Nowe recenzje
· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz[ RECENZJE ]
Online
Aktualnie jest 44 gość(ci) i 1 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
NA FORUM
 | wszystko jest do zmiany |
 | FABRYKA-NASZE MIEJSCE W KOSMOSIE |
 | Funkcja redaktora - rezygnacja umorusańca |
 | Jerzy Reuter - Izobar nie żyje |
 | CO Z RUBRYKĄ |
 | Zaproszenie na kwietniowy DACH |
 | O stronie na stronie. |
 | Fantazje Zielonogórskie 2012 - konkurs na opowiadanie |
 | Coś dla poetów i miłośników poezji |
 | Kwiecień plecień w netkulturze! |
 | Cytat z Forum |
 | Zbieramy teksty do nowego numeru Magazynu Cegła!!! |
 | Konkurs Poetycki „O Srebrne Pióro MDK” – VI edycja |
 | CHATA |
 | Dość codzienność! |
 | Zapraszamy na Świąteczny DACH |
 | Kto |
 | Ody odbite Karola Maliszewskiego |
 | Pierwsze zdanie! |
 | współpraca przy scenariuszu - za pieniądze |
 | Ankieta dotycząca czytelnictwa kryminałów |
 | Czarny Kot |
 | Rozwój osobisty medytacje terapeutyczne |
 | ID w Czasie Fantastyki |
 | Barwy, a tworzenie nastroju |
 | Nieznane teksty Tadeusza Konwickiego w |
 | Rozwój osobisty kluczem do sukcesu |
 | Co Na Scenie - Nowy Wymiar Teatru |
 | nieTUZINkowa 12-ka Netkultury |
 |
Epika: AUTOBUS /opowiadanie/ * *
Wysłano dnia 12-11-2001 o godz. 11:52:21
Autor: Michal_Palmowski
PRZESTRZEŃ
Tłok i ścisk pierwszego dnia podróży był nie do wytrzymania. Stojąc na jednej nodze zajmowałem niewielki czarny prostokącik podłogi. To był jedyny fragment przestrzeni, którego mogłem być pewny. Wyżej bowiem, w powietrzu, znajdowało się kłębowisko rąk, głów, włosów, tułowiów, toreb, parasoli i innych przedmiotów, w tym oczywiście i nóg, ponieważ nikt nie mógł pozwolić sobie na luksus stania na obu nogach i musiał gdzieś umieścić tą drugą. Moje części ciała wplotły się w tę barwną mozaikę tracąc swoją autonomię. Odszukanie ich w tym chaosie kształtów byłoby rzeczą graniczącą z niemożliwością. Tylko jakieś szczypnięcie, ukłucie bądź też pieczenie mogło mi dać wskazówkę co do ich aktualnego położenia. I tak na przykład około szóstej godziny podróży jedynie dzięki przenikliwemu kłuciu zrozumiałem, że pewien niebieski podłużny kształt ustawiony pionowo, który nawiasem mówiąc obserwowałem obojętnie już od dłuższego czasu, jest moją nogą. W nogę moją zagłębiał się stopniowo szpic czyjegoś parasola. Radość z odnalezienia nogi nie trwała jednak długo. W chwilę potem autobus zatrzymał się na pierwszym przystanku.
Masa kształtów, a może raczej bezkształtna masa, w której się
znajdowałem, zafalowała. Po chwili zaczęli się od niej odrywać pierwsi
osobnicy, najpierw powoli, jeden po drugim, w długich odstępach, a
potem coraz szybciej i szybciej tworząc malutki strumyczek płynący w
stronę wyjścia. Nie można już było mówić o poszczególnych osobnikach
bowiem zlali się oni ze sobą. Mały strumyczek urósł gwałtownie do
rozmiarów wielkiej, bystrej rzeki. Wtedy to po raz pierwszy zrozumiałem
grożące w takich wypadkach niebezpieczeństwo. Pędząca rzeka porywała i
niszczyła wszystko co znalazło się na jej drodze. Skargi i jęki
tratowanych ludzi ginęły w szumie jej wód. Lecz i my, stłoczeni z boku
nie mogliśmy się czuć w pełni bezpieczni. Jej wartki nurt podmywał
zdradziecko brzegi naszej wylęknionej gromadki. Raz po raz następowały
głośne tąpnięcia. To rzeka wyrywała nogi ludziom stojącym na obrzeżu,
nieszczęśnicy padali na twarz i żywioł zabierał ich ze sobą. W ten
sposób kruszyły się nasze szeregi i rzeka hucząc złowrogo przybliżała
się coraz bardziej.
Po kilku przystankach nauczyłem się wspinać na sufit autobusu, który
był najbezpieczniejszym miejscem. Tam mogłem spokojnie przeczekać
krytyczne chwile. Inna sprawa, że siła żywiołu osłabła, ponieważ liczba
ludzi zmniejszała się stopniowo. Ten pierwszy kataklizm był chyba
najstraszniejszy, tym bardziej, że zupełnie niespodziewany. Gdy wody
rzeki opadły można było ujrzeć walające się po podłodze szczątki
ludzkie.
W chwilę potem do autobusu wpadła z wrzaskiem pierwsza fala
staruszek. Pierwsza fala staruszek była zawsze najgorsza. W
przeciwieństwie do formacji rzymskiego legionu staruszki ustawiały się
wprost proporcjonalnie do ich siły. Tak więc pierwszy szereg złożony
był z samych czerstwych weteranek, zaprawionych w rozlicznych
przepychankach. Uzbrojone w torebki, parasole, pięści i syntetyczne
zęby bezwzględnie torowały sobie drogę w stronę majaczących gdzieś w
oddali miejsc siedzących. Pod ich razami ginął niejeden biedak, który w
swojej naiwności sądził, że najgorsze już minęło.
Mimo tych wszystkich mrożących krew w żyłach niebezpieczeństw (a może
właśnie dzięki nim) oraz ogólnie bardzo niedogodnych warunków podróży,
w autobusie panowała miła i koleżeńska atmosfera. Ludzie gotowi byli
zaakceptować pewne straty jako nieuniknione oraz pogodnie znosić inne
trudy, takie jak tłok i ścisk, ponieważ ożywiała ich myśl, że zmierzają
do celu, który z każdą chwilą stawał się coraz bliższy. Właśnie to
przeczucie wspólnego celu jednoczyło pasażerów mocniej niż względy
narodowościowe czy religijne (jak później miałem okazję się przekonać w
autobusie znajdowali się Amerykanie, Murzyni, Żydzi, Arabowie, Hindusi,
Chińczycy i Buddyści). Byliśmy przekonani, że uczestniczymy w jakimś
wielkim i wzniosłym przedsięwzięciu.
Wraz jednak z upływem czasu ta piękna atmosfera zaczęła się psuć.
Trzeba tu na wstępie wyjaśnić, czym była dla nas owa, jak to określiłem
"bezkształtna masa". Na początku każdy odczuwał naturalny lęk przed
utratą własnej tożsamości i zatraceniem się w tym gigantycznym
Organizmie Organizmów, z niepokojem szukaliśmy swoich nóg i rąk,
niezdolni do wzbicia się ponad własny egoizm. Ale potem z wolna zaczęła
kiełkować w nas świadomość, że oto uczestniczymy w dosłowny sposób w
czymś, co było od wieków marzeniem ludzkości, co było równocześnie
Jednią, Mistycznym Ciałem Jezusa Chrystusa oraz Nirwaną. To były
najszczęśliwsze chwile podróży. Boleśnie odczuwaliśmy każdą konieczność
rozłączenia (na przykład podczas przystanków).
To wszystko jednak zaczęło się w końcu psuć. Pierwszym
niepokojącym sygnałem było narastanie konfliktów wewnątrz naszego
organizmu. Coraz częściej było słychać wymiany zdań, które wcześniej
byłyby nie do pomyślenia: "niechże pan wyjmie ten palec z mojego oka!",
"a niechże pani go sobie sama wyjmie!" lub "a nie ma pan już gdzie tej
nogi położyć tylko na mojej głowie!", "a po coś pan tam wepchał ten
swój łeb!" itp. Ja sam, co wstyd mi przyznać, również zniżyłem się do
tego poziomu i wrzasnąłem: "A może by pan tak w końcu wyjął ten parasol
z mojej nogi!". Potem doszło do gróźb, utarczek słownych i
przepychanek. Pamiętam jak ktoś krzyknął: "Człowiek ma tyle
przestrzeni, ile jest sobie w stanie sam wywalczyć!" i rzucił się w
tłum torując sobie drogę pięściami. Ruszyłem jego śladem. W ten sposób
rozpadła się nasza jedność.
Ku mojemu zdumieniu odkryłem, że olbrzymie połacie autobusu
pozostają niezasiedlone. Odniosłem wrażenie, że przez ten cały czas
tłok i ścisk panował jedynie w terytoriach przylegających do drzwi.
Kolejnym zaskakującym odkryciem było uświadomienie sobie ogromnych
rozmiarów autobusu. Fakt ten przeczuwałem intuicyjnie, ale teraz miałem
okazję przekonać się o nim na własne oczy. Postanowiłem dojść do końca
autobusu, co było dowodem mojej naiwności. Autobus rozszerzał się coraz
bardziej, po paru godzinach marszu straciłem z oczu jego przeciwległy
brzeg. Znajdowałem się teraz na płaszczyźnie ograniczonej tylko jedną
linią - linią ściany, wzdłuż której się posuwałem. Zdecydowałem, że
muszę się jej trzymać, w przeciwnym bowiem razie kompletnie stracę
orientację. Przede mną rozciągała się nieskończoność - tak przynajmniej
twierdzili napotykani przeze mnie ludzie. W końcu, po wielu dniach,
tygodniach, a może nawet miesiącach marszu (już dawno straciłem rachubę
czasu), sam zacząłem tak sądzić.
Wówczas przyszła mi do głowy myśl, aby zmierzyć autobus
przynajmniej wszerz. Na szczęście szybko odstąpiłem od tego pomysłu.
Obawiałem się, że choćby kilka kroków w bok będzie oznaczać zagubienie
się na bezkresnej równinie. Uważałem, że autobus nie może być
nieskończony również wszerz, ale zacząłem go podejrzewać o pewien
rodzaj złośliwej inteligencji, za pomocą której zniekształca on swoje
wymiary. Postanowiłem, że nie będę ryzykował. Pozostając w pobliżu boku
mogłem zawsze porozmawiać z wsiadającymi ludźmi lub, gdyby się okazało,
że dojechaliśmy w końcu do celu, wysiąść.
CZAS
Po strachu, entuzjazmie, złości, fascynacji i oszołomieniu zacząłem
doświadczać uczucia nudy, podobnie jak wielu moich współpasażerów. Nic
więc dziwnego, że zaczęliśmy szukać wszelkich sposobów zabicia czasu.
Wreszcie ktoś wpadł na pomysł urządzenia meczu piłki nożnej. Miejsca
było pod dostatkiem, z zebraniem chętnych też nie mieliśmy problemów,
brakowało jedynie bramek i piłki. Szybko jednak z tym sobie
poradziliśmy. Do zrobienia bramek wykorzystaliśmy istniejące naturalnie
w autobusie słupki i poręcze, a szmacianą piłkę zmontowaliśmy z
porzuconej odzieży wierzchniej (w autobusie można było znaleźć wiele
bezpańskich - porzuconych - rzeczy, być może były to pozostałości po
czasach, kiedy przewalały się tu tłumy ludzi). Mecze rozgrywaliśmy
wzdłuż, ponieważ wszyscy baliśmy się oddalić od znanej nam ściany. Po
meczu, spragnieni przetrząsaliśmy porzucone torby i siatki w
poszukiwaniu czegoś do picia. Niektórzy znaleźli pewnego rodzaju
zapomnienie i spełnienie w tej grze, ale mnie wciąż dręczył niepokój.
Towarzystwo nieokrzesanych piłkarzy coraz mniej mi odpowiadało i
postanowiłem w końcu ruszyć w dalszą wędrówkę wzdłuż autobusu.
W czasie mojej wędrówki miałem okazję przekonać się, jak inni
ludzie radzą sobie z Czasem. Piłka obok wspinaczki była
najpopularniejszym sportem. Inną bardzo popularną rozrywką było
czytanie książek i gazet. Ktoś wpadł na pomysł, aby pozbierać wszystkie
porzucone gazety i książki i założyć Bibliotekę. Przeżyłem szok biorąc
do ręki gazetę, której data świadczyła, że została ona wydrukowana 20
lat po tym, jak wsiadłem do autobusu. Na dodatek bibliotekarz zapewniał
mnie, że jest ona bardzo stara. Minęło sporo czasu zanim doszedłem do
siebie.
Później poznałem wiele interesujących teorii na temat upływu czasu
w autobusie. Jedna z nich głosiła, że rok autobusowy równa się tysiącu
lat ziemskich. Ludzie powszechnie w nią wierzyli i wydaje mi się, że ta
ślepa wiara zastępowała jakikolwiek wywód naukowy. Teoria ta nie
udzielała bowiem odpowiedzi na żadne z następujących pytań: dlaczego w
autobusie jest zawsze jasno, mimo że kierowca nigdy nie włącza
sztucznego oświetlenia (czyżby na zewnątrz był cały czas dzień?), jak
to możliwe, że wszyscy zgubili swoje zegarki, czy można obiektywnie
zmierzyć czas płynący w autobusie i jeśli tak, to w jaki sposób?
Niektórzy poświęcili się bez reszty tym pytaniom. Mijałem ludzi, którzy
służyli jako zegary starając się miarowo odliczać upływ sekund. Często
organizowali się oni w grupy, w których jedni kontrolowali drugich, tak
aby ci nie liczyli ani zbyt wolno, ani zbyt szybko, i sami byli z kolei
kontrolowani, czy dobrze kontrolują. Mimo tego systemu wielostopniowych
zabezpieczeń ich wysiłek był daremny.
Inni poświęcali się skomplikowanym przeliczeniom czasu zewnętrznego na
czas autobusowy. Pamiętam, że gdy zetknąłem się z jednym z nich po raz
pierwszy, widząc z daleka człowieka zgiętego w pół i wykonującego serię
szybkich ruchów nad powierzchnią podłogi, wziąłem go za kogoś, kto w
swojej głupocie postanowił wyszorować cały autobus (zdarzali się bowiem
i tacy ludzie, przechodząc przez ich terytoria trzeba było ściągać
buty). Kiedy jednak zbliżyłem się do niego dostrzegłem, iż pokrywa on
czarną podłogę szeregiem skomplikowanych równań matematycznych.
Zależność obu czasów, jak zechciał mi uprzejmie wyjaśnić, była
przedstawiona obok za pomocą wykresów. Twierdził, że w zasadzie zgłębił
już całą tajemnicę i teraz musi tylko wykonać parę prostych działań
sprawdzających.
Najoryginalniejszą rozrywką, z jaką się spotkałem była obserwacja
wyimaginowanego meczu szachowego. Naturalną rzeczą jest, że gdy autobus
się zatrzymuje, część ludzi wsiada, a część wysiada (mimo, że
ostateczny cel podróży nie został jeszcze osiągnięty). Wówczas
następuje naturalne ożywienie (jakże to wszystko wyglądało teraz
inaczej niż w pierwszych dniach podróży), w trakcie którego ludzie
zamieniają się miejscami. Mężczyzna, którego spotkałem, twierdził, że
przez cały czas obserwujemy mecz szachowy. Część ludzi, nie zdając
sobie nawet z tego sprawy, pełni w nim rolę figur i pionków. Mówiąc to
przyglądał mi się bacznie, jakby chciał się upewnić, czy aby na pewno
jestem autentycznym człowiekiem, czy też tylko jedną z figur.
Najwidoczniej jego inspekcja wypadła pomyślnie, bowiem odsłonił poły
płaszcza i wyjął notatnik. "Tu prowadzę notację tej partii" -
powiedział konfidencjonalnym szeptem. Wyjaśnił mi potem, że część
ruchów na planszy przed nami to tylko pozorne ruchy, mające na celu
zmylić jego uwagę. Na następnym przystanku figury te wracają z powrotem
na swoje miejsce. Oczywiście nie można ich tak łatwo wyśledzić ponieważ
mieszają się one ze zwykłymi wsiadającymi i wysiadającymi ludźmi. I
gdzieś tam, pośród tych wszystkich ruchów znajduje się ten jeden
prawdziwy. Tylko jedna figurka przesuwa się zgodnie z zamysłem Gracza.
Notatnik dziwnego rozmówcy pozostawał pusty, nie udało mu się do tej
pory odszyfrować żadnego ruchu. Nie zrażał się tym jednak i przekonywał
mnie: "Ta partia się zaraz skończy. Partia nie trwa zwykle dłużej niż
50-60 posunięć - czyli 100-120 przystanków. A wtedy zacznie się
następna. I może wtedy..." Zostawiłem go tak snującego wizję swojego
przyszłego sukcesu.
Doszedłem do wniosku, że większość spotkanych przeze mnie ludzi,
oddając się tym czy innym zajęciom jedynie maskowała swój strachu przed
przyszłością. Wielokrotnie stykałem się z ludźmi, którzy usiłowali
odtworzyć stan pierwotnej Jedni. Chcieli w ten sposób uciec przed
przyszłością do przeszłości. Tłoczyli się oni w jakimś kącie, wpychali
sobie palce do uszu i oczu, wkręcali swoje głowy w ramiona bądź nogi
sąsiadów starając się osiągnąć ów stan doskonałego zaplecenia. Choć sam
żywię duży sentyment do tamtych czasów, muszę przyznać, że wyglądali
oni żałośnie i groteskowo.
Niektórzy ludzie posunęli się aż tak daleko, że negowali samo istnienie
przyszłości. Pamiętam swoje spotkanie z dziewczyną, która siedziała
tyłem. Kiedy podszedłem do niej bliżej westchnęła i powiedziała:
- Jakie to wszystko smutne.
- Co? - spytałem zaciekawiony.
Spojrzała na mnie obojętnie, znów westchnęła i powiedziała:
- Jakie to wszystko smutne...
- Ale co?
- To znowu ty... Jakie to wszystko smutne.
- Przepraszam, ale nie rozumiem.
- Oczywiście, że nie rozumiesz. Jakie to wszystko smutne... - westchnęła ponownie.
- Tak, to wszystko bardzo smutne. - zgodziłem się potulnie.
- Więc mnie jednak rozumiesz! - wykrzyknęła uradowana.
Zaraz jednak posmutniała i westchnęła:
- Oczywiście, że mnie rozumiesz. Jakie to wszystko smutne!
Rozmawialiśmy jeszcze dość długo, zanim udało mi się rzeczywiście
zrozumieć przyczynę smutku dziewczyny. Twierdziła ona, że nie ma
przyszłości, i że wszystko, co się ma wydarzyć wydarzyło się już dawno
temu. Dlatego usiadła tyłem. I tak już wiedziała wszystko, co miało się
wydarzyć. Fakt ten napawał ją smutkiem. Życie nie niosło już dla niej
żadnych niespodzianek. Była pozbawiona wpływu na swój los. Przecież "co
się już stało, to się nie odstanie".
BÓG
Teraz przechodzę do najważniejszej części mojej historii, w której
znajdziecie jej sens i cel. Wszystko chyba zaczęło się od pewnego
mężczyzny, który wsiadł na jednym z przystanków. Rozejrzał się on
dookoła i spytał:
- Przepraszam bardzo jaki to jest numer autobusu?
Pytanie to, jakkolwiek zupełnie absurdalne w tych okolicznościach,
samo w sobie jeszcze nie zapowiadało istnej burzy, którą rozpętało.
Okazało się bowiem, że każdy ma inny wyobrażenie na temat autobusu,
którym podróżuje. Nikt nie miał zamiaru ustępować:
- To 138, zaraz będzie skręcał w lewo.
- Nie to 183, zaraz będzie skręcał w prawo.
- To 381 i jedzie prosto.
Ludzie zaczęli się kłócić o nazwy ulic, jakby to miało jakikolwiek
sens po tylu latach. Okazało się też, że każdy ma inny cel podróży.
Ludzie zacietrzewiali się coraz bardziej i bijatyka wisiała na włosku.
Wtedy ktoś powiedział:
- To jest 138 ponieważ Jedynka oznacza Jednię, Trójka oznacza trzy
istoty boskie, które są Jednym a Ósemka oznacza człowieka, który składa
się z dwu nóg, dwu rąk, głowy, tułowia, serca i duszy i powstał z
rozpadu Boga. Z tych samych powodów jest to również 183, 381, 318 a
nawet 831 i 813. Jest to również 100 ponieważ Setka jest liczbą
doskonałą, w której mieści się 10 potrojonych Trójcy Świętych, do
których uprzednio dodana została ona sama jako Jedność. Jest to również
144, 441 i 414 ponieważ Czwórka oznacza cztery żywioły, cztery strony
świata i cztery boki kwadratu. Jest to każdy układ cyfr zaczynający się
od Jedynki bowiem oznacza on proces dzielenia i rozdrabniania się
świata, jest to również każdy układ kończący się cyfrą Jeden bowiem
oznacza on proces jednoczenia się świata.
W ten sposób przypomniałem sobie o metafizycznym aspekcie
autobusu, jakże widocznym w pierwszych dniach podróży. Wiele rzeczy
odsłoniło mi swoje drugie dno. Dotarło do mnie ukryte znaczenie
obserwacji partii szachów (która być może wcale nie była wyimaginowana)
oraz implikacje posiadania przez autobus czegoś, co określiłem mianem
"złośliwej inteligencji".
|
|
|
|
Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować |
|
Re: AUTOBUS /opowiadanie/ * * przez wandazofia dnia 27-01-2009 o godz. 10:56:56 | | Miamłanie nie do przebrnięcia. |
|
|
Re: AUTOBUS /opowiadanie/ * * przez marcinerlin dnia 14-09-2009 o godz. 18:41:57 | | wandazofia już nie raz udowodniła, że nie wie o czym pisze. Nie tylko na tym portalu. Tekst w pełni zasługuje na dwie gwiazdki. |
Re: AUTOBUS /opowiadanie/ * * przez Anonimus dnia 22-09-2009 o godz. 15:18:31 | | Dać trzy gwiazdki i awansować na porucznika. |
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione. |
Reklama w Portalu Literackim
|
|