowaniem postawy siedzącego. Gdy był dostatecznie blisko, by
jego stopy mogły zaszeleścić tamtemu w uszach, siedzący odwrócił się
spokojnie i popatrzył na skradającego się Bladego. Długo nic nie mówił,
tylko przyglądał się Blademu, aż wreszcie ruchem ręki zaprosił go przed
siebie. Blady okrążył go i stanął przed nim. Mały siedzący człowiek
miał drobną twarz i brodę. Człowiek z Brodą i czujnym spojrzeniem.
Znowu wykonał ręką ruch mający zachęcić Bladego do zajęcia tej samej
pozycji co on. Cóż za hardość postawy. To, że Blady był wyprostowany,
wydawało mu się szczytem odwagi i podjęciem ogromnej decyzji. Ale
postawa Człowieka z Brodą przekraczała odwagę wyprostowania Bladego. To
już była hardość! Takie pewne, bezczelne zajęcie miejsca na ziemi.
Władcze rozglądanie się i trwanie w bezruchu. Blady, jeżeli kładł się,
to był cały skulony i jak najmocniej przytulony do ziemi, by przed
Wielkim Nic jak najwięcej z siebie ukryć. Tymczasem Człowiek z Brodą
zajmował pewnie swe miejsce i wystawiając swe plecy i głowę w stronę
Wielkiego Nic, po prostu siedział i swym siedzeniem oznajmiał swoją
dumę i swoją godność. Człowiek z Brodą nie bał się.
— Usiądź wreszcie, proszę. — Odezwał się w końcu Człowiek z Brodą, podczas gdy blady wpatrywał się w niego z podziwem.
— Nie mogę.
— Dlaczego nie możesz usiąść?
— To nie jest dla mnie.
Człowiek z Brodą uśmiechnął się wyrozumiale.
— Dlaczego nie przychodziłeś tak długo?
— To ty na mnie czekasz? — zdziwił się Blady.
— Nie.. jestem po prostu ciekawy, z czym przyjdziesz tym razem.
— To za każdym razem przychodzę z czymś innym ?
Człowiek z Brodą uśmiechnął się ponownie.
— Dużo już wiesz, to pewnie sprawa Fatuma i Pneumusa.
— Kogo ?
— A jeszcze nie potrafisz nazywać. No tak, ty ledwo mówisz.
Blady nie rozumiał, mimowolnie usiadł, przełamując swoją pokorę wobec
Człowieka z Brodą, a trwogę wobec wielkiego Nic i ziemi. To, co mówił
Człowiek z Brodą było najdziwniejsze i najważniejsze. Teraz Blady
wiedział, że znalazł swojego nauczyciela.
— Dlaczego tak długo szedłeś do mnie?
— Nie wiem, to może przez mój strach, a może przez winę.
— Jaką znowu winę?
— Tą, którą mam na sobie z czasów moich poprzednich Ja.
— A czy ty wiesz chociaż co to wina?
— Nie.
— Wina to wiedza, wina to ciężar. Czy ty odczuwasz ciężar w sobie, albo
czy posiadasz jakąkolwiek wiedzę. Oczywiście, wina nie jest zwyczajną
wiedzą, to wiedza odwagi. Odwagi, która pozwala popatrzeć wstecz i
zobaczyć każde zło i każdy brak dobra, jaki się za sobą zostawiło,
wówczas ta wiedza każe ci wrócić do zła, które popełniłeś i zabrać je w
siebie. Wina jest zbieraniem zła, które się rozrzuciło po świecie, tak
by wyczyścić trawę, ścieżki, kamienie, a samemu stać się ciężkim i
brudnym.
Blady nic nie rozumiał i wiercił się bezradnie na swoim miejscu. Chciał
zapytać Człowieka z Brodą, co to wszystko znaczy, ale nauczony
poprzednimi doświadczeniami milczał. Tymczasem Człowiek z Brodą okazał
się najbardziej wyrozumiały i najlepiej rozumiejący położenie Bladego.
— Byś mógł zrozumieć, jak mówić musisz najpierw przejść pewną drogę.
Nie przejmuj się, że robiłeś to wcześniej i nie myśl o swej poprzedniej
winie. Gdy poznasz siebie i świat, będziesz mógł odwrócić się w stronę
swej przeszłości i odszukać swą winę, swoje zło. Ale najpierw musisz
zrozumieć rzeczy podstawowe. Musisz wiedzieć, czym jest kamień — i
człowiek z Brodą wskazał na twarde-szare — Musisz wiedzieć, czym jest
trawa — i wskazał dziwne zielone — a czym niebo — i wskazał
dziwne-niebieskie. — Potem musisz poznać, co to mowa, to że pytasz i
starasz się odpowiadać nie jest jeszcze mową. To zaledwie początek.
Mowa, to rozumienie, to rozszyfrowywanie świata w najdziwniejszych jego
postaciach. Mowa, to najważniejszy kontakt ze światem jaki wypracowuje
sobie każdy, który do świata należy. Mowa jest prawdziwym byciem ze
światem, byciem w świecie. Gdy odkryjesz mowę, zaczniesz też naprawdę
rozmawiać ze mną, z Fatumem i Pneumusem, a co najważniejsze, zaczniesz
rozmawiać ze sobą. Wraz z mową odkryjesz też nazywanie i znaczenie.
Wtedy drzewo, chmury, deszcz i zieleń będą otwarte dla ciebie i wtedy
zrozumiesz czym jest wina. Rozumiesz co mówię do ciebie ?
I Blady rozumiał. Był szczęśliwy i pełen chęci, by robić to o czym
mówił Człowiek z Brodą. Powtarzał w myślach wszystko, co usłyszał od
Człowieka z Brodą i patrzał na to, co ten wskazał i nazwał: kamienie,
trawę, drogę, chmury, drzewa, niebo i rzekę.
— A więc rozumiesz.
Ucieszył się Człowiek z Brodą. Jego dobroć była niezwykła, jego dar
ogromny. Blady wstał i zbliżył się do Człowieka z Brodą, postał chwilę
przed nim i niepewnie, ale z nadzieją usiadł tuż koło niego. Poczuł, że
może jednak nie powinien zbliżać się aż tak do swojego mistrza, więc
szybko wstał i powrócił na swe dawne miejsce. Człowiek z brodą
przyglądał mu się uważnie.
— Najważniejsze jednak — powrócił do swej lekcji udzielanej Blademu —
to, to byś nauczył się odczuwać ! Prawdziwa mowa to też odczuwanie. To
co teraz robisz, oznacza, że coś odczuwasz względem mnie. Jest to
nadzieja, jest to sympatia, a może nawet podziw, szacunek lub miłość ?
Dlatego przestań się bać i usiądź koło mnie, może w moim pobliżu
rozpoznasz jak wyglądają twoje uczucia.
Blady bez wahania prawie podbiegł i usiadł koło Człowieka z Brodą.
Wiedział, że znalazł swoje miejsce na ziemi i zrobi wszystko co
powinien, spełni swój cel. Nie bał się tego, że Człowiek z Brodą może
czytać w jego głowie. Jemu, Blady mógł oddać wszystko.
— Nazywam się Veriton — powiedział z powagą Człowiek z Brodą.
— Veriton — powtórzył Blady, naśladując powagę Człowieka z Brodą.
— Teraz ty powiedz swoje imię.
— Moje imię?
— Twoje imię — powtórzył z naciskiem Veriton
— Ale ja go nie znam — posmutniał Blady.
— To je poznaj, odszukaj.
— A nie mogę szukać go w twoim pobliżu?
— Nie, do mnie będziesz powracał i ze mną będziesz chodził później. Najpierw idź i odszukaj swoje imię.
— A nie mogę zostać z tobą bez imienia?
— Niemożliwe. Żeby zaistnieć, żeby się stworzyć, musisz mieć imię.
Veriton mówił w sposób nakazujący i jednocześnie ciepły. Wskazywał
drogę i jednocześnie zatrzymywał dobrocią przy sobie. Blady wiedział,
że musi być posłuszny, musi iść i zrobić to, co mu nakazuje Veriton.
Wstał i patrząc na niego zaczął odchodzić.
— Nie, nie, nie, nie patrz tak na mnie. Ja tu zawsze będę, nie
odejdę. Spokojnie szukaj tego co masz znaleźć, a gdy zdobędziesz swoje
imię, bez trudu wrócisz do mnie.
I tak Blady chodził i szukał swojego imienia. Czasami czuł się
zagubiony, czasami wątpił w swoje powodzenie i chciał uciec z powrotem
do Veritona. Wierzył jednak mocno w jego słowa, dlatego szukał w sobie
mowy i czekał, aż jego imię nadejdzie. Cieszyło go też, że Fatum i
Pneumus zniknęli i mógł spokojnie poznawać świat. Oczywiście, czuł ich
niepokojącą obecność, gdzieś tam daleko, lecz nie zagrażali mu tak
bardzo, jak na początku. Co najważniejsze, Blady nie czuł już strachu.
Zrozumiał, że jest jego przeznaczeniem chodzić wyprostowanym i siedzieć
z głową skierowaną w stronę nieba. Czasami tylko, zastanawiał się czy
nie jest to jakaś jego duma, jakaś okropna pycha, która nadała mu taką,
a nie inną postawę. Zauważył też szybko, że jest najgłośniejszy.
Drzewa, kamienie i inne istoty, obok których przechodził lub próbował z
nimi rozmawiać zachowywały się dziwnie cicho w porównaniu z nim.
Czasami siadał przy małym kamieniu i milczeniem rozmawiał z nim,
wypytując go — Co to twardość? Co to szarość? Co to bezruch? Innym zaś
razem, nie wytrzymywał i głośno mówił do drzewa i łąki o ich zieleni,
rodzajach szumu liści i trawy. A potem niezmiennie rozważna odpowiedź
ciszy nakazywała mu chylić głowę. Tak odkrył, że mówi swoim ciałem.
Zrozumiał, że siedzenie Veritona wcale nie było butne, lecz było
znakiem przychylności danym Blademu. Zrozumiał, że Veriton witając go
swymi plecami, nie pokazywał mu swej obojętności, lecz ufność. Blady
siadał więc przy swoich rozmówcach, schylał przed nimi głowę, a oni
oddawali mu w ukłonie przechylenie gałęzi, trawy lub statyczność
kamieni. Niebo już nie zagrażało, a jego zmienność okazała się cyklem
pozwalającym Blademu powrócić w czas ciemności, jego niebycia i
niewiedzy. Tak żył, wypełniał sobą świat. Niekiedy przypominał sobie o
Bogu i wtedy lękliwie rozglądał się czy nie nadchodzą Fatum z
Pneumusem. Wraz z nimi mogły nadejść złe słowa i wieści. Wraz z nimi
mógł nadejść Bóg. Bóg, którego tak bardzo bał się Blady. Nie znał go i
nigdy nie widział, ale utożsamiał go z Fatumem i z Pneumusem, dlatego
wolał go nie spotkać. Z drugiej strony był ciekawy jak wygląda Bóg i
czy Chudy w Kapeluszu jest Fatumem, czy może Fatumem jest Inny
Nieznajomy. Ich przewaga nad nim nie była już przewagą ich wiedzy nad
jego zapomnieniem, lecz przewagą ich imion nad jego bezimiennością.
Brak imienia stawał się dla niego coraz bardziej dokuczliwy, odsyłał go
w niebycie. W dziwne określenia jak blady, nagi czy wyprostowany.
Nazywano go też poszukującym lub pytającym. Każde jednak z tych
określeń było jedynie jego cząstką, jakimś fragmentem, który co chwilę
się zmieniał. Imię natomiast dałoby mu element stałości, stało by się
jego kręgosłupem, który uniósłby całą jego zmienność.
Pewnego poranka Blady nie wstał. Po raz pierwszy pozostał zwinięty
w kłębek na ziemi z przymkniętymi oczami. Nie przeszkadzał mu już wiatr
hulający po jego głowie. Zresztą coraz rzadziej czuł w sobie szum
wiatru i był on coraz mniej uciążliwy, z kolei jego mowa coraz bardziej
wypełniała mu umysł. Otwarte uszy i oczy rejestrowały dzień, jaki
rozgrywał się do około niego. Nie chciał jednak wstać ponieważ tęsknił
za Veritonem. Przypomniał sobie, co ten powiedział mu o uczuciach i
odkrył w sobie samotność, smutek, niepewność, tęsknotę, radość i
miłość. Ten bagaż był cięższy niż początki jego mowy i nadmiar jego
pytań. Nie chciał wstawać, nie chciał chodzić i szukać. Chciał być z
Veritonem, chciał się cieszyć jego obecnością, a co najważniejsze
chciał odczuć miłość Veritona do siebie.
— Mięczak !
Blady zerwał się na równe nogi. Przed nim stał Fatum z założonymi
rękoma i bezczelnie czytający w bezradnie otwartej głowie Bladego.
— Rozklejamy się. — Tryumfował — chcemy już do tatusia! Świat zimny i
obcy a my potrzebujemy ciepełka. Cacy, Cacy. Stare marzenie.
Blady milczał. Nie chciał tej rozmowy, nie chciał obecności Fatuma.
— Dobrze, dobrze mój mały, nie bądź znowu taki niechętny. Tylko się
zastanów, bo odkąd myślenie tak dobrze ci idzie, może zrozumiesz co ci
chcę powiedzieć. A więc zastanów się tylko, czy nie byłby to aby błąd
wracać teraz do Veritona. Czy ty myślisz, że to twój jakiś dobry Tatuś,
który cię przygarnie, pogłaszcze i pozwoli odpocząć. Nie ! — krzyknął
Blademu prosto w twarz — oczywiście, że nie. A dlaczego?! Ponieważ
Veriton jest jednym z nas, taki jak Pneumus i Ja. Dlatego zadał ci
pewne zadanie i nic więcej. To kolejny twój znak i nic więcej.
— To nieprawda! — Blady dał się ponieść okrzykom jakie wniósł ze sobą Fatum.
— Nie prawda? A co, może myślisz, że Veriton jest taki jak ty?
— Tak, tak!
— Ależ skąd! Naiwny. Veriton ani trochę nie jest podobny do ciebie.
Kto cię przyprowadził do Veritona?! Ja! Kto ci kazał słuchać Veritona?!
Ja! A dlaczego Veriton czekał na ciebie tak samo jak My?! Bo jest
częścią nas! A dlaczego Veriton rozmawiał z tobą i tłumaczył ci świat?!
Bo ma takie zadanie! I nic więcej!
— Nieprawda! Nieprawda!
Blady był wzburzony. Poczuł nagle złość tak ogromną, że podniósł
rękę na Fatuma. Na widok tego gestu znienawidzony Fatum zaczął się
śmiać.
— I proszę, oto mamy ciebie, a razem z tobą agresję.
Blady stał z podniesioną ręką wymierzoną w kierunku głowy Fatuma i
zaczął poznawać. Zaczął rozumieć czym jest wina. Nie mógł jednak ręki
opuścić, ponieważ czuł że musi bronić Veritona i siebie. Musi bronić
tego, co dla niego było najlepsze. Tymczasem tamten szyderczo się
śmiał.
— Wymów moje imię! — krzyknął ponownie Blady wojowniczo zaciskając pięść —
wymów je!!
— Tego chcesz? Ja przecież nie znam twojego imienia.
— Znasz je, chcesz tylko trzymać mnie z dala od Veritona.
— Nie, to nie tak, mój mały, to Veriton chce cię trzymać z dala od siebie. To on zna twoje imię, jak każde inne.
— To dlaczego mi nic nie powiedział? Nie ty kłamiesz, to ty tworzysz moją złość!
— A więc zaczynasz się usprawiedliwiać. Zaczynasz innych obarczać
swoim działaniem. Pięknie się rozwijasz mój drogi. Veriton wie
wszystko, zna także twoje imię i twoją winę. Nie chce ci jednak ich
zdradzić ponieważ wie do czego to doprowadzi. Niestety, moje obawy,
sądząc po tym, co teraz robisz, sprawdzą się już niedługo. Sam poznasz
siebie.
Blady poczuł się bezradny. Opuścił rękę a potem głowę.
— To po co tu mnie wywołałeś? — zapytał smutnie.
— Ja? — odpowiedział zimno — ależ ja wcale cię tu nie wołałem. Ani Ja, ani Pneumus ani Veriton.
— Ja też nie chciałem wychodzić z ciemności?
— Tak po prostu musiało się stać.
— Ale dlaczego? Kto mi to zrobił.
— Tyś to zrobił. Ja to zrobiłem, Fatum, Veriton, każdy z nas. Ci co byli przed tobą. To oni cię tu przysłali.
— Kto?
Blady szeroko otworzył oczy.
— To ja nie byłem poprzednim razem sam?
— Nie!
Urwał gwałtownie i szybko odbiegł w przestrzeń.
— Zaczekaj!
Rozkrzyczał się Blady i po raz pierwszy narobił straszliwego hałasu.
Był wściekły, zaczął kopać drzewo i tłuc pięściami w trawę. Krzyczał i
trząsł się z oburzenia. Nim się po prostu wszyscy bawią. Zmuszają go do
różnych rzeczy, które niczemu nie służą. Doprowadzają do dziwnych
stanów, które oddalają go od siebie.
— Jestem niewinny — krzyczał N-I-E-W-I-N-N-Y, N-I-E-W-I-N-N-Y, —
wykrzykiwał bez przerwy we wszystkie strony świata, w stronę ziemi i
nieba — niewinny — mamrotał cicho siedząc na trawie, coraz bardziej
zmęczony tym, co go otacza i samym sobą.
— Jestem po raz pierwszy — powiedział na koniec i zamilkł.
Tak, na pewno jest tu po raz pierwszy. Przedtem tkwił w
ciemnościach i stamtąd wywodzi się jego początek. Potem został wyrwany
ze swego pierwotnego miejsca i nie wiadomo dlaczego poddany tym
strasznym torturom. Każdy coś na niego nakłada, każdy mu coś tłumaczy.
A tak naprawdę, to on jest w ich rękach. Musi się stąd wyrwać. Musi
powrócić do swoich ciemności. „Niewinny”, „niewinny” i „po raz
pierwszy”. Powtarzał to sobie w myślach, wstając i ruszając w drogę
powrotną. Drogą w stronę ciemności. Tylko nigdzie tej drogi nie było.
Wszystko było zatarte. Ziemia nie pokazywała mu jak ma powrócić do
miejsca pierwotnego, a świat do około milczał. Zaczął chodzić w różnych
kierunkach w nadziei, że jakiś szczegół przypomni mu drogę powrotną,
lecz wszystko ukryło przed nim to czego szukał. Tak samo jak jego imię,
droga pozostała nieznana. Odsunięta w coś, do czego nie miał dostępu.
Teraz dopiero zrozumiał, że jest samotnością, że samotność wypełnia go
po brzegi. Stanął bezradnie i głowę wyciągnął w stronę wielkiego Nic,
krzyknął przerażony
— Veritonie!!!
— Dlaczego jesteś taki zły?
Veriton siedział parę metrów dalej, obrócony do niego plecami.
Blady ucieszył się tak bardzo, że miał ochotę podbiec do niego i
przytulić się do jego małych pleców.
— Veritonie, przyszedłeś! Usłyszałeś mnie!
— Ależ skąd. Ja tu cały czas byłem, tylko ty mnie nie widziałeś.
— Veritonie!
— I cóż! Teraz na mnie będziesz zły!
— Nie, nigdy!
— Nie kłam. Jeszcze chwilę temu, chciałeś wrócić w ciemności!
A więc i Veriton czytał w jego głowie. To, co przedtem wcale nie
przerażało Bladego, a wręcz zachwycało, teraz wydało mu się
przerażające. Więc Veriton jest taki sam jak tamci. Więc Fatum mówił
prawdę.
— Mówił.
Potwierdził spokojnie Veriton.
— Więc nie mam tu nikogo — Blady prawie się rozpłakał.
— Ależ skąd. Masz mnie, Fatuma i Pneumusa. Masz cały świat.
— Myślałem, że ty jesteś inny niż oni Veritonie.
— I dlatego, że okazałem się taki jakim jestem, ty mnie już nie kochasz?
— Ależ nie! — Blady znów poczuł nadzieję.
— To dlaczego pozostajesz za moimi plecami? Dlaczego nie przyjdziesz, nie popatrzysz mi w twarz i nie usiądziesz obok?
Blady podbiegł i usiadł obok Veritona. Popatrzył w jego oczy, przyjrzał się jego brodzie.
— A teraz chcesz wrócić w ciemności?
— Nie wiem.
— Dlaczego tak łatwo się zniechęcasz? Czy to masz być ty, ty nowy?
— Nie wiem.
— Dlaczego już mnie o nic nie pytasz?
— Boję się?
— Prawdy?
— Tak, prawdy. Boję się tego, co ty mi możesz powiedzieć.
— I to jest powód, by wracać w ciemności.
— Nie, powód jest zupełnie inny i ty go znasz Veritonie.
— Nie, powodem jest właśnie twój strach przed sobą samym, a nie przed innymi.
— W takim razie, wymów wreszcie moje imię.
— Nie znasz go jeszcze, nie domyślasz się ?
— Nie.
Veriton dotknął dłoni Bladego i długo milczeli. Wreszcie Veriton przełamał milczenie.
— Fatum mówił prawdę. Ja wiem wszystko, ale ty musisz być przygotowany na poznanie swojego imienia.
— Już mówię i czuję, czy to nie wystarczy?
— Niestety, tak, to już bardzo dużo.
— Dlaczego tak mówisz? Przecież chciałeś, żebym poznał te dwie rzeczy.
— Tak, zgadza się, ale wraz z nimi poznasz też zło i złość.
Blady nie odpowiedział, bo była to prawda, prawda której doświadczył.
— Twoje imię to Adam.
Blady pokiwał głową.
— Tak wiem, moje imię to Adam.
Rozdział II
ROZMOWY Z BOGIEM
Adam wędrował dalej. Dostrzegał coraz więcej istot i coraz lepiej
potrafił się z nimi porozumiewać. W swojej wędrówce zaczął rozpoznawać
siebie. To, co niepokoiło go najbardziej, to ostatnia rozmowa z
Fatumem. Wspomnienie jego słów tuż przed odejściem. Wspomnienie innych.
Pytanie kim byli. Czy byli w nim, czy byli zupełnie osobno, obok niego
jak inne istoty. Czy rzeczywiście, to oni wywołali go z ciemności, a
jeżeli tak, to dlaczego. Adam bał się spotkań z Fatumem i z Pneumusa,
równocześnie czekając na nie. Rozumiał teraz wreszcie, że od nich
zależy co i kiedy pozna. Choć z drugiej strony zauważył, że to co mu
świat daje do poznania, on może poznać na swój sposób. Przecież to on
nadawał imiona. Wprawdzie imiona tkwiły w istotach i rzeczach, ale on
mógł je wyjmować i formułować, tak że dopiero w jego gardle rodziły się
one naprawdę.
Wędrówka Adama biegła przez tereny zielone, po których poruszały się
tysiące myśli. Każda soczysta jak trawa , pełna nowych określeń i
stwierdzeń. To były tereny rozkwitu, gdzie można było budować pałace,
najdelikatniejsze konstrukcje i haftować kolorami świata. Nawet
skomplikowane myśli, które pojawiły się od niedawna w nim, tutaj same
układały się w coraz to bogatsze konstrukcje. Były to tereny płodne
przez, które Adam biegł jak człowiek zdobywca, władczo stawiając stopę
na tym co nazwane. Po czasie, tej nieskończonej uczty, po której Adam
twardo stawiał kroki, dotarł niespodziewanie na tereny pustyni. Długo
zastanawiał się czy ma na nie wchodzić czy też nie. Był nimi
zaskoczony. Do tej pory wydawało mu się że świat jest pełen mowy, którą
jest w stanie otworzyć, pełen myśli, które może zdobywać. Veriton,
towarzyszący Adamowi, z krótkimi przerwami, cały czas, pozostawił mu i
tym razem wolny wybór. I tak Adam odważył się wejść na pustynię.
Pustynia była bardziej męcząca, bowiem miała swoją tajemnicę i ciszę.
Nie można jej było otwierać jak zielonej trawy, ani odgadywać jak
wysokich drzew. Trzeba jej było słuchać i czekać cierpliwie na to, co
ona zechce mu powiedzieć. To był zupełnie inny rodzaj poznania, niż
ten, który znał do tej pory. Tu nie mógł twórczo działać, czy mieć
pewność, że to co poznaje jest właśnie tym co widzą jego oczy. Pustynia
objawiała pewne fragmenty, by zaraz potem rozproszyć je w znakach
zapytania, tak że Adam nigdy nie wiedział dokładnie, czy to co poznaje
jest rzeczywiście takim. Tymczasem Veriton, znikał mu na dłuższe
okresy, po czym wracał rozpromieniony. Ten teren, to był jego żywioł,
to była jego rzeczywista przestrzeń, w której odszukiwał swą prawdę.
Widząc to Adam próbował znaleźć pomoc u swojego mistrza, lecz ten, za
każdym razem zbywał go lub odpowiadał w sposób niezrozumiały.
— Oj Adamie ty znowu swoje. Po prostu rób to co robiłeś na początku.
— Pytanie i szukanie odpowiedzi, tu na pustyni nie wystarcza Veritonie.
— To znajdź inną metodę.
— A jaka jest twoja?
— Ja nie mam metody, bo ja wiem wszystko.
— To powiedz mi, co jest prawdą pustyni.
— A czy wyjawiłem ci wcześniej cokolwiek ?
— Tak, moje imię.
— Nie kłam, Adamie, bo cię naprawdę zostawię, znałeś je wcześniej.
I tak za każdym razem Adam rzucany był na powrót w swą bezradność wobec
prawdy pustyni. I tak bezradny, opuszczany przez Veritona, posuwał się
cały czas do przodu, z nadzieją, że wkrótce skończy się ten teren,
którego nie rozumiał i który coraz bardziej go męczył.
Po stu dniach i stu nocach Adam przestał odróżniać dzień od nocy,
zapomniał z której strony przyszedł i w którą podąża. Nie rozróżniał
czy teren, po którym idzie jest łagodny i prosty, czy też górzysty i
ostry. Wciąż poruszał się powtarzając swoje imię i jego dwa słowa,
które zawsze powtarzał jak zaklęcie, gdy czuł że zbliża się coś złego:
„niewinny” i „po raz pierwszy”.
— Kto jest niewinny?
— Kto jest po raz pierwszy?
Dwa głosy prześladowały go już trzeci dzień, więc nie zważał na nie, zwłaszcza, że nie był pewien, czy to nie on sam pyta.
— Kto jest niewinny?
— Kto jest po raz pierwszy?
— Zapytajcie mnie o coś innego.
Wyszeptał zmęczony nie licząc, że przyniesie to jakikolwiek efekt. Może to rozmowa z samym sobą? Nie wiedział tego zupełnie.
— Kto nazywa się niewinnym?
— Kto twierdzi, że jest po raz pierwszy?
Odpowiedziały głosy.
— Ja. Adam.
— Kto jest Adamem?
— Czy to Adam jest po raz pierwszy?
Ćwierkały głosy z dwu stron, do dwóch uszu Adama.
— Ja, człowiek, jestem Adamem i to ja jestem po raz pierwszy.
— Kto to jest człowiek?
— Gdzie człowiek Adam jest po raz pierwszy?
— Nie wiem dokładnie kto to jest człowiek, a po raz pierwszy jestem tu na ziemi.
— Nie wiem dokładnie? Czemu nie wiesz dokładnie?
— Jak to po raz pierwszy? A tamtych dwadzieścia siedem razy?
— Nie mogę się dowiedzieć, bo wokół mnie nie ma pewnej odpowiedzi, to
co zostawiłem za sobą, pewność i prostotę, tu już nie obowiązuje. A
jestem tu pierwszy raz.
— Wszystko cały czas obowiązuje — pojawił się trzeci głos przed Adamem.
Adam stanął i spojrzał przed siebie. Potem się rozejrzał lecz dookoła
nikogo nie było.
— Kto to ? — pytał Adam — to Ty Veritonie, a może to ty Fatumie lub ty
Pneumusie. Nikt mu nie odpowiadał, tylko głosy z naprzeciwka powtórzył.
— Wszystko cały czas nas obowiązuje!
— Co to znaczy cały czas! Co znaczy wszystko! — niecierpliwił się Adam.
— Czas jest twoim dwudziestym siódmym powrotem, a wszystko jest tym co zrobiłeś i zrobisz.
— Nie! Czas jest tym, co mnie otacza od wyjścia z ciemności po obecną i przyszłą chwilę.
— Naiwny — odpowiedział poważnie głos trzeci.
— Nic nie wiedzący.
— Nic nie rozumiejący. — Zaćwierkały dwa pierwsze głosy.
— Czas — powrócił trzeci głos do przerwanego mu wątku — Czas jest tym
co płynie w tobie, co płynie przez ciebie. Czas wyznacza twoje drogi i
gubi ślady przeszłych. Czas robi z tobą co chce, a ty nie możesz mu się
oprzeć. Ty ledwo za nim podążasz, wcale go nie znając. Nie możesz go
odmierzać, bo to on odmierza ciebie. Nie możesz go uporządkować, bo to
on prowadzi ciebie według swego porządku.
— Czy to czas wywołał mnie z ciemności?
— On, on.
— Tak to on.
Krzyknęły piskliwie dwa głosy.
— Nie — zaprzeczył trzeci — to nie czas, to twoja bezbronność wydała cię na pastwę czasu.
— Czas cię pożera!
— Czas cię zgubi!
— Tu na pustyni!
— Tu na pustyni!
Wykrzykiwały dwa głosy.
— Uciekaj w ciemność!
— Uciekaj tam gdzie byłeś na początku!
Histeryzowały dwa głosy.
— Za tobą jest droga powrotna, uciekaj — Dołączył się dostojnie trzeci głos.
Adam odwrócił się za siebie. Czy to rzeczywiście droga powrotna, czy rzeczywiście lepiej wracać.
— Idź!
— Idź!!
Powtarzały ochryple już dwa głosy.
— Dlaczego mam uciekać przed czasem? Czy przed nim w ogóle można uciec?
— Nie, nie da się uciec przed czasem — potwierdził głos trzeci — ale można uciec przed tym, co w nim najważniejsze.
— Czyli przed tym, co się zrobiło lub zrobi?
— Tak, można uciec przed winą.
Adam stał i myślał. Czyżby istniała rzeczywiście taka możliwość.
Dlaczego nie dowiedział się o niej wcześniej. Przypomniał sobie, Adam
Veritona, Fatuma.
— A jeżeli to mój ostatni dwudziesty siódmy raz, tu na ziemi. A jeżeli tu już nie powrócę. To coś stracę. Stracę moją winę!
— I tego ci żal? — zapytał z kpiną trzeci głos.
— Nie, nie żal mi utraty winy, ale gdybym powrócił, zyskał bym podwójny
jej ciężar. Jeżeli coś zrobiłem co jest moją winą, to muszę to zebrać i
nieść w sobie. Nie mogę od niej odejść bo sam siebie utracę.
Adam odwrócił się z powrotem w kierunku, w którym szedł wcześniej i
zaczął przerwaną mu wędrówkę. Trzy głosy, jeszcze bardziej piskliwie
niż przedtem, krzyczały za nim.
— Głupiec!
— Męczennik!
— Naiwniak!
— Nic ci nie da twoja wędrówka!
— Nigdzie nie dojdziesz!
— Nic nie osiągniesz.
I tak, aż nie odszedł od nich ostatecznie.
Krzyk i cień wielkich ptaków towarzyszył Adamowi od godziny. Nie mógł
już podnosić spokojnie głowy w stronę nieba, bo za każdym razem bolała
go szyja. Nie mógł już uważnie słuchać mowy świata ponieważ uszy
wypełniał mu ptasi krzyk i monotonny bełkot pustyni. Bolały go nogi i
każdy krok parzył jego stopy. Wyprostowana postawa coraz bardziej
przeszkadzała. Marzył żeby zwyczajnie, jak inne poruszające się istoty
opaść na ręce i dalej tak podążać. Ale ilekroć próbował ułatwić sobie
marsz, jego dłonie okazywały się jeszcze bardziej nieprzystosowane do
drogi niż stopy. Szedł zatem coraz wolniej i coraz bardziej żałował, że
nie usłuchał głosów do niego mówiących. Coraz bardziej podjęta decyzja
wydawała mu się irracjonalna. Przecież jest tu po raz pierwszy i jest
niewinny. Dlaczego chce brać na siebie coś czego nie ma. Od czasu do
czasu przystawał i rozglądał się za Veritonem, lecz ten nieubłagany
zniknął gdzieś w sobie tylko znanej dali. Adam chciał już spotkać nawet
Fatuma lub Pneumusa byle tylko nie musiał tkwić tu sam i iść w
nieznanym mu kierunku. A może Boga by mógł spotkać, może Bóg umiałby mu
wskazać odpowiedni kierunek. Bez nadziei na odszukanie drogi i z
malejącą siłą posuwał się w bolesne naprzód. Nie zauważył nawet, kiedy
jeden z ptaków zleciał do niego na pustynię i co parę kroków Adama
podlatywał, tak jakby towarzyszył w jego drodze. Gdy Adam zauważył tą
dziwną wędrówkę ptaka, zrozumiał że to jest jego znak, że to zwierzę ma
go doprowadzić we właściwe miejsce. Tylko dlaczego to on pierwszy
stawia kroki, a ptak dolatuje za nim. Może gdy Adam zmyli kierunek,
ptak poleci we właściwym.
— Zamknij sobie głowę człowieku — powiedział szybko ptak.
Adam przygotowany na to, że ptak udzieli mu wskazówek, zmartwił się
bardzo. Przecież tyle razy próbował zabezpieczyć swoje myśli i nie
udało mu się, więc jak zrobi to teraz.
— Nie mogę, już tyle razy próbowałem i wszystko na nic.
— Musisz zamknąć swoją głowę, musisz — Powtórzył z naciskiem ptak.
— Ale jak?
— Tego i ja nie wiem. Nikt nie ma tak otwartej głowy jak ty i trudno ci będzie pomóc, ale musisz próbować.
— Już tak długo istnieję z otwartą głową, że chyba tak to pozostanie.
— To by było fatalne. Zresztą, to przez nią nic ci się nie udaje.
— Co mówisz ptaku. Tyle już dokonałem.
— Nic nie dokonałeś! — ptak przerwał mu gwałtownie, zdenerwowany —
Jak możesz być taki naiwny, czy nie widzisz jak wszyscy wykorzystują
twoje niczym nie ochronione myśli. Czy nie widzisz, jak bogowie bawią
się twoją otwartą głową i układają w niej dowoli, każdą myśl,
sentencję, każdy nowy pomysł i nazwę. Niedługo twoja głowa będzie
wielką kukłą bogów, ich wielką zabawką świata.
— Ptaku co ty mówisz! To jakieś szaleństwo, jacy bogowie?
— Widzisz człowieku. Już nawet nie potrafisz słuchać tego, co do ciebie
mówi świat, tak poukładali w twoich myślach znaczenia i określenia.
Zabrali z twojej głowy pojęcie oznaczające ich, a na to miejsce
wprowadzili jakieś pomniejszone pojedyncze nazwy. Zabrali ci ufność do
tego co widzisz i wkładają ci cały czas niepokój, żebyś ani na chwilę
nie stał się pewny i samodzielny.
— Ptaku!...
— Spójrz tam na prawo.
Adam skamieniał z wrażenia.
— Tak, tak, to co widzisz jest prawdą, to najprawdziwsze morze, wzdłuż którego bogowie prowadzą cię już drugi tydzień.
— Ależ to niemożliwe, to jakaś ułuda, przecież rozglądam się często i na pewno bym dostrzegł morze.
— Dostrzegłbyś je człowieku, gdybyś mógł, a nie robisz tego, ponieważ
bogowie, cały czas podkładają pustynie w twojej głowie, a nie brzeg
morza.
— Ale jak to możliwe ptaku?
— To przez twoją otwartą na wszystko głowę. Każdy w nią może wejść
i wyjść. Nawet ja jak bym chciał, mógłbym ci coś w nią wprowadzić, a
coś z niej zabrać, tak byś zamiast niebieskiego brzegu morza widział
zieloną łąkę.
— Ptaku, ale dlaczego Bogowie tak ze mną postępują?
— Bo jesteś jedyną istotą na świecie, która ma tak bezbronną głowę.
— To niemożliwe.
— Biedny człowiek — koło Adama usiadł drugi ptak.
— Naiwny człowiek — wylądował trzeci ptak.
Adam stał pośrodku nich i nie wiedział co ma zrobić. A jeżeli ptaki mają rację, to może oznaczać ostateczną przegraną.
— Oczywiście że mamy rację! — potwierdził pierwszy.
— Nawet się nie zastanawiaj.
— Lepiej pomyśl, jak szybko z tym skończyć.
Więc wszyscy wiedzą o każdej jego myśli.
— Tak.
— Oczywiście.
— Naturalnie.
Potwierdziły ptaki.
— Przestań słuchać bogów — poradził pierwszy.
— Pozostań na pustyni, tu w miejscu, nigdzie nie wędruj — dodał drugi.
— Nie wzywaj Veritona — dorzucił trzeci.
— To nawet Veriton — przeraził się Adam.
— Tak.
— Zwłaszcza on.
— Veriton jest najgorszy.
Zgodnie oznajmiły ptaki.
— Veriton!? Veriton!? — powtarzał porażony Adam — tylko nie to, ten który
nauczył mnie tylu rzeczy, który prowadził mnie przez tyle dróg i miejsc.
— A gdzie on teraz jest?
— Dlaczego nie pokazał ci morza?
— Dlaczego pozwala byś miał tak otwartą głowę?
Napadły na Adama ptaki.
— Obudź się człowieku!
— Zrób coś ze sobą!
— Zostań tu, na pustyni i oderwij się od bogów!
Rozkrzyczały się w wyraźnym podnieceniu.
— Ale Veriton dał mi miłość! — krzyknął nagle olśniony tą myślą Adam —
nie mogę tak po prostu odejść od Veritona, muszę zobaczyć jego twarz,
dopiero potem mógłbym tu z wami zostać i pracować nad zamknięciem
mojego umysłu!
— Wtedy będzie za późno!
— To twój ostatni moment!
— Odejdź stąd, a Veriton cię zgubi.
— To okrutne — powiedział Adam — ale stać się nie może inaczej.
— Za późno.
— Jesteś już przerobiony przez Veritona.
— Nie będziesz mógł żyć normalnie, jak reszta istot.
— Biedny człowiek!
— Nieszczęśnik!
—Spreparowany!
Zawtórowały smutno ptaki i podskakując nierówno wzbiły się w górę.
Gdy unosiły się w powietrzu, nad jego głową, spojrzał w prawo — po
morzu nie zostało ani śladu.
— I co ja mam teraz robić — Adam siedział w ciemnościach nocy, naokoło
milczała pustynia, a on, opuszczony przez wszystkich, mówił do siebie —
Gdzie iść! Co widzieć, co rozumieć. Sam wszedłem na tę drogę, bo chyba
to ja sam podjąłem decyzję o wyjściu z ciemności. Poczułem, że mam coś
do zrobienia, że nie istnieję bez przyczyny. I teraz również to wiem.
Choć cały czas, gdziekolwiek nie pójdę, oprócz słów, nowych pytań i
nowych odpowiedzi nie znajduję niczego. To tak jakbym podsycał w sobie
swój własny cel. Jakbym stwarzał siebie, cały czas, do bezsensownego
trwania. Trwania w wieczność. Tak chciałbym wrócić, wrócić w ciemność.
Ułożyć się na jej dnie i nic nie czuć, i nic nie robić. Bezruch i
bezczucie. Idealny stan trwania. A nie to co tu. Bieganie, chodzenie,
wstawanie, zrywanie się. Oczy patrzące w prawo, potem w lewo. I tak bez
przerwy. To jest przedmiot, to jest żywa istota. To jest problem, a to
istotne zagadnienie. A wszystko to jest tylko brzęczeniem, krzątaniem
się, które nic nie daje. Opuchnięte nogi i ból w uszach od hałasu
świata. To jestem ja siedzący, to ja odbity w nurcie wody. Moje ręce
sięgają po coś i zaraz to tracą lub zyskują coś zupełnie innego. Kim
jestem naprawdę, poza tym ruchem nieustannym w moim ciele, w mojej
głowie w moich słowach. Co dało mi imię? Nic. Teraz każdy może mnie
nazwać, tak jak ja wszystko nazywam. Teraz każdy słowem „Adam” może
mnie dotknąć, tak jak ja dotykam innych. Ale to nie jest mój
wyznacznik. Ja sam w sobie, ukryty jestem gdzieś na dnie mojego ciała.
Moja tożsamość zakryta jest moją bieganiną i zmęczeniem. Coraz bardziej
rosnącym zmęczeniem. Czy jestem tu już po raz pierwszy ? A jeżeli nie,
to co jest moją winą. Tak bardzo chciałabym odwrócić się i dostrzec
prawdziwą przeszłość. Zobaczyć tych prawdziwych, którzy byli tu kiedyś
ze mną. Czy ja ich zabiłem, czy to oni mnie zabili. Kto kogo
ukrzyżował. Kogo bolą ręce od wbitych gwoździ, a kogo od podnoszenia
młota. Czy byłem zły. Zresztą, to nieważne, tak jak ścieżki poprzednie,
po których pozostał pył marmurów, złota, kamieni i drewna. Przeszły
tamte światy, a ja wraz z nimi. Chcę tylko obrócić się i tam, na
ruinach wszystkich ołtarzy i wszystkich świątyń pozbierać zło, moje
zło, ich zło. Nie chcę wskazywać każdego złego czynu z osobna i każdej
złej myśli. Nie chcę rozdzielać i przypisywać ról. Chcę to tylko
wszystko razem zebrać i raz na zawsze w sobie utopić, by nic nie
zostało, by ziemia była czysta. Wysprzątana, wyszorowana szczotką
sumienia, tak by pozostała już tylko cisza. A potem żadnego powrotu.
Żadnej miłości ani nienawiści, świętości ani przekleństwa. Tylko
bezruch, który strawi moją winę do końca, bezpowrotnie.
— Obudź się!
Adam podniósł głowę i zobaczył znajomą mu sylwetkę.
— To ty, Veritonie — zapytał ucieszony.
— Nie, to ja.
— Kto?
— Bóg.
Adam przetarł zaspane oczy i uśmiechnął się do siebie.
— Veritonie przestań żartować, przecież widzę że to ty.
— Nie jestem Veritonem, lepiej wstań i przyjrzyj mi się dobrze.
Adam wstał i spojrzał w twarz tamtemu. Rzeczywiście był kimś innym.
Przede wszystkim nie miał takich dobrych i spokojnych oczu Veritona,
ani jego delikatnej brody. Jego rysy były twarde i wzrok nieprzyjemny.
— Kim jesteś ? — zapytał bezmyślnie Adam.
— Już ci powiedziałem, jestem Bogiem. Bałeś się mnie wcześniej spotkać,
więc nie przychodziłem. Teraz myślę jednak, że możemy spokojnie
porozmawiać.
— Rozumiem, że to ty możesz odpowiedzieć na parę moich pytań? — Ucieszył się Adam.
— Możliwie, nie wiem tylko jakie to pytania.
— Jak to — teraz Adam śmiał się po raz pierwszy, śmiechem nauczonym
przez innych — nie umiesz czytać moich myśli. Czyżbyś był jedyną
istotą, która nie potrafi zajrzeć bez przeszkód w moją głowę?
— W tym sęk Adamie, że coraz trudniej zaglądać w twoje myśli, bo coraz mocniej broni ich twoja głowa.
— ???
— Tak, mój drogi. Twoja głowa staje się mocna. Twoje kości dawniej słabe i niewyrobione jak myśli, stają się silne i trwałe.
— Chyba mi nie chcesz powiedzieć!? Zaczynam zamykać moje myśli w mojej głowie!...
— Ależ tak, Adamie, sam dobrze o tym wiesz, przecież nie czujesz
już przeciągu, wiatr nie rozrzuca strzępów słów w nieład?
Adam uśmiechnął się i poczuł, że wreszcie staje się równy innym istotom.
— Powiedz mi w takim razie, czy ty, Veriton, Fatum i Pneumus
jesteście tacy jak ja, czy jesteście inni. A może pozostaliście po
innych ludziach, z którymi byłem tu wcześniej dwadzieścia siedem razy.
— Nie jesteśmy tacy jak ty i cały czas tu byliśmy. Powiedział ci to już
Fatum. To dlatego tak bardzo go złościsz, ponieważ jesteśmy w dużo
gorszym od ciebie położeniu. Ty wszystko zaczynasz od nowa z nowym
umysłem i nowym sercem, my natomiast wszystko musimy dźwigać od
początku po wieczność.
— Zaraz, zaraz — zdziwił się Adam — A moja wina? Ta wina, którą mam od początku po wieczność.
— To zarazem i nasza wina.
— Jak to?
—To jest nasza wspólna wina, ponieważ nigdy nie zdejmujemy jej z ciebie.
— Ale wy tego nie możecie zrobić.
— Szczerze mówiąc, to nawet nigdy nie próbowaliśmy. Poza tym, dlaczego nie możemy tego zrobić Adamie?
— Ponieważ ja pozostałbym na zawsze bez nadziei, obarczając czas, tym wszystkim co sam złego zrobiłem.
— Więc teraz czujesz nadzieję? Ale na co?
— Jest to nadzieja, że gdy będę dostatecznie przygotowany, całą mą winę
zdławię w sobie, że zatrzymam zło, które błąka się po świecie,
wprawiane w ruch kolejnymi próbami rozgrzeszenia siebie, świata. Jest
to nadzieja na szczerość wobec tego czym jestem i czym się stanę.
— Adamie, nie sądziłem, że pomyślisz coś takiego.
—To nie jest kwestia wymyślenia, to kwestia istnienia.
Myślałem, że wiesz ode mnie dużo więcej.
— I wiem.
— Ty wiesz, zdaje się, tylko tyle ile ja będę wiedział w przyszłości.
— Oj nie, Adamie, obawiam się, że nie. Nigdy ci się to nie uda,
ponieważ ja mam czas w sobie, gdy tymczasem, ty jesteś w czasie.
— Skoro tak, to wynika, że ja jestem w tobie, a zatem czemu nie znasz
odpowiedzi i czemu mój umysł zamyka się przed twoim okiem?
— Ponieważ, tak chcą Fatum i Pneumus, ponieważ takim czyni cię Veriton.
— Tak, doprawdy, to dlaczego, do tego wszystkiego doszedłem samotnie, bez ich pomocy?
— Nie tak dumnie Adamie. Uważaj, duma może przekreślić twoje plany.
— To nie duma, to zwykła prostota myślenia.
— Ja jednak myślę, że to duma.
— Boże, ty podobnie jak Fatum i Pneumus zakładasz we mnie zło.
— A nie ma go w tobie?
Na to pytanie Adam musiał przytaknąć. I czuł, że po części tak jest,
jak właśnie mówił Bóg. Po chwili zażenowania, Adam przypomniał sobie
coś o co chciał go spytać od dawna i ponownie zwrócił się do Boga.
— A czy Veriton, Fatum Pneumus i ty nie okłamywaliście mnie nigdy?
— A jak myślisz Adamie?
— Nie wiem, więc pytam.
— Spytaj lepiej własny umysł, spytaj własne poznanie.
— Od kogo więc należy, to co poznaję?
— No właśnie Adamie?
— Teraz zbywasz moje odpowiedzi?
— Bo pytasz niewłaściwą osobę, zapytaj swój umysł, niech on ci odpowie.
Adam poczuł się oszukany przez boskie odpowiedzi. Wydawało mu się, że
właśnie od niego dowie się najwięcej, tymczasem on najbardziej uciekał
od odpowiedzi. Stali tak jeszcze przez chwilę naprzeciwko siebie i
Adamowi wcale nie zależało na przedłużaniu tego spotkania. To nie było
ani tak przerażające jak w wypadku Fatuma i Pneumusa, ani tak radosne i
kojące jak w przypadku Veritona. Zwykła wymiana zdań z kimś od kogo
oczekiwał, że powie wiele. Tymczasem Bóg, a przynajmniej tak wydawało
się Adamowi, przez chwilę stał i czekał na jakiś znak ze strony Adama,
po czym uśmiechnął się zawiedziony i odszedł bez słowa.
Pustynia milczała sto pierwszy dzień. Adam nie pamiętał już
obranego kierunku, ani drogi powrotnej. Nie szedł, nie poruszał się,
trwał.
— Kim są inni, ci którzy byli tu kiedyś ze mną? Co mam z nimi
robić, co oni ze mną zrobili? Żebym chociaż znał ich twarze,
przypomniał sobie ich sylwetki. Coraz mocniej czuję, że idą za mną,
gdybym gwałtownie mógł się obrócić, na pewno bym zobaczył ich cień na
horyzoncie. Wpletli się we mnie milcząco, przysyłając mi raz po raz
swoich rzeczników — Veritona, Fatuma, Pneumusa i Boga. Musi im bardzo
na mnie zależeć, skoro ja w ogóle nie mogę przestać o nich myśleć.
Jestem ich drogą. Im dalej ja pójdę, tym więcej ich będzie. Im więcej
ja wypracuję, tym bardziej oni będą niezależni, niezależni ode mnie.
Jestem coraz bardziej zmęczony tym tłumem, który wciąż na mnie patrzy i
moją rozrastającą się w świecie obecnością. Teraz nie muszę już biegać
zielonymi łąkami, od jednej rzeki do drugiej. Wystarczy, że będę
siedział, tak jak teraz, na pustyni i śledził moje kroki, całą tą
bieganinę. Ślady stóp same zaczną tańczyć, ścieżki wypełnią myśli
rozślizgujące się na różne strony różnym sposobem. I tak już jestem
dostatecznie zmęczony. Wystarczy, całkowicie wystarczy. Siedzenie tutaj
i tak męczy. Męczy też samotnością, bo to ciągle ja odwrócony do siebie
plecami lub ja przechodzący obok siebie obojętnie. Relacja napięta jak
struna bólem, znużeniem, dniem pomiędzy mną a mną, innym a innym.
Niekończący się potok relacji, słów i gestów w którym my jesteśmy, w
który my wchodzimy, w którym przechodzimy przez siebie jak przez
otwarte domy. I coraz ich więcej, i coraz bardziej wszystko gęstnieje
dookoła, by przełamać ciszę świata naszym wewnętrznym zgiełkiem. Nie
pozostawiamy miejsca dla nikogo innego i na nic więcej. Tylko na
trwanie naszego szumu.
Mamrotanie, świergotanie, przemijanie i pytanie. Tłumne słowa, puste
tłumy. Płynąć, płynąć w odmęt, w światy, mamrotaniem i szmeraniem,
dźwiękiem mowy, słowem ciszy.
— Jestem wprowadzony w to miejsce, które wszyscy nazywają swoim
językiem. Jestem przekazany temu światu, dlatego idę i odpowiadam na
moje własne pytania. Wychodząc z ciemności wszedłem w siebie samego,
czyli tego, który idzie coraz dalej w miejsca coraz mniej pewne. Muszę
iść, bo to jest moim własnym przymusem, przymusem, który sobie nadałem.
I muszę stwarzać mój język. I muszę odpowiadać na spotykające mnie
chwile, przechodząc z ręki do ręki jak najciekawsza zabawka. Gdzie
zaczynam się ja, a gdzie zaczynają się inni. Pomiędzy czyimi obrazami
błądzę i w którą stronę mam podążać, by przejść we własne obrazy. A
może to wszystko co mnie otacza dookoła jest moim obrazem. Może to
wszystko jest mną, a ja ciągle tkwię w ciemnościach, przyklejony do
chłodnej ziemi i marzę o obecności innych. W co takiego wrodziłem się
lub w co takiego przekazało mnie moje własne ciało, że ciągle czuję
winę swoją, winę innych.
Moje pytania i moje odpowiedzi, uspokajają moją wędrówkę. I oto nagle
staję przed drogą, w której poukładałem już wcześniej myśli i pojęcia,
w której już wcześniej oswoiłem świat Tylko tu, teraz, w tym piasku
ciszy, znowu się boję świata bez pojęcia. A moje odpowiedzi coraz
bardziej przechodzą w inne. Jak gdyby każdy zakręt drogi, ba nawet
więcej, każde postawienie kolejnego kroku, spychało jedną część
znaczenia w zupełnie inne. I tak, gdy popatrzę w przeszłość, widzę już
zupełnie inny świat, niż ten którym tu doszedłem. I tak, chcę powrócić
w świat bezpiecznej ciemności, nie znajduję już drogi, bo jej dawno już
nie ma. Moje kroki przekształciły ją w inną rzeczywistość, po której ja
teraźniejszy i ja przyszły nie potrafię się poruszać. A jeżeli nawet
przechodzę parę kroków wstecz, to tylko nakładam nowe znaki i nowe
znaczenia na dawno istniejące już słowa.
— Z Adama jest ogromny egoista — Bóg mówił przyciszonym głosem i wyraźnie mu zależało na tym, by Adam go nie usłyszał.
— Nie, to nie tyle egoizm, co straszliwy brak wiedzy.
— Drogi Veritonie, kiedy ty się nauczysz oceniać ludzi takimi jakimi są, a nie takimi jakimi uczą się być?
— A to nie to samo? — wtrącił się Bóg, ze swoim przyciszonym głosem. —
Zdecydowanie nie — parsknął Fatum — czasami wydaje mi się, że w trakcie
naszego istnienia, wy obaj głupiejecie od kontaktu z ludźmi.
— O tak, ty rzeczywiście stanowczo nie przemęczasz się pracą —
zaatakował Fatuma, nagle wyłaniający się z przestrzeni Pneumus.
— A jeszcze ciebie tu brakowało — krzyczał na dobre rozgniewany Fatum.
Bóg kręcił się coraz bardziej zdenerwowany, podnoszącą się wrzawą.
— Ale panowie, panowie na miłość Boską — próbował ich uspokoić, ale
zamiast spokoju wywołał tylko ryk ich śmiechu. Zresztą, gdy sam
usłyszał co powiedział, nie mógł się powstrzymać.
— A nie mówiłem, że głupiejecie — warknął Fatum, strząsając z siebie cały śmiech, jaki stał się na chwilę jego udziałem.
— No już dobrze — starał się załagodzić powracające napięcie
Veriton — wróćmy do naszego drogiego Adama. Dlaczego, Boże, uważasz, że
jest on egoistą?
Wszyscy zwrócili się w stronę Boga.
— Czy wiecie jaki jest jego stosunek do świata, do życia, do nas?
— Żaden — uśmiechnął się ironicznie Pneumus.
— Instrumentalny — odpowiedział poważnie Bóg — tak, instrumentalny.
Ledwo nauczył się chodzić, ledwo nauczył się oddychać naszym
powietrzem, a już zaczyna wszystko przyporządkowywać sobie!
— Ależ Boże, jesteś zbyt surowy dla niego, on się bardzo stara i nic, ani nikogo nie chce traktować....
— Tak ! —wpadł mu w słowo podenerwowany Bóg — Tak! A jego stosunek do winy!!
— Veriton jak zwykle go broni — Fatum chętnie dołączył do Bożej
złości — istotnie gdyby przyjrzeć się jego poczuciu winy...
— On się czuje winny, bo to pomaga mu stworzyć samego siebie. Nie
widzicie? Ilekroć czuje się zmęczony, albo nie wie, dokąd pójść lub
chce wracać w swe miejsce pierwotne, to co robi, przywołuje poczucie
winy !! Poczucie winy gwarantuje mu cel, daje nadzieje na sens i
zbawienie.
W głosie Boga drgała odraza, wyraźnie był zdegustowany tak
małostkową postawą. Tymczasem Veriton, ze spuszczoną głową milczał.
Fatum poklepywał Boga po ramieniu, raz po raz, dorzucając jego głowie
kolejne dowody na instrumentalne traktowanie świata przez Adama.
Pneumus myślał, chwilowo trzymając się na uboczu, popatrując a to na
Boga a to na Veritona.
— Fatumie, może byś wreszcie przestał podjudzać całe towarzystwo —
odezwał się wreszcie spokojnie Pneumus. Fatum groźnie skierował na
niego spojrzenie. Pneumus tymczasem spokojnie kontynuował.
— Tak Fatumie, odkąd spotkałeś po raz pierwszy Adama, nie możesz mu
darować żadnego oddechu, żadnego jego kroku. Cokolwiek by zrobił,
cokolwiek by chciał zrobić, spotka się z twoją krytyką.
— Poza tym to właśnie ty pierwszy zaszczepiłeś mu poczucie winy — włączył się Veriton.
— Fatumie! — oburzył się z kolei Bóg.
— Dobra, zbiorowy atak na mnie, dobra. Brońcie gnojka, beznadziejne
cherlaki. Cholery wszyscy tu dostaniemy na tej francowatej pustyni, ale
wy, matki miłosierdzia, będziecie oczywiście latać za gnojkiem, w
największym ukropie, tam gdzie on poleci. Dobra! Niech nikt nie widzi,
że Adam na swych patykowatych nogach, poczłapał jak Mojżesz na
pustynię, a potem ten drugi i siedzi niczym prorok, głodne kawałki
posuwa o istnieniu i myśli, że na coś ważnego czeka. A gówno, nic się
nie stanie i może ta chuderlawa żaba wyciągnie wreszcie kopyta z
pożytkiem dla całego świata!
— Fatumie! — przerwał zdenerwowany Bóg — tylko nie mieszaj w to wszystko mojego syna.
— O nie, to teraz się zacznie — jęknął Pneumus, Veritonie ratuj
towarzystwo przed wielką awanturą. Ale było już za późno, przynajmniej
za późno żeby uspokoić Boga.
— Moje biedne małe maleństwo. Mój mądry cherubinek. Nie, nie, ja
nie chcę żeby Adam przeżył, ja chcę żeby zasuszył się na pustyni, żeby
piasek przykrył jego ciało, tak by nic z niego nie pozostało, żeby nie
mogła narodzić się kolejna kość, kolejny Adam.
— Jacy wy jesteście niesprawiedliwi, Boże, Fatumie, o co wy oskarżacie
Adama, przecież on ma ślepe oczy i głuche uszy, pusty rozum. On chodzi,
on się stwarza. Boże — Veriton zwrócił się bezpośrednio do Boga —
przypomnij sobie historię twego dziecka, gdyby nie kość Adama i jego by
nie było.
— Fatumie...
— Gdyby nie ból Adama, nie byłoby też bólu twojego synka.
— Poza tym, nie za każdym powrotem, wraca ból twojego syna.
— Tak, tak Pneumus ma rację. Przypomnij sobie Boże, co było za
siódmym i piętnastym powrotem. Zupełnie coś innego, właściwie
niepowtarzalnego.
— I wtedy mój mały najbardziej chyba cierpiał!
— Ależ nie, Boże, on wtedy spał spokojnie.
— Spokojnie — sarkastycznie przerwał Veritonowi Bóg — spokojnie to
wy śpicie gdy on, Adam przechodzi przez pustynię, przechodzi przez
ocean i dociera do ziemi swoich odkryć, przeżyć i zbrodni. Do ziemi w
której naprawdę zaczyna być sobą, czyli niepohamowanym Adamem.
Zobaczycie, że i tym razem gdy dotrze tam, cała jego wina stanie się
tylko jego mitem, systemem wartości, który łatwo będzie przemodulować
zgodnie z potrzebą chwili. I tak Adam zrobi z siebie męczennika,
świętego, artystę, naukowca, bezmyślnego, grzesznika.
— Oj, oj, oj a toś Boże trochę za dużo powiedział.
— To szczera prawda Veritonie — powrócił do rozmowy Fatum — jak
dotrze do swej ziemi to po nas, tak się rozwinie, rozprzestrzeni, że
potem znowu będziemy musieli wiek cały palić jego książki. Swoją drogą,
jaki on jest w tym swoim pomyśle uparty, za każdym razem to samo, pióro
do łapy i gryzmoli te swoje zygzaki.
— Ale za każdym razem jest to inna ręka i inne znaki z pod niej
wychodzą, poza tym to rzeczywiście my ponosimy winę za niego, a nie on
za nas!
— Veritonie! — pozostali trzej popatrzeli na niego zdziwieni.
— Wiem co mówię! Kto go pierwszy zawołał żeby wyszedł z ciemności,
no kto, panie Boże? A kto pierwszy powiedział mu o winie, by nadać mu
kierunek poszukiwań Fatumie! I wreszcie, kto pierwszy pozostawił go z
niepokojem i kazał mu uczyć się i poszukiwać Pneumusie?
— A ty Veritonie, może jesteś bez winy?
— O moja wina jest największa, ja muszę cały czas z nim chodzić,
podpowiadać, doradzać, uspokajać. To on siebie stwarza, ale stwarza
siebie w mojej obecności. Ale przez moją obecność, przy waszej również!
Zakończył ostro Veriton. Wszyscy milczeli, bo sytuacja ich była
bardzo niewygodna. Tak od lat balansowali na krawędzi nienawiści i żalu
do siebie, igrając z własną złością. Czasami zastanawiali się czy to
rzeczywiście nie oni wywołują go z ciemności, by rozbić wzajemną
niechęć, by na chwilę oderwać się od siebie.
— A może by tak od siebie odejść, rozstać się? — po krótkim
milczeniu odezwał się Pneumus — pomyślcie, jest nas czterech — każdy z
nas zajmie sobie swoją stronę ziemi i spokój.
Popatrzeli na niego zaciekawieni. I nagle wstąpiła w nich nadzieja.
— Mój drogi Pnumusie, ależ to świetny pomysł — ożywił się Bóg — mógłbym iść na południe i zabrać ze sobą małego!
— Ja nie chcę być na północy — stanowczo powiedział Veriton.
— Ja będę na północy.
— Dobrze, to ty Fatumie idź na północ, a Veriton i Pneumus. niech się podzielą wschodem i zachodem.
— Świetna myśl Boże — przytaknął Pneumus.
— A co z Adamem — Veriton powrócił do nieszczęsnego tematu.
Znowu wszyscy zamilkli, bo wiedzieli, że i tym razem Adam
pokrzyżuje im plany. Nie będą się mogli rozejść, bo za chwilę Adam
będzie wszędzie, dotrze na północ, południe, wschód i zachód i zburzy
im starannie przygotowane siedziby.
— A tak bardzo chciałem zamieszkać gdzieś w ciepłym miejscu z moim chłopcem.
Westchnął Bóg. Stali jeszcze koło siebie, ze spuszczonymi głowami,
pomrukując coś niewyraźnie, przez parę ładnych chwil. W końcu,
nieszczęśliwi z powodu upadku ich planu, zaczęli się rozchodzić.
— Słuchajcie — krzyknął nagle Bóg za odchodzącymi — słuchajcie, może następnym razem nam się uda.
— Tak, tylko kiedy to będzie? — zajęczał Fatum.
— Na pewno kiedyś i wtedy będziemy musieli być ostrożniejsi — dodał Pneumus
Veriton nic nie odpowiedział, tylko pomachał im ręką na pożegnanie i powlókł się w stronę Adama.
Samotność jest czasami strachem, a czasami zmęczeniem. Adam sto drugi
dzień poszukiwał czyjejkolwiek bądź obecności. Nie chodziło mu już
nawet o dobrotliwego Veritona. Nie obawiał się już niczyjego gniewu,
ani złych słów. Potrzebował kogokolwiek lub cokolwiek, byleby tylko
mógł nie rozmawiać z samym sobą, byleby tylko mógł oderwać się od
siebie samego. W ten sposób zaczął doskwierać sobie samemu. Cały czas
szedł, choć nie rozpoznawał czy wędruje po piasku, czy po niebie.
Wszystko miało jednakowy kolor złoto-jasny, granatowo-ciemny. Słońce
ginęło nad jego głową, lub tuż obok ramion wtopione w ten jednaki
kolor. Wydawało mu się, że idzie cały czas naprzód po linii prostej,
lecz w rzeczywistości mógł też chodzić w różne kierunki a nawet się
cofać. To, co było rzeczywistością było nierealne. To co było jego
wyobrażeniem, najmocniej odczuwał pod swoimi stopami. Przypominał sobie
rozmowy z Veritonem, jego mistrzem. Powtarzał na głos każde słowo
Veritona i odpowiadał na jego pytania coraz bardziej zmieniając własne
odpowiedzi. Kim był naprawdę Veriton, tego Adam nie mógł zrozumieć.
Veriton był jego największą zagadką, której odczytanie wydawało się
czasem Adamowi najważniejsze. Czy był taki sam jak Adam, czy może
należał do grupy Fatuma, Boga i Pneumus. Największe chwile zwątpienia,
przychodziły do otwartej wciąż jeszcze głowy Adama, gdy wyobrażał
sobie, że dobroć Veritona nie jest prawdziwą dobrocią. Jeżeli wszystko
to, co go otacza jest tak naprawdę zupełnie czymś innym, to w takim
razie Veriton może żywić doń, uczucia jakie przedstawił mu Fatum. Ale
zaraz przypominał sobie oczy Veritona. Pogodne, niebieskie oczy, cichy
przyjemny głos, bezbronne plecy, które zawsze widział najpierw, przed
spojrzeniem w twarz.
— Gdzie jesteś, Veritonie!
Pytał w przestrzeń, ale powietrze i ziemia milczały.
— Dlaczego milczycie — zapytał pewnego dnia — ptaki do mnie
przemówiły, a wy zawsze milczycie. Czy może powinienem przestać chodzić
po ziemi i oddychać powietrzem, byście do mnie przemówiły. A może to
właśnie, że stawiam swe stopy na ziemi i połykam powietrze jest naszą
rozmową? No tak, zapomniałem już jak brzmi pierwotna wersja rozmowy. To
słuchanie. Lecz czego mam słuchać?
Sto trzeciego dnia Adam usłyszał ponownie głos Boga. Tym razem nie
mógł go nigdzie dostrzec. Rozglądał się bezradnie na wszystkie strony,
choć głos wyraźnie pochodził z naprzeciwka. Gniewało go to, że kolejny
raz Bóg podkreśla swą inność, swą wyższość względem niego.
— Gdzie jest Veriton? Nie chce z tobą rozmawiać.
— Dlaczego?
— Ty nie pokazujesz mi swej twarzy, jak mogę rozmawiać tylko z głosem.
— O! Niedawno rozmawiałeś z trzema głosami i nie było problemu,
przed chwilą namawiałeś ziemię i niebo na chwilę rozmowy, a teraz
drażni cię, że ja przychodzę tylko moim głosem do ciebie?
— Ty mnie w ogóle drażnisz.
— No ładnie, a myślałem, że drażni cię tylko Pneumus.
— On również.
— A Fatum, Fatuma się boisz.
Adam poczuł złość na siebie i na Boga.
— Skąd o tym wiesz? Przecież podobno nie umiesz czytać w mojej głowie.
— Strachu nie odczytuje się z głowy, strach przechowuje się w sercu.
— W sercu?! Co to jest serce?
— Nie wiesz tego jeszcze? Serce miałeś jeszcze w ciemnościach, to w
nim jest cała twoja pamięć poprzednich dwudziestu siedmiu pobytów, to w
nim jest twoja wina.
— Ależ skąd, to wszystko jest w jego głowie! — krzyknął Veriton, który nagle wyłonił się zza słońca.
— Pamięć, winę, strach, to wszystko masz w głowie Adamie.
— Co ty mu mówisz Veritonie, głowę ma jeszcze słabą.
— Dlatego jego pamięć jest jeszcze mała, poza tym jakie on ma serce, tylko popatrz na niego.
Adam przez całą tą rozmowę stał skulony. Veriton jest taki jak
pozostali, tylko czy jest po jego czy po ich stronie ? Tego nie mógł
rozszyfrować, chociaż bardzo chciał. Nie rozumiał zresztą o czym jest
mowa, bo o ile odczuwał swoją głowę i swój umysł jako miejsce
nieustających wiatrów, myśli, tak zupełnie nie wiedział, czym jest
serce.
— A więc dobrze, Veriton zwrócił się do Adama — niczym się teraz
nie przejmuj i wysłuchaj tego, co ma ci do powiedzenia Bóg.
— Ale ja mu nic nie mam do powiedzenia.
— To co ty w ogóle ode mnie chcesz? — Wtrącił zirytowany Adam.
— Porozmawiać.
— Akurat — nie daj się zwieść Adamie.
Obecność Veritona uspokajała Adama. Skoro on tu jest i pomaga mu znieść
pojawienie się Boga, może jest jednak jego przyjacielem. Tak
przynajmniej Adam rozumował, a ponieważ czuł życzliwość Veritona,
zapytał Boga.
— Dlaczego opowiadasz mi o sercu, a Veriton mówi zupełnie coś innego?
— Veriton, Veriton — zżymał się Bóg — a więc to jemu ciągle wierzysz.
— Tak — zaryzykował Adam.
Veriton tymczasem usiadł za Adamem i uważnie słuchał.
— No powiedz wreszcie chłopcu, czym jest serce — wtrącił.
— A to w sumie nic takiego ważnego mój drogi Adamie, widzisz między
mną, a Veritonem od lat trwa spór, o to, co ja mówię od wieków. Według
mnie człowiek rodzi się właśnie w sercu. To serce nim kieruje. Veriton
z kolei uważa, że wszystko odbywa się w umyśle.
— Ale gdzie jest serce?
— W dziwnym miejscu Adamie, w środku twojego ciała. No, może
niezupełnie w środku, ale w miejscu centralnym, gdzie twoje
postrzeżenia, łączą się z twoim myśleniem.
— Boże! — skarcił go Veriton.
— Dobrze, dobrze — ugodowo przytaknął Bóg — nieważne, w każdym
razie Adamie, to jeszcze jedno miejsce, o które powinieneś zadbać.
— Czy to, co mam w sercu, możecie oglądać, tak jak to co mam w głowie?
— Absolutnie nie, Adamie — Bóg stanowczo zaprzeczył również ruchem
głowy — Twoja głowa od początku i do teraz w pewnym stopniu była dla
nas otwarta. Serce zawsze jest w cieniu.
— Wyniosłem je z ciemności!
— Adamie — wtrącił się Veriton, którego irytowała przydługa rozmowa o sercu — ty wszystko wyniosłeś z ciemności.
— A was?
W oczach Adama, gdzieś w kącikach zapaliła się mała złośliwość.
Nawet nie złośliwość tylko złośliwostka, małe zadowolenie z siebie.
Veriton i Bóg popatrzyli na siebie, każdy z nich bowiem drgnął na widok
tej małej iskierki.
— Adamie myślę, że możesz już odejść z pustyni.
— Dlaczego, a poza tym dokąd Veritonie?
— Znajdziesz kierunek.
— A ty mi nie pomożesz Veritonie, nie pójdziesz ze mną?
— Przecież wiesz Adamie, że będę z tobą cały czas.
Rozdział III
SZUKANIE SIEBIE
Cały czas, co znaczy cały czas. Jaki jest czas i czy to jest to co nas
otacza, z przesuwaniem się ziemi pod naszymi stopami. Czy może jest to
jakaś magiczna przestrzeń, w którą jesteśmy otulani. A może my sami
stwarzamy czas, sami otaczamy się czymś, co okazuje się dla nas
konieczne. Adamowi utkwiło w głowie ostatnie zdanie Veritona „...będę z
tobą cały czas.”. Tak Veriton jest z nim bardzo często, ale czy to
bycie od jednego ich spotkania do drugiego można nazwać całym czasem?
Co z chwilami, które spędzają osobno. A może Veriton towarzyszy mu w
jakiś ukryty sposób. Czas — to musi być jakaś rozciągnięta przestrzeń,
obok powietrza, czy może nawet w powietrzu, przez którą przechodzimy, w
której tkwimy tak jak w powietrzu. Cały czas, to wszystko to co nas
otacza. A może czas to tylko pewne punkty. Kamienie wzdłuż naszej
drogi, pomiędzy którymi idziemy. Czas to po prostu nasze drogi. Im
więcej chodzimy, im bardziej się spieszymy, błądzimy, tym więcej
powstaje czasu, tym intensywniej czas zaczyna nami rządzić. Czy Adam
więc błądzą i biegając pozostaje cały czas z Veritonem. Gdzie by nie
poszedł, tam pojawia się Veriton. Czy bieganie, a może stawianie stopy
w tym samym miejscu ma być czasem? A może czas nie występuje wszędzie?
Może Veriton, Bóg, Fatum i Pneumus znają takie miejsce gdzie, czasu nie
ma. Wchodzi się w przestrzeń gdzie nie ma dróg, bieganiny, nie ma też
powietrza, nie ma pokazywania ręką: o tam powinienem dojść. Miejsce,
gdzie czas nie wykreśla swoich prostych odcinków, czy krzywych szlaków,
przez które przechodził Adam. A może czas jest tylko Mój. Tak pomyślał
kiedyś Adam i ta myśl wydała mu się bardzo słuszna. Bo czas to, to co
przemija, to, to co bez przerwy trzymamy za plecami biegnąc w stronę
innego punktu. W takim razie — rozumował sobie kiedyś w ciepłą noc Adam
— czas przynależy tylko mnie, ponieważ Veriton zawsze może odwrócić się
przodem do tego, co pozostawił za plecami i wejść tam jeszcze raz. Adam
z kolei zrobić tego nie może. Jest wyrzuconym do przodu ruchem, musi
stale iść, może zmieniać kierunki, może się gubić, może nawet cofać
się, ale nigdy nie może powrócić w to samo miejsce. Nie może powrócić w
ten sam czas. W takim razie czas jest czymś jego wewnętrznym, jego
własnym.
Adam stopniowo zmieniał przyzwyczajenia. Nie biegał już jak
szalony w różnych kierunkach i w różnym celu. Teraz szedł spokojnie,
rozglądał się uważnie. Nie pytał nerwowo „ co to, kto to, dlaczego i po
co, jak, w którą stronę?”. Przystawał tylko przed czymś, czego nie
znał, obejmował to coś wzrokiem, dotykał, smakował każdy szczegół z
życia, które miał przed sobą. Czasami przystawał na dłużej dla
przyjrzenia się czemuś wyjątkowo ciekawemu. Czasami zabierał coś ze
sobą, jakiś kamyk, kawałek ziarenka, na którym widział coś co nie było
kamykiem, czy piaskiem ziarenka, ale jakąś zupełnie inną istotą.
Wszystko żyło w oczach Adama, wszystko dla niego istniało bujnym
życiem. Dlatego coraz wolniej i coraz uważniej Adam szedł. Nie kładł
się teraz płasko, przyciśnięty do ziemi i nie przesypiał całej nocy. Od
Veritona nauczył się siadać, znajdywał jakiś duży kamień i opierał o
niego swe obolałe plecy. Bo wyprostowane ciągle plecy bolą. Tak jak
bolą nogi od bezustannego chodzenia, a ręce nie mogą im już pomóc. I
tak jak boli głowa, gdy myśli już nie można w niej zatrzymać i wszystko
pędzi w niej mocniej i szybciej niż wiatr hulający po niej na początku.
Robiło się też coraz cieplej Adamowi. Kiedyś nie zwracał uwagi na to
czy jest mu zimno, czy gorąco. Teraz rozróżniał swoje odczucia.
Wiedział, że gdy długo idzie i intensywnie myśli jest mu gorąco. Gdy
długo leży i zaczyna się bać, siebie, swojej samotności, swojej
przeszłości, jest mu zimno. Adam opanował noc, a przynajmniej wszedł w
jej mały skrawek swoim siedzeniem i obserwowaniem jak wszystko na około
staje się jasno szare, grafitowe, ciemne, czarne. Czerń go męczyła,
czuł się w niej bezbronny, zawłaszczony przez nią, dlatego, gdy
wszystko stawało się czarne kładł się przytulony do ziemi i zasypiał.
Czym jest serce, znowu to nieznośne uczucie, że jest manipulowany.
Zastanawiał się często i patrzył w głąb swojego ciała. Czym jest jego
serce, gdzie ono w ogóle jest. Nie ufał słowom Boga, Fatuma i Pneumusa
. Bał się, że straci zaufanie do Veritona. A tak tego nie chciał. W
ostatniej rozmowie, czy Veriton rzeczywiście był jego obrońcą, czy może
tylko strzegł przed Adamem swej własnej koncepcji. Może każdy z nich ma
poukładany świat w jakiś sposób, na który chce ułożyć też myśli i
postępowania Adama. Dlaczego nie zostawią go w spokoju. Dlaczego nie
pozwolą mu iść w jego własnym kierunku. A może Adam nie może iść we
własnym kierunku, może nie może bez nich istnieć. Widział ich już parę
razy, przez przypadek nagle obrócił głowę w lewą stronę i zobaczył jak
stali wszyscy razem, na linii horyzontu. Zobaczył wówczas jak każdy z
nich gestykuluje, jeden podchodzi do drugiego i klepie go po plecach.
Innym znowu razem widział ich wszystkich jak siedzieli blisko siebie.
Poczciwy Veriton opierał plecy o kamień i widać było, że coś bardzo
wzburzony mówi. Nie śmiał wówczas do nich podejść. Dopiero za trzecim
razem, gdy zobaczył ich stosunkowo niedaleko od siebie, zakradła się w
jego sercu myśl, żeby spróbować jednak do nich podejść. Co
najdziwniejsze i nowe dla Adama, zaczął się skradać. Szedł
najostrożniej jak tylko mógł, delikatnie stawiając stopy. Przybliżył
się do nich tuż, tuż na tak odległość, że słyszał ich głosy, oni jednak
bez żadnego jego szelestu, bez żadnego fałszywego kroku, zadziwieni
odwrócili w jego stronę głowy. Potem szybko wstali i rozeszli się bez
słowa, każdy w innym kierunku. Adam poczynił pewne obserwacje. Zawsze
gdy się rozchodzili Bóg i Veriton szli dokładnie w przeciwnych sobie
kierunkach, podobnie Fatum i Pneumus szli w przeciwnych względem siebie
kierunkach. Natomiast drogi Fatuma i Boga choć się rozchodziły biegły w
tą samą część horyzontu. Analogicznie drogi Veritona i Pneumusa. Czy
Bóg i Veriton byli swymi oponentami, tak jak Fatum i Pneumus. Czy Fatum
i Bóg spotykają się, gdzieś tam, za linią dostępną Adamowi, a może ich
drogi właśnie tam ostatecznie się rozchodziły? A Veriton i Pneumus, czy
ich drogi podobnie wędrowały na drugiej granicznej linii? Te przeklęte,
wiecznie istniejące linie. Olbrzymie krechy z prawej i lewej do których
ani nie można podejść, ani ich przekroczyć, gdy tymczasem tamci tak
lekko przestawiają przez nie krok stopy. Nieraz Adam biegł próbując
przełamać ten dystans między nim, a tymi liniami, lecz one zawsze
nieubłaganie pozostawały w tej samej odległości względem niego. Przed
nim i za nim, z prawej i lewej, cały czas były linie oddzielające go od
rzeczywistej wolności. Linie wtłaczające go w ramy tego świata, w
którym dane zostało mu istnienie.
Po nagłym odejściu istot, które chciał podsłuchać, Adam pozostał,
jak zwykle sam. Fakt ten zintensyfikował się jednak w tym momencie.
Tamtych zgodność, równoczesne bez słowa odejście. Pozostawili mu parę
dziwnych słów, które nieuważnie któryś z nich wypowiedział nim został
zauważony. „Inna ziemia” czy „tamta ziemia” w każdym bądź razie inne
miejsce, o którym mówili. Czyżby naradzali się nad ostatecznym
opuszczeniem Adama, czy może chcą się przenieść w miejsca mu
niedostępne? Czy usłyszeli w jego głowie jego niechęć do nich i żal, a
czasami nawet złość i postanowili go od siebie uwolnić. Nie, tego by
Adam nie zniósł. To byłoby dla niego najgorsze. Bał się ich złościć,
ale potrzebował ich obecności. Czuł, że to oni kierowali jego krokami,
czuwali nad nim, nadawali sens jego istnieniu. Jak bez ich obecności
będzie się poruszać? Bez nich po prostu tu wyschnie, bo nie będzie
umiał bez nich odejść w inny świat, ani też powrócić do swoich
ciemności. A może oni uznali, że zło w nim jest tak duże, że nie mogą
już więcej się nim zajmować. Trzeba go tu zostawić, by zło w nim nie
szło dalej. Uspokój się, Adamie, uspokój myślał zrozpaczony. Przecież
to nie tak, na pewno nie tak. To ja mam wreszcie przenieść się na inne
tereny. Tej myśli uczepił się zachłannie. To on ma powędrować gdzie
indziej, zresztą Veriton już coś wspomniał o zmianie miejsca. Tak, tak,
na pewno tak. Przecież to niemożliwe, żeby tak nagle, bez
przygotowania, zostawili go, odcięli się od niego. Chociaż, dlaczego
nie mieli by tego zrobić? Tę wątpliwość oddalał od siebie zrozpaczony.
Muszę tylko znaleźć właściwą drogę, bo skoro oni nie podpowiedzieli mi
żadnej i tylko odeszli w milczeniu, to muszę sam, na własny rachunek. I
Adam zaczął, jak na samym początku, biegać nerwowo, rozglądać się w
pośpiechu, łapać strzępy obrazów, kawałki słów i urywki myśli.
Veriton chodził zamyślony z rękami założonymi do tyłu i opuszczoną
głową. Robił dziesięć kroków w jedną stronę, a potem wracał. Czasami
dotykał swojej brody i w zamyśleniu ją głaskał. Koło niego siedział
Pneumus i nie spuszczając z niego zaniepokojonego wzroku.
— Czy on zaczyna się domyślać? — odważył się wreszcie zapytać Pneumusa po długim wspólnym milczeniu
— Nie wiem, doprawdy nie wiem drogi Pneumusie., ale gdyby istotnie tak
było stałoby się to stanowczo za szybko i za szkodą dla nas wszystkich.
— O nie przesadzaj Veritonie, tak twierdzi Bóg, ale co ty o tym
myślisz? Przecież zawsze byłeś za jego jak największą świadomością i
wiedzą.
— Oczywiście i nic się nie zmieniło, tylko że na wszystko mamy swój czas.
— Tak, tak, nie zapominaj jednak Veritonie, że czas ten coraz
dziwniej czy coraz szybciej płynie. Pamiętasz jak za jego pierwszym
pobytem, wszystko przedłużało się niemalże w nieskończoność. W stosunku
do pierwszego pobytu, jego drugi pobyt był dwa razy szybszy jeżeli
chodzi o pewne odkrycia i wnioski.
— Racja, za każdym razem jego czas biegł szybciej i szybciej, aż
do tej pokracznej formy, którą osiągnął ostatnim razem. Boże! To było
straszne, jak sobie przypomnę ten przeraźliwy pośpiech jego ostatniego
pobytu, to mam ciarki na plecach. Wtedy nawet rozmowy były szybkie, nie
mówiąc już o upiornym pośpiechu nauki.
— Miałeś szczęście Veritonie, ostatnim razem, tylko Ciebie jednego
nie wygnał, My z Fatumem i Bogiem nie mieliśmy już żadnego miejsca na
świecie. Zewsząd przeganiał nas ten upiorny pośpiech.
Fatum w tym momencie zaczął się śmiać, Pneumus spojrzał na niego urażony.
— Przepraszam cię, ale przypomniało mi się jak parokrotnie umieszczał was w powietrzu.
Pneumus odpowiedział mu śmiechem.
— Łatwo ci się śmiać, mnie do dzisiaj towarzyszy jakiś natrętny nałóg chodzenia po powietrzu.
— Tak, Adam niewątpliwie nas zmienia, co on ze mną nie wyrabiał przez te wszystkie okresy, nie mówiąc już o was.
— Veritonie jak myślisz, czy on się domyśla?
— Jeżeli tylko nie dotarł do nowej ziemi to nie, ale jeżeli to zrobił...
— To znowu wszystko zacznie nabierać tempa.
— Miejmy nadzieję, że nie tak straszliwego, poza tym za każdym razem Adam mądrzeje.
— ychy.
Przytaknął Pneumus, wstał, podał rękę Veritonowi i ciepło ją uścisnął, jak najlepszemu przyjacielowi.
— Veritonie, czuwaj nad nim i nad nami.
— Robię co mogę.
Pneumus odszedł swoim zwyczajem w powietrze.
Adam stał nad brzegiem morza. Poruszony wpatrywał się w błękitną
przestrzeń przed nim, która na kresce horyzontu wtapiała się w niebo.
Jego stopy dotykały jeszcze gorącego piasku, a przed nim rozciągał się
nowy, nieznany teren. Wiedział, że to jest jego nowy etap, jego nowe
życie. Adam mógł wszystko, bo to był jego właściwy czas, a przynajmniej
miał takie wrażenie. Nie uświadamiał sobie, że może wejść w fale
morskie i iść nimi jak pustynią i nigdy więcej nie będzie mógł tego
powtórzyć. Dlatego ogarnęło go zdziwienie, gdy spokojnie stawiając
kroki, wszedł w morze. Tak doszedł do nowej ziemi, nowego wszechświata,
który miał stać się absolutnie jego.
I dotarł Adam na drugi brzeg. Nie dotarł tam jako mała blada istota,
ale jako wielki, o ciemnozłocistej skórze człowiek. Był to jego tryumf
i jego przeznaczenie. Wiedział, że musi tu dotrzeć. Rozglądał się jak
po swojej własności, pierwszy raz, wiedział, że dopiero tutaj zacznie
się jego życie, teraz dopiero wyszedł z ciemności. Poczuł się uwolniony
od obecności Fatuma, Veritona Pneumusa i Boga. Nie potrzebował niczyjej
obecności, a przynajmniej tak mu się wydawało. Mógł żyć na własną rękę.
Po raz pierwszy nie chciał obecności Veritona, nie wzywał go, ani nie
wymawiał z pietyzmem jego imienia. Tak nagle wyzwolił się, mógł
spokojnie iść w świat, który leżał przed nim. I jego stopy spokojnie
przeniosły go z zimnych fal w twarde kamienie i wilgotną miękko trawę.
Był to teren zupełnie inny od tego, po którym wędrował zanim dotarł na
pustynię. Tu trawa była bardziej soczysta, zimno zielona, od ziemi
natomiast drżał ledwo wyczuwalny dla jego stóp chłód. Chłód, którego
nigdy nie czuł po tamtej stronie morza. Szybko ten nowy ląd stawał się
właściwą przestrzenią, właściwym lądem, a stary tamtą stroną,
przestrzenią, która odchodziła w niepamięć. Najpierw zapominały jego
stopy, przyzwyczajając się do nowej faktury, później zapominały jego
nogi, zwłaszcza kolana, które teraz za każdym krokiem musiały dźwigać
nogę coraz wyżej, ponieważ teren nie był płaski tylko podnosił się i
opadał. Ziemia tu falowała, a linia graniczna horyzontu tylko miejscami
była prosta. Przyzwyczajały się jego ręce dotykając nowych kamieni,
nowych drzew, kwiatów. Przyzwyczajała się jego głowa, wydawać by się
mogło szczelnie zamknięta, zapełniona nowym rodzajem myśli,
poprzetykanych dziwnym rodzajem pewności. Może to dawna niepewność i
potrzeba stawiane pytania czyniły jego myśli delikatnymi i bezradnymi.
Teraz zdania oznajmujące, wykrzykniki pewności, a nie zdziwienia
tworzyły zbitą strukturę w jego głowie. Jedną wadą było to, że jego
głowa była teraz ciężka. Męczył się trzymaniem jej równo nad ciałem. W
nocy, starannie układał swą ciężką głowę wyszukując jej miękkie miejsce
w trawie. Wyprostowane plecy wspierał przy siedzeniu drzewem lub
kamieniem, coraz częściej szukając wsparcia też dla głowy. Pomimo tej
niedogodności, cieszyła go własna głowa, nowe myśli. Koił go własny
spokój i pewność. Tak, oddalał się coraz bardziej od morza wchodząc
coraz bardziej w głąb swojego lądu, właściwej strony świata. Sny Adama nabierały coraz większego kolorytu. Najpierw śniło mu
się to, co już przeżył i to, co już widział. Z czasem zaczęły mu się
śnić rzeczy nowe i nieznane. Nie mógł zrozumieć, skąd te nowe rzeczy i
miejsca przychodzą w jego sny. Czy to jego umysł wytwarza je z tego co
już widział, czy może są to zjawiska od niego niezależne, pojawiające
się i znikające tylko na ten jeden moment snu. Czasami wypatrywał tych
rzeczy i miejsc podczas dnia, łudząc się, że noc przygotowuje go na
poznanie czegoś nowego. Za każdym razem czekało go jednak
rozczarowanie, świat który poznawał w dzień był różny od tego który
poznawał nocą. Po pewnym czasie przyzwyczaił się do życia w tych dwu
światach, odkładając rozwiązanie sensu ich istnienia na później. Miał
kiedyś moment wahania, który z nich jest światem realnym, a który nie,
lecz była to tylko jedna chwila, po której nie wracał już do tego
problemu. Spokój jego cyklicznego życia przerwał pewnej nocy dziwny
sen. Śniło mu się, że idzie przez niezwykle zielony las. Zieleń ta była
tak intensywna, że aż nienaturalna. Drzewa były gęste od gałęzi i tej
właśnie dziwnej zieleni. Musiał niemalże przedzierać się przez ową
intensywność i bujność, co powoli zaczęło go przyprawiać o lęk. Dziwne
uczucie potęgowała dodatkowa cisza i bezruch. Żadna gałąź nie poruszała
się i żaden oddech wiatru nie pobudzał gałęzi do rozmowy. Był to martwy
las i martwa zieleń. Po raz pierwszy odczuł pojęcie martwoty, śmierci.
W dotychczasowym świecie nigdy go nie spotkał ale jakaś cząstka jego
zanurzonej we śnie osobowości, nosiła w sobie te pojęcia. Ale martwota
i śmierć objawiła mu się tu, w tym lesie, po raz pierwszy. Szedł coraz
wolniej, czując że i jemu brak tchu, że zaraz on, jak te drzewa stanie
bez ruchu i będzie martwy. Starał się opanować lęk, jaki go ogarniał i
przyspieszyć ten marsz, albo przynajmniej się obudzić. Nie mógł jednak
żadnej z tych rzeczy wykonać. Dane mu było jedynie brnąć mozolnie przez
ten las. Gdy wydawało mu się, że jest w połowie drogi spostrzegł, że z
gęstych gałęzi i ostrej zieleni wyłania się postać idąca wprost na
niego. Postać ta szła jeszcze wolniej niż on i wyraźnie z takim samym
zmęczeniem. Zatrzymał się i czekał. Po minucie usłyszał sapanie.
Głośny, z trudem przechodzący przez usta oddech, taki jakiego nigdy nie
usłyszał w ustach Veritona, Fatuma, Pneumusa i Boga, ani też sam nigdy
nie wydobył. Wraz z przybliżaniem się i ukonkretnianiem postaci, jej
ciężkie sapanie było coraz bardziej wyraziste i coraz bardziej
chrapliwe. W końcu, zza ostatniej gałęzi wyłoniła się wreszcie istota,
którą słyszał od minuty. Na jego widok stanęła i oparłszy się o drzewo
zaczęła jeszcze głośniej sapać. Adam był w szoku. Czegoś takiego
jeszcze nigdy nie widział. Postać ta była bardzo podobna do niego, a
jednocześnie zupełnie inna. Miała bardzo pomarszczoną twarz, wypłukane
jasno niebieskie oczy. Cała się trzęsła i z największym wysiłkiem
trzymała się na nogach. Całe jej ciało, pomarszczone, jakby pomięte,
było inne, choć takie samo. Adam nie mógł oderwać wzroku od tej istoty,
wodząc oczami od jej twarzy do stóp. Jeszcze za bardzo nie umiał
zrozumieć, na czym polega różnica między nimi, ale wiedział, że coś ich
różni. Czy był to kolor skóry, czy fakt, że Adam miał skórę gładką, a
ta istota pogniecioną. Tego Adam nie mógł uchwycić. Tyle nagłych uczuć,
spostrzeżeń mąciło mu myśli i nie pozwalało tak naprawdę spojrzeć na
nową istotę.
— Co się tak na mnie patrzysz — wysapała wreszcie istota, gdy oddech
jej w miarę wyrównał się, i przestała się słaniać na nogach — kim
jesteś i co tu robisz, czarny nagusie?
Ten głos dziwnie zaskrzeczał w jego uszach. W dalszym ciągu nie
mógł zrobić żadnego kroku, ani nie potrafił się ruszyć, stal tylko
skamieniały i milczał. Dziwna istota podeszła do Adama i swą wysuszoną,
dziwnie powyginaną ręką przejechała po skórze Adama na policzku, piersi
i brzuchu.
— Oj... Jaki młodziutki — powiedziała w zadziwieniu — skąd tyś się
tu wziął synku, zadziwiający dzieciuchu. Kim ty naprawdę jesteś? Jakim
cudem?
Adam nie zrozumiał ani pytań, ani zadziwienia tamtej istoty. Chciał
również dotknąć jej, jak ona jego, lecz gdy tylko wyciągnął rękę, tamta
odepchnęła go mocno.
— Kim jesteś dziecko?
W głosie nowej istoty pobrzmiewał wyraźny niepokój.
— Kim jesteś? Kim jesteś?
Zaczęła powtarzać nerwowo.
— Kim jesteś i dlaczego nie masz płci?
— Jestem Adamem.
Odważył się wreszcie odezwać Adam, lecz jego głos wydał mu się jakiś sztuczny i nie na miejscu.
— Adamem — powtórzyła nieznana osoba i natychmiast wybuchnęła
ogromnym, nieopanowanym śmiechem. Jej śmiech przypominał jej oddech,
ciężki i chrapliwy. — Adamem — powtórzyła jeszcze raz z trudem
trzymając się na nogach, tym razem ze śmiechu - Ale Adam to był mój
dawno zmarły mąż!
Adam raptownie otworzył oczy. Rozejrzał się wokół, by sprawdzić
gdzie jest. Sen skończył się, wraz z jego przebudzeniem, tylko w uszach
dźwięczał mu ciągle donośny śmiech. Był przerażony i bał się zamknąć
oczy, by nie wróciła do niego tamta istota. Świat był jeszcze
pogrążonych w ciemnych czeluściach, tak więc Adam musiał długo walczyć
z sennością, by doczekać poranka. Nigdy nie budził się w środku nocy.
Zawsze, gdy usnął spał do rana i nic mu nie przeszkadzało. Wprawdzie
czasami długo siedział w ciemnościach, lub leżał czekając na sen, ale
gdy ten przyszedł, nigdy nie tracił go aż do rana. Po raz pierwszy
obudził się przed słońcem i mógł obserwować jego nadejście. Nie
wiedział co bardziej go przeraża, ta sytuacja czekania na kolejny
dzień, czy dziwna istota z jego snu. Gdy słońce rozświetliło ciemności,
Adam wstał i jak najszybciej ruszył w drogę. Przerażał go ten sen,
dlatego chciał kolejną noc spędzić jak najdalej od miejsca, w którym go
wyśnił. Czuł się zmęczony, po raz pierwszy męczyła go droga i piekły
oczy, im głębiej wchodził w dzień, tym bardziej przypominał sobie
dziwne zachowanie istoty ze snu. Czyżby była ona zmęczona tak jak on, a
raczej czy miał się nauczyć takiego zmęczenia jakie zobaczył we śnie?
Poza tym, tuż przed wschodem słońca wyczuł dokuczliwe wręcz zimno,
którego nigdy nie zaznał, wraz ze zmęczeniem na tamtym starym lądzie.
Czy te nowe sny, zimno poranne i zmęczenie mają być od teraz jego? Adam
przestał się czuć właścicielem tej ziemi, początkowa pewność ustępowała
dobrze mu znanej niepewności, ta którą czuł dawno temu wychodząc z
ciemności, a potem samotność na pustyni.
— Teraz też jestem samotny!
Prawie wykrzyknął. Rozejrzał się dookoła. Łagodne wzniesienia horyzontu
odpowiedziały mu milczeniem. Chciał tego milczenia, chciał
potwierdzenia swojej samotności. Z ulgą przywitał brak odpowiedzi. W
jego myślach zaczął się pojawiać obraz najpierw sylwetki, potem wyraźna
postać istoty ze snu. A jeżeli ona istnieje naprawdę? A jeżeli, co
gorsza, istnieje wiele takich istot. Słowa wypowiedziane przez dziwną
istotę, były tak niezrozumiałe, że nawet Adam nie mógł ich sobie
przypomnieć. Wydawały się one wręcz jakimś bulgotem, przypominającym
toczące się kamienie, lub szum gwałtownie spadającej wody. Słowa
niepojęte przestawały być słowami. Ich po prostu nie było. Był niestety
obraz obcej istoty. Istoty, która wraz z napływającym zmęczeniem dnia
stawała się nienawistna. W pewnym momencie Adam wyobraził sobie, że oto
we śnie zobaczył samego siebie. Ta myśl była najgorsza, nie chciał
przeobrazić się w coś takiego. Nie chciał tak sapać i czuć się tak
pokracznie zmęczonym. Zrozpaczonego, pełnego strachu i bólu zastała
druga noc. Adam bał się zasnąć, czuł że odszedł na zbyt małą odległość
od poprzedniego miejsca noclegu, bał się, że sen w związku z tym
powróci. Próbował czuwać. Przypominał sobie całą swą wędrówkę,
wszystkie rozmowy, zwłaszcza z Veritonem. Powoli jednak powieki zaczęły
mu się zamykać, a sen wchodzić do jego ciała, tak jakby była to
konieczność nie do odwołania.
— Kim jesteś — stała tryumfalnie przed Adamem nieznana osoba.
— Już ci powiedziałem, jestem Adamem.
— Nie kłam.
— Nie kłamię, poza tym, ty też powinieneś powiedzieć mi swe imię.
— Powinienem? Kim jesteś głupcze, czy naprawdę nie widzisz, że jestem kobietą, czy może nie potrafisz mówić?
— A więc nazywasz się Kobieta, dlaczego miałbym znać twe imię, czy wpisane jest ono w język?
Obca istota wpatrywała się ze zdziwieniem w Adama. Nagle z niedowierzaniem zaczęła kiwać głową.
— To niemożliwe — wymamrotała — poza tym jesteś cały dziwny, dlaczego ty nie masz płci?
— O czym mówisz?
— Nie wiesz o czym mówię?
Jeszcze większe zdziwienie zaczęło malować się na twarzy obcej istoty.
Nagle zaczęła się cofać i z przerażeniem, odwróciwszy się uciekła.
— Zostaw mnie! — krzyknęła w trwodze — zostaw!
Adam nic nie rozumiejąc z przyjemnością odwrócił się na drugi bok i
przespał do rana. Gdy słońce już wzeszło obudził się szczęśliwy, że
uciekł przed kimś kto go prześladował. Mara znikneła.
— On na pewno o wszystkim już wie, nie możemy go tak zostawić!
Drobniutki Veriton po raz pierwszy doprowadzony był do ataku furii.
— Czy nie widzicie, gdzie już dotarł! — krzyczał coraz głośniej na
zdziwionych tym atakiem Fatuma, Pneumusa i Boga. — Czy nie rozumiecie,
co za chwilę może się z nim stać.
— Veritonie — zaczął przyjacielskim tonem Bóg — zaczynasz robić z płci kwestię
najważniejszą!
— Zupełnie zresztą niesłusznie — wtrącił Pneumus.
Veriton nie mógł się uspokoić, chodził pomiędzy swoimi towarzyszami, wymachując rękoma.
— Bo to jest kwestia najważniejsza!
— Bzdury — wyrwało się jak zwykle posępnemu Fatumowi.
— Nie bzdury! Właśnie, że nie! Teraz, albo nigdy, teraz, albo on zginie!
— Veritonie, nie przesadzaj — jęknął cichy Pneumus.
— Veritonie, ale jak ty to chcesz zrobić, on w ogóle nie jest
przystosowany, jeszcze mamy czas, próbował znowu załagodzić Bóg.
— Jego przystosowanie nie ma nic do rzeczy. Jeżeli odkrył już ląd,
który odkrył, za chwilę odkryje siebie, a wówczas jego brak płci, czy
bezpłciowość, może go zabić.
— Bzdury.
— Bzdury! Bzdury! Tylko to umiesz powiedzieć, przypomnij sobie
tylko jak ważne jest dookreślenie, bez niego człowiek się gubi,
człowiek musi poczuć się zamknięty w swym określonym ciele.
Hermafrodytami możemy być tylko my!
— Veritonie, nie przesadzaj i nie krzycz — tym razem twardo
odezwał się Bóg — każdy po części jest hermafrodytą, nosi w sobie cały
świat i każde przeciwieństwo.
— Ale człowiek z ta świadomością długo nie wytrzymuje, musi
określić jakiś stały swój fragment, musi zaznaczyć w sobie samym kim
jest. Bez takiego wyznacznika swojej osobowości, wszechświat który
nosimy w sobie, człowieka zabija. Pojęcie chaosu jest trwogą dla ludzi,
a Adam jest człowiekiem, dlatego będzie czuł potrzebę określoności. To,
co dla nas jest normą, wszechświatem, dla niego jest chaosem, dlatego
gdy odkrywa go w sobie, on może go zabić! Nie widzicie tego! Setki
krucjat człowieka do samego siebie. Adam musi się poznać, musi dojść do
siebie i zapanować nad sobą.
— Veritonie! Ale ty wszystko sprowadzasz do płci. —przerwał Veritonowi zirytowany Bóg.
— Nie! Nie! Ale od Płci u Adama wszystko może się zacząć. To pierwsze ogniwo niepewności. Pierwszy strach. Pierwsze pytanie.
— Ty wszystko wyolbrzymiasz! — wtrącił się Fatum — jaki strach, jakie
pytanie. Ten gnojek cały czas sra pod siebie ze strachu. Nie zrobi
kroku bez wątpliwości i strachu. A ty mówisz, że może się to pogłębić —
Fatum prychnął pogardliwie — tak czy siak, śmierdzi na kilometr.
Veriton stanął przed Fatumem oburzony.
— To wszystko przez ciebie! Ohydny! Przez ciebie. Cały czas szczujesz go i wpędzasz w kolejną niepewność i nowy strach.
— A tam. — Fatum machnął ręką jakby się odpędzał od natarczywej muchy.
— Mnie się wydaje, że Veriton ma rację — odezwał się raptem
Pneumus, wchodząc pomiędzy utarczkę Fatuma i Veritona — nie możemy
zostawić Adama takim, jaki jest teraz. Wcześniej, czy później
rzeczywiście odkryje, że jest kimś dziwnym. Wprawdzie to teraz właśnie
jest kimś rzeczywistym, całościowym, ale by stać się człowiekiem musi
się stać kimś połowicznym, ograniczonym przez swoiste ukonkretnienie.
— Racja — z ulgą przytaknął Veriton — nasza pełnia nie sprzyja Adamowi, sprzyja mu redukcja.
Wszyscy zamilkli patrząc po sobie.
— A więc kolejny etap — prawie wyszeptał wściekły Fatum.
— Nieuniknieni — odpowiedział, patrząc mu prosto w oczy, Veriton.
— Zatem zróbmy to — odezwał się Bóg.
— Ale jak? — próbował rozbić jedność Fatum.
— Po prostu dając mu płeć — nie dał się zbić z tropu Bóg —
Veritonie, Pneumusie i ty również Fatumie, wy wszyscy musicie się tym
zająć.
— A ty, będziesz wszystko kontrolował i błogosławił.
— Fatumie, daj spokój złośliwościom, sam najlepiej wiesz, że stanie się to, co ma się stać.
Adam obudził się rześki. To, co zdarzyło się we śnie, zostało
pokonane. Czuł jak wracają mu siły i radość bycia. Poranny chłód
orzeźwiał go tylko i zachęcał do dalszej wędrówki. A spieszno mu było,
bo świat cały czekał na niego i wszystko musiał zobaczyć. Szedł lekko i
bez zmęczenia, ciesząc się każdym napotkanym szczegółem krajobrazu.
Wszystko obejmował w posiadanie spojrzeniem, a widnokrąg pospiesznie
dostarczał mu nowego świata, do zbadania. Takim zdobywcą był do
południa. Gdy słońce stało najwyżej nad jego głową, zobaczył przed sobą
odległą, majaczącą na krawędzi spojrzenia, ciemna bryłę. Usiadł na
chwilę, opierając plecy o ułożenie terenu i zapatrzył się na kształt
przed nim. Znał już góry i kamienie, wypukłości terenu i jego
załamania. To przed nim, nie przypominało jednak niczego takiego. Gdy
nogi jego chciały znowu dalej iść, wstał i z zaciekawieniem podążył w
stronę nieznanego kształtu.
Szedł bardzo długo, ale też coraz wolniej. Słońce tymczasem
przewędrowało za jego głowę i wydłużało jego cień. Kroki Adama stawały
się coraz mniejsze, im bardziej wyrazisty stawał się kształt przed nim.
Aż wreszcie stanął. Na wprost rozciągał się intensywnie pachnący i
gęsto szumiący las. Nie był on martwy i nieruchomy jak w jego śnie, a
żyjący, pełen dźwięków i ruchu. Jego intensywny zapach odurzał Adama,
był zupełnie inny w porównaniu do tych zapachów jakie spotykał
dotychczas. Wszedł w las, z biciem serca i głową wypchaną jego
zapachem. Gałęzie drzew nie były tak delikatne w dotyku jak we śnie.
Były szorstkie i kłujące. Niektóre miały lepki dotyk i pozostawiały na
dłoniach Adama ślad. Wędrówka przez las była o wiele trudniejsza.
Słońce, które dawno już dotykało drugiej strony widnokręgu, z trudem
przeciskało swe promienie przez gęste konary. Ciemna zieleń i brąz,
przechodziły w ciemne szarości, lekko wilgotne i pachnące. W konarach
drzew Adam wyczuwał jakieś inne, niezależne od drzew życie. Być może,
że były to zwierzęta, które do tej pory omijały go spokojnie, a być
może był to, zaplątany w gałęzie wiatr. Adam przyzwyczajał oczy do
narastającej gęstości i ciemności. Bał się, ale jego strach był już
oswojony. Za każdym wyciągnięciem ręki, napotykał na delikatnie
kłującą, chropowatą gałąź, która prowadziła go w następną i w następną.
Tak doszedł do miejsca z którego usłyszał trzask łamanych gałęzi i
wolne kroki. Stanął i czekał, bo wiedział, że nie zostanie ominięty. W
końcu wszystko służyło właśnie jemu. Po paru chwilach zamajaczyła przed
nim, spowita już w głęboką szarość kobieta. Popatrzyła na niego
uważnie, dotykając swoją szorstką dłonią jego pokłutej dłoni.
— A więc przyszedłeś Adamie.
Adam przytaknął ruchem głowy.
— Tak, mamy niedokończoną rozmowę.
— My mamy mnóstwo niedokończonych rozmów Adamie.
— Zacznijmy więc.
I Adam usiadł na wilgotnej ziemi pod drzewem. Kobieta popatrzyła na niego ze zdziwieniem.
— Tutaj?
— Tak, las nam sprzyja.
— Raczej nas kryje.
— Przed kim?
— Przed nami.
Gdy usiadła obok niego, z trudem zginając swe ciało i bardzo ostrożnie,
jak gdyby z niepokojem dotykając ziemi, Adam zapytał pierwszy.
— Powiedz mi, skąd wiedziałeś, że tu przyjdę? Dlaczego czekałeś?
— To rutyna, zawsze tu przychodzisz.
— Mówisz jak Fatum.
— Jak kto — zdziwiła się kobieta.
— Jak Fatum, nie znasz Fatuma?
Kobieta zaprzeczyła. Adam ze zdziwieniem popatrzył na nią.
— A Veritona, Pneumusa i Boga?
Teraz kobieta odpowiedziała mu tym samym spojrzeniem.
— Oprócz Boga, nie wiem o kim mówisz? Kim są tamci, czy to twoi jacyś fałszywi bogowie.
Zapadła dziwna cisza. Adam nie rozumiał o co chodzi kobiecie.
Przecież jest oczywistym istnienie Boga, Fatuma, Veritona i Pneumusa. A
ona zna tylko Boga, a tamtym wmawia jakiś fałsz. Adam zaczął ponownie.
— Jak możesz nie znać Fatuma, Veritona i Pneumusa, skoro to oni pierwsi
do nas przychodzą. To znaczy — poprawił się Adam — pierwsi przyszli do
mnie, czy może po mnie, a sądzę, że podobnie mogło być z tobą.
— Bzdury — w głosie kobiety była irytacja — tak naprawdę, to wezwał cię Bóg.
— Bóg! Ależ on najmniej robi. Najrzadziej go spotykam. Myślę, że
wezwał mnie Fatum, albo Pneumus . Natomiast Veriton jest najważniejszy.
Veriton to mój mistrz.
— A więc Veriton jest człowiekiem —zainteresowała się kobieta.
— Kim?
— Człowiekiem. Jeszcze jednym oprócz nas człowiekiem.
— To ja jestem człowiekiem? Nie Adamem?
— Adam to twoje imię, a bycie człowiekiem to twoje przeznaczenie —
spokojnie tłumaczyła mu kobieta — ja jestem jak ty równocześnie i Ewą i
człowiekiem.
— Kim? — w zdziwieniu jak w chorobie, powtarzał Adam. — przecież mówiłeś, że jesteś kobietą.
— To swoją drogą. No tak! Przecież ty nie wiesz co to płeć. Ty
chyba sam nie masz płci. Teraz ty jesteś równocześnie kobietą i
mężczyzną.
Adam zamknął oczy, chciał uciec w sen, tak jak wówczas ze snu,
chciał uciec w rzeczywistość. Te dziwne słowa męczył go. Zwiastował
nowy niepokój, nowy trud. Chciał wstać i uciec do Veritona. Dlaczego
Veriton mu nigdy o tym nie mówił. Co to znaczy człowiek? Czy już nim
jest, czy ma się nim dopiero stać. Poczuł, jak na nowo nieznana istota
głaszcze go po głowie.
— Nie przejmuj się Adamie. Prześpij się. Wszystko ci się kiedyś ułoży. Grunt, że już wiesz, kim jesteś.
— Ale ja nie wiem...
— Nie szkodzi — przerwała mu brutalnie — teraz się prześpij.
Adam otworzył oczy. Bolała go głowa, a ból ten przydarzyl mu się po raz
pierwszy. Świt szary, ledwo widoczny przez konary drzew. Dodatkowo w
lesie świt był głośny. Teraz słyszał, że wczorajszy ruch, tak jak teraz
hałas, czyniły zwierzęta,. W głośny i tylko im znany sposób opowiadały
pieśń poranka, słońca i nieba. Adam leżał i patrzył jak nad ruszającymi
się nad nim gałęziami, przefruwały, przeskakiwały różnokolorowe,
różnoszare ptaki, każdy ze swoim głosem i tonem. Powoli wstał. Nie
wiedział czy ma nadal brnąć przez las, przed siebie, czy też wracać i
ominąć las. Był w nim urok i trzymało tu Adama to bujne życie. Nigdzie
nie doświadczył tylu zapachów i głosów naraz. Poza tym, tu właśnie,
czuł obecność. Wszystko dookoła dotykało go, wchodziło na niego, było w
nim. Tu właśnie współistniał z innymi. Intensywna obecność lasu
łagodziła w nim to wszystko, co przydarzyło mu się wczoraj. Z drugiej
strony potrzebował spotkać Veritona. Kolejny raz uciekał do niego,
przyzwyczajony, że z jego ust wszystko brzmi inaczej, łagodniej.
Wszystko można przyjąć gdy przy nim jest Veriton. Zaczął więc wracać,
chciał dotrzeć do otwartej na wszystko łąki, do otwartych słów
Veritona. Adam nie mógł jednak wyjść z lasu. Wydawało mu się, że może
odtworzyć drogę powrotną, ale las zwodził go i otwierał przed nim coraz
to nowe możliwości. Każde drzewo, które łapało go za rękę, pchało go w
inną stronę, tak iż zrozumiał wreszcie, że zabłądził. Słyszał dudnienie
swego serca, ale nic nie mógł zrobić. Powtarzał tylko imię Veritona i
przypominał sobie ile razy to już robił.
— Tutaj, tutaj!
Adam rozejrzał się. To był głos Pneumusa. Tak dawno nie słyszał jego
głosu. Przypomniał sobie, że to dzięki Pneumusowi. spotkał Veritona.
Zrozumiał wreszcie, że tak naprawdę, nie istniałby tak jak istnieje bez
tych czterech istot. To one prowadziły go, wskazywały mu świat,
podsuwały pod nogi ścieżki. Zastanawiał się tylko dlaczego? Może
przywołał je swoją bezradnością, może to on je stworzył swoim strachem,
może to one stworzyły go, by usprawiedliwić przed sobą swe własne
istnienie.
— Tutaj, tutaj.
Powtarzał cierpliwie głos, a Adam pospiesznie powtarzał już idę, już
idę. I tak wyszedł z półmroku lasu, w oślepiający blask łąki. Teraz
docenił jej delikatny zapach, cichy szmer owadów i miękki dotyk jej
liści.
— Tutaj, tutaj!
Głos nalegał spokojnie.
— Już idę, już idę.
Powtarzał cały czas Adam rozglądając się za Veritonem, Pneumusem,
Fatumem i Bogiem. Jak zwykle Veriton czekał na niego sam. Tym razem
stał, twarzą odwrócony do niego. Adam radośnie podbiegł do niego.
— Już wiesz kim jesteś Adamie?
— Człowiekiem?
— Tak. A wiesz kim ja jestem?
Adam zaprzeczył bezradnie.
— Twoją istotą.
Adam popatrzył bezradnie na Veritona, czekając na dalsze wyjaśnienia.
— My wszyscy jesteśmy twoją istotą. Od początku do końca, nie byłoby
ciebie bez nas. Tylko, że my musimy być w tobie, rozumiesz Adamie?
Żebyś był sobą musisz myśleć, odczuwać, istnieć ze wszystkim i wobec
wszystkiego.
— A płeć?
— To się dopiero stanie. Na razie stajesz się, na razie jesteś
mężczyzną i kobietą. Pewnego dnia, odnajdziesz siebie w innym stanie,
twojej ludzkiej pełni. Wtedy nie będę ci już potrzebny, w takiej formie
jak teraz. Po prostu będę w tobie. Zamiast spotykać się ze mną,
będziesz myślał. Zamiast spotykać się z Pneumusem, będziesz czuł.
Zamiast spotykać się z Fatumem, będziesz rodził się, dojrzewał, starzał
i umierał. Tylko z Bogiem będziesz nadal się spotykał, będziesz z nim
rozmawiał, kłócił się i przeklinał. Będziesz go zabijał i na nowo
stwarzał, aż do momentu ... — Veriton przerwał nagle i zamyślił się.
— Do jakiego momentu? — przynaglił go niecierpliwie Adam, chciał
dowiedzieć się bowiem wszystkiego, a przeczuwał, że nadszedł po temu
odpowiedni moment.
— Tego nikt nie wie Adamie — odparł zadumany Veriton — za każdym
razem, kończy się wszystko inaczej i za każdym razem inaczej wszystko
przebiega.
— A moja wina a wina? — ponaglał Adam w obawie, iż Veriton
odpłynie w swoją zadumę i nie będzie można nic więcej z niego
wyciągnąć.
— Jaka wina?
— Ta o której mówił Fatum.
— Ach, tak. — przytaknął cicho Veriton — chyba już przecież wiesz,
wszystko zależy od ciebie, takim jakim się uczynisz, takim będziesz. To
co było poprzednio i za każdym przeszłym czasem napiętnowało cię pewnym
złem. Grzechem pierwotnym twojego postępowania. Ale z drugiej strony
zaczynasz zawsze od niczego, od pustej głowy i serca. Teraz w tobie
jest miłość, bo kochasz mnie. — Adam przytaknął w tym momencie gorliwie
— i jest w tobie pragnienie, staranie. Gdy dojdziesz do końca swojej
drogi i zrozumiesz już wszystko, wówczas będziesz musiał umrzeć. Ale od
ciebie tylko będzie zależało jakie zło zostawisz za sobą i w jaki
sposób pozbierasz je w siebie.
Adam przytulił się do swojego mistrza. Zrobił to po raz pierwszy, a ten
pogładził go po głowie, tak jak zrobiła to kobieta w lesie.
— Adamie, musisz wiedzieć jeszcze jedno. Nie zawsze będziesz mnie tak kochać, z czasem możesz mnie nawet znienawidzić.
— Nieprawda! — wykrzyknął prawie oburzony Adam.
— Adamie, będę coraz więcej od ciebie wymagał i coraz więcej ci
dawał. Z czasem może stać się to dla ciebie bolesne a nawet
niebezpieczne.
— A Fatum i Pneumus?
— Oni pozostaną dla ciebie mniej więcej tacy sami.
— A Bóg?
— O nim już ci powiedziałem.
— A kobieta.
— Ją jeszcze spotkasz, nią jeszcze się staniesz, tak jak staniesz się
mężczyzną i tak jak staniesz się młody i stary.
— Tego nie rozumiem.
— Bo nie rozpoznałeś jeszcze w niej siebie.
— Ale ona była zupełnie inna.
— Bo była stara i bardziej świadoma.
— Ale...
— To wszystko Adamie — przerwał mu brutalnie Veriton — resztę
poznasz i zrobisz naprawdę sam. To stanie się w tobie, gdy dasz swojemu
umysłowi i ciału znak. Ono rozpozna to w tobie.
Veriton przytulił Adama. Adam po raz pierwszy westchnął. Veriton uśmiechnął się do niego i odszedł.
Adam szedł dalej sam. To znaczy nie do końca sam. Czuł, że ma w sobie
siebie i wszystko co może nadejść. Wstawał o wschodzie słońca i kładł
się o zachodzie. Czasami nie usypiał od razu, ale rozmyślał nasłuchując
i wypatrując, tego co istnieje nocą. Pewnego dnia Adam zobaczył na
drzewie dziwne-czerwone. Stał obok tego i choć widział to wiele razy,
czuł jak przyciąga go to dziwne-czerwone. Wreszcie wolno podszedł i
dotknął to. Dziwne-czerwone zachwiało się na gałęzi i odpadło od
drzewa. To dla mnie pomyślał i sięgnął po dziwne-czerwone leżące u jego
stóp. Chwilę przyglądał się temu, odczuwając jego gładkość, aż wreszcie
nie wiedząc dlaczego tak czyni podniósł do ust i ugryzł. Zadziwiło go
to, co zrobił. Stał oszołomiony nie rozumiejąc swego zachowania. Nigdy
czegoś takiego nie zrobił i nie chciał robić. Natychmiast wyrzucił
dziwne-czerwone i odbiegł od drzewa. Przez cały dzień starał się nie
myśleć o tym, co zrobił i szedł szybko rozglądając się łapczywie po
świecie. Pod wieczór stanął nad rozgrzaną łąką. Jej słodki zapach
przeniknął w niego, jaj cichy szum koił jego zmysły. Adam stał tak,
patrząc w zachwycie na świat i poczuł nagle, że jest głodny.
31 III 1997
|
|
|