Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 48 gość(ci) i 2 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzone) *
Wysłano dnia 31-01-2007 o godz. 18:05:00
Autor: kankai

W powietrzu unosił się wilgotny zapach odmarzających liści, butwiejących w ziemi od miesięcy. Nabrzmiałe pąki na drzewach aż trzeszczały, tak pilno im było wypuścić drżące z niecierpliwości liście. Znad rzeki chaotycznie podwiewał niespokojny wiatr. Jego podmuchy jednak tchnęły długo oczekiwanym ciepłem. Niebo co i rusz wykrzywiało gębę, by plunąć życiodajnym deszczem. Świat budził się do życia.

Tymczasem w moim sercu nadal panowała sroga zima. Czułam się przysypana grubą warstwą śniegu. Temperatura utrzymywała się znacznie poniżej zera, wiało chłodem i, co najgorsze, wcale nie zanosiło się na ocieplenie. W rzadkich chwilach, gdy nadchodziła odwilż, łudziłam się, że to chwilowy stan hibernacji. Wystarczy, by ktoś wziął zamarznięte serce w dłonie, pochuchał, podmuchał i nastąpi cudowne ozdrowienie. Niestety. Nikogo takiego nie było jak okiem sięgnąć. Odsunęłam się od ludzi, przestałam przyjaźnić z dobrymi myślami. Moje życie uczuciowe skręciło się jak kiszki po wypiciu zsiadłego mleka. Coraz mniej wiedziałam, co tak naprawdę dzieje się w głowie. Czułam instynktownie, że ciągłe myślenie o tym może mnie zaprowadzić tam, gdzie lepiej nie zaglądać.

Nigdy nie lubiłam miejskiego zgiełku. Czułam się zawsze ściśnięta przez mury domów, wtłoczona w sztucznie stworzoną, ciasną przestrzeń. Brakowało mi tego poczucia związku z otaczającą rzeczywistością. Zdecydowanie nie był to mój świat, o wiele bardziej ceniłam sobie naturę, spokój i ciszę. Zgiełk uliczny tracił wtedy na sile. Przytłumione dźwięki z trudem przeciskały do mózgu. Jak w niemym filmie, do którego przygrywający pianista zapomniał nut. Sztuczne kolory blakły, traciły swą rozmaitość i intensywność. Chętnie marzyłam, gdy świat wokół stał się ponury i niezrównoważony. Chodziłam swoimi ścieżkami, jak meteor. Byle tylko nikomu nie wejść w drogę.... Jakbym chciała zostać niezauważona....

Wkurzało mnie dosłownie wszystko. Wkurzał chory, wszechobecny konformizm. Ubieranie zgodne z obowiązującą modą, zażeranie się obrzydliwymi fast food’ami, hip hopowy jazgot, moherowy różaniec polityczny, moda na keep smailing. I ludzie pędzący i wracający z pracy, zakupów, każdy sobie, bo nie ma wspólnych spraw. Jakbym brała udział w filmie grozy. Tylko czekać na rytuał satanistyczny, nieważne, kto będzie ofiarą, pewnie ktoś nierozważny. Tak sobie naiwnie myślałam, czy nie da się od nowa urządzić świata. Bez obłudy, hipokryzji, kiczu, śmieci, klocków wznoszonych z mamony. Bez równania w dół, które odbiera ambicję, skazuje na bierność, mechaniczne podporządkowanie nakazom, rozkazom, oczekiwaniom. Świata, gdzie wali się w łeb wyścig szczurów, gdzie twardy dyktat wobec słabszych nie odbiera nikomu chęci życia. Miałam serdecznie dość politycznych manipulacji, czarnych i białych plam w historii, babrania w chorych strukturach władzy, polowania na agentów, „zmuszania” do bycia patriotą, dość liberałów, populistów, prawicy, lewicy. Dość uśmiechających się gąb tylko na plakatach wyborczych, poza tym pokazujących nam – burakom - język.

Wkurzała mnie na potęgę telewizja, jedyna, poza burym kotem, towarzyszka samotnych wieczorów. Hołdując zasadzie „dobre wiadomości to żadne wiadomości” miałam swoją dawkę „Adamsów” w najlepszej wersji, do tego W-11, kronikę wypadków, filmy katastroficzne. Przygniatał mnie jakiś nierozumny sadyzm. Nawet prezenterzy pogodowi mizdrzyli się do kamery w rapowych gestach doprowadzając mnie tym samym do coraz większej rozpaczy. Apogeum następowało jednak podczas oglądania filmów. Nie dość, że prawdziwków w gąszczu propozycji medialnych bywało jak na lekarstwo, do tego kolosalną część globalnej emisji zajmowały reklamy. Stale przerywają filmy, jakby większa dawka inteligentnego humoru, doza przeżywanych uczuć była poza naszym zasięgiem i należałaby się gimnastyka umysłu w postaci ogłupiania. Filmy, jak meble, rozpadają się na segmenty, z których każdy, wzorem tragedii antycznej osiąga punkt kulminacyjny. Tyle, że w oglądanych przez nas produkcjach takich szczytowych momentów jest znacznie więcej niż zamierzał reżyser. Nie przewidział czasu na napoje, lekarstwa, pasty do zębów, sprzęt AGD, kremy, proszki do prania, piwo, czekoladki zmysłowe, żarcie dla zwierząt domowych....Więc teraz spoty pokazują myślącym homo język, plują, łaskoczą w podeszwy, zatapiają kły w tętnicach. Niedobrze mi się robi na widok wymoczków rżnących żyletą nieskazitelne brody, panienek hopsasających z wkładką, na pewno niedoustną, przy wtórze debilnego uśmiechu. A wszystkiemu zaprzecza zdrowy rozsądek i minimum inteligencji.

No i któregoś dnia pękłam! Nie wytrzymał tego Sens, trwający dotąd przy mnie wiernie. Towarzyszył w najtrudniejszych momentach. Ale pewnego dnia odszedł bez pożegnania. Szukałam go wszędzie. Zaglądałam do każdego zapyziałego kąta własnego ego. Nadaremnie. Zniknął bez śladu. Wtedy pojawił się Lęk. Początkowo dreptał za mną nieśmiało i niepewnie. Z czasem zaczęło mi towarzyszyć uczucie jego stałej, nieproszonej obecności. Przylgnął jak pijawka i nie było sposobu, by się odessał. Stopniowo też poznawałam jego rodzeństwo. Niepewność. Smutek. Przygnębienie. Należało poruszyć góry, by się od nich uwolnić. Szkopuł w tym, że nie bardzo mi to wychodziło. Wiłam się jak piskorz, ukrywałam, zacierałam ślady. Zawsze jednak to nieciekawe towarzystwo odnajdywało mój trop. Stało się jasne, że w pojedynkę jestem bezsilna w obliczu takiej ferajny. Potrzebowałam pomocy, tu i teraz. Bezapelacyjnie. Chciałam wyzwolić się od doktrynacji, światopoglądów, schematów na rzecz...... No właśnie, na rzecz czego? Przecież bez kultu, bez ideologii życie jakieś jałowe, niedoprawione się staje. Ni to smakuje, ni to jakiś sens tam ma. Zdałam sobie jasno sprawę, że płynę pod prąd. No to trzeba konstruktywnie, pomyślałam. Nosiłam się z ascezą, więc do kościoła nie pójdę. To do psychologa! Żeby nauczyć się od mądrej głowy, jak bezboleśnie poruszać się po codzienności, bez ponaglenia, bez groźby. Zebrać w sobie garść zapału do „sobiebycia” i traktować sprawy z przymrużeniem oka. Umiarkowanie dawać się nabijać w butelkę.

Odważnie zabrałam się do rzeczy. Nieprzypadkowo wybrałam specjalistę, a raczej specjalistkę. Starannie i metodycznie zrobiłam rozpoznanie terenu. Wybór padł na panią psycholog, która, jak głosiła fama, legitymowała się dużym doświadczeniem i profesjonalizmem. Potęga specjalisty jest tak wielka, że nikt nie wątpił w jej wyroki i jeszcze mniej w cudotwórczą moc. Naprawdę, cieszyła się niekłamanym autorytetem. Trochę drogim, to fakt, lecz w tym wypadku moje bezcenne zdrowie psychiczne zasługiwało na godziwe potraktowanie. Nie przez jakiegoś tam konowała, ale terapeutę z prawdziwego zdarzenia.

Więc, pewnego późnego popołudnia z ustami pełnymi mrozu, z gardłem ściśniętym powrozem, zapukałam do gabinetu. Dumna z faktu, iż kobieta ze mnie postępowa, wyzbyta irracjonalnych zahamowań, usiadłam we wskazanym fotelu. Cieszyłam się w duchu, że to nie leżanka. Spoglądając ufnie w życzliwą twarz autorytetu, zachęcona uprzejmymi słowy, rozpoczęłam monolog. Zrazu niepewnie, asekurancko. Z minuty na minutę coraz odważniej, odważniej, aż poraziła mnie własna śmiałość. Mówiłam otwarcie o rzeczach skrywanych nawet przed sobą. Czułam, że są dziwne, może trochę nienormalne, lecz musiałam wypowiedzieć je głośno, podzielić się nimi, by zrozumieć ich sens. I pewnie dalej bym tak tokowała, pomstując na cały świat i siebie samą, gdyby mojej uwagi nie przyciągnęło lekkie zniecierpliwienie pani psycholog. Dostrzegłam, że delikatnie, prawie niezauważalnie, zerka na zegarek. Także jej postawa przeszła pewną metamorfozę, nie emanowała już spokojem i łagodnością, jej członki były teraz jakby zesztywniałe i napięte. Zrozumiałam, że mój czas dobiega końca. Urwałam. Zastygłam w niemym, z lekka niecierpliwym oczekiwaniu. Nie, nie spodziewałam się recepty, podania panaceum na wszelkie bolączki. Nic z tych rzeczy. Raczej oczekiwałam wskazówki, dobrej rady lub, choćby maleńkiej, podbudowy mojego zrujnowanego mocno „ja”.
- Cóż, droga pani. Słuchając tego wszystkiego myślę, że zabrakło pani siły i dystansu.
(Taaak...)
- Przede wszystkim nie wolno się zamykać w sobie. Należy wyjść do ludzi, odnaleźć pasje, zainteresowania. Wtedy stanie się pani atrakcyjna...
(A teraz co? Zupełnie nie jestem?)
- Trzeba wziąć się w garść!
(No, masz!)
- Nie wolno poddawać się apatii i zobojętnieniu. Trzeba wykrzesać z siebie więcej optymizmu!
(Jak pani na to wpadła!)
- Dobrze by pani zrobił wyjazd, najlepiej w jakieś ciepłe strony...
(Jezu, ja chyba śnię!)
- Jeśli poczuje pani potrzebę, zapraszam do siebie ponownie. Chętnie wysłucham. Zawsze, w końcu, człowiek może się wygadać.
(Błeee, chyba wolę sąsiadowi...)
- Lżej się wtedy robi na duszy, prawda?
(Chyba nie zawsze...)
- No tak, nasz czas, niestety minął. Kolejny pacjent czeka. Ufam, że porada pomoże pani odnaleźć się w trudnych chwilach.
(Przepraszam? Chyba nie dosłyszałam... Jaka porada?)
- I proszę pamiętać, trzeba myśleć pozytywnie! Pozytywnie, droga pani!
(I gadać głodne kawałki do lustra, co? A niech mnie szlag trafi na miejscu! Co ja tu robię? Co mnie podkusiło?)

Głos pani psycholog zawisł w powietrzu, jak obłok papierosowego dymu w dusznym, ciasnym pomieszczeniu. Zawisł i niespokojnie dyndał mi nad głową gotów runąć znienacka.
(I co teraz? Koniec? Powinnam chyba podziękować i wyjść?)
Siedzimy tak nieskończenie długą chwilę. Ona z niewymuszonym, życzliwym wyrazem twarzy, ja - chyba - tępym.
(Czemu pani tak świdruje mnie oczami?)
No dobrze, jak koniec to koniec. Powoli uniosłam się z fotela. Ubrałam płaszcz i starannie zapięłam guziki.
- Dziękuję za wszystko – wydukałam – do widzenia!
- Ale... najmocniej przepraszam , o czymś pani chyba zapomniała...
- Ja? – wybałuszyłam oczy.
(O czym niby zapomniałam, co? Nie bardzo rozumiem? Myśl! No myśl, kobieto! O, jasny gwint! Pieniądze! Trzeba zapłacić pieniądze!)
Z rezygnacją sięgnęłam do torebki i w tej samej chwili diabli poczęli tańcować z moją duszą. Walcząc z silną pokusą trzaśnięcia pięścią w profesjonalnie uśmiechniętą twarz pani psycholog lub, choćby, nieśmiałego pokazania figi, wręczyłam stuzłotowy banknot. Chłodno i wyniośle. Pospolity człowiek odskoczyłby w tył, jak porażony pięścią. Ale pani przecież nie była pospolita. Zwyciężył dobrze zakorzeniony we mnie konformizm. A niech to cholera!

Pożegnałam „autorytet”, może nawet uśmiechnęłam się głupawo i wyszłam. Wlokąc się noga za nogą próbowałam przeanalizować to, czego doświadczyłam. Jedno mogłam oddać tej kobiecie: zdołała mnie wkurzyć i to dogłębnie. Więc, jeśli wcześniej byłam bezwolna i poddana, to teraz targały mną uczucia tak silne, że chciałam eksplodować. Faktycznie autorytet! Prawdziwy i miarodajny. Godzina terapii, a jaki efekt! Zaraz, jak ona powiedziała? Wyjechać? Tak, wyjechać. Do tego w ciepłe strony. Czyli, gdzie na przykład? Lazurowe? Majorka? A może Tahiti? Mogłam jeszcze zapytać, czy zna jakiegoś miłego i hojnego sponsora. Czemu mi to nie przyszło do głowy? Idiotka ze mnie!

Nie wiedzieć czemu, przypomniały mi się w tym momencie słowa solistki pewnego zespołu popowego świecącego tryumfy w czasach, gdy marzyliśmy(?) jedynie o nowej RP. Odpowiadając na pytanie reportera o swojego, równie sławnego wówczas męża, rzekła: - „Mój mąż... Mój mąż leczy stargane nerwy na Karaibach.” W tej samej chwili doznałam olśnienia. Spadło na mnie jak grom z jasnego nieba, poraziło wszystkie członki. Wcześniej skulona, zamknięta jakby w sobie, wyprostowałam się. Wypięłam pierś. A nawet dwie! Uniosłam dumnie głowę. Ufnie spojrzałam w przyszłość. Już wiedziałam, co robić. Już wiedziałam! Postanowiłam! Na Karaiby! Tam pojadę! Jeszcze tylko zostanę piosenkarką.

Wrocław, 2007
Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 32 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez Bairam dnia 31-01-2007 o godz. 20:22:18
Cudne. Jakbym widziała siebie. Konkretnie u "pani psycholog" nie byłam, ale to sytuacja modelowa. A jako odbiorczyni przyjacielskich dobrych rad typu "Trzeba wziąć się w garść!" też zgrzytam zębami i odnajduję w swej zbolałej duszy całe pokłady sarkazmu, a niekiedy zalążki budzącej się do życia agresji. 
Tekst napisany z nerwem i tym charakterystycznym poczuciem humoru, które lubię. 
Dzięki za poprawienie nastroju.
I odkurzaj więcej :)




Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez elkaone dnia 31-01-2007 o godz. 21:11:49 http://elkaone.lipinscy.net/
Bardzo dobrze napisane i - jak to u Ciebie - z nerwem. Bardziej podoba mi się część pierwsza, tzn. ta przed podjęciem decyzji o psychoterapii. Chyba dlatego, że jest taka gniewna. A potem - ja też nie lubię, kiedy ktoś samoogranicza się z konieczności, jak peelka, i cichnie. Na szczęście budzi się na koniec.
Na Karaiby!!!



Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez Anonimus dnia 31-01-2007 o godz. 21:40:46
No Woody Allen to to nie jest, że pozwolę sobie na łyżeczkę dziegciu.
Rozbawiło mnie to o wypinaniu dwóch, bo nawet śmieszne. Natomiast całość taka więcej nużąca. Umyka mi cel tekstu (literatura "na pocieszenie"?), przekaz jaki jest właściwie? Że trzeba się wziąć w garść i liczyć na własne siły? To by było słusznie, ale ostatnie zdanie pobrzmiewa sarkazmem (przynajmniej tak mi ucho odbiera). Rozmowa z psychologiem - mam nadzieję - wyssana z palca, bo realizmem nie powala. Nie dość, że "specjalista" plecie farmazony (żaden normalny "psychol" nie powie o sobie np. że "udziela porad"), albo banały (jeśli ktoś zaleca pozytywne myślenie, zamiast zastosować odpowiednie techniki lecznicze to jest niestety amatorem - skąd więc renoma i stówa za godzinę? + terapeuta "z renomą" nie będzie osobiście pobierał opłaty za wizytę) - oczywiście wszystko 
to się da wybronić, różnymi "ale", że to na jakimś odludziu, gdzie jest jeden psycholog na 
cały powiat, więc ma renomę itp. jakby z urzędu, a to, że ktoś był na wizycie i tez mu się 
nie podobało, a to że tekst prześmiewczy i przejaskrawia pewne tendencje itp. 
Sygnalizuję tylko, że mnie nie przekonało, wydało się sztuczne i ostatecznie nie wiem, jaki ma
mi z tekstu przyjść pożytek.
Językowo bardzo sprawnie oczywiście. Ale do poprzedniego tekstu - w moim odbiorze - 
nawet się nie zbliża.


  



Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez soroka dnia 31-01-2007 o godz. 21:57:35 http://soroka.netne.net/
W życiu do psychologa nie pójdę !! :)))
To znaczy, nawet znam jedną panią psycholog, handluje kosmetykami,  hehe.
Pewnie takich mądrych rad udzielała jak ta Twoja i na co jej przyszło? :)))

Opowiadanie z nerwem, nie ma nawet co szukać błędów. Napisane z pewną dawką humoru. Zakończenie karaibskie świetne. :))

Ale wydźwięk ma niestety dość stronniczy.  Wizyta opisana w opowiadaniu, to wizyta osoby, której nic nie grozi, jest właściwie zdrowa. Bardziej zmęczona, niż wymagająca pomocy. Wystarczy jeśli się wygada. Peelka równie dobrze mogła pójść do przyjaciółki, albo wróżki- (jakieś modne się zrobiły ostatnio,  w telewizorni o nich nawet mówią :))
Dzięki psychologii można także wielu ludziom pomóc. To rozległa wiedza. Niestety pewnie więcej płacą za wykorzystywanie technik psychologicznych w reklamach i marketingu.
Dzięki za lekturę. Pomyślę, zanim powiem koleżance, żeby się nie mazgaiła i wzięła w garść :))))



Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez anngoya dnia 31-01-2007 o godz. 22:11:48 http://www.literaci.eu/
Przeczytałam z uwagą, ale komentarz napiszę jutro.Opowiadanie wciągnęlo.
pzdr
ANN



Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez werjust dnia 01-02-2007 o godz. 00:04:40 http://werjust.blox.pl/html
Językowo tekst po prostu super! Czytało się lekko, bez żadnych spotknięć, a smaczku dokładały porównania i upersonifikowania np nieba czy Sensu- ten pomysł spodobał mi się najbardziej. Przez to opko stało się barwne i bardzo interesujące. "Plunąć życziodajnym deszczem"- jakie to poetyckie :)
Fajny początek, gdzie opisane były uczucia bohaterki i reakcje na otoczenie- to mnie zawsze interesuje najbardziej, telewizja już trochę mniej, chociaż niesamowicie mnie rozbawiły te hopsasające panienki z wkładkami :)) Dobre to!
W gabinecie u pani doktor musiało być przyjemnie ;) Bawi mnie ten dialog, specjalnie przerysowany na potrzeby tekstu (prawda?). Ja odbieram panią psyholog jako "odcinającą kupony", znudzoną kobietę, która wcale nie interesuje się pacjętami, a wypracowana wcześniej renoma upoważnia do dawanie idiotycznych porad rodem z wieczorku na kawie u koleżanki.
W końcu pomogło, nie? Tak niesamowicie zirytowała bohaterkę, że postanowiła wziąć się za siebie, więc jednak cel terapii został osiągnięty ;) Może taka właśnie była terapia ;)
Ja myślę, że dawanie tu dialogu z prawdziwego zdarzenia zburzyłoby koncepcję tekstu. Bo co by było ciekawego w tej opowieści, gdyby kobieta pod wpłwem rzeczowych i właściwych rad pani doktor, została cudownie uleczona? Chyba otrzymalibyśmy nieciekawy tekst, bez odrobiny humoru, kpiny i ironii.
Malutke zastrzeżenie, tu się zgadzam poniekąd z Anonimusem, że nie wiedziałam jakie wnioski miałam wyciągnąć z lektury.
Chociaż teraz już wiem, miałam się po prostu dobrze bawić! :) I tak też było!
Przepraszam za ględzenie
Pozdrawiam serdecznie




Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez bekas dnia 01-02-2007 o godz. 01:00:56 http://www.literatura.waw.pl
Zacznę od oczywistosci;narracja świetna,z pewną ilością ironii a nawet sarkazmu. Już za to rzecz zasluguje na rozgwieżdzenie. Koniec ( Na Karaiby!) znakomity przydałaby sie jakaś nutka obawy przed taką wyimaginowaną podrózą np Castro czy zajęte hotele. Taki pur-nonsens. A teraz temat i remat.Z kulturą amerykanską dostaliśmy trochę psychoterapii,psychoanalizy. Wizyta ,nie u psychologa lecz u terapeuty. Takiego Wojciecha Eichelbergera lub Hanny Samson. Terapeuta musi być wzięty i drogi. Może skrzywić się na widok stówy. On przecież nie pobiera za skutecznosć porad ale za to,ze jest specjalistą RENOMOWANYM. Każde tego typu porady to slogany. I tu nie zgadzam się z  "anonimusem"; opowiadanie to nie reportaż i o doborze realiów decyduje Autor ,a nie faktyczne relacje.Nie ma sensu się  zastanawiać czy   terapeuta (a nie psycholog,psycholog to za mało) jest powiatowy cz wojewódzki. Groteskowosć i banalność udzielonych porad jest w opowieści ukazana ZBYT DELIKATNIE. To należaloby wyostrzyć.Najważniejsza  sprawa to PRZESŁANIE.Materiał jest na wielka prozę (Kafka, Manfield ,Woolfe) W tym celu wypadało rozpisać,uwypuklić,niejasno zarysowujące  się przesłanie.Wyglądałoby ono mniej więcej tak(zgodnie z intencjami  Autorki); to ŚWIAT jest chory,a z ROZPĘDU, z NIEWIARY w siebie chce się leczyć  narratorka-bohaterka.Wypadałoby  poszukac jakiegoś uzasadnienia. W świetle takiego przesłania, ta proza nabralaby rozmachu i kolorów.Miałkość rad nie byłaby juz kwestionowana zasadnie. Aby to osiagnąć trzeba;1) narratorka  niech  nie  mówi o swoich odczuciach tylko przez działanie je demostruje 2) zastanawia się nad wyborem terapeuty i koniecznie chce iść  do "sławy".
Dlaczego krytykując,to co napisane,dopominam się o rozgwieżdzenie.?
Zdaję sobie sprawę z tego,ze wszelkie kryteria oceny musżą  być zrelatywizowane. A zalety ,które zademonstrowala  Kanka,są wystarczające na FL.Naturalnie,skopany jest tytuł; za długi,zbyt  barokowy. Proponowałbym  inny,np "Wizyta","Porada" czy cos w tym guście. Nietrudno zauważyć,ze sporo tytułow opowiadan  zamieszczanych na FL grzeszy nietrafnoscią. Zdrówka( nie tylko psychicznego)



Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez mictlantecutli dnia 01-02-2007 o godz. 01:58:19 http://www.rcichowlas.blogspot.com
Teraz, gdy mam za sobą lekturę nie jednego, a kilku Twoich tekstów, mogę wypowiedzieć się szerzej na ten temat.
Co rzuca się w oczy, nie tylko w przypadku tego tekstu, to swego rodzaju zwinność i klarowność - z dużą łatwością posługujesz się jęzorem literackim, z utworów bije "swojskość", z łatwością można się zaprzyjaźnić, zarówno z bohaterami, jak i z otoczeniem. Odnosi się wrażenie, że Twoje opowiadania z ogromną przyjemnością połknęłaby osoba lubująca tylko i wyłącznie w prozie filozoficznej, czy psychologicznej, jak i taka, która czytuje tylko "lżejsze" formy. Żwawa narracja to spory atut. Potrafisz postawić się na miejscu bohatera jakbyś pisała autobiograficzny utwór. To rzuca się w oczy z miejsca. Nie ma sztucznizny, niepotrzebnych zwrotów, czy banalnych dialogów. Wszystko współgra...

Jakby co, nie należałem i nie należę do TWA ;) Utwór bardzo mi się podoba - jest przemyślany.




Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez Hufnagiel dnia 01-02-2007 o godz. 08:56:50
A mnie jedno nurtuje: tytuł.
Czy pacaneum to lekarstwo zaaplikowane przez medyka pacana? Dobrze myślę? Ale jeśli tak, to czy warto szukać?
:))

Pozdrawiam,
Hufnagiel




Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez kankai dnia 01-02-2007 o godz. 12:11:33 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl
Kochani, reszta jutro, bo właśnie biegne do moich zombie:)))



Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez kankai dnia 02-02-2007 o godz. 16:17:14 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl
Dziękuje wszystkim, którzy zechcieli sięgnąć do lektury. Pozdrawiam elkaone, bairam, soroke, anngoy'ę, rahl i pozostałych. Fajnie, ze jesteście...



Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez Inn dnia 02-02-2007 o godz. 21:09:56

Mnie lepiej drugą część się czytało. Pierwsza nieco przegadana. Szczególnie to budzenie się wiosny w pąkach nieco mnie zniechęciło, ale brnęłam dalej:)
Język piękny, mięsisty, to chyba u Was rodzinne;)
Może to byłby bardziej materiał na felieton? Ale teraz już "po ptokach".
Wyciągaj, co tam masz jeszcze w szufladach. Się poczyta.
Pozdrawiam



Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez Xisco dnia 04-02-2007 o godz. 02:41:29

 Bardzo płynne,  pozbawione zachwiań opowiadanie.
 Przeczytałem z przyjemnością, choć nie na tyle dużą aby zakłóciła 
 popijanie herbaty.
 Wątek Pani Psycholog zasługiwałby na rozwinięcie, w kierunku 
 nakreślonym już przez Autorkę.
 Zgadzam się z opiniami, że psychologowie bywają karykaturą "lekarzy
 duszy", natomiast dla swoich usługobiorców  stają się
 substytutem dojrzałości,  wymówką od zajmowania się tym co w naszym
 życiu zaniedbane, a przecież zasadnicze. 
 Choć tezy idące aż tak dalek chyba nie padły, a szkoda.
 W koniunkturalnym świecie, łatwo rozwinąć poczucie, 
 że jest coś nie tak i z tym motto trafić do psychologa, szukając
 anomalii u siebie, zamiast w trywializującym się otoczeniu.
 Skądinąd, dodam dla równowagi, istnieje inna tendencja, polegająca na
 tym, że różnej maści życiowi frustraci traktują m.in. psychologów
 z przymrużeniem oka, obawiając się, że Ci mogliby potraktować ich 
 na poważnie, to znaczy jako poważny przypadek.
 Na koniec, gdzieś tam zauważyłem, że "dziękowano" Amerykanom za 
 psychoanalize, rozumiem, że w sensie rozwinięcia mody na nią.
 Warto jednak dodać, że za psychoanalizę należy winszować Austriakom.
 A zwłaszcza jednemu  świńtuszkowi. 

 Ogółem opowiadanie warte gwiazdki czerwonej.
    
 
 
 
 



Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez Des_Grieux dnia 04-02-2007 o godz. 10:47:32
Hm. A może pani psycholog była zwolenniczką jakiejś odmiany terapii prowokatywnej; wszak udało się osiągnąć wybudzenie narratorki z apatii? ;)

Tekst podoba mi się, sprawnie napisany, nie nudzi (a czego jak czego, ale przynudzania wybaczyć nie potrafię).

Zastrzeżenia mam do pierwszego akapitu - cokolwiek przegadany, na dodatek z niejaką emfazą - efekt wywołany nagromadzeniem przymiotników;
wiatr jest ciepły, chaotyczny i niespokojny, pąki są drżące i niecierpliwe, liście odmarzające i butwiejące.
W pierwszej chwili sądziłem, że to zabieg celeowy, stylizacja języka na
paplaninę egzaltowanej dziumdzi, której się tylko wydaje, że ma ze sobą
problemy i do psychologa wybiera się dlatego, iż to modne. Potem jednak okazuje się, że narratorka jest zupełnie inną osobą - inteligentną, wrażliwą, obserwującą i analizującą rzeczywistość.
Dlatego widzę tu niekonsekwencję stylistyczną i na miejscu Autorki
pomajstrowałbym przy pierwszym akapicie.

Podpisuję się pod opinią Bekasa, że groteskowość miałkich rad pani psycholog jest pokazana zbyt delikatnie, tu aż się prosi o mocne akcenty, o jaskrawe przerysowania.

Tak czy owak - kawałek porządnej prozy, osobliwie zwraca uwagę sprawność językowa.

Kłaniam się pogodnie




Re: Do psychologa, czyli jak znaleźć pacaneum na dolegliwości egzystencjalne (odkurzo
przez szuszu dnia 16-06-2009 o godz. 14:16:19
jesli ktos jest zainteresowany to udzielam takich porad za pół ceny:-) a jesli chodzi o teks to jest swietny;-)




Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim