Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 44 gość(ci) i 1 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: AUTOBUS /opowiadanie/ * *
Wysłano dnia 12-11-2001 o godz. 11:52:21
Autor: Michal_Palmowski

PRZESTRZEŃ

Tłok i ścisk pierwszego dnia podróży był nie do wytrzymania. Stojąc na jednej nodze zajmowałem niewielki czarny prostokącik podłogi. To był jedyny fragment przestrzeni, którego mogłem być pewny. Wyżej bowiem, w powietrzu, znajdowało się kłębowisko rąk, głów, włosów, tułowiów, toreb, parasoli i innych przedmiotów, w tym oczywiście i nóg, ponieważ nikt nie mógł pozwolić sobie na luksus stania na obu nogach i musiał gdzieś umieścić tą drugą. Moje części ciała wplotły się w tę barwną mozaikę tracąc swoją autonomię. Odszukanie ich w tym chaosie kształtów byłoby rzeczą graniczącą z niemożliwością. Tylko jakieś szczypnięcie, ukłucie bądź też pieczenie mogło mi dać wskazówkę co do ich aktualnego położenia. I tak na przykład około szóstej godziny podróży jedynie dzięki przenikliwemu kłuciu zrozumiałem, że pewien niebieski podłużny kształt ustawiony pionowo, który nawiasem mówiąc obserwowałem obojętnie już od dłuższego czasu, jest moją nogą. W nogę moją zagłębiał się stopniowo szpic czyjegoś parasola. Radość z odnalezienia nogi nie trwała jednak długo. W chwilę potem autobus zatrzymał się na pierwszym przystanku. 

Masa kształtów, a może raczej bezkształtna masa, w której się znajdowałem, zafalowała. Po chwili zaczęli się od niej odrywać pierwsi osobnicy, najpierw powoli, jeden po drugim, w długich odstępach, a potem coraz szybciej i szybciej tworząc malutki strumyczek płynący w stronę wyjścia. Nie można już było mówić o poszczególnych osobnikach bowiem zlali się oni ze sobą. Mały strumyczek urósł gwałtownie do rozmiarów wielkiej, bystrej rzeki. Wtedy to po raz pierwszy zrozumiałem grożące w takich wypadkach niebezpieczeństwo. Pędząca rzeka porywała i niszczyła wszystko co znalazło się na jej drodze. Skargi i jęki tratowanych ludzi ginęły w szumie jej wód. Lecz i my, stłoczeni z boku nie mogliśmy się czuć w pełni bezpieczni. Jej wartki nurt podmywał zdradziecko brzegi naszej wylęknionej gromadki. Raz po raz następowały głośne tąpnięcia. To rzeka wyrywała nogi ludziom stojącym na obrzeżu, nieszczęśnicy padali na twarz i żywioł zabierał ich ze sobą. W ten sposób kruszyły się nasze szeregi i rzeka hucząc złowrogo przybliżała się coraz bardziej.
Po kilku przystankach nauczyłem się wspinać na sufit autobusu, który był najbezpieczniejszym miejscem. Tam mogłem spokojnie przeczekać krytyczne chwile. Inna sprawa, że siła żywiołu osłabła, ponieważ liczba ludzi zmniejszała się stopniowo. Ten pierwszy kataklizm był chyba najstraszniejszy, tym bardziej, że zupełnie niespodziewany. Gdy wody rzeki opadły można było ujrzeć walające się po podłodze szczątki ludzkie.
W chwilę potem do autobusu wpadła z wrzaskiem pierwsza fala staruszek. Pierwsza fala staruszek była zawsze najgorsza. W przeciwieństwie do formacji rzymskiego legionu staruszki ustawiały się wprost proporcjonalnie do ich siły. Tak więc pierwszy szereg złożony był z samych czerstwych weteranek, zaprawionych w rozlicznych przepychankach. Uzbrojone w torebki, parasole, pięści i syntetyczne zęby bezwzględnie torowały sobie drogę w stronę majaczących gdzieś w oddali miejsc siedzących. Pod ich razami ginął niejeden biedak, który w swojej naiwności sądził, że najgorsze już minęło.
Mimo tych wszystkich mrożących krew w żyłach niebezpieczeństw (a może właśnie dzięki nim) oraz ogólnie bardzo niedogodnych warunków podróży, w autobusie panowała miła i koleżeńska atmosfera. Ludzie gotowi byli zaakceptować pewne straty jako nieuniknione oraz pogodnie znosić inne trudy, takie jak tłok i ścisk, ponieważ ożywiała ich myśl, że zmierzają do celu, który z każdą chwilą stawał się coraz bliższy. Właśnie to przeczucie wspólnego celu jednoczyło pasażerów mocniej niż względy narodowościowe czy religijne (jak później miałem okazję się przekonać w autobusie znajdowali się Amerykanie, Murzyni, Żydzi, Arabowie, Hindusi, Chińczycy i Buddyści). Byliśmy przekonani, że uczestniczymy w jakimś wielkim i wzniosłym przedsięwzięciu.
Wraz jednak z upływem czasu ta piękna atmosfera zaczęła się psuć. Trzeba tu na wstępie wyjaśnić, czym była dla nas owa, jak to określiłem "bezkształtna masa". Na początku każdy odczuwał naturalny lęk przed utratą własnej tożsamości i zatraceniem się w tym gigantycznym Organizmie Organizmów, z niepokojem szukaliśmy swoich nóg i rąk, niezdolni do wzbicia się ponad własny egoizm. Ale potem z wolna zaczęła kiełkować w nas świadomość, że oto uczestniczymy w dosłowny sposób w czymś, co było od wieków marzeniem ludzkości, co było równocześnie Jednią, Mistycznym Ciałem Jezusa Chrystusa oraz Nirwaną. To były najszczęśliwsze chwile podróży. Boleśnie odczuwaliśmy każdą konieczność rozłączenia (na przykład podczas przystanków).
To wszystko jednak zaczęło się w końcu psuć. Pierwszym niepokojącym sygnałem było narastanie konfliktów wewnątrz naszego organizmu. Coraz częściej było słychać wymiany zdań, które wcześniej byłyby nie do pomyślenia: "niechże pan wyjmie ten palec z mojego oka!", "a niechże pani go sobie sama wyjmie!" lub "a nie ma pan już gdzie tej nogi położyć tylko na mojej głowie!", "a po coś pan tam wepchał ten swój łeb!" itp. Ja sam, co wstyd mi przyznać, również zniżyłem się do tego poziomu i wrzasnąłem: "A może by pan tak w końcu wyjął ten parasol z mojej nogi!". Potem doszło do gróźb, utarczek słownych i przepychanek. Pamiętam jak ktoś krzyknął: "Człowiek ma tyle przestrzeni, ile jest sobie w stanie sam wywalczyć!" i rzucił się w tłum torując sobie drogę pięściami. Ruszyłem jego śladem. W ten sposób rozpadła się nasza jedność.
Ku mojemu zdumieniu odkryłem, że olbrzymie połacie autobusu pozostają niezasiedlone. Odniosłem wrażenie, że przez ten cały czas tłok i ścisk panował jedynie w terytoriach przylegających do drzwi. Kolejnym zaskakującym odkryciem było uświadomienie sobie ogromnych rozmiarów autobusu. Fakt ten przeczuwałem intuicyjnie, ale teraz miałem okazję przekonać się o nim na własne oczy. Postanowiłem dojść do końca autobusu, co było dowodem mojej naiwności. Autobus rozszerzał się coraz bardziej, po paru godzinach marszu straciłem z oczu jego przeciwległy brzeg. Znajdowałem się teraz na płaszczyźnie ograniczonej tylko jedną linią - linią ściany, wzdłuż której się posuwałem. Zdecydowałem, że muszę się jej trzymać, w przeciwnym bowiem razie kompletnie stracę orientację. Przede mną rozciągała się nieskończoność - tak przynajmniej twierdzili napotykani przeze mnie ludzie. W końcu, po wielu dniach, tygodniach, a może nawet miesiącach marszu (już dawno straciłem rachubę czasu), sam zacząłem tak sądzić.
Wówczas przyszła mi do głowy myśl, aby zmierzyć autobus przynajmniej wszerz. Na szczęście szybko odstąpiłem od tego pomysłu. Obawiałem się, że choćby kilka kroków w bok będzie oznaczać zagubienie się na bezkresnej równinie. Uważałem, że autobus nie może być nieskończony również wszerz, ale zacząłem go podejrzewać o pewien rodzaj złośliwej inteligencji, za pomocą której zniekształca on swoje wymiary. Postanowiłem, że nie będę ryzykował. Pozostając w pobliżu boku mogłem zawsze porozmawiać z wsiadającymi ludźmi lub, gdyby się okazało, że dojechaliśmy w końcu do celu, wysiąść.


CZAS

Po strachu, entuzjazmie, złości, fascynacji i oszołomieniu zacząłem doświadczać uczucia nudy, podobnie jak wielu moich współpasażerów. Nic więc dziwnego, że zaczęliśmy szukać wszelkich sposobów zabicia czasu. Wreszcie ktoś wpadł na pomysł urządzenia meczu piłki nożnej. Miejsca było pod dostatkiem, z zebraniem chętnych też nie mieliśmy problemów, brakowało jedynie bramek i piłki. Szybko jednak z tym sobie poradziliśmy. Do zrobienia bramek wykorzystaliśmy istniejące naturalnie w autobusie słupki i poręcze, a szmacianą piłkę zmontowaliśmy z porzuconej odzieży wierzchniej (w autobusie można było znaleźć wiele bezpańskich - porzuconych - rzeczy, być może były to pozostałości po czasach, kiedy przewalały się tu tłumy ludzi). Mecze rozgrywaliśmy wzdłuż, ponieważ wszyscy baliśmy się oddalić od znanej nam ściany. Po meczu, spragnieni przetrząsaliśmy porzucone torby i siatki w poszukiwaniu czegoś do picia. Niektórzy znaleźli pewnego rodzaju zapomnienie i spełnienie w tej grze, ale mnie wciąż dręczył niepokój. Towarzystwo nieokrzesanych piłkarzy coraz mniej mi odpowiadało i postanowiłem w końcu ruszyć w dalszą wędrówkę wzdłuż autobusu.
W czasie mojej wędrówki miałem okazję przekonać się, jak inni ludzie radzą sobie z Czasem. Piłka obok wspinaczki była najpopularniejszym sportem. Inną bardzo popularną rozrywką było czytanie książek i gazet. Ktoś wpadł na pomysł, aby pozbierać wszystkie porzucone gazety i książki i założyć Bibliotekę. Przeżyłem szok biorąc do ręki gazetę, której data świadczyła, że została ona wydrukowana 20 lat po tym, jak wsiadłem do autobusu. Na dodatek bibliotekarz zapewniał mnie, że jest ona bardzo stara. Minęło sporo czasu zanim doszedłem do siebie.
Później poznałem wiele interesujących teorii na temat upływu czasu w autobusie. Jedna z nich głosiła, że rok autobusowy równa się tysiącu lat ziemskich. Ludzie powszechnie w nią wierzyli i wydaje mi się, że ta ślepa wiara zastępowała jakikolwiek wywód naukowy. Teoria ta nie udzielała bowiem odpowiedzi na żadne z następujących pytań: dlaczego w autobusie jest zawsze jasno, mimo że kierowca nigdy nie włącza sztucznego oświetlenia (czyżby na zewnątrz był cały czas dzień?), jak to możliwe, że wszyscy zgubili swoje zegarki, czy można obiektywnie zmierzyć czas płynący w autobusie i jeśli tak, to w jaki sposób? Niektórzy poświęcili się bez reszty tym pytaniom. Mijałem ludzi, którzy służyli jako zegary starając się miarowo odliczać upływ sekund. Często organizowali się oni w grupy, w których jedni kontrolowali drugich, tak aby ci nie liczyli ani zbyt wolno, ani zbyt szybko, i sami byli z kolei kontrolowani, czy dobrze kontrolują. Mimo tego systemu wielostopniowych zabezpieczeń ich wysiłek był daremny.
Inni poświęcali się skomplikowanym przeliczeniom czasu zewnętrznego na czas autobusowy. Pamiętam, że gdy zetknąłem się z jednym z nich po raz pierwszy, widząc z daleka człowieka zgiętego w pół i wykonującego serię szybkich ruchów nad powierzchnią podłogi, wziąłem go za kogoś, kto w swojej głupocie postanowił wyszorować cały autobus (zdarzali się bowiem i tacy ludzie, przechodząc przez ich terytoria trzeba było ściągać buty). Kiedy jednak zbliżyłem się do niego dostrzegłem, iż pokrywa on czarną podłogę szeregiem skomplikowanych równań matematycznych. Zależność obu czasów, jak zechciał mi uprzejmie wyjaśnić, była przedstawiona obok za pomocą wykresów. Twierdził, że w zasadzie zgłębił już całą tajemnicę i teraz musi tylko wykonać parę prostych działań sprawdzających.
Najoryginalniejszą rozrywką, z jaką się spotkałem była obserwacja wyimaginowanego meczu szachowego. Naturalną rzeczą jest, że gdy autobus się zatrzymuje, część ludzi wsiada, a część wysiada (mimo, że ostateczny cel podróży nie został jeszcze osiągnięty). Wówczas następuje naturalne ożywienie (jakże to wszystko wyglądało teraz inaczej niż w pierwszych dniach podróży), w trakcie którego ludzie zamieniają się miejscami. Mężczyzna, którego spotkałem, twierdził, że przez cały czas obserwujemy mecz szachowy. Część ludzi, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, pełni w nim rolę figur i pionków. Mówiąc to przyglądał mi się bacznie, jakby chciał się upewnić, czy aby na pewno jestem autentycznym człowiekiem, czy też tylko jedną z figur. Najwidoczniej jego inspekcja wypadła pomyślnie, bowiem odsłonił poły płaszcza i wyjął notatnik. "Tu prowadzę notację tej partii" - powiedział konfidencjonalnym szeptem. Wyjaśnił mi potem, że część ruchów na planszy przed nami to tylko pozorne ruchy, mające na celu zmylić jego uwagę. Na następnym przystanku figury te wracają z powrotem na swoje miejsce. Oczywiście nie można ich tak łatwo wyśledzić ponieważ mieszają się one ze zwykłymi wsiadającymi i wysiadającymi ludźmi. I gdzieś tam, pośród tych wszystkich ruchów znajduje się ten jeden prawdziwy. Tylko jedna figurka przesuwa się zgodnie z zamysłem Gracza. Notatnik dziwnego rozmówcy pozostawał pusty, nie udało mu się do tej pory odszyfrować żadnego ruchu. Nie zrażał się tym jednak i przekonywał mnie: "Ta partia się zaraz skończy. Partia nie trwa zwykle dłużej niż 50-60 posunięć - czyli 100-120 przystanków. A wtedy zacznie się następna. I może wtedy..." Zostawiłem go tak snującego wizję swojego przyszłego sukcesu.
Doszedłem do wniosku, że większość spotkanych przeze mnie ludzi, oddając się tym czy innym zajęciom jedynie maskowała swój strachu przed przyszłością. Wielokrotnie stykałem się z ludźmi, którzy usiłowali odtworzyć stan pierwotnej Jedni. Chcieli w ten sposób uciec przed przyszłością do przeszłości. Tłoczyli się oni w jakimś kącie, wpychali sobie palce do uszu i oczu, wkręcali swoje głowy w ramiona bądź nogi sąsiadów starając się osiągnąć ów stan doskonałego zaplecenia. Choć sam żywię duży sentyment do tamtych czasów, muszę przyznać, że wyglądali oni żałośnie i groteskowo.
Niektórzy ludzie posunęli się aż tak daleko, że negowali samo istnienie przyszłości. Pamiętam swoje spotkanie z dziewczyną, która siedziała tyłem. Kiedy podszedłem do niej bliżej westchnęła i powiedziała:
- Jakie to wszystko smutne.
- Co? - spytałem zaciekawiony.
Spojrzała na mnie obojętnie, znów westchnęła i powiedziała:
- Jakie to wszystko smutne...
- Ale co?
- To znowu ty... Jakie to wszystko smutne.
- Przepraszam, ale nie rozumiem.
- Oczywiście, że nie rozumiesz. Jakie to wszystko smutne... - westchnęła ponownie.
- Tak, to wszystko bardzo smutne. - zgodziłem się potulnie.
- Więc mnie jednak rozumiesz! - wykrzyknęła uradowana.
Zaraz jednak posmutniała i westchnęła:
- Oczywiście, że mnie rozumiesz. Jakie to wszystko smutne!
Rozmawialiśmy jeszcze dość długo, zanim udało mi się rzeczywiście zrozumieć przyczynę smutku dziewczyny. Twierdziła ona, że nie ma przyszłości, i że wszystko, co się ma wydarzyć wydarzyło się już dawno temu. Dlatego usiadła tyłem. I tak już wiedziała wszystko, co miało się wydarzyć. Fakt ten napawał ją smutkiem. Życie nie niosło już dla niej żadnych niespodzianek. Była pozbawiona wpływu na swój los. Przecież "co się już stało, to się nie odstanie".


BÓG

Teraz przechodzę do najważniejszej części mojej historii, w której znajdziecie jej sens i cel. Wszystko chyba zaczęło się od pewnego mężczyzny, który wsiadł na jednym z przystanków. Rozejrzał się on dookoła i spytał:
- Przepraszam bardzo jaki to jest numer autobusu?
Pytanie to, jakkolwiek zupełnie absurdalne w tych okolicznościach, samo w sobie jeszcze nie zapowiadało istnej burzy, którą rozpętało. Okazało się bowiem, że każdy ma inny wyobrażenie na temat autobusu, którym podróżuje. Nikt nie miał zamiaru ustępować:
- To 138, zaraz będzie skręcał w lewo.
- Nie to 183, zaraz będzie skręcał w prawo.
- To 381 i jedzie prosto.
Ludzie zaczęli się kłócić o nazwy ulic, jakby to miało jakikolwiek sens po tylu latach. Okazało się też, że każdy ma inny cel podróży. Ludzie zacietrzewiali się coraz bardziej i bijatyka wisiała na włosku. Wtedy ktoś powiedział:
- To jest 138 ponieważ Jedynka oznacza Jednię, Trójka oznacza trzy istoty boskie, które są Jednym a Ósemka oznacza człowieka, który składa się z dwu nóg, dwu rąk, głowy, tułowia, serca i duszy i powstał z rozpadu Boga. Z tych samych powodów jest to również 183, 381, 318 a nawet 831 i 813. Jest to również 100 ponieważ Setka jest liczbą doskonałą, w której mieści się 10 potrojonych Trójcy Świętych, do których uprzednio dodana została ona sama jako Jedność. Jest to również 144, 441 i 414 ponieważ Czwórka oznacza cztery żywioły, cztery strony świata i cztery boki kwadratu. Jest to każdy układ cyfr zaczynający się od Jedynki bowiem oznacza on proces dzielenia i rozdrabniania się świata, jest to również każdy układ kończący się cyfrą Jeden bowiem oznacza on proces jednoczenia się świata.
W ten sposób przypomniałem sobie o metafizycznym aspekcie autobusu, jakże widocznym w pierwszych dniach podróży. Wiele rzeczy odsłoniło mi swoje drugie dno. Dotarło do mnie ukryte znaczenie obserwacji partii szachów (która być może wcale nie była wyimaginowana) oraz implikacje posiadania przez autobus czegoś, co określiłem mianem "złośliwej inteligencji".
Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 3 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: AUTOBUS /opowiadanie/ * *
przez wandazofia dnia 27-01-2009 o godz. 10:56:56
Miamłanie nie do przebrnięcia.




Re: AUTOBUS /opowiadanie/ * *
przez marcinerlin dnia 14-09-2009 o godz. 18:41:57
wandazofia już nie raz udowodniła, że nie wie o czym pisze. Nie tylko na tym portalu. Tekst w pełni zasługuje na dwie gwiazdki.




Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim