 | nieTUZINkowa 12-ka Netkultury |
 |
Epika: Gołąb /opowiadanie/ ~*
Wysłano dnia 12-09-2006 o godz. 10:14:02
Autor: spiooszek
Pewien czas temu przydarzyła mi się zabawna rzecz. Otóż, wpadły mi w ręce pewne zapiski – muszę przyznać, iż całkiem niezłej próby literackiej - i jakież było moje zdziwienie, kiedy zorientowałem się, że opisują one jeden dzień z mego życia! Pod ich wpływem, zacząłem spisywać historię mego istnienia – ale o tym później! Teraz przeczytam Wam to, co znalazłem:
Julia nerwowo szukała fajek. Była straszliwie zdenerwowana, rozmontowana, rozproszkowana, całkowicie rozgorączkowana i absolutnie rozjątrzona. Właśnie powinna być
w szkole, ale nie mogła przecież pójść do niej bez uprzedniego wypalenia choć jednego papierosa, chociaż jednego, malusiego papieroska. Okropnie zirytowana weszła w głąb bramy, aby w spokoju ukoić swoje strasznie skołatane nerwy… Pogoda była, oj, była. Ciepło, kwietniowo, dość
przyjemnie, choć nie zawsze i nie dla każdego. Wiało. Tak, oj, tak,
wiało, wiało. Delikatnie, orzeźwiająco, wiosennie, z wyjątkiem
sytuacji, kiedy nie wiało delikatnie, orzeźwiająco i wiosennie.
Ciśnienie było, oj, było, ale mogłoby być troszkę, odrobinkę wyższe.
Albo niższe. Warunki drogowe niezłe, oj, niezłe. Sprzyjały one szybkiej
i niebezpiecznej jeździe, oj, sprzyjały. Był to jeden z takich dni,
kiedy każdemu człowiekowi po przebudzeniu i wyjrzeniu przez okno raduje
się serce. Chyba, że się nie raduje...
W pewnym, bliżej nieokreślonym podwórzu kilka gołębi wesoło sobie fruwało,
to w górę, to w dół, bez wyraźnego celu. Ot tak, dla zabawy. Ich
gołębiowatość była widoczna, jak na dłoni. Wręcz emanowała z nich,
wysyłając każdemu sygnał: „Jestem gołębiem i jestem z tego dumny!”. I w
tej swojej gołębiowatości były to gołębie prawdziwe
i prawdziwie absolutne. Ptaki nieustannie zmieniały pozycję względem
siebie, zakreślając swoim lotem niezwykle fantazyjne tory - aż dziw
brał, że rządził tym, tylko i wyłącznie, przypadek. Było to niesamowite
widowisko. Cud natury. Wielkie misterium przyrody.
Julia przypatrywała się tym ptasim igraszkom przez dłuższą chwilę, lecz
po pewnym czasie poczuła znużenie, więc uśmiechnęła się złośliwie i
podniosła średniej wielkości, szary kamyk.
Świiiiissssssstttttt.
Trach! Trach!
Bum! Bum!
Jeden z gołębi o niezidentyfikowanej tożsamości został trafiony kamieniem.
W wyniku odniesionych obrażeń oraz doznanego szoku ptak, będący w
powietrzu, nie mógł kontynuować czynności latania, więc posłuszny
bezlitosnym prawom grawitacji spadł
na ziemię. Gołąb, mimo wzorowego życia oraz szczerych chęci przedłużenia swojej ptasiej egzystencji, zmarł.
O duszy, jeśli takową posiadał, nic nie wiadomo.
Dziewczyna swobodnym, prawie że tanecznym krokiem podeszła do martwego
ptaka. Gołębia upośledzonego w pewien - trzeba przyznać - dość istotny
sposób. Schyliła się bliżej,
a jej śliczne, piwne oczy wyrażały niezwykłe zdumienie, że ona,
słabiutka istotka mogła zabić jakąkolwiek formę życia. To pośrednie
morderstwo (zabójcą prawdziwym był kamyk) napawało ją dumą. Dawało
poczucie siły i władzy nad innymi stworzeniami. Wyprostowała się i
przytrzymując drobnymi rączkami swoją długą, białą suknię typu
„Łowicz”, odtańczyła typowy taniec, jaki wykonuje się na wypadek
zabicia gołębia.
Po pewnym czasie ekstaza i poczucie triumfu zaczęły przechodzić,
ustępując miejsca nieopisywalnemu smutkowi. Julia zrozumiała okropność
swego czynu dopiero, gdy skojarzyła swój taniec z beztroskimi
igraszkami gołębi. Zapłakała gorzko nad losem ptaka
i jego najbliższych. Rozmyślała o nich, a nawet pomodliła się w ich
intencji. Jednak nie trwało to długo, bowiem już po chwili Julia
poczuła straszliwy wstręt do gołębia. Znienawidziła go za to, że
płakała przez niego, że mu współczuła oraz, iż było jej wstyd
i dręczyły ją wyrzuty sumienia. W przypływie złości brutalnie splunęła
na niego, chcąc tym okazać mu swoją pogardę i lekceważenie.
Zła na martwego ptaka, wściekła na siebie oraz obrażona na cały świat,
Julia opuściła podwórko i wtopiła się w tłum wiecznie śpieszących się
ludzi…
- Gdzie tu sens? Gdzie tu logika? Jak coś może być sensowne, jeśli nic
nie jest sensowne? Ach! Ach! Wskażcie mi coś, w co mógłbym wierzyć,
coś, czemu mógłbym zaufać! Pokażcie, że świat jest wspaniałym miejscem
do życia, że rządzi nim jakaś mądra siła, a ludzie w przerażającej
większości nie są głupimi materialistami, pozbawionymi wszelkiej
duchowości! – Arkadiusz byłby zapewne szedł dalej zatopiony w tego
rodzaju myślach, ale nagle coś przykuło jego sokoli, wrażliwy i
uduchowiony wzrok.
- Och! Cóż to za dziewoja przepiękna się zbliża? Ach, jaka śliczna! Cudo! Cudo! Jedna
z nielicznych, które nie są takie same jak inne i nie noszą różowych bluzek do pępka!
Co za oczy! Jakie wspaniałe! Zdradzają zapewne nieprzeciętną
inteligencję i nietuzinkową, szlachetną osobowość! A co za strój! Jak
gdyby z innej epoki, zupełnie niepodobny do odzieży współczesnych
dziewczyn! Ach, ach! Zakochałbym się w niej! Cóż ja wygaduję!? Już ją
kocham! Gdyby tylko zainteresowała się mną! Przystanęła na chwilę i
zapytała o coś,
o drogę na przykład…Ach…ach…Czy kiedykolwiek ziści się moje marzenie o
związaniu się z taką wspaniała osobą? Z kobietą nieprzeciętną, z którą
mógłbym przeciwstawić się tej, do cna zepsutej, cywilizacji?
Niestety Julia nie zatrzymała się przed nim, ani nawet go nie
dostrzegła, lecz minęła go obojętnie i poszła dalej, hen, hen, w
nieznane, w siną dal, ku przeznaczeniu.
Arkadiusz stał jeszcze chwilę wpatrzony w znikająca sylwetkę,
wzdychając do niej, marząc o wspólnym życiu i przeklinając świat, że
istnieje na nim tak mało takich wspaniałych istot, które by go
zrozumiały, pokochały i zgadzały się w prawie we wszystkim. Tłumy
barbarzyńców i debili potrącały go co chwila, lecz on był na to
kompletnie nieczuły. Niepomny na nic, odprowadzał nieznajomą tęsknym
wzrokiem, aż po horyzont.
Widok był to iście przygnębiający, a w tym przygnębieniu swoim niezwykle przejmujący.
Po dłuższej chwili Arek wznowił swoją wędrówkę i kręcąc smutno głową,
wolnym krokiem wszedł w pewne podwórze w poszukiwaniu ciekawych miejsc
do sfotografowania.
Mniej więcej na środku placu leżał gołąb. Arkadiusz zapewne nie
zdziwiłby się - wszak często ptaki w godzinach popołudniowych urządzają
sobie krótką drzemkę – lecz, tym razem, fizjonomia młodzieńca sprawiała
wrażenie niezwykle zdumionej, całkowicie zaskoczonej. Bowiem, gołąb był
martwy! Lecz nie był tak zwyczajnie martwy! On był martwy poprzez
zamordowanie! Wygląd ptaka oraz ilość krwi na ziemi wyraźnie wskazywały
na zabójstwo. To pogarszało sytuację. Arek mógłby jeszcze zaakceptować
naturalną śmierć gołębia, wynikającą z jego starości, ponieważ taka
śmierć stanowiła jedynie ostatni etap życia, była jego nierozerwalną
częścią, nieodłącznym elementem. Lecz ptak, ptaszek, ptasieczek malutki
został zabity! Kto mógłby zrozumieć równie bezsensowną zbrodnię? Czy
istnieje jakiekolwiek racjonalne wytłumaczenie tego czynu? Przypadek?
Przeznaczenie? Wola boska? Ale…czemu gołąb? Ach…czemu on? Czemu nie
przebrzydła mucha, czy śmierdzący smrodem skunksowaty skunks, tylko
Bogu ducha winny gołąb? Symbol pokoju! Wyśmienite! Symbol pokoju
zamordowany! Ach…ach! Czy kiedykolwiek wcześniej świat widział podobną
tragedię? Czy ktokolwiek wie o tej okropności? Czy choć jedna osoba
jest świadoma bezsensownej śmierci tego zwierzęcia? Ech…kto spośród
tych płytkich, zapatrzonych w siebie ludzi, mógłby dostrzec całe zło,
jakie obecne jest na tej nieszczęsnej planecie? Pytam się: kto?
Ach…ach…pewnie nikt. Nikt! To straszne, mój przyjacielu! Na szczęście,
ja widzę w całej okazałości Twoje cierpienie, Twoje osamotnienie! Nikt
o Tobie nie wie, nikt o Tobie nie pamięta, nikt nie jest zdolny
zrozumieć ogromu bólu, jakiego doznałeś! Tak samo nikt nie potrafi
pojąć w jakim ja znajduję się stanie! Rozumiesz? Jesteśmy podobni, mój
gołąbieczusiu! Oboje jesteśmy samotni, nieważni, malusi, maluczcy
i całkowicie niezrozumiali dla tego koszmarnie makabrycznego w swojej
obrzydliwości świata! Dla tej przeraźliwie strasznej w swojej
paskudności planety! Dla przerażająco okropnej w swojej potworności
cywilizacji oraz straszliwie pustej w swej płytkości ludzkości!
Pozwól dlatego mój ptaszuszku malusi, że uwiecznię Cię na kliszy
fotograficznej po kres końców, dla potomności, dla przyszłych pokoleń,
utrwalę Twe istnienie na wieki! Choć tyle mogę dla Ciebie zrobić…
Tak, dobrze, troszkę w lewo…O! Przepraszam, zapomniałem, że nie możesz…
Tak świetnie, wspaniale!
Wybacz mój gołąbiusiu, ale muszę już iść, sam rozumiesz, obowiązki,
prywatne, egoistyczne życie, chyba nie masz mi za złe, przecież jak bym
mógł, to bym został dłużej, ale sam wiesz jak to jest, tak więc, miło
było, ale wszystko co dobre, szybko się kończy, więc niestety, ale
muszę Cię opuścić, ale dziękuje za spotkanie, zainspirowałeś mnie do
pewnych przemyśleń, bo wiesz…mnie się wydaje, że jesteś alegorią,
metaforą, a nawet może symbolem…Tak, tak, odchodzę już, ale obiecuję,
że nie zapomnę o Tobie, nigdy, przenigdy, ja nie jestem taki, co to tak
łatwo zapominają, nie jestem jak inni, będę pamiętał, po ostatnią
chwilę mego istnienia będę Cię wspominał, bowiem Twe dzieje są podobne
do moich, bowiem, w pewien sposób, ja też jestem martwy…wyprany z
radości, wyzuty z głębszych uczuć… Poza tym Twoje losy nieodwracalnie
skrzyżowały się z moimi. Teraz już nic nie będzie takie samo, takie jak
dawniej, podobne do czegokolwiek, co zdarzyło się
w przeszłości. No bo, jak może być cokolwiek porównywalne do siebie
samego z przeszłości, jeśli nie może być porównywalne? Wszystko płynie!
Ciągły ruch i nieustanne zmiany! Tak czy inaczej, Ty oddziałałeś na
mnie, ja na Ciebie, kto wie, może również, w jakiś dziwny, nieznany,
nieokiełznany, magiczny, metafizyczny sposób... Żegnaj, mój
przyjacielu! Po stokroć dzięki Ci składam, że zaistniałeś w moim życiu!
Kto wie jakie to będzie miało znaczenie dla mojej samotnej egzystencji?
Kto wie…Żegnaj! Niech Ci ziemia lekką będzie,
a Twe dzieci niech nigdy nie cierpią nędzy, ni głodu!
I odszedł, zostawiając gołębia w niezmienionym położeniu względem czterech stron świata, chodnika i nieba oraz życia i śmierci.
- Hm…interesująca sprawa z tym ptakiem, nie powiem, nie powiem. Ciekawe
czy zdjęcie wyjdzie? O właśnie! Czy wyjdzie? Wieczny strach! Nieustanne
zmartwienie! Czy aby dobrze wszystko ustawiłem? Prawidłowo skadrowałem?
Czy kupiłem wystarczająco dużo chleba? A może mam za dużo pieczywa i
się mi popsuje? A czy padać nie będzie? Czy mnie nie pobiją dziś? Czy
nie zaczepi mnie jakiś cudzoziemiec, a ja nie będę potrafił mu
odpowiedzieć? Nieustanny lęk. A czy zdążę, a czy wystarczy mi czasu,
aby podołać wszystkim obowiązkom i zrobić tyle rzeczy, na które mam
ochotę? Czy przyjdzie taki okres
w mym życiu, abym mógł nie patrzeć na zegarek i nie zastanawiać się nad
tym, co będę robił jutro? Co postanowić? Jaką podjąć decyzję? Gdzie
pójść i co zrobić? Za mało czasu mamy! Ach…jak niewiele! Jak niewiele!
Ach…ach…to straszne! I ani chwili spokoju! Obawa, zmartwienie. Nawet
najprostsze, najbardziej prozaiczne rzeczy zatruwają życie, zmuszając
do zastanowienia się, do myślenia o nich. Rozwiązana sznurówka,
oderwany guzik, poplamione spodnie, ach…ach…to przerażające! Takie
niewielkie sprawy, a jak potrafią zaklinować się
w ludzkim umyśle, sprawić, że człowiek nie potrafi myśleć o czymś
innym, o jakiś pozytywnych aspektach rzeczywistości. Nawet jeśli cieszy
się i raduje, to gdzieś tam
w zakamarkach jego świadomości czai się przerażająca myśl, okropny lęk
czy straszliwe zmartwienie, aby wypłynąć na powierzchnię w najmniej
spodziewanym momencie,
w najbardziej niestosownym do tego czasie i zburzyć całą radość przeżywanej właśnie chwili…
Arek zatrzymał się, ponieważ właśnie tuż obok niego przebiegł starszy
pan, trzymając w ręce dużą, żółtą, prawdopodobnie pustą reklamówkę. Nie
było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że znał tego człowieka.
Codziennie widywał go podczas swej wędrówki do szkoły. Każdego dnia! On
swoje, a tamten mężczyzna swoje! Dzień w dzień, losy tych dwóch ludzi
krzyżowały się, tylko po to, aby potoczyć się w zupełnie innych
kierunkach. Podczas tych ulotnych chwil Arkadiusz miał wrażenie, że
przez ten krótki moment, kiedy widzi tego pana, kpią sobie razem z
nieubłaganego przypadku oraz ośmieszają go. Wprowadzają element ładu
oraz powtarzalności do ich życia, żywiąc złudną nadzieję, że Ziemia nie
jest czymś na kształt wielkiego balonu pełnego chaotycznie
poruszających się cząsteczek gazu. Uśmiechnął się. Znów go spotkał! Ha!
Ha! Było w tym coś magicznego! Dwóch nieznających się ludzi, którzy
codziennie mijają się na ulicy! Coś wspaniałego! Pięknego, bo
logicznego! Mimo że nielogicznego, to jednak logicznego w tej swojej,
jakby nie patrzeć, nieprawdopodobności! Zastanawiało go także, po co ów
człowiek biega z tą śmieszną, żółtą i wyraźnie pustą reklamówką.
Jednak, jak codziennie, nie znalazł odpowiedzi na to pytanie.
Prawdopodobnie, stanowiło ono jedną z tych wielu zagadek wszechświata,
na które nie ma odpowiedzi...
Arkadiusz przełknął ślinę. Zwilżył językiem wargi, ruszył z miejsca i powrócił do swych wcześniejszych rozważań:
- Ach…ach…a co jeśli nie uda mi się osiągnąć szczęścia? Ach…ach…a co
jeśli nie spotkam miłości mego życia? Albo co gorsza spotkam, ale nie
spodobam się jej, nie zachęcę do siebie, nie przekonam do mojej osoby
lub skrzywdzę ją, spaczę moją osobowością, zniszczę jej piękno moim
paskudnym charakterem? Mogę także okazać się niedojrzałym do takiego
związku, czy wreszcie jąkać się w jej obecności! Ach…ach…co za koszmar
to by był!
Przystanął na chwilę, ponieważ zmęczył się rozważaniami, przestraszył
się swej wizji, a także dlatego, że musiał zawiązać sznurowadło.
Gdy wstał i zamierzał kontynuować swoją wędrówkę, ktoś klepnął go w ramię
i głośno krzyknął:
- Arek?! To ty?! Ale jaja! Kupę lat! Co u Ciebie słychać? Jak leci?
Arkadiusz gorączkowo próbował sobie przypomnieć skąd zna tego
człowieka. Bo znać go musiał, to pewne. Prawdopodobnie ze szkoły.
Pomału, pomału, jego umysł rozpoczął pracę kojarzenia twarzy z
imieniem. Po chwili już wiedział. Nazywał się Andrzej. Tak jak
i dawniej odznaczał się dość potężną, jeśli nie monstrualną, budową.
Oczywiście, nie był tak uduchowiony i inteligentny jak Arek, ale w
gruncie rzeczy dało się z nim wytrzymać.
- Cześć Andrzej...Bardzo się cieszę, że cię widzę...
- Świetnie, że na ciebie trafiłem! Właśnie idę spotkać się ze znajomymi, wiesz, kilka osób dosłownie. Może wpadniesz?
- To rewelacja…. Nie no wiesz…z chęcią bym poszedł…ale no…akurat teraz to tak średnio…
- Stary, no nie gadaj! Nie możesz odmówić! Idziesz i już! Będzie
przednia impreza, sam zobaczysz – rzekł Andrzej i zaczął prowadzić
biednego Arka do pobliskiego pubu, gdzie nieustannie czyhają na niego
straszni, płytcy, głupi i okropni ludzie. Poszli w kierunku,
z którego przyszedł Arkadiusz.
Wędrowali już około pięciu minut, przeważnie milcząc, kiedy nagle
Andrzej zatrzymał się i kiwnął głową na balon w kształcie serca, który
właśnie wyleciał z rąk dziecka
i zmierzał ku niebu.
- Patrz stary na ten balon!
- No i co?
- No sam nie wiem, czadowo to wygląda, nie? Tak jakoś…pięknie!
- Przecież to zwykły balon! – Arek zupełnie nie rozumiał zachwytu
kolegi – Przecież to zwyczajna rzecz! Co za debil! Podniecać się tak
najnormalniejszym w świecie balonem!
Ale pewnie o gołębiu nie ma żadnego pojęcia! Ha, założę się, że nic nie
wie o jego smutnych losach, o jego tragicznym osamotnieniu! Pewnie
nawet nie zdaje sobie sprawy, iż coś takiego się zdarzyło, że podobna
rzecz mogła się przytrafić! Bo przecież jest ograniczonym półkretynem,
który o dramatycznych dziejach gołębiowatego stworzenia nigdy się nie
dowie, ale za to zachwyca się zwykłym, zwyczajnym, powszednim balonem!
Dziecinną zabawką! Trzymajcie mnie! Co za świat, co za ludzie! Gdzie tu
sprawiedliwość! Przez takich jak on, nasza planeta durnieje! Słuchając
takich rzeczy, nasiąka kretynizmem, wydając później na świat jeszcze
głupszych ludzi! Hm…jedyny sposób, aby przywrócić światu równowagę, to
zwalczyć idiotyzm mądrością i inteligencją! Przeciwstawić balonowi
gołębia! Tak, przeciwstawić! Gołębiem balona zwyciężę! Gołębiem w ryj
balonowi!
- Gołąb!!! – krzyknął znienacka Andrzejowi do ucha – A o gołębiu wiesz?
– spytał szeptem. Świadom jesteś gołębia? Ha! Pytam się!
Andrzej zaniemówił. Toteż nie zauważył, że dziewczynka, której wyleciał
balon, rozpłakała się. Na szczęście jakaś miła pani, najwidoczniej
reklamująca coś, widząc, co się dzieje, dała jej drugiego, identycznego
balonika. Dziecko momentalnie się rozpromieniło.
- O co mu chodzi z tym gołębiem? Gdzie balon, a gdzie gołąb? Wariat, po
postu wariat! Już w szkole był trochę dziwny: mało rozmawiał, nie
chodził na imprezy ani nie lubił piłki nożnej – rozmyślał w ten sposób
jedynie przez chwilę, albowiem był człowiekiem tolerancyjnym,
przywykłym do różnego rodzaju zachowań. Uważał, że każdy z nas ma swoje
dziwactwa i tyle, nie należy się tym zbytnio przejmować.
- Facet lubi gołębie? Proszę bardzo, czemu nie? Jego sprawa co mu się
podoba, a co nie! Przecież mu nie zabronię! O to w tym wszystkim
przecież chodzi, nie? Że jesteśmy różni, inni. Ja lubię to, on tamto.
Trzeba to zaakceptować i uszanować. Cała filozofia!
- Co tam gołąb! Patrz stary, jaka laska idzie! – Andrzej próbował
rozładować napiętą, nabrzmiałą od balona i gołębia, atmosferę.
- Hm…no, no, całkiem niezła, muszę przyznać. - Arkowi istotnie podobała
się dziewoja wskazana przez kolegę. Nie żeby była rewelacyjna, ale z
całą pewnością zapewniała miłe przeżycia estetyczne – A spójrz na
tyłek! – szturchnął konfidencjonalnie kumpla.
Andrzej wyszczerzył zęby do Arka. Arkadiusz odwzajemnił wymowny
uśmiech, po czym zaczęli kontynuować swą wędrówkę. Po kilku minutach
byli na miejscu. Pub znajdował się tuż obok podwórza, w którym leży
martwy gołąb.
Lokal nie różnił się od przeciętnego miejsca tego typu. Było w nim
tłoczno, gwarno, duszno oraz śmierdziało papierosami. Przeciskając się
do odpowiedniego stolika, Arek zauważył kilka telewizorów. Na jednym z
nich włączony był program emitujący teledyski muzyczne. Konieczne takie
z wielkimi Murzynami, których otacza tłum półnagich, seksownych kobiet.
W drugim leciał mecz piłki nożnej. Oczywiście, nikt nie oglądał
telewizji, niektórzy tylko bezmyślnie gapili się mętnym wzrokiem.
Zupełnie nie widać było po nich, aby cokolwiek rozumieli z tego, co
odbierają swoim zmysłem wzroku.
Wreszcie dotarli do odpowiedniego miejsca. Czekało już na nich parę osób.
Dwie, całkiem atrakcyjne kobiety oraz jeden mężczyzna.
- Cześć wszystkim! – rzucił swojsko Andrzej. To Arek, mój kumpel z
gimnazjum. Nie macie nic przeciwko, jeśli dołączy się do nas?
- Nie! Oczywiście, że nie! – odpowiedział chór zgodnych głosów. Bardzo
nam miło poznać kolegę Andrzeja! Twój przyjaciel jest naszym
przyjacielem! Cześć Arek! Masz chomika? Lubisz ziemniaki? Niezły mecz
dali nasi chłopcy, prawda?
- Eeee…Tak, niesamowite widowisko – skłamał, ponieważ nie miał pojęcia,
że był ostatnio jakiś mecz. Chomika nie mam, ale miałem. Oddałem go,
ponieważ nie mogliśmy porozumieć się w kwestii ziemniaków: ja je
lubiłem, on – też, ale inaczej.
- To może się przedstawimy teraz? – jak rzekli, tak też zrobili, wstając po kolei
i wymawiając swe imiona:
- Zygmunt.
- Weronika.
- Sylwia.
- Cześć wam – odezwał się nieśmiało Arkadiusz i usiadł ostrożnie na brzegu ławy.
Nie podobało mu się to całe przedstawianie się, te grzeczności,
pytania. Nie lubił rozmów nic niewnoszących do naszego życia, tych
kurtuazyjnych zwrotów, wymuszonych uśmiechów. Nie cierpiał tych
wszystkich uprzejmości, tych sztucznych twarzy, które udają, że je
interesuje to, co mówisz. Nigdy nie był towarzyski i nie za bardzo
umiał zachować się w tego typu sytuacjach. Czuł skrępowanie, a ponieważ
z natury był dość małomówny, wiedział, że uchodzi za sztywnego,
mrukliwego i kompletnie niemiejącego się bawić gościa, co frustrowało
go jeszcze bardziej. Arek począł przyglądać się swoim towarzyszom.
Zygmunt wyglądał na drobnego cwaniaczka i małą szuję, co to ogołaca
łazienki z papierów toaletowych. Weronika była klasycznym dowodem
potwierdzającym słuszność hipotezy głoszącej, że wielkość mózgu kobiety
jest odwrotnie proporcjonalna do rozmiaru biustu.
A zaiste, piersi to miała ona imponujące. Cóż, nie można mieć
wszystkiego. Coś za coś. Sylwia była atrakcyjną brunetką. Pisała
esemes. Pewnie do jakiegoś przygłupa – pomyślał Arkadiusz – zawsze się
zastanawiał jak można tak wiele czasu spędzać z telefonem komórkowym.
Ach…ta dzisiejsza młodzież – ciężko westchnął, a następnie zaczął
przysłuchiwać się rozmowie, jaka zaczęła się toczyć przy jego stoliku.
W wielkim skrócie owa konwersacja wyglądała następująco:
Najpierw opowiadanie o imprezie u Agnieszki z małym przerywnikiem w
postaci szyderczej uwagi na temat długości penisa pewnego chłopaka oraz
złośliwego śmiechu towarzystwa, wyzywanie się od „pedałów” lub „Żydów”,
opisywanie różnorakich rzeczy, jakie to się zrobiło w stanie upojenia
alkoholowego, wesołe potakiwanie głowami, wyrażające sympatię do owych
dokonań, sprośne żarty, omówienie ostatnich odcinków polskich seriali,
programów rozrywkowych, filmów produkcji amerykańskiej, skomentowanie
najnowszych utworów muzycznych z najwyższych miejsc list przebojów,
głupkowaty śmiech
z beznadziejnych, w ogóle niezabawnych rzeczy, tworzenie neologizmów
typu „jebaczek”, „ziomosław” lub zwrotów pokroju „rupciu w pupciu”,
wymienienie uwag a propos ściągania najnowszych dzwonków na telefony
komórkowe oraz ogólne pierdolenie o rzeczach bez znaczenia.
- Jezus Maria! – pomyślał Arkadiusz. - Co za ludzie! Jacy oni płytcy!
Ja nie wytrzymam! Jaki upadek moralny! Brak wszelkiej duchowości! Czy
oni nie mają za grosz intelektualnych potrzeb? Kogo obchodzi co było na
imprezie u Agnieszki? Głupcy! Ach…co za świat…Półkretyni rozmawiający o
nic nieznaczących rzeczach! Czym to jest
w porównaniu do wszechświata!? Jacy oni śmieszni i maluczcy wobec tych,
co poszukują sensu życia, zajmują się metafizyką bytu! Jak przerażająco
szaro i zwyczajnie wypadają
w porównaniu…w porównaniu do mnie!
- Jezus Maria! – pomyślał Arkadiusz po raz drugi. - Przecież
praktycznie nie znam tych ludzi! Widzę ich od kilku minut, a już mam
wyrobioną opinię na ich temat! Już ich lekceważę i pogardzam nimi! Mam
ich za skończonych kretynów, którzy nic nie wnoszą do świata!
Na jakiej podstawie tak myślę?! Czy oni są naprawdę gorsi ode mnie? Oni
węgiel, i ja węgiel! Skończymy tak samo! Ja z tymi moimi
pseudofilozoficznymi dylematami mam być lepszy od nich? Na jakiej
podstawie? Co ja wiem o nich? O ich życiu? O ich problemach?
Ach…pogardzam nimi, mimo że wiem, iż nie powinienem! Nie posiadam
żadnych podstaw ku temu! Więc czemu nimi gardzę? Dlaczego ich oceniam,
na miłość boską?!
- Jezus Maria! – pomyślał Arkadiusz po raz trzeci. – Czy nie jest tak,
że człowiek istnieje tylko w porównaniu do innej osoby? Wszystko jest
sprawą punktu odniesienia!
Więc, aby istnieć, musimy porównywać się do innych istot, wyrabiać
sobie sądy o często nam nieznanych ludziach! Bez oceniania innych,
bylibyśmy ślepcami zawieszonymi w próżni! Poruszalibyśmy się po omacku,
nie wiedząc, kim jesteśmy! Ach…to straszne przecież, że tak być musi!
Jakie niesprawiedliwe, jakie krzywdzące, jakie bezsensowne!
- Jezus Maria! – pomyślał Arkadiusz po raz czwarty i zmęczył się.
Poszukał wzrokiem kelnerki. Znalazł ją i znienacka uderzył oczyma.
Podeszła do niego. Zamówił wódkę.
Na trunek czekał w ogromnym napięciu, poza którym czuł kompletną
pustkę, mimo że czuć jej nie mógł, a to z tej prostej przyczyny, iż
odczuwał owo straszliwe naprężenie spowodowane olbrzymim wysiłkiem
intelektualnym, jakiego był ofiarą. Na szczęście, już po chwili
przechylał kieliszek do ust. Wypił jednym haustem. Poczuł ulgę, jaka
zazwyczaj towarzyszy wypiciu alkoholu. Odetchnął głęboko i spojrzał na
telewizor. Na niedużym ekranie leciała właśnie transmisja z wiejskiej
dyskoteki w Pludwinach Górnych. Arek przez chwilę oglądał tę relację,
ale nie zdążył się dłużej zastanowić nad tym, co może być ciekawego w
tego typu zabawie oraz przekląć, na czym to ten świat stoi, ponieważ w
planach Wielkiego Mastodonta, który zapewne rządzi wszechświatem, było
przewidziane coś innego:
- Uwaga, uwaga. Przerywamy program, aby przedstawić państwu wiadomości
dnia. Dzisiaj śmiercią naturalną zmarło dwanaście milionów osób, w
wypadkach samochodowych zginęło osiem milionów ludzi, trzy miliony
spłonęły, cztery zginęły w wyniku innych okoliczności, a jedna osoba
została zmasakrowana przez rozwścieczonego kangura, który uciekł z
prywatnej hodowli. Wabi się Roger. Zrozpaczony stratą właściciel prosi
o wszelkie informacje na temat jego pupilka. Rannych dzisiejszego dnia
zostało od zajebania osób. Rodzinom poszkodowanym, rzecz jasna,
niezwykle współczujemy. Oczywiście, mamy też dobre informacje. Nasza
reprezentacja piłkarzy odniosła kolejne olśniewające zwycięstwo.
Biało-czerwoni pokonali dwa do jednego reprezentację Timoru
Wschodniego. Brawo Polacy! – prezenter ledwie zdążył wymówić te słowa,
a już z powrotem emitowana była relacja
z imprezy odbywającej się w Pludwinach Górnych.
Arkadiusz pokiwał smutno głową. Nie żeby jakoś szczególnie współczuł
ofiarom, ale czuł, że pokiwanie głową to jest właśnie to, co powinien
zrobić w tym momencie. Rozejrzał się po sali. Tak jak myślał – zero
reakcji. W zasadzie trudno się dziwić – stwierdził
w myślach - Codziennie, już od maleńkości, jesteśmy bombardowani tego
typu wiadomościami. Trochę smutne, ale nic nie czuję. Prawdopodobnie
dlatego, że podane liczby są z tych, których człowiek sobie nie
wyobraża. Ponadto, to wszystko zdarzyło się gdzieś daleko. Mimo że
jakaś tragedia mogła mieć miejsce w kamienicy obok, czy nawet dwa
piętra wyżej to i tak stanowi to kilkadziesiąt lat świetlnych ode mnie.
Może, jeśli jakaś osoba siedząca przy tym stoliku, ewentualnie przy
sąsiednim, nagle umarłaby na zawał serca, to bym się przejął? Zresztą,
czy śmierć jest naprawdę taka straszna?
- Ach…ach…śmierć...Śmierć! - nieodłączny element życia. Trzeba
zaakceptować ten fakt. Może i smutny, choć na pewno lepszy od
perspektywy wiecznej egzystencji na Ziemi. Ludzie muszą umierać, aby
inni mogli się rodzić. Równowaga. Harmonia. Prawo wielkich liczb. Poza
tym, jak można przeciwstawić się bezwzględnemu przypadkowi, jeśli nie
można?
- Ha, ha - ale ja jestem wyborny – pomyślał – Z jaką łatwością
rozprawiam o śmierci, której przecież niezwykle się obawiam. Odczuwam
strach, może i nielogiczny, bezsensowny
i irracjonalny, ale nic nie mogę na to poradzić. Pomimo tego, że wiem,
iż muszę odejść z tego świata oraz, że to jest naturalne, to nie chcę i
obawiam się tego! Na samą myśl, że wszystko się skończy, ogarnia mnie
straszliwy lęk! Przeraża mnie pustka, jaka nastanie! Mimo iż nie będę
jej odczuwał, bo nic nie będę czuł, boje jej się, gdyż zaprawdę
straszliwa ona będzie
i bać się jej należy! A jak nie należy, to też należy, bowiem ja się jej obawiam!
Arkadiusz zmęczył się ponownie. Rozejrzał się po sali. Nagle zobaczył
coś, co go niezwykle zdziwiło. Trzy stoliki na lewo od niego usytuowana
była pięcioosobowa grupa młodych ludzi, którzy zdawali się doskonale
bawić. Czterech chłopców i jedna dziewczyna. Niby nic dziwnego, ale
jeden z młodzieńców przypominał mu z wyglądu…siebie. Takie same kręcone
włosy, zielone oczy. Podobny wzrost i bezmięśniowa postura. Tak, nie
ulegało wątpliwości – to był on sam! Lecz - chwila, moment – jakże to
mógł być on, jeśli on jest tam, gdzie jest i nigdzie indziej! Chyba,
że…jego jest dwóch! Czy to możliwe? Ale jak dwóch, skoro on jest tylko
jeden!
- Jezus Maria!– pomyślał Arkadiusz – Skoro może mnie być tylko jeden,
to któryś z nas nie jest prawdziwym Arkiem, tylko się pod niego
bezczelnie podszywa, udaje go! Pytanie tylko, który? Ten, który wydaje
się być szczęśliwy, czy ten, co odczuwa wieczny ból istnienia? A może
jest więcej Arkadiuszy? Który z nich jest prawdziwy? „Ja” siedzący tu
i rozpaczający nad kondycją intelektualną cywilizacji oraz upadkiem
moralnym tego świata, czy „ja” cieszący się? Czy może jeszcze jakieś
inne „ja”? „Ja” rozmawiający
o poważnych tematach z przyjacielem, „ja” wygłupiający się z kolegą, „ja” grający w szachy
z tatą, „ja” spędzający czas z koleżanką z klasy? Który z nas to
autentyczny Arek? Ach…ach…skąd mam to wiedzieć? Ach...a może każdego z
nas jest wiele i wszyscy Arkadiusze są prawdziwi? Ach…a do tego
wszystkiego dochodzi moje własne wyobrażenie
o tym, jaki jestem oraz Arkadiusz, jakim chciałbym być! Ponadto, w mym
życiu przewija się wiele Arków, będących poglądami różnych ludzi na to,
kim jestem! Ach…ach…to nas jest tak wielu? Nie ma jednego wiecznie
obecnego i uniwersalnego Arka? I wszyscy jesteśmy równouprawnionymi
członkami Arkadiusza Absolutnego? To nigdy nie jestem taki sam? Czy to
znaczy, że nieustannie do głosu dochodzą różni Arkowie, w zależności od
okoliczności?
A może wcale nie!
- I na ile „ja” to „ja”? To znaczy, w jakim stopniu odpowiadam za to,
kim jestem, za to, jaki jestem? Czy nie jest tak, że całe moje życie
jest poniekąd zdeterminowane moim genotypem? Ach…kto mi powie, czy to,
że lubię puszczać bąki w wannie to moja indywidualna cecha, czy
upodobanie to przekazali mi moi rodzice? Czemu moja egzystencja w tak
nikłym stopniu zależy ode mnie? Biologia! Ach…czy biologia rządzi
wszystkim? Czuję się taki bezsilny, taki malusi, taki nieważny!
Ach…czasami wydaje mi się, że jestem jednym wielkim genem, który, na
dodatek, mutuje w dowolny, zupełnie przypadkowy sposób! Ach…nic nie
wiem! Ach…ach…to straszne, to okropne! Czas się napić.
Arkadiusz zamówił kolejny kieliszek wódki. Wypił go dosyć łapczywie.
Jednak nie przyniosło mu to upragnionego ukojenia. Tamten, podobny do
niego chłopak swoją wesołą obecnością nie dawał mu spokoju, bezczelnie
go napastował swoim radosnym istnieniem! Arek nieustannie odwracał się,
aby przyglądać się towarzystwu przy tamtym stoliku. Ich dobre humory
dziwiły go. Wyglądali na ludzi inteligentnych, znacznie odróżniali się
od reszty klienteli, a mimo to zdawali się wyśmienicie bawić. Hm… -
zamyślił się Arkadiusz – zawsze wydawało mi się, że jeśli człowiek jest
inteligentny, to dostrzega całe zło tego świata, więc nie może się
cieszyć. Z czego oni się tak radują? – zastanawiał się w myślach -
Ciekaw jestem, czy jechali oni kiedykolwiek tramwajem? Czy widzieli
smutne twarze pasażerów? Czy zauważyli kiedyś ich zalęknione ręce,
zawstydzone nogi, przygnębione brzuchy, przygarbione plecy,
przestraszone ruchy, zdołowane spojrzenia? Czy znają ich sytuacje
materialną? Ich problemy? Ich troski? Ich zmartwienia? Czy są świadomi
człowieczej niedoli? Czy wiedzą coś o ludzkim nieszczęściu? Czy wiedzą,
pytam się?! Zapewne nie! Oczywiście, że nie! A nawet jeśli, to udają,
że nie dostrzegają! Nie chcą widzieć, nie chcą wiedzieć! Uciekają od
tego, skwapliwie wyrzucają to ze swojej wiadomości! Są jak te konie
z klapkami na oczach! Odwrócił głowę. Pomyślał smutno o gołębiu…
Arek nie mógł znieść obecnego stanu rzeczy, czuł, że jego równowaga psychiczna,
a nawet harmonia całego wszechświata została zachwiana, był
przygnieciony tą inteligentną wesołością, radosną mądrością i dlatego
postanowił dowiedzieć się czegoś więcej o tym dziwnym towarzystwie.
Wstał, wziął swoją torbę fotograficzną, ponieważ bał się jej zostawić,
po czym spokojnym krokiem podszedł na odległość jednego metra od
stolika, który zajmowała owa grupa młodych ludzi i najzwyczajniej w
świecie stanął. Tak po prostu
i zwyczajnie, obiema nogami. Teraz mógł im się o wiele dokładniej
przyjrzeć. Wszyscy wyglądali na mądrych, rozumnych ludzi, jednak
zachowywali się zgoła odmiennie. Co chwila wstawali od stolika, robili
fikołki, łaskotali się wzajemnie oraz urządzali wyścigi w piciu piwa
widelcem. Arkadiusz nie mógł zrozumieć, czemu nie rozprawiają o
metafizyce bytu, dlaczego nie szukają sensu życia, nie dyskutują o
literaturze, poezji?
Arek poprzez swoje natarczywe stanie, spowodował zainteresowanie ze strony jedynej dziewczyny spośród tej dziwnej grupy:
- Czy możemy w czymś Ci pomóc? – zapytała niezwykle uprzejmie.
Owa grzeczność z początku zaskoczyła Arkadiusza. Nie spodziewał się
czegoś podobnego po ludziach powtarzających co chwila: „Siusiu w
majtusiu” i co gorsza, śmiejących się z tego do rozpuku.
- Eeee…tak, oczywiście, właśnie po to tutaj stoję, naturalnie.
Potrzebuję eee…chusteczki, higienicznej…rzecz jasna. Gdybyście
wspomogli mnie czymś takim, byłbym wielce zobowiązany…
- Jasna sprawa. Bardzo proszę. Może weźmiesz od razu całą paczkę?
- Nie, nie, dziękuje bardzo. Jedna całkowicie mi wystarczy. Jeszcze raz
dziękuje. Jestem niezwykle wdzięczny…Do widzenia…Miłej zabawy…
Odszedł w kierunku swego stolika. Chusteczkę schował do kieszeni. W
połowie drogi poczuł narastający ucisk na ścianki pęcherza. Po krótkim
namyśle stwierdził, że może to być sygnał, że chce mu się siku. Na
wszelki wypadek wszedł do łazienki.
Tymczasem przy stoliku, przy którym przed chwilą stał Arkadiusz, zawrzało:
- Ty, Arek, ten koleś jest zajebiście do Ciebie podobny! – zwróciła się Ania do kolegi.
- Niezły czad, nie? Ale nie do końca: jestem dużo przystojniejszy i
pewnie mam większą faję! Ha, ha, ha! Poza tym, jebie mnie to. Wracajmy
lepiej do naszej słomkowej budowli. Jeśli przyjmiemy, że rurka jest
walcem to jej objętość wyniesie…
- Co tam rurka! Fufi! Patrzcie na tego gościa! Fifu! W tych okularach podobny jest do Mrożka!
- Do Mrożka? Coś ty! Prędzej do Gombrowicza! Bupudupu!
- Sratatata! Gombrowicz nie nosił przecież okularów!
- Hm…rzeczywiście. Pluff! Pluff! Sami widzicie, że powinniśmy zająć się naszą budowlą…
Arkadiusz podszedł do pisuaru, wyciągnął co miał do wyciągnięcia i opróżnił swój pęcherz. Nagle, wpadł na szatański pomysł:
- A może bym zrobił kupę? – pomyślał z obleśnym uśmieszkiem na twarzy.
Wszedł do kabiny, zamknął ją, zdjął spodnie oraz majtki i ostrożnie
usiadł na sedesie. Gdy poczuł się już pewniej, rozsiadł się wygodnie i
zaczął intensywnie pracować zwieraczem odbytu.
- Ach…ach…co za dziwny dzień! Najpierw ten gołąb, później ta śliczna
dziewoja, balon w kształcie serca unoszący się do góry, chłopak podobny
do mnie…to wszystko wydaje się być nierealne! No bo, jakże można
racjonalnie wytłumaczyć taki zestaw rzeczy nie mających nic ze sobą
wspólnego? Nieprawdziwe, nieprawdopodobne, niemożliwe! Czy ja tu
naprawdę jestem? I czemu akurat tutaj, skoro mogłem być w tysiącach
różnych miejsc? Co by się działo, gdybym znajdował się gdzieś indziej?
Ach…ach…to w pewien sposób przerażające! Będąc tutaj, wykluczam się z
bycia gdzie indziej! Cóż za bezczelna stacjonarność, brutalna
pasywność, bezceremonialna bierność i bezwstydna stateczność! Godzinę
temu szedłem do mego mieszkania, a teraz jestem w ubikacji! A gdzie bym
był i co bym robił, gdybym nie spotkał Andrzeja? Ach…toż to jest
zagadka…toż to niewiadoma! Bardzo możliwe, że w domu, jak codziennie o
tej porze, ale wystarczył jeden mały zbieg okoliczności…i oto jestem
tutaj! Ach…ach…jakie to dziwne, jakie nierealne!
Tymczasem Weronika akuratnie się upiła, Zygmunt, o straszliwy
przypadku!, wymiotował w kabinie obok, Andrzej poszedł do domu,
ponieważ musiał włożyć sobie do pupy czopek z bliżej nieokreślonym
narkotykiem, a Sylwia poszła do damskiej toalety
w towarzystwie dopiero co spotkanego chłopaka. Zapewne poprosiła go o wytłumaczenie jej korpuskularno-falowej natury światła.
Natomiast Arkadiusz w dalszym ciągu rozmyślał:
- Ostatnio wracałem z gór i czułem się nieprawdziwy, nieistniejący, no
bo jak to? Byłem w Rabce-Zdrój, a tu nagle, trzast prast i jestem w
Krakowie, zupełnie nieprawdopodobnie, tak z innej beczki, z odległego
świata jakiegoś, niczym brutalny, kosmiczny najeźdźca naruszający
spokojne życie mieszkańców małej, rolniczej planetki!
I stoję sobie w tym korytarzu pociągu i patrzę zza szyby na świat.
Widzę dzieci bawiące się na torach, zdenerwowanych podróżnych
czekających ze zniecierpliwieniem na swój ciuchciowaty środek
transportu, ludzi przypisanych do swego miejsca, domu, ziemi,
przyciąganych jakąś tajemną, magiczną siłą do chałupy swej drewnianej,
którzy piją, pracują, wieszają pranie! Najnormalniej w świece bieliznę
sobie suszą na słońcu, słońku, słoneczku,
a ja niespodziewanie, znienacka! I choć oni mnie nie widzą, ani nie wiedzą i nie znają mnie,
a ja tak skromnie i nieznacznie tylko, to i tak czuję się nie w
porządku względem nich! Przecież ich podglądam! A ponadto swoim
pojawieniem się ingeruję w ich życie! Co więcej: ja o nich myślę!
Rozmyślam! Troszczę się! Martwię się! Zastanawiam się nad tym, czemu
akurat ich spotkałem, co robią, czym się zajmują, dokąd zdążają? Gdzie
jadą? Co lubią, jacy są? Czy nie stanie się im czasem jakaś krzywda?
Czy to dziecko nie wpadnie pod samochód jutro? Czy ten mężczyzna
zapłacił wszystkie rachunki? Czy są szczęśliwi? Czy mój los skrzyżuje
się z losem któregoś z nich? Czy ich losy się jakoś przetną? Zderzą się
niczym cząsteczki gazu? Czemu akurat oni, tu, w tym miejscu i o tym
czasie? Czy da się to jakoś logicznie wytłumaczyć? Jakże może się dać,
jeśli dać się nie może?
Arkadiusz przerwał na chwilę swe rozważania, ponieważ musiał skupić się
na zwieraczu. Po chwili dał się słyszeć cichy, subtelny i zmysłowy
plusk. Znacznie bardziej odprężony, wrócił do swych przemyśleń.
- Przypadek! Przypadek…ach…to piękne i straszne zarazem, że przypadek!
Bo że przypadek to rzecz oczywista i niepodlegająca żadnej dyskusji!
Jak inaczej wytłumaczyć ten chaotyczny ruch ludzi, całkowitą
nielogiczność zdarzeń, nierealność naszej egzystencji i właśnie
przypadkowość ludzkiego życia? To wszystko jest tak straszliwe
nieprawdopodobne, że w tej nieprawdopodobności swojej, tylko i
wyłącznie za sprawą przypadku staje się całkowicie możliwe do
zaistnienia, dopiero w swojej nielogiczności owa przypadkowość zaczyna
być absolutnie logiczna! Tak, tak, tak, przypadek! Wszystko jest
możliwe! I nic nie ma sensu! To znaczy ma sens, bo jest częścią
przypadkowości rządzącej naszym światem, ale nie ma sensu w potocznym,
zwyczajnym rozumieniu tego pojęcia!
Nagle, zupełnie nie spodziewanie, zbiegiem okoliczności jakimś
strasznym, znienacka, bez zaproszenia i nie pukając myśl pewna zawitała
do umysłu Arka. Zaśmiał się:
- Ha, ha, ha! Wyborne! Ha, ha, ha! Rozmyślam na kiblu! Filozofuję
srając! Ha, ha, ha Wyśmienite! Koń by się uśmiał! Chociaż w zasadzie,
co w tym dziwnego? To, że robienie kupy w naszej spaczonej kulturze
uchodzi za coś gorszego, wstydzimy się tego, a na samą wzmiankę o
gównie odchodzimy zniesmaczeni! Jakież to śmieszne, jakie to dziecinne!
Czyżby Einstein albo Miłosz nie srali? To naturalna przecież rzecz,
wspólna dla wszystkich, jeden z warunków, który musi zostać spełniony,
abyśmy prawidłowo funkcjonowali! Ale jednak wstydzimy się jej! Wszystko
przez nasz dziwny system wartości! Czemu mam jeść nożem i widelcem,
skoro mi wygodniej jeść samym widelcem? Bo tak wypada!? Ha, ha, ha!
Wspaniały argument! To wszystko jest przecież kwestią umowy społecznej!
Czemu ma mnie obowiązywać coś, czego nie podpisałem? W Azji bekanie
uchodzi za normalną rzecz, lub wręcz za wyraz pochwały posiłku,
starożytni Spartanie zabijali chore lub ułomne niemowlęta jako
niezdatne do przyszłej służby wojskowej, a bardzo dawno temu Malgasze
pozbawiali życia dzieci urodzone w tak zwane „dni nieszczęsne” – czy to
oznacza, że byli źli? Nie, nie, nie! Wyznawali inne wartości moralne,
to wszystko! Wszystko jest względne! Bo bezwzględne być nie może, gdyż
nie ma uniwersalnego punktu odniesienia, wartości granicznej, moralnej
prędkości światła czy światopoglądowego zera absolutnego!
- Ale czy sytuacja, w której wszystko wolno, nie prowadzi do braku
jakichkolwiek norm etycznych, zaniku głębszych uczuć, pogrzebania
wszelkich zasad, do anarchii moralnej w imię wolności człowieka? –
pytał się sam siebie. – A nawet jeśli, to co z tego? Czyż jednostka nie
jest najważniejsza? Czy ja nie jestem najistotniejszy dla siebie
samego? Cóż mnie inni obchodzą? Cóż mnie świat cały interesuje, jeśli
nawet nie mogę pojąć istoty mego jestestwa? – rozmyślał dalej. Czy w
takiej sytuacji nie powinienem siebie samego postawić
w środku wszechświata i nieustannie, bez chwili wytchnienia, krążyć wokół własnego „ja”?
- A może istnieje jakiś imperatyw moralny, którym powinniśmy się
kierować! Ale co mogłoby nim być? Religia? Phi! To zbyt prymitywne,
zbyt dziecinne! Chciałbym, aby tak było, ale nie mogę w to uwierzyć,
nie, to za proste, za bardzo baśniowe to wszystko! Więc co? Walka o
byt? Mhm…brzmi lepiej, to bardziej naukowe, ale czy to nie za okrutne?
Ale jak może być okrutne, jeśli to naturalne prawo jest? A czy my nie
jesteśmy częścią przyrody? Tak, tak, a jednak nie, nie! I znów mimo
tego, że uznaję słuszność tej teorii, to nie mogę się na nią zgodzić,
podświadomie pragnę czegoś innego, czegoś bardziej miłosiernego! Ach…
i znów jakieś abstrakcyjne pojęcia! W walce o byt przynajmniej wszystko
jest jasne, proste, moje geny mają przetrwać, moja rodzina i ja, ja,
ja, muszę przeżyć i tyle! Czy to aż takie złe? Ach…ach…nie wiem…nie
wiem…
Tymczasem mężczyzna, którego na ulicy spotkał Arek, w dalszym ciągu
biegł. Mijał stare kamienice, mijał nowoczesne wieżowce, mijał dzieci,
mijał starców, zostawiał za sobą cały ludzki świat. Pędził tak
niestrudzenie przez czas dłuższy, aż dotarł do lasu na obrzeżach
miasta. Zatrzymał się na moment. Rozejrzał się na wokół siebie,
upewniając się, że nikogo nie ma w pobliżu. Gdy wynik poczynionych
obserwacji zadowolił go, zaczął się rozbierać. Zdjął koszulę, starannie
ją złożył i wsadził do swojej żółtej reklamówki. Tak samo uczynił ze
spodniami. Identycznie postąpił z całą resztą swojej odzieży. I
całkowicie goły, absolutnie golusieńki, jedynie z tą swoją żółtą
reklamówką trzymaną w ręce, radośnie podreptał na pobliski pagórek.
Było mu straszliwie wesoło z tą jego nagością. Z młodzieńczą energią,
bardzo rzadko spotykaną w jego wieku, wbiegł na owo niewielkie
wzniesienie. Uśmiechnął się. Spoglądał na roztaczający się przed nim
widok z nieco tajemniczą miną. Był dumny
i szczęśliwy! Nagle, zdecydowanym ruchem, wyrzucił jak najmocniej w dal
swoją żółtą reklamówkę z ubraniami! Uwolnił się! Pozbył się krępujących
go tkanin, zasłaniających jego prawdziwą osobowość! Obwieszczając
światu swoją nagość, czuł się prawdziwie
i niepodważalnie wolny! W tamtej chwili miał świadomość swej moralnej
przewagi, swojej wyższości intelektualnej nad niemal całym światem! W
końcu to on – nikt inny - stał nagi na leśnym pagórku! Nikt inny! Tak,
czuł się wspaniale! Był absolutnie radosny! Zaintonował pradawną pieśń
indiańskich wojowników z plemienia Apaczów i z dziką radością odprawił
rytualne, nieokiełznane tańce. Och! Jakże wspaniale on to robił! Jak
gdyby to nie on, a sama wesołość przybyła i tańczyła! Niestety, nie
trwało to długo. Nagus zaczął bowiem odczuwać straszliwy smutek. Nie
miał pojęcia skąd dokładnie on się wziął, wiedział jedynie, że opanował
go całkowicie. Szlochając cicho, wolnym, smętnym krokiem zszedł z
pagórka, potykając się co chwila i zgarbiony, wyraźnie zmęczony,
ewidentnie starczy, zaczął szukać swojej żółtej reklamówki…
Arkadiusz, niestrudzenie i z widoczną przyjemnością, rozmyślał w dalszym ciągu
na niezwykle ważne tematy:
- Więc nie ma żadnych zasad moralnych? To czemu pogardzam innymi
ludźmi? Bo podświadomie pragnę jakieś normy zachowań, jakieś siły,
która by wprowadziła ład
i jasno powiedziała, że to jest dobre, a to złe! Ale znów, czy to nie
zamach na naszą wolność? Czemu mam się kierować regułami narzuconymi z
zewnątrz?! Stworzę własne zasady! Tak, tak, tak, każdy powinien być
taki jak ja! Tak, tak, to oczywiste przecież! W końcu to oni są
debilami, a ja jestem tym niezrównanym, szlachetnym i mądrym
człowiekiem! Ja z definicji postępuje dobrze!
Ach…i znowu tak myślę! Ach…ach…czy kiedykolwiek będę na tyle silny, aby nie uważać się za najlepszego z ludzi?
Zabawne – uważam się za wspaniałą istotę, a jednocześnie twierdzę, że
jestem malusi i nieważny! A jak często czuje się kompletnie bezsilny!
Ach…to straszne! Więc, mimo że podświadomie coś mi nie gra, póki nie
znajdę jakiegoś wyznacznika wartości ludzi (Matko Przenajświętsza! Jak
to brzmi straszliwie! Może jest nim dobro, lecz czym ono jest tak
naprawdę? - to też przecież pojęcie relatywne!) muszę uznać, że
moralność jest względna! Chyba, że nie jest względna! Ach…ach…nie
wiem…nic nie wiem… A może powinienem przyjąć, że wiele zachowań
ludzkich nie mogę i nie powinienem oceniać! Wszystko zależy od punktu
odniesienia i od tego, czym dana osoba kieruje się w życiu, w
poszczególnych chwilach! Czy to znaczy, że wszystko jest kwestią formy,
w której jesteśmy zawinięci, zapakowani, osadzeni! Ach…ach…to
straszne…to przerażające…to okropne! Czy to oznacza, że nigdy nie
jesteśmy prawdziwie wolni? Tak w ogóle, co to oznacza być wolnym? Czy
można kiedykolwiek być wolnym człowiekiem? Ach…ach…skąd u licha mam to
wiedzieć? Nie wiem, nie wiem, nie wiem, a czuję przecież, że wiedzieć
muszę! Że dopiero taka wiedza da mi szczęście! Ach…ach…a jednocześnie
mam świadomość, że mnie to wszystko przerasta i że nigdy nie poznam
odpowiedzi na to i inne pytania! Ach…ach…to straszne…to przerażające!
Arek zaprzestał prowadzić swoich rozważań, gdyż poczuł, że deska, na
której siedział boleśnie wrzyna mu się w jego pupę, co nieomylnie
sygnalizuje, iż trzeba zakończyć proces defekacji.
Sięgnął ręką po papier toaletowy. Niestety, cel owej czynności nie
został zrealizowany, a to z tego prostego powodu, iż papieru
toaletowego nie było w łazience. Arek spocił się. Zajrzał do torby
fotograficznej – nic, czym można byłoby się wytrzeć. Rozpoczął
gorączkowe poszukiwania wzrokowe. Nie przyniosły one jednak żadnego
rezultatu, poza tym, że Arkadiusz spocił się jeszcze bardziej.
Zarządził panikę.
- Ach…czemu?...Czemu akurat mnie to spotyka? Czemu tak straszliwie mnie
karzesz, okrutny losie? Ja nie chcę! Ja nie chcę umierać!
Po chwili się uspokoił. Westchnął jak wzdychać potrafią jedynie starzy
ludzie pogodzeni ze śmiercią, na kilka chwil przed nią. Nawet
uśmiechnął się nieznacznie. Sytuacja była bowiem zabawna. Oto on – w
swoim mniemaniu uduchowiony intelektualista poszukujący sensu istnienia
i zajmujący się metafizyką bytu - utkwił w ubikacji bez papieru
i bez żadnych perspektyw na zdobycie chociaż jakieś jego namiastki!
Jaka przyziemna sytuacja – pomyślał Arkadiusz – a jaka ludzka, jaka
życiowa! Jak powiem Michałowi to się uśmieje! Tylko…jak ja mu to
powiem, skoro wyjść nie mogę?
Arkadiusza znów ogarnęła trwoga. Że niby jak on? Ma tu siedzieć w
nieskończoność, albo może nie wycierać się? O fuj! Fuj, fuj! Poprosić
kogoś o papier? Ale…to by była kompromitacja! Ach…wyborny jestem! Nie
tak dawno wspominałem coś o wstydzie, że to normalna rzecz i takie tam,
a teraz boję się poprosić o wsparcie w zwyczajnej, ludzkiej sytuacji!
Nie ma rady – trzeba wołać!
I gdy już zamierzał zrealizować swój zamiar, myśl pewna przyszła nagle,
niespodziewanie i przypadkowo, by zagościć w jego umyśle:
- Chusteczka! Ta dziewczyna dała mi chusteczkę przecież! Jestem
uratowany! Hurra! Victoria! Ach…życie jest piękne! Hurra! Zaczął machać
rękoma, nogami i ogólnie wszystkim, czym dysponował. Po początkowej
euforii przyszła refleksja:
- Ach…ach…cóż to za przypadek wspaniały, szczęśliwy! Co by było, gdybym
do nich nie podszedł? Aż strach pomyśleć! Jakie szczęście, aż ciężko
uwierzyć! Arkadiusz włożył rękę do kieszeni, w której spodziewał się
znaleźć chusteczkę. Była tam! Z triumfalnym uśmiechem uroczyście ją
wyciągnął. I rzecz się dziwna stała: miast się cieszyć, Arek począł
martwić się:
- Ach…jaka szkoda, że nie wziąłem całej paczki! Czemuż tego nie
uczyniłem! Teraz muszę siedzieć tu jak kretyn po kupie olbrzymiej i
strasznej w swej kupowatości z jedną chusteczką tylko! Toż to śmieszne
przecież jest! Czy uda mi się wytrzeć do sucha moją śliczną pupcię?
Ach…ach…i znów ten lęk! To wieczne zmartwienie! No nic, trzeba
spróbować. Arkadiusz rozłożył maksymalnie chusteczkę. Przypatrywał się
jej przez moment, ale stwierdził, że warstwa może być trochę za cienka.
Złożył ją na pół, ale teraz obawiał się, iż powierzchnia okaże się
niewystarczająca. Po chwili wahania postanowił zaryzykować. Zamknął
oczy i sprawnym pociągnięciem dłoni wytarł pupę. Czuł się z tym
popełnionym wytarciem całkiem nieźle, ale na wszelki wypadek, tak
profilaktycznie, aby wyplenić strach
z jego serca, powtórzył czynność. Tak, to było to! Zadowolony z
rezultatów wrzucił chusteczkę do sedesu, wstał i założył spodnie. I już
miał spuścić wodę, gdy poczuł coś dziwnego, coś nowego i tak
przerażającego, że aż się zląkł.
Arkadiusz zapragnął dotknąć swego gówna.
Początkowo pomysł ten wydał mu się absurdalny, a w każdym razie
odrażający, lecz wraz z upływem czasu dochodził do wniosku, że
dotknięcie swojej kupy byłoby krokiem do wolności, działaniem przeciwko
utartym schematom postępowania, próbą przeciwstawienia się konwenansom
i wszelkim ograniczeniom, które narzuca na niego cywilizacja
europejska. Arek zadałby gwałt tym wszystkim zmanierowanym ludziom,
którzy robią coś, bo tak wypada, czy nie czynią czegoś, bo nie powinno
się tego czynić. Poza tym, stanowiłoby to nowość w jego nudnym, szarym
życiu. Możliwe, że krok ten przybliżyłby go do zrozumienia otaczającego
go świata! Bo jakże pojąć wszystko, co istnieje, co dzieje się wokół
nas, jeśli nie zna się własnej kupy? Tak, tak, tak, gówno – warunkiem
wolności! Kał kluczem do zrozumienia życia! Arkadiusz chciał tego,
pragnął z całego serca swego, lecz bał się straszliwie. Bo co jeśli
pobrudzi sobie palce? Zachoruje od tego? Albo co gorsza, nic to nie da?
Ostatecznie, po burzliwej debacie wielu składowych Arków, zdecydował
się to uczynić.
Ostrożnie, mimo wszystko z niemałym strachem i obrzydzeniem zbliżył
palec wskazujący prawej dłoni do swego kału. Dotknął go i natychmiast
cofnął rękę. Hm…nie było tak źle – pomyślał. Powtórzył czynność, lecz
tym razem zatrzymał swoją dłoń na kupie.
Po chwili dołączył drugą rękę. Zaczął macać gówno. Czuł się wspaniale.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Miał poczucie, że nikt tego jeszcze
nie czynił oraz świadomość, że się wyzwala, że przeciwstawia się
straszliwym ograniczeniom, że niszczy konwenanse i wszelkie zasady, że
burzy całą cywilizację europejską! Dotknięcie gówna dało mu poczucie
władzy
i upewniło go w przekonaniu o jego wyjątkowości. W końcu to on - nikt inny - robi to, co robi!
Macał tak własną kupę czas jakiś, lecz coraz mniej energicznie, aż zaprzestał całkowicie. Zapłakał.
- Ach…ach…cóż ja robię? Badam gówno? Ale jak? A czemu nie posmaruje się
nim, nie powącham go? Wszystko robię na pół gwizdka, bez totalnego
zaangażowania, a przecież czuję, że powinienem oddać się czemuś
całkowicie, poświęcić absolutnie! Jestem taki rozmyty wśród mnóstwa
pojęć, tysięcy zagadnień, milionów wrażeń, miliardów aspektów
rzeczywistości! Czasami mam wrażenie, że nawet żyję połowicznie! Wydaję
mi się, że tracę coś wspaniałego, pięknego i niepowtarzalnego, że omija
mnie coś fantastycznego
i niezrównanego, że żyję tak trochę, tak obok, tak na niby tylko, jak
gdyby w letargu jakimś obrzydliwym, w śpiączce pozbawionej wszelkich
skrupułów, dla żartów jedynie, od niechcenia, z przymusu, bo żyć
przecież trzeba! Nędznie egzystuję obok tego prawdziwego, pełnego
różnych wrażeń życia! Ach…ja wegetuję jedynie!
- Badam gówno? Ha, ha, ha! Śmiechu warte! Przecież jest tyle rodzajów
kału, tyle różnych metod badawczych, tyle specjalnych przyrządów do
pomiarów, a ja poznałem tylko jeden wariant kupy! I to w jak ułomny
sposób? Palcami! Ach…ach…i ja chcę tworzyć piękno? Ja, który nie umiem
poznać brzydoty? Pragnę znaleźć sens istnienia, a nie mogę zrozumieć
natury kału? Ach…ach…nigdy nie będę w stanie poznać istoty gówna!
Ach…ach…nigdy! A przecież czuję, że powinienem! Myśl, iż nie zaznajomię
się
z zagadnieniem kupy sprawia, iż czuję się taki mały, taki ograniczony,
taki bezsilny! Wstydzę się mojej niewiedzy, nieudolności! Ach…jakże ja
cierpię! Ach…ach… Jestem zbyt ułomny, mogę próbować, zastanawiać się,
badać, męczyć się, ślęczyć i biedzić się na tym, ale po co? Skoro i tak
nie znajdę nigdy odpowiedzi? No bo, jak tu znaleźć odpowiedź, jeśli
dysponuje się tak ograniczonymi metodami poznawczymi, a zagadnienie
jest tak skomplikowane? Czy warto marnować sobie życie nad badaniem
tego fragmentu rzeczywistości, mając poczucie, że i tak nie zgłębi się
go absolutnie? Z drugiej strony, czy można tak się poddawać? Rezygnować
na samym początku? Zgodzić się na prowadzenie uboższego życia? Ach…nie
wiem…znów nie wiem…ach…ach…to straszne…to przerażające…
Arkadiusz spuścił wodę, wyszedł z ubikacji i skierował się ku
umywalkom, gdzie porządnie, starannie szorując mydłem, umył ręce.
Następnie wyszedł z łazienki. Chwilę się zastanowił, po czym skierował
swe kroki ku barowi. Usiadł na jednym z taborecików
i zamówił wódkę. Spojrzał na telewizor. Trafił na jakąś relację
związaną z polityką. Posłowie zastanawiali się właśnie nad
ustanowieniem święta narodowego ku czci Wielkiego Banana. Obradowaniu
akompaniowały różnorakie wrzaski: „Hańba!”, „Skandal!”, „Ojczyzna!”,
„Zdrajcy!”, „Musi odejść!”, „Łopata!”, „Bumpampambleee!”.
Arkadiusz z wyrazem smutnego przyzwyczajenia wypił zawartość kieliszka
i zamówił dla odmiany piwo. Zamyślił się. Przypomniał sobie, czemu nie
ogląda telewizji. Jak to jest, że politycy to banda debili i złodziei?
– zastanawiał się – I jak to jest, że z jednej strony polityka ma
ogromne znaczenie dla życia każdego z nas, a jednocześnie nie ma
żadnego? Przypomniał sobie dzieci bawiące się radośnie na torach. Co
ich obchodzą poczynania rządu? Jakie ma dla nich znaczenie ostatnio
podpisana ustawa? Żyją sobie wesoło całkowicie odseparowane, odgrodzone
niewidzialną barierą od sytuacji politycznej kraju! Ach…ach…to
wspaniałe! Czy to dowodzi, że trzeba mniej myśleć, a bardziej żyć? Nie
myśleć o tym, co nas otacza, a zająć się sobą i swoimi najbliższymi?
Zawsze na świecie pełno było zła i głupoty, a jednak ludzie jakoś żyli!
Więc cieszyć się? Ale ja naprawdę chciałbym! Ale nie mogę…Nie mogę!
Ech…Przede wszystkim zachować spokój i nie śpieszyć się, oto co trzeba!
Nic na siłę! Nic nie muszę! Zrobi się coś, jak się zrobi! Jak ma się
coś stać, to się stanie! A nawet jak się nie stanie, to świat się nie
zawali! Jakoś to będzie! Jeszcze nigdy by tak nie było, aby jakoś nie
było!
- Aha, akurat! Gnuśność swą obrzydliwą próbujesz usprawiedliwić! –
powiedział Arkadiusz składowy do drugiego Arkadiusza, również
stanowiącego część Arka Właściwego, po czym obaj zamilkli.
Arkadiusz nie zdążył dłużej zastanowić się nad tym zagadnieniem,
ponieważ podeszła do niego dziewczyna, która wcześniej dała mu
chusteczkę higieniczną.
- Cześć! – zagadnęła go uprzejmie.
- Czeeeść…- odparł z niewielkim entuzjazmem.
- Zobaczyłam, że tak smutno siedzisz, totalnie wyalienowany w tym
zamyśleniu swoim i tak mi do głowy przyszło, że może chcesz pogadać o
czymś?
- Nie, nie chcę! – odpowiedział szorstko.
- Aha. To cześć - Ania odeszła wyraźnie skonfundowana - Co za dziwny
gość! Siedzi samotny cały wieczór, człowiek podchodzi do niego i chce
dobrze, pragnie z nim porozmawiać, a on zamiast przyjąć to z
wdzięcznością, jako okazję do poznania nowej osoby, czy chociażby jako
możliwość przyjemnego spędzenia czasu, to on po prostu, po chamsku
odpowiada: „Nie, nie chcę!”! Burak! Mędrek pieprzony! Pustelnik głupi!
Ania była wyraźnie zdenerwowana. Wróciła do swego stolika i opowiedziała swoim towarzyszom całe zajście.
Arkadiusz nie zdążył porozmyślać na temat niedawnej sytuacji w jakiej
się znalazł, gdyż dwa miejsca od siebie na lewo ujrzał piękną
dziewczynę. Nie namyślając się wiele, zakochał się.
Była wysoką, szczupłą i cichutką, tak cichutką, delikatną, oj,
delikatną, nie narzucającą się ze swoim pięknem kobietką o średniej
długości kasztanowych włosach
i piwnych oczach. A może o zielonych? To nie istotne przecież.
- Ach…jaka ona śliczna! I ludzie, co za ironia! Też siedzi sama, jak
ja! Dwie samotne istoty zaledwie parę metrów od siebie…Ach…a gdyby tak
podejść do niej? Nie, nie, nie! Jeszcze by się okazało, że nie jest tak
wspaniała jak to sobie teraz wyobrażam! Po co burzyć takie piękne
wyobrażenie? Nie kocham jej przecież, tylko mój obraz kobiety idealnej,
moją aminę! Ach…ach…poza tym…sam nie wiem…gdyby ona podeszła…ale
ja?...ach…to nie takie łatwe…
Arek wzdychał nieustannie w jej kierunku. Patrzył na jej usta, które
wolno sączyły wino, na ręce, które powoli wystukiwały rytm na blacie
baru, obserwował jej huśtające się nogi, jej rytmicznie podnoszące się
i opadające piersi (ach! – a jakie cudowne miała ona piersi!). Był w
siódmym niebie, zachwycony, zafascynowany, pełny radości, przepełniony
jej pięknem, pięknem całego wszechświata! A jednocześnie cierpiał
straszliwie, ponieważ pożądał jej całą swoją samczą naturą, potrzebował
psychicznie, pragnął absolutnie, chciał jej totalnie, a wiedział, że
nic się z tego nie spełni. Na dodatek był świadom tego, iż nie dotknie
jej, nie przytuli się do niej, nie wyżali, nie spędzi z nią wielu
wspaniałych chwil, wyłącznie z jego winy. Jego nieśmiałość i okropna,
niezrozumiała dzikość, strach przed tym, jaka może być w rzeczywistości
oraz lęk przed odrzuceniem przeszkadzały mu w tym. Czuł, że ją kocha, a
jednocześnie wiedział, że jej nie kochał, tylko pragnął ją kochać, bo
potrzebował kogoś kochać! Męczyło go to straszliwie. Czuł się nie w
porządku w stosunku do niej! Bo przecież nie liczyło się dla niego to,
jaka była naprawdę, tylko jaka być powinna, jaka jest w jego
marzeniach!
- Ach…ach…ACH! – westchnął cicho, a to westchnienie jego wyrażało i miłość,
i cierpienie, smutek i radość, nienawiść w stosunku do siebie i uwielbienie dla niej.
Poza tym, nie wiedział na pewno, czy kocha ją tak prawdziwie, miłością
absolutną, czy tylko zauroczył się w niej, pragnie jej młodzieńczo,
kocha ją ułomnie? Towarzyszył mu nieustanny strach z tym związany.
Pragnął jej, ale nie chciał się z nią związać, bo nie wiedział co to
jego pragnienie oznaczało! Czy miłość tę wielką, wzniosłą, poetycką,
której potrzebuje? Czy zwykłe oddziaływanie hormonów, samcze pragnienie
kobiety, fizyczny pociąg, miłość okaleczoną, której – nie oszukujmy się
– również mu brakowało. I bał się strasznie, ach…jakże okropnie on się
bał! Przerażała go możliwość, że po związaniu się z nią, okaże się, iż
było to tylko zauroczenie, zaczarowanie, magia jakaś straszliwie
niepojęta i gdy jej zabraknie, miłość jego życia przestanie być tą
jedyną, mityczną Afrodytą, trojańską Heleną, tym uosobieniem ideału, co
nieuchronnie sprawi, że porzuci swą niedoszłą dziewczynę
i upośledzi ją w ten sposób! Wyrządzi jej okropną krzywdę tą
potwornością swoją, tym makabrycznym zachowaniem, tym niecnym
postępkiem, tym koszmarnym charakterem swoim! Jednak, czy aby na pewno
to go martwiło? Czy może nie chciał zostać brutalnie odrzucony,
bezwzględnie odprawiony z kwitkiem? Może egoistycznie bał się, że
popadnie wtedy w jeszcze większą alienację? Może obawiał się swego
rozczarowania wielgaśnego, jakiego przecież mógł doznać? I czy nie jest
tak, iż lepiej trwać w okrutnej samotności, niż do niej powracać? Nie
lepiej kochać nieudacznie, nieudolnie, nieporadnie, niż w ogóle nie
kochać, niż być wypranym z uczuć, pozbawionym tych wspaniałych wrażeń,
niż stanowić jedną, wielką, ogromną pustkę?
- Ach…ach…ACH! – westchnął cicho, a to westchnienie jego wyrażało i miłość,
i cierpienie, smutek i radość, nienawiść w stosunku do siebie i uwielbienie dla niej.
Nagle, zupełnie niespodziewanie z głośnika zaczęła płynąć wolna,
melodyjna ballada. Kilka par śmiało wkroczyło na parkiet i zaczęło się
bawić! Arkadiusz siedział i smutno popijał piwo, pilnie obserwując jej
dłonie, jej nogi, wreszcie ją całą. Wraz z trwaniem muzyki czuł jak w
powietrzu narasta nieme, ale niezwykle silne oskarżenie tłumu: „Czemu z
nią nie tańczysz? Spójrz na nią! Ona tam siedzi samotna, smutna!
Zatańcz z nią!”
Arek miał wrażenie, że wszyscy patrzą na niego, a ona tylko czeka, aż
ją zaprosi do tańca (i równocześnie wydawało mu się, co było chyba
jeszcze straszniejsze, że ona nic nie wie o jego miłości żywionej do
niej, że nie zwraca na niego żadnej uwagi, że może nawet nie wie o jego
istnieniu!). Wrażenie to straszliwie go przygniatało. Choć nie lubił
tańczyć,
a większość obecnych w pubie ludzi miał za debili, czuł, że powinien
podejść do niej. Choć czuł dumę z tego, że on, w przeciwieństwie do
tego plebsu, nie tańczy, bo to nie leży
w zgodzie z jego naturą, nie bawi się, bo jest sobą, a on nie czuł
potrzeby bawienia się w ten sposób, to jednak przeklinał się za to, że
nie zaprosił, i co gorsza, że nie zaprosi jej do wspólnej zabawy.
- Ach…ach…ACH! – westchnął cicho, a to westchnienie jego wyrażało i miłość,
i cierpienie, smutek i radość, nienawiść w stosunku do siebie i uwielbienie dla niej.
Arek spojrzał na nią smutno. Popatrzył przez chwilę na rytmicznie falujące piersi
(ach! - a jakie cudowne miała ona piersi!), po czym przeniósł wzrok na
jej palce wystukujące rytm na blacie baru. Dłonie dziewczyny wyraźnie
przykuły jego uwagę:
- Chwila, chwila, a co to? Czy to możliwe? O fuj! Fuj, fuj! Ona ma wyraźnie zdeformowany palec! Bleee!
Istotnie, paluszek serdeczny prawej dłoni owej ślicznej dziewczyny był
zdecydowanie za długi (jak na przyjęte powszechnie standardy długości
serdeczniaków).
- Ach! I co ja teraz mam biedny począć? Kochać ją, azali nie kochać?
Kocham ją ciągłe przecież, bo kochać ją pragnę, kochać ją muszę, ale
ten paluch…Jakże tu ją miłować z takim palcem? Niby wszystko w
porządku, wydaje się, że taki szczegół, drobiazg niewielki nie powinien
mieć większego znaczenia, ale jednak ten palec mnie przeraża… Nie
podoba mi się on! Kto wie, do czego on jest zdolny, co on potrafi, co
może zdziałać! Nie mogę się w kochać przecież w kimś, kto jest taki
palcowaty! A może umiłować kogoś innego? Z ładniejszym paluszkiem? Tak,
tak, to jest myśl!
Arkadiusz rozejrzał się rozpaczliwie w poszukiwaniu kogoś, kogo mógłby
obdarzyć swoim wielkim, wspaniałym uczuciem. Zatrzymał swe spojrzenie
na dziewczynie, która tańczyła w niedalekiej odległości od niego.
Postanowił, że się w niej zakocha.
- Ach…cóż za dziewoja prześliczna, cóż za wspaniała niewiasta! Kocham
ją! To ona jest zdecydowanie miłością mego życia! Ach…co ja wygaduję!
Kłamstwo! Kłamstwo! Przecież ja w dalszym ciągu miłuję tamtą! Uwielbiam
ją, pomimo jej palca! Świadom jestem brzydoty jej palucha długaśnego i
wszelkich możliwych przykrych konsekwencji istnienia tego
zdeformowanego bytu, a mimo to ją kocham! Ach…ach…Nie powinienem jej
kochać, boje jej się kochać i wreszcie nie kocham jej wcale, a
paradoksalnie i tak ją miłuję, i tak ją pragnę! Ach…ach…a jednocześnie
czuję, że tamtą drugą, też w pewien sposób ubóstwiam, też jej pożądam!
Czyżbym kochał je obie? Nie! Tak! Tak, ją też mógłbym obdarzyć moim
wielkim i potężnym uczuciem! O! I tamtą w kącie też! Również i tę, przy
tamtym stoliku! Tak, tak, w wielu dziewczynach mogę się zakochać! Niech
no tylko podejdzie jakaś i okaże mojej osobie choć odrobinkę
zainteresowania, ot, zapyta choćby o godzinę, puści bączka malusiego,
subtelnego w mym kierunku, a ja już będę totalnie zaczarowany,
absolutnie zadurzony! Pytanie tylko, czy któraś z nich jest w stanie
umiłować mnie? Bo ja nie jestem wybredny! To znaczy jestem i na tym
polega problem! Kocham je wszystkie, a przecież pokochać mogę jedynie
kobietę idealną, wspaniałą, nieskalaną grzechem, pozbawioną wad
wszelakich! Ach...jestem przegrany! Już od samego początku skazany na
niepowodzenie!
- Ach…ach…ACH! – westchnął cicho, a to westchnienie jego wyrażało i miłość,
i cierpienie, smutek i radość, nienawiść w stosunku do siebie oraz
uwielbienie i dla niej, i dla pozostałych dziewczyn, które był w stanie
pokochać.
Był pod wrażeniem ich piękna:
- Tak, tak, kobieta jest zdecydowanie najpiękniejszą istotą ziemską,
najwspanialszym elementem naszego świata! - podziwiając je w ten
sposób, zastanawiał się, czy ktoś oprócz niego jest w stanie dostrzec
ich arcyśliczną naturę, subtelne rysy twarzy, fantastyczne kształty,
zmysłową sylwetkę?
- Czy ktokolwiek inny potrafi docenić ich wspaniałość w całej
rozciągłości? Ach…ach…pewnie nikt! Nikt! Czasami mam wrażenie, że nie
zniosę, nie wytrzymam, ogromu piękna, jakiego doznaję, jakiego
odczuwam, jakiego jestem świadkiem! Bywają takie chwile w moim życiu,
podczas których wydaję mi się, że rozpłynę się pod wpływem wielu
subtelnych, ledwie zauważalnych, przecudnych zjawisk, rzeczy,
czynności, słów, sytuacji, że pęknę, obcując z tak olbrzymią ilością
piękna!
- Ach…ach…ACH! – westchnął cicho, a to westchnienie jego wyrażało i miłość,
i cierpienie, smutek i radość, nienawiść w stosunku do siebie oraz
uwielbienie i dla niej, i dla pozostałych dziewczyn, które był w stanie
pokochać.
Arek już zamierzał wyjść, gdy, zupełnie niespodziewanie, całkowicie znienacka,
i niczym Filip z konopi, podszedł do niego ten podobny do niego chłopak:
- Cześć! - rzucił nieco gniewnie.
- Hę?
- Słuchaj, przed chwilą moja koleżanka rozmawiała z tobą, chciała cię
zaprosić do naszego stolika, a ty ją potraktowałeś bardzo, ale to
bardzo nieładnie.
- Nie wykluczone.
- No właśnie. Dlatego żądam od Ciebie satysfakcji!!!
- Słucham? – Arek był wyraźnie zdezorientowany.
- Na pojedynek Cię wyzywam! Będziemy walczyć na kciuki!!!
- Na kciuki? Niech i tak będzie! – odrzekł hardo.
Cóż to był za pojedynek! Chłopcy powolnym krokiem przeszli na środek
sali i po oficjalnym poinformowaniu licznie zgromadzonej publiczności o
przyczynach walki stanęli naprzeciwko siebie i już mieli zaczynać, gdy
Arkadiusz krzyknął:
- Czekaj! A sekundanci?
- Racja, na śmierć zapomniałem! Głupi Aruś, głupi, oj głupi – kajał się
chłopak – Ania, tak, Ania zostanie moim sekundantem! Zgadzasz się,
Aniu? – spytał się profilaktycznie, gdyż doskonale wiedział, że jego
koleżanka nie odmówi. I rzeczywiście, zobaczywszy jej poważne, a
zarazem rozbawione skinienie głową, zwrócił się do Arkadiusza:
- A Twoim? Kto zostanie Twoim sekundantem? Hę? – spytał się nie bez złośliwości.
- Mo-im se-kun-dan-tem? – sylabizował, aby zyskać na czasie. Rozglądał
się bezradnie po sali, raczka już dawno spiekł, rozglądał się i się
rozglądał, zdążył się też porządnie spocić, i by się tak rozglądał
jeszcze długo, gdyby nie to, że ujrzał dziewczynę, którą umiłował.
Najpierw natrafił wzrokiem, potem spoglądał na nią uważnie, choć
nieśmiało, ukradkiem tylko, następnie spojrzał na nią głęboko, śmielej
i zaczął patrzeć, oj, poczynał sobie coraz śmielej, oj tak, śmielej, aż
zląkł się swojej śmiałości! Przestraszył się, lecz nie było już
odwrotu, uciec nie mógł, oj, nie mógł! Tak więc, aby usprawiedliwić
swoje zerkanie, swoje patrzenie musiał, oj, musiał się spytać jej:
- Przepraszam...tak, Ciebie...Ciebie...czy...zostaniesz...moim...sekundantem? – wymamrotał niezdarnie Arkadiusz.
- Ekh...ja? Tak, zostanę, właściwie czemu miałabym nie zostać?! – odpowiedziała cicho, miękko, mięciutko.
- Tak więc, sekundantów mamy z głowy, tak, załatwionych mamy, martwić się już
o nich nie musimy, tylko kolego, sędziego nam trzeba! Brak nam sędziego, jak nic! Wiem! Wiem! Wiem! Barman sędzią zostanie!
- Bar-man! Bar-man! – zaczęła skandować rozentuzjazmowana publiczność.
Po chwili wszystko już było gotowe, zapięte na ostatni guzik. Przeciwnicy stali vis a vis siebie
z wyciągniętymi, odpowiednio uprzednio rozgrzanymi kciukami, sekundanci
dzielnie sekundowali, a sędzia przygotowywał się do sędziowania. I tak,
Ania udzielała ostatnich wskazówek swemu koledze, a dziewczyna o
kasztanowych włosach nakładała maść na kciuk Arkadiusza. I był to
moment, bez wątpienia, magiczny. Czyniła to, bowiem, swoim przydługim,
zdeformowanym palcem! Wędrowała tym swoim upośledzonym paluchem po jego
kciuku, jakby chciała mu przekazać coś z jego nadnaturalnej długości! A
wszyscy doskonale wiedzą, że im dłuższy kciuk, tym łatwiej wygrać
potyczkę!
Rozpoczął się bój. Arek kontra Arek. Cała sala zamarła. Cisza.
Napięcie. Emocje. Ale oni zdawali się niczego nie dostrzegać poza swymi
kciukami. Pojedynek trwał i trwał. Walka przedłużała się i przedłużała
się. Sekundy mijały, minuty mijały, a rozstrzygnięcia jak nie było, tak
nie było! Gdy jeden wspaniale atakował, drugi cudownie się bronił!
Atak, obrona, kontratak, obrona i ponowne przejście do ataku! I tak w
kółko!
Ponieważ rozstrzygnięcie długo, oj, długo nie nadchodziło sędzia
postanowił przerwać pojedynek, kazał zawiązać obu zawodnikom czarne
przepaski na oczach, a gdy rozkaz jego został spełniony, wznowił
starcie. Od tamtej chwili dramaturgia widowiska znacznie się
zwiększyła! Wszak przeciwnicy mieli zasłonięte oczy! Nie widzieli
siebie! Nieustannie walczyli ze sobą, choć się nie dostrzegali!
Ach...cóż to za walka była! To już nie walka była, jeno bitwa! Taką
zaciętą, taką wyrównaną, taką brutalną ona była! Choć, to dziwne,
jednocześnie toczyła się po cichutku, niesłyszalnie niemal, subtelnie
nawet! Dziwny, bez wątpienia dziwny, to był pojedynek! I zawodnicy
krążyli wokół siebie, niczym dzikie zwierzęta, niczym drapieżnik i jego
ofiara, z tym, że nie wiadomo było kto jest kto! Doskakiwali do siebie,
wykonywali kilka szybkich ruchów kciukiem i uciekali, po czym atakował
drugi, wykonywał parę kciukowatych manewrów i odskakiwał! Jednak, w
dalszym ciągu nie było rozstrzygnięcia! Oczywiście, szala zwycięstwa
przechylała się to na jedną, to na drugą stronę! Ileż to razy,
rozdygotana publiczność była święcie przekonana, że wygrał któryś z
zawodników, gdy po chwili okazywało się, że jego przeciwnik jakąś
magiczną, nieziemską, palcowatą sztuczką zdołał się obronić!
Dopiero po wielu minutach, straszliwych, lecz delikatnych, krwawych,
lecz subtelnych zmagań walkę wygrał Arek! Ten smutniejszy Arek!
Zwyciężył, bo zwyciężyć musiał! Jego kciuk był bardziej kciukowaty niż
palec rywala! Jego siła silniejszą była! Jego ruchy bardziej
zdecydowane, jego zaangażowanie większe, bardziej szczere, bardziej
prawdziwe!
Poza tym, wspomagany był, cały czas, tamtym, dziewczęcym, nadnaturalnym
palcem! I on doskonale o tym wiedział! W takiej sytuacji, z taką
świadomością nie mógł przegrać, no po prostu nie mógł!
Okazało się, że Arkadiusz, podczas walki, złamał kciuka swemu rywalowi!
Przegrany, jednak, nie chciał dać za wygraną. Mimo porażki, postanowił
wsadzić swojego popsutego, upośledzonego kciuka w pupę, w tę śliczną
pupcię Arka, który właśnie odwrócił się i kłaniał się publiczności. Tak
więc, moment był idealny! I gdy już zamierzał zrealizować swój
straszliwy zamiar, poczuł okropną, przerażającą wręcz, niemożność!
Pojął, że nie potrafi uczynić tego, co sobie zaplanował! Zrozumiał, iż
nigdy nie pokona Arkadiusza! Cicho zaszlochał, tylko po to, aby po
chwili, wybuchnąć głośnym, przejmującym płaczem…
Arkadiusz nie zwracał na niego uwagi, tylko wykrzywił twarz w radosnym grymasie
i powiódł po sali triumfalnym wzrokiem, aż natrafił na spojrzenie
dziewczyny, którą umiłował. Uśmiechała się tajemniczo, ni to radośnie,
ni to ponuro. Zsiadła z krzesła i zaczęła iść, w kierunku Arka. Po
krótkiej chwili, stanęła przed nim. Tak miękko, mięciutko. Nie odezwała
się ani słowem. Nie wiadomo było, czy chciała coś mu powiedzieć, czy
czekała na jego słowa. Tak więc, patrzyła tylko na Arkadiusza swoimi
wspaniałymi oczami, oczkami przecudnymi! Cóż to była za rozkosz dla
niego! Cóż za niewysłowiona przyjemność, niezmierne szczęście! I
jednocześnie jakie cierpienie straszliwe, okropne męczarnie! Jaki
wesoły ból! Cóż za męczeńska radość!
Serce młodzieńca zabiło szybciej. Pragnął szepnąć jej do ucha, że jest
piękna, wspaniała i wreszcie, wbrew wszystkiemu, wyznać jej miłość!
Tak! Oznajmić jej to uczucie owo piekielne, ale i bajeczne zarazem!
Chciał objąć ją i mocno, straszliwie mocno, przytulić ją do siebie, a
siebie do niej, paść jej w ramiona, rzucić się na kolana i błagać o
odrobinę czułości, o szczyptę uczucia, o ździebełko miłości!
Zapewne właśnie dlatego, czym prędzej, skierował się ku wyjściu. Przy
drzwiach zatrzymał się jeszcze, przeklął się i kierowany bliżej
nieokreśloną siłą spojrzał na nią.
- Hm...a może z tym jej paluchem długaśnym jest jeszcze piękniejsza? –
zastanowił się. Z całą pewnością o wiele prawdziwsza, bardziej
autentyczna, ale czy ładniejsza? Tak! Wspanialsza, bo bardziej
naturalna, nic nie ukrywająca!
Mimo że znajdowała się wśród tłumu, to stała zupełnie sama, wyraźnie
zagubiona, zdezorientowana i w dość smutny (a zarazem piękny w tym
smutku swoim!) sposób sączyła wino. W tej jej samotności było coś
straszliwie przejmującego. Arkadiuszowi żal ścisnął serce. Tak mocno,
że aż przeniósł swój wzrok na telewizor:
- Dziś gościmy w naszym studiu eksperta – panią profesor Dorotę Pieczyńską
z Uniwersytetu! Pani profesor! Proszę powiedzieć naszym telewidzom jak żyć, aby być szczęśliwym?
- Ach…to bardzo proste. Nie należy jeść po osiemnastej, spać mniej niż
osiem godzin ani palić papierosów. Powinno się unikać stresu, nie
myśleć za dużo, tylko spotykać się
z przyjaciółmi. Sugeruję być spontanicznym, nie planować za dużo, śmiać
się, cieszyć się życiem, a nie rozmyślać o abstrakcyjnych pojęciach.
Należy „chwytać dzień”, radować się każdą chwilą i być towarzyskim. I
to chyba wszystko. Aha - jeszcze jedno - byłbym zapomniała: Należy „być
sobą”.
Arkadiusz rozejrzał się po pomieszczeniu. Chciał ją raz jeszcze
zobaczyć. Ujrzeć jej delikatne lico, kasztanowe włosy, jej nóżki
śliczne, czy jej zmysłowo falujące piersi (ach! –
a jakie cudowne miała ona piersi!). Jednak, niestety, nie dostrzegł nigdzie dziewczyny, którą umiłował.
- Ach! Ach! – westchnął straszliwie, okropnie przejmująco. - Co ja
zrobiłem? Cóż to ja uczyniłem najlepszego? Kim ja jestem? Czy ja
potrafię kochać w ogóle? Ja rozumowy głaz mam zamiast serca! Jam jest
potwór! Jam jest bezduszny, dyszący obrzydliwym, męskim podnieceniem,
jakimś spaczonym, obleśnym erotyzmem samiec! We mnie nie ma uczucia,
nie ma miłości, jeno żądza cielesności! – zawył wściekle! W przypływie
złości przewrócił najbliższy stolik oraz kilka krzeseł i wyszedł.
Stanął przed pubem, wziął kilka głębszych wdechów, a gdy się już trochę uspokoił począł się zastanawiać:
- Którędy iść? Powinienem skierować się w lewo, czy w prawo? I tędy, i tędy dojdę
do domu. Którą drogę wybrać? W którą stronę skierować swe kroki? Ale
którędy będzie lepiej? Bezpieczniej, wygodniej, krócej, a może właśnie
dłużej? A czy na pewno chcę dojść tam, gdzie chcę dojść? Ach…i znów
muszę wybierać! Ach…jak pójdę w lewo to nie będę mógł dowiedzieć się,
co by się stało jakbym poszedł w prawo! I na odwrót! Wieczna
niepewność! Nieustanny przymus decydowania! Ach…to straszne…to okropne!
Po kilkuminutowym namyśle ruszył w lewo. Nie zdążył przejść nawet
pięciu kroków, gdy zaczepił go miejscowy lump. Nie był pijany, choć
można było wyczuć dolatującą od niego woń alkoholu. Zagadnął Arka:
- Panie kierowniku! Czy nie wspomógł by pan dobrodziej nas dwoma
złotymi? Kolegę mego pobiły jakieś łobuzy i teraz muszę plastrów kilka
kupić, a pieniędzy ni ma! – powiedział i wskazał palcem podwórze, w
głębi którego po prawej stronie siedział drugi żul
z wyraźnie rozbitą głową.
Arek jednak nie przejął się tym:
- Nie mam – odparł szorstko i przyciskając mocniej swoją torbę
fotograficzną, odszedł wolnym krokiem w stronę swego domu – Na plastry
– jasne, już to widzę! Na wino tanie pewnie! Już ja ich znam! A nawet
jeśli i na plastry to mogę się założyć, że tamten lump oberwał po
pijaku, albo przewrócił się po prostu! Przestańcie chlać i weźcie się
do roboty nieroby śmierdzące! I pewnie zasiłki pobieracie jeszcze,
które od razu przepijacie, co?
Z drugiej strony państwo powinno zapewnić wam pracę, ale to nieprędko
się stanie…Ach…co za przykry świat…- Arkadiusz nie zajmował się już
więcej tym zagadnieniem, ponieważ podczas swej wędrówki musiał
porozmyślać o wielu innych ważniejszych sprawach oraz koniecznie
zmieszać współczesną cywilizację z błotem.
Niestety nie zdążył tego uczynić, gdyż nagle, zupełnie niespodziewanie,
z bramy tuż przed nim, wyszedł żubr. Na głowie miał słomkowy kapelusz,
a w zębach trzymał czerwony balon w kształcie serca. Wolnym, leniwym
krokiem przeszedł na drugą stronę ulicy. Warto wspomnieć, że w trakcie
tego przechodzenia zatrzymał się na chwilę, spojrzał na Arka, prychnął,
wykrzywiając swoją żubrzą gębę w przedziwnym, bliżej nieokreślonym
grymasie
i poszedł dalej. Po chwili zniknął w podwórku dokładnie naprzeciwko.
Arkadiusza zamurowało. Po chwili, gdy już odzyskał zdolność logicznego
myślenia, na usta zaczęły mu się cisnąć różnorakie pytania:
- Co? Jak? Gdzie? Kiedy? Czy to był żubr? Ale czemu żubr? O tej porze? I dlaczego
w słomkowym kapeluszu? I dlaczego tu, teraz, w tym miejscu i w tym
czasie? Jak to się stało? Jaka siła spowodowała taki, a nie inny obrót
rzeczy? I czy on prychnął na mnie? Na mnie? A może do mnie? Prychnął w
ogóle? A ten grymas? Co on oznaczał? Czy chciał mi cos przekazać? Żubr?
Przekazać? Zgłupiałem, zgłupiałem jak nic! I ten balon…Czy to był ten
sam balon, co wcześniej? Czemu żubr trzymał w zębach balon? Ten balon!
Czerwony balonik
w kształcie serduszka, co kilka godzin wcześniej wyleciał z rąk małej
dziewczynki! Ach…kto mi to wytłumaczy? Przecież to było całkowicie
nielogiczne i nieracjonalne, a jednak się zdarzyło, miało miejsce! A
przecież nie powinno! Nie powinno, mówię! Ach…a może w tym
niedorzecznym świecie było to wydarzenie całkowicie naturalne?
Myślał tak dobrą chwilę, aż posmutniał:
- Ach…i co robi żubr w mieście? Żubr powinien żyć w lesie! I na miłość
boską, jak on wyglądał z tym balonikiem i kapeluszem! Dostojne,
szlachetne zwierze! Symbol siły
i męstwa! Phi! Parodia! Totalny upadek moralny! Całkowita zgnilizna etyczna!
Ponieważ Arkadiusz zdenerwował się, poszedł do swego mieszkania. Po
drodze żubr skojarzył mu się z gołębiem. Przez moment czuł, że udało mu
się dokonać czegoś wspaniałego, że połączył dwie zupełnie niezwiązane
ze sobą sytuacje, że przybliżył się do poznania siły rządzącej
wszechświatem, że znalazł klucz do zrozumienia otaczającej go
rzeczywistości! Radość nie trwała długo, gdyż Arek zdał sobie sprawę,
iż jest to niewykonalne, nierealne. Co prawda i gołąb, i żubr są
zwierzętami, ale co z tego? Co dalej? Nie, tego nie da się rozwiązać,
to jest niemożliwe do objęcia ludzkim rozumem! Jak gołąb ma się do
żubra? Czemu te dwa istnienia? Czemu w tych, a nie innych miejscach?
Czemu ja je zobaczyłem? Ach…ach…przecież to jest niemożliwe do
odpowiedzenia! Ach… jaki czuję się malutki, ograniczony, bezsilny!
Jakie to wszystko straszne…jakie przerażające…
Tymczasem Sylwia wyszła na zewnątrz. Nie była ani pijana, ani trzeźwa.
Świetnie się bawiła. Poplotkowała sobie z Weroniką, potańczyła z
Zygmuntem i innymi chłopakami oraz przeżyła wspaniałe, oj, absolutnie
wspaniałe chwile w toalecie z nieznanym jej młodzieńcem. Na ten jeden
wieczór mogła uciec od otaczającej ją rzeczywistości. Mogła zapomnieć
o swoim nudnym, monotonnym życiu. Sylwia nie była inteligentna i
doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale czy to jej wina? Co mogła
poradzić na to, że nie rozumie wielu rzeczy? Wiedziała jednak, że była
dobrym człowiekiem i nigdy nikogo specjalnie nie skrzywdziła. To jej
wystarczało, chlubiła się tym.
Gdy stała i pisała esemes do swojej przyjaciółki, chcąc się z nią
podzielić jej łazienkowymi przeżyciami, podszedł do niej ten sam lump,
który niedawno zaczepił Arka.
- Moje uszanowanie dla pięknej panienki – zagadnął uprzejmie – Czy nie
wspomogła by nas panienka dwoma złociszami? Kolegę mego łobuzy jakieś
wstrętne pobiły
i potrzebujemy plastrów kilka kupić, a z funduszami kiepściutko! –
powiedział, wyszczerzając swoje żółte zęby i pokazując brudnym palcem
swojego poszkodowanego kolegę.
- Spoko…Tylko znajdę…Nie mam żadnych drobnych, ale dam dziesięć złotych.
Proszę bardzo!
- Dobrodziejko nasza! Toż to aż nadto! Hm…a może panienka pozwoli ze mną?
Coś panience pokażę! Na pewno się spodoba!
Sylwia zawahała się przez moment, odczuwając instynktowny strach przed
obcym człowiekiem, ale ostatecznie, pod wpływem dobrotliwych oczu
kloszarda, dała się przekonać.
Razem ze Sławkiem - bo tak się nazywał ten człowiek - poszli do apteki
całonocnej, gdzie kupili pudełko plastrów. Następnie weszli do
monopolowego i nabyli butelkę taniego, oj, bezapelacyjnie taniego wina.
Poszli do pobitego kolegi Sławka i należycie go opatrzyli. Po tym
zabiegu, Mirek – ów poszkodowany - zniknął gdzieś, aby pojawić się po
dziesięciu minutach, ale tym razem trzymając w ręce drewniane, trochę
już zniszczone skrzypce. Najpierw wypili w trójkę wino, a później Mirek
z maestrią prawdziwego wirtuoza zaczął grać, wydobywając z tego na wpół
zdezelowanego instrumentu, przepiękne, cudowne dźwięki. Sylwia i Sławek
zaczęli tańczyć w rytm muzyki. Nagle Sylwia potknęła się. Cała trójka
zaczęła się śmiać. Ich radosny śmiech doskonale akompaniował tej
wspaniałej, magicznej muzyce. I w tym wesołym chichocie przetańczyli
całą noc. Niczym się nie przejmowali, na nic nie zwracali uwagi, o
niczym nie myśleli – bawili się. Radowali się
i weselili się tak przez długie godziny, a tymczasem nieopodal ich leżał martwy gołąb…
Arkadiusz wszedł do domu, zdjął buty, zamknął drzwi i nie umywszy się
ani nie przebrawszy się, położył się do łóżka. Zanim zasnął, myślał o
bliżej niesprecyzowanej dziewczynie swoich marzeń, tęsknił za istotą,
której nigdy nie miał i mieć nie będzie. Czuł się samotny. Cicho
zaszlochał. Wspomniał wszystkie czynności, które miał dzisiaj wykonać.
Ciężko westchnął. Stwierdził, że znów nie powiedział tego, co chciał
powiedzieć, nie wyznał tego, czego pragnął wyznać. Zapłakał.
Przypomniał sobie o tym, co chciał dziś osiągnąć. Załkał. Zdał sobie
sprawę, że znów nic w sobie nie zmienił, nie przybliżył się do
znalezienia sensu życia, nie zaprzyjaźnił się z nikim, nie udało mu się
znaleźć bratniej duszy, nie związał się z wyjątkową dziewczyną, z
miłością jego życia! Oczywiście, zajmie się tym wszystkim jutro. Cicho
jęknął. Jednak pytanie, czy naprawdę chciał się zmienić? Czy nie było
tak, że Arkadiusz akceptował siebie samego, takim jakim był, mimo iż
istotą jego jestestwa stanowiła permanentna niemożność odczuwania
szczęścia? Czy problem nie polegał na tym, że Arek szczycił się własną
indywidualnością, że chełpił się swoją niepowtarzalnością, że był
dumnym posiadaczem jedynego w swoim rodzaju charakteru i wreszcie, iż
był wyjątkową jednostką odmienną od wszystkich ludzi, zgoła niepodobną
do niczego innego, ale cóż z tego, jeśli jego inność, jego odrębność
uniemożliwiała mu prostą, dziecinną radość z życia? Znów zaszlochał,
ale tak porządnie. Pomyślał jeszcze o gołębiu. Zapłakał ponownie, lecz
tym razem solidnie, płaczem niemalże absolutnym. Po dłuższej chwili
zasnął...
KONIEC DNIA PIERWSZEGO
|
|
|
|
Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować |
|
Re: Gołąb /opowiadanie/ * ? przez mia dnia 12-09-2006 o godz. 11:01:21 | Naweet sympatyczne, jednakże bardzo nierówne. Początek robi złe wrażenie:
"Pewien czas temu przydarzyła mi się zabawna rzecz. Otóż, wpadły mi w ręce pewne zapiski – muszę przyznać, iż całkiem niezłej próby literackiej - i jakież było moje zdziwienie, kiedy zorientowałem się, że opisują one jeden dzień z mego życia! Pod ich wpływem, zacząłem spisywać historię mego istnienia"
Oprócz wytłuszczonych - cały cytowany do konca fragment jest rozgadany - "mego życia", "mego istnienia". Wejście moim zdaniem mocno słabe.
Podobnie z samym zakończeniem. Zatem zarówno sam początek , jak i finał - wg mnie nieudane, przy czym - wstęp bardziej przesterowany.
Dalej:
Julia nerwowo szukała fajek. Była straszliwie zdenerwowana, rozmontowana, rozproszkowana, całkowicie rozgorączkowana i absolutnie rozjątrzona. Właśnie powinna być
w szkole, ale nie mogła przecież pójść do niej bez uprzedniego wypalenia choć jednego papierosa, chociaż jednego, malusiego papieroska. Okropnie zirytowana weszła w głąb bramy, aby w spokoju ukoić swoje strasznie skołatane nerwy…
miało to być szalone, wartkie, śmieszne trochę, zwariowane - wyszedł bigos.
I chyba "wypalenia"
"W pewnym, bliżej nieokreślonym podwórzu kilka gołębi wesoło sobie fruwało,
to w górę, to w dół, bez wyraźnego celu. Ot tak, dla zabawy. Ich gołębiowatość była widoczna, jak na dłoni. Wręcz emanowała z nich, wysyłając każdemu sygnał: „Jestem gołębiem i jestem z tego dumny!”. I w tej swojej gołębiowatości były to gołębie prawdziwe
i prawdziwie absolutne" - taka paplaninka moim zdaniem.
"bliżej niekoreślone podwórze" - staram się czytać ze zrozumieniem i zadaję sobie pytanie - po co??
Podobnej paplaniny, ale słąbej językowo w tekście sporo.
Są fajnie momenty:
"Pogoda była, oj, była. Ciepło, kwietniowo, dość przyjemnie, choć nie zawsze i nie dla każdego. Wiało. Tak, oj, tak, wiało, wiało."
to na przykład. Ale dalsza część tej frazy znowu plepleple. Po co?
Wg mnie absolutnie do poprawy. Pozbyć się wypełniaczy, bo "wacianki" w tekście bardzo wiele. A materiał jest, ciekawy. Tylko nie trzeba, tak sądzę - na siłę doprawiac mu ogona, ba - wielu ogonów.
pozdrawiam - mirka
|
Re: Gołąb /opowiadanie/ * ? przez rahl dnia 12-09-2006 o godz. 12:22:52 | Zgadzam się z mią.
Bardzo fajne fragmenty zostają zagniecione przez nadmiar słów:) Po pewnym czasiem język zaczyna męczyć i wyglądamy końca opowiadania, a to chyba niezbyt dobry symptom.
Moim zdaniem do stylistyczne wyczyszczenia i skrócenia. Zaznaczam, że sam pomysł bardzo mi się podoba i do gwiazdki nic nie mam:)
BTW Mirka pod prozą? Czyżbym miała szanse wygrać tomik?:)
|
Re: Gołąb /opowiadanie/ * ? przez Ryba dnia 12-09-2006 o godz. 12:42:05 | | jw. tekst jest zbyt długaśny |
Re: Gołąb /opowiadanie/ * ? przez nefrytowa dnia 12-09-2006 o godz. 15:59:23 | | Ale gdyby tak faktycznie było (z tym tomikiem), to kurde, strasznie trudna by to była zagadka ;-) Bo mnie akurat tez Mirka przyszła do głowy, pomyślałam sobie jednak, że ten tomik ją jakby wyklucza, wszak to nie audiotele ;-) |
Re: Gołąb /opowiadanie/ * ? przez mia dnia 12-09-2006 o godz. 16:46:02 | kurde sama brałam udzia w zgadywance i chyba trafiłam:)
mogę się prywatnie zalożyć:))) |
Re: Gołąb /opowiadanie/ * ? przez seweryng dnia 19-09-2006 o godz. 05:56:25 | | co to znaczy "przesterowany wstęp"? pzdrw, |
Re: Gołąb /opowiadanie/ * ? przez awdzsd dnia 19-09-2006 o godz. 11:50:56 | | Też mnie to zastanawiało. |
|
|
| |