Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 45 gość(ci) i 2 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Esej: Polski kamp - historia i teraźniejszość. /esej/ *
Wysłano dnia 19-04-2007 o godz. 00:39:13
Autor: asasello

I oto stało się. Na polskim brunatnawym miejscami czarnoziemie, poświęconym tysiącami kropideł, zroszonym krwi ostatniej kroplą z żył, wyrósł kwiatuszek w kolorze słodziutkiego różu. Jak to z chwastami bywa, trudno powiedzieć kiedy, trudno powiedzieć kto przyniósł nasiona. Można by, tradycyjnie po słowiańsku dzieląc włos na czworo doszukiwać się sprawców wśród rokokowych artystów, w Bacciarellim który namalował Stanisława Augusta w różowych, opiętych spodniach, w Mostowskiej piszącej swoje powieści gotyckie na miarę oświeceniowych umysłów współczesnych, w Witkacym, Gombrowiczu, w zafascynowanym jarmarcznym kiczem Białoszewskiem, w socrealistach, w producentach dewocjonaliów, zespole Papa Dance itp., itd. Uczciwie trzeba przyznać, że tak na dobrą sprawę nie wiemy nic. Albo bardzo niewiele.
Trzymajmy się tego, co najłatwiej sprawdzić. Po 1989 roku w Polsce powstały warunki do powstania sztuki i literatury kampowej. Wytworzyło się bowiem coś na kształt społeczeństwa dobrobytu. W kieszeniach i lodówkach zrobiło się pełniej, w księgarniach, telewizorach, a wraz z nadejściem internetu i w komputerach, nawet zbyt pełno. Poczuli rodacy nieznane wcześniej uczucie przesytu. Sztuka w ten czy inny sposób dobra zaczęła się wylewać z witryn, ekranów i gazet. Co więcej, sztuka mogła robić już co chciała. W 1988 roku Marcin Świetlicki wierszem Do Jana Polkowskiego zrzucił z ramion płaszcz Konrada i od tej pory poeci i pisarze żyli długo i szczęśliwie nie musząc w dziełach swoich odnosić się jakoś do nieboszczki komuny, opiewać Ojczyzny, demaskować czegokolwiek i kogokolwiek. Sztuka w ogóle przestała musieć być poważna. Program Dzyndzyryndzy Tymańskiego i Brzóski funkcjonował w TVP obok sędziwego Pegaza, BruLion nawołujący od czasu do czasu czytelnika, by spierdalał albo bił Żyda stał się z czasem szacownym pismem literackim.

Gdy więc już wszystkie świętości były zszargane, granice obalone, a sztuka całkiem wyzwolona, artyści postanowili targnąć się na świętość najwyższą, na sztukę samą, a dokładniej na dobry smak.

Tutaj znów pierwszych symptomów można by się doszukiwać niemal wszędzie. Podajmy choć jedne przykład. W czasie boomu rockowego początku lat dziewięćdziesiątych pojawiła się tendencja wśród zespołów punkowych, by grać przyjmując zasadę – im głupiej, tym lepiej. A to przecież nic innego, niż wykorzystanie kampowej zasady im gorsza sztuka, tym lepsza. W połowie tejże dekady istna eksplozja kiczu, z którego część przy odpowiednim odbiorze staje się kampem, następuje w programie Disco Relax i podobnych, w konkurencyjnych stacjach. Teksty, muzyka i teledyski takich wykonawców jak Tarzan Boy czy Boys ( chociaż ci już w mniejszym stopniu) po dziś dzień znajdują uznanie w oczach miłośników kiczu i kampu. Tak można by wymieniać długo. Przyjrzyjmy się lepiej tak zwanej kulturze wysokiej.
Jeśli chodzi o ważniejsze wydarzenia, to należałoby wymienić przetłumaczenie przez Andrzeja Sosnowskiego i wydanie w 1998 roku powieści Douglasa Firbanka Zdeptany Kwiatuszek. Pisarz ten, wcześniej niemal zupełnie nieznany uznawany jest za jednego z klasyków ( o ile to określenie pasuje do tej estetyki) i twórców kampu. Powieść ta pokazuje, czym może być kamp. Napisana ze swadą i wirtuozersko przetłumaczona udostępniła kamp większemu gronu odbiorców – nakład był zdaje się, dość duży, książkę często widzę u krakowskich bukinistów.

Mniej więcej w tym samym czasie z kampem zaczyna eksperymentować Malwina Wieczorek. Mowa tu o jej wystawie Niedzielni dandysi ( w 1997 roku w Małej Galerii ZPAF-CSW, w Warszawie, dwa lata później w Galerii Pustej w Katowicach). Wykorzystała ona technikę monidła – jednego z symboli kiczu, choć dziś już zjawiska niestety zamierającego. Podkoloryzowała ona fotografie ludzi w przesadnie ekspresywnych pozach. Dzięki dodatkowym kolorom, zdjęcia stały się tak estetyczne, że aż brzydkie, a w kampowym odbiorze: tak złe, że aż dobre. Także tytuł wystawy był kampowy – lekko operujący oksymoronem zaznaczającym dystans i kampowe postrzeganie świata i bycia, jako grania roli.

Także pod koniec lat dziewięćdziesiątych zaczyna występować pierwsza polska drag queen – Madame Zaza. Chociaż utożsamianie kampu z estetyka gejowską jest dużym uproszczeniem, trzeba powiedzieć, że drag queens doskonale wpisują się w kampowy paradygmat. Pojawienie się tego zjawiska i jego rosnąca popularność zapowiadała zbliżający się wysyp zjawisk kampowych.

Oznaką wchodzenia kampu w dyskurs ogólny było poświęcenie Dni Polonistyki na UW w 2005 roku kiczowi i kampowi. Szeregowi wykładów na ten temat towarzyszyły przeglądy filmów kampowych i dyskoteka przy muzyce disco – polo.

Na kamp rodzimego chowu w literaturze trzeba było jednak poczekać. Pierwszą kampową jaskółką był na naszym gruncie Gombrowicz ( zwłaszcza w Transatlantyku), jednak on wiosny nie uczynił. Na kontynuatorów przyszło mu trochę poczekać.

Autorem pierwszego kampowego tomiku poetyckiego, noszącego znamienny tytuł Kamp i wamp był Michał Wójcik. Już wcześniejsza działalność tego kieleckiego poety zapowiadała rzeczone dzieło. Mowa tu o dostępnym niestety jedynie w formie elektronicznej tomiku Malenyny. (http://www.wu.art.pl/malenyny/wiersze.htm, wcześniejsza redakcja - http://nnk.art.pl/malenyny/). W tomiku tym Wójcik po raz pierwszy posłużył się świadomym kiczem, jako równoprawną estetyką niewartościowaną negatywnie, równoprawną innym, do ekspresji poetyckiej. Widać to w jednym najbardziej charakterystycznych wierszy wcześniejszej redakcji Malenynksiążę prosi o mały kicz. W utworze tym znajdujemy grę groteską ( buba to kosmiczny nietoperz ), wycieczkę w stronę języka dziecięcego ( rzeczona buba), operowanie językiem niedoskonałym, w sposób uroczy kulawym ( w końcówce wiersza książę się/ uśmiechnął/ powiedział/ dziękuję bardzo bardzo). W innym utworze trafiamy na deklaracje programowe: codziennie/ przyrządzać smaczny kicz// przynajmniej/ raz na miesiąc kicz pozłacany czy kicz to najpiękniejszy/ rodzaj sztuki. Malenyny to gra z kiczem, zabawa, może nawet upajanie się jego piękna brzydotą. Nie jest to jednak zabawa dla samej zabawy, kiczowy awangardyzm. W tym tomiku Wójcik odkrywa, że najlepszym twórcą i odbiorcą kiczu jest dziecko. Każdy, kto oglądał kiedyś hałdy wściekle różowych zabawek w hipermarketach przyzna poecie rację. Co wynika z tego odkrycia dla literatury? Okazuje się, że wycieczka w naiwny świat dziecięcej wyobraźni i dziecięcego języka, w świat kiczu jest bardzo odświeżającym wyjściem poza artystowskie schematy, poza skostniały język tego, co zwykło się zwać dobrą poezją. Gdy zgrywają się jedna po drugiej literackie konwencje, kicz u progu XXI wieku pozostaje świeży, bo awangardy artystyczne starały się omijać go wielkim łukiem.
Jeszcze przed napisaniem Kampa i wampa ( przyjmijmy tę odmianę, ze względu na zachowanie kiczowatego brzmienia tytułu oryginału), Wójcik założył grupę Stowarzyszenie Grafomanów Polskich. Powołaniem i podstawowym zadaniem grupy było tworzenie wierszy grafomańskich, których niski poziom miał przekraczać barierę nadkiczu – wiersze miały być tak złe, że aż dobre. Grupa prowokowała posługując się kiczem dla wyrażania poważnych, ważnych dla jej członków treści. Jej działalność stanowiła także grę z konwencjami artystowskimi. Nazwa nawiązywała do Związku Literatów Polskich – organizacji skostniałej i uchodzącej, przynajmniej w Kielcach – miejscu zamieszkania i działalności Wójcika, za sformalizowane towarzystwo wzajemnej adoracji prowincjonalnych środowisk poetyckich. Grafomani cieszyli się z wszelkich głosów krytycznych, na temat swojej twórczości, na swojej stronie internetowej zamieścili nawet opinię jednego z czytelników, brzmiącą:
dajcie spokój pisaniu, kupcie na wsi kilka hektarów i do pługa nie do Poezji.
to zaczyna robić się niesmaczne ciągłe bredzenie na tym samym jakże niskim
poziomie intelektualnym. nie rozumiem, jaką daje wam przyjemność podszywanie
się pod osoby, którymi nie jesteście i nigdy nie będziecie. podejrzewam, że zaraza
mody na artystów dopadła i was, w takim razie zgłoście się do kolejnej edycji baru
czy idola czy innego medialnego shitu. mam nadzieję, że właśnie tam wasza "poezja"
(wybacz Poezjo) zostanie doceniona i dacie spokój z ciągłym poniżaniem się przed
tysiącami anonimowych komentatorów.

Także działania pozaliterackie grupy były grą, graniem z przymrużeniem oka artystowskiej roli. Najlepszym tego przykładem było spotkanie autorskie Stowarzyszenia, jakie miało miejsce w ośrodku sztuki alternatywnej Baza Zbożowa w Kielcach. Godzina i miejsce spotkania zostały wybrane przez członków grupy tak, że w wielka hala Bazy w momencie odczytywania wierszy Grafomanów była zupełnie pusta. Kicze wybrzmiewały w ogromnej, fabrycznej hali, absurdalność sytuacji sięgała zenitu.

Kampowa poezja zaistniała w końcu także na papierze. Na przełomie 2003 i 2004 roku został napisany, a w 2005 przez Korporację Ha!art. wydany został tomik Kamp i Wamp. Jest to tomik dla polskiego kampu przełomowy – rozpoczyna go w poezji, może pełnić rolę manifestu, o ile oczywiście kamp jakiekolwiek manifesty akceptuje i jakichkolwiek manifestów potrzebuje.

Okładka tomiku jest różowa, okładkę zdobi fotos z filmu Dr Jeckyll i mr. Hyde, z 1932. Wybór szaty graficznej nie jest przypadkowy. Kolor prowokuje, zdjęcie natomiast odsyła do kina niemego, stanowiącego bardzo dobry przykład sztuki kampowej. Mocny makijaż aktorów, przesadna mimika i gesty, raczej zabawne niż straszne efekty specjalne, wreszcie pewne gry z płciowością kulturową sprawia, że estetyka kina lat 20 i 30 wykorzystywana jest przez twórców kampowych ( jak choćby przez wspomnianą już Malwinę Wieczorek).

W tomiku wiele jest wierszy, które można by uznać za kampowe manifesty programowe. Jednym z nich jest utwór mein kamp zaczynający się od strofy: przy świetle lampy lawowej/
piszę wiersz który ma być /rozpieszczoną dziewczynką
. Mamy tutaj wykorzystany jeden z najbardziej znanych rekwizytów kampowych – lampę lawową. Jednak nie rekwizytornia tego wiersza jest tutaj ważna. Dwa ostatnie wersy cytowanej strofy określają charakter poezji kampowej. Ma ona być kapryśna, przeestetyzowana, dziwna. Ma też odwoływać się do naiwnego, dziecięcego oglądu świata. Zakończenie utworu: piszę na scenie teatru – co chwilę/ podnosi się i opada kurtyna/ po każdym wersie bije mi brawo/ cała sala dobrze opłaconych klakierów, mówi nam o czymś jeszcze o poezji jako grze konwencją poetycką, o poecie grającym rolę poety, o wierszu grającym rolę wiersza. O czymś, co Susan Sontag określa jako beeing as a playing role, jako ujmowanie siebie i otaczającego świata w cudzysłów. Ważny jest też tytuł utworu. Sięgnięcie po tytuł książki Adolfa Hitlera jest zabiegiem odważnym i ciekawym, pokazuje bowiem dystans do świata, w każdym jego, nawet najczarniejszym aspekcie. Sugeruje, że kamp może być językiem opisu rzeczywistości równie dobrym, jak każdy inny.

W tomiku jest jeszcze coś, co uważa się za immanentny element kampu, czyli gry z tożsamością płciową i płcią kulturową. Wójcik wchodzi w wierszach w rolę kobiety, zajmuje się też kobiecością doprowadzoną poza granice przesady – wampami, znanymi nam z kina niemego. W jednym z wierszy z tego cyklu pisze : bawię się w mała dziewczynkę/
kiedy trzeba bawię się w kobietę
. W kampowym postrzeganiu świata wszystko, nawet płeć jest nie tylko rolą – jest zabawą. Ten element zabawy jest w kampie bardzo ważny. Sztuka kampowa pokazuje w ten sposób umowność wszystkiego, co nas otacza, a czego przez tę umowność nie można brać na serio, a gra formą uwydatnia tragizm tej sytuacji. Paradoks kampu polega na tym, że im jest przewrotniejszy, im jest weselszy, w tym większym stopniu odsłania beznadziejność ludzkiego położenia. Człowiek jest jak podmiot liryczny wiersza deszcz pomiędzy - szybuje w bańce mydlanej kulturowych ról, wśród kul armatnich.

Aspekt gry z kulturową płcią pojawia się także w Lubiewie Witkowskiego. Powieść ta opowiada o środowisku homoseksualistów wchodzących w doprowadzoną do przesady kobiecą płeć kulturową. Jest to motyw jak najbardziej kampowy. Powieść Witkowskiego to utwór moim zdaniem przełomowy dla kampu w prozie. Jako iż jest ona dosyć dobrze znana, nie będę jej tutaj szerzej omawiać. Lepiej zadać sobie pytanie: dzięki czemu literatura kampowa zaistniała, i dlaczego właśnie teraz to się stało?

Jak widać powyżej, grunt pod przeszczepienie kampu do polskiej literatury został dobrze przygotowany. Kamp literacki narodził się zatem swobodnie. Zaistniał jednak w świadomości społecznej dzięki jednemu czynnikowi.

Oba wspomniane wyżej dzieła zostały wydane przez Korporację Ha!art. Jest to wydawnictwo dosyć specyficzne. Interesujący jest stosunek do sztuki jego redaktorów. Dobrze obrazuje go wypowiedź Piotra Mareckiego zacytowana przez Martę Dzido w jednym z ostatnich numerów Ha!artu. Autorka pisze o rozmowie poprzedzającej wydanie Śladu po mamie. Mówiła o swoich obiekcjach, spowodowanych słabym, w jej odczuciu, poziomem artystycznym książki. Redaktor Ha!artu miał odpowiedzieć, że najważniejsze jest to, że temat jest aktualny i powieść będzie ważnym głosem w toczącej się w kraju dyskusji. Wydaje się, że literatura w ujęciu haartowców ma być przede wszystkim społeczna, ma być narzędziem, argumentem. Dobrym przykładem jest książka Pawła Czerskiego Ojciec odchodzi. Jak wynika z fabuły, napisanie jej zasugerował autorowi także Piotr Marecki. Utwór mimo że bardzo słaby literacko, ukazał się, jako iż jest alternatywnym spojrzeniem na śmierć Jana Pawła II, wyraża punkt widzenia, który nie mógłby być wyartykułowany gdzie indziej.

Jak w tym układzie sytuuje się kamp, któremu z pozoru obce jest jakiekolwiek zaangażowanie społeczne i polityczne? Po pierwsze, jako estetyka wywodząca się z gejowskich środowisk i do tej pory często z tymi środowiskami kojarzona, stanowi nowy język w dyskusji o emancypacji. Po drugie, jest w pewnym sensie kwintesencją dyskursu liberalnego. W jaki sposób?

Pisząc te słowa mam przed sobą ulotkę informująca o festiwalu Kultura dla tolerancji. Na jej okładce widzimy rysunek przedstawiający dwóch panów na bicyklu. Stroje i bródki cyklistów pochodzą z przełomu XIX i XX wieku, kreska też jest retro, wokół tej uroczej pary unoszą się różowawe serduszka, nad tym uroczym obrazkiem znajduje się napis wykonany fantazyjną czcionką: Kultura dla tolerancji. Czysty kamp, chciałoby się rzec. Jednoczesne przeestetyzowanie i zabawa z odbiorcą aluzyjnością obrazka. Tak samo wyglądają plakaty reklamujące festiwal.

Oczywiście, w Krakowie znajdują się też kontrplakaty, wydrukowane przez prawicowo – konserwatywne Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Piotra Skargi. Ich stylistyka jest diametralnie inna. Wielkie, czarne litery krzyczą do przechodnia: STOP DEWIACJI!. W centrum plakatu widać czerwony znak stopu, a w nim dwie sylwetki męskie trzymające się za ręce. Na szczycie, na, jakżeby inaczej, czerwonym tle tłusty druk nawołuje: STOP PROMOCJI HOMOSEKSUALIZMU W KRAKOWIE.

Mamy tutaj do czynienia nie tylko ze zderzeniem różnych opinii, ale i zderzenie różnych estetyk wynikających ze skrajnie odmiennych sposobów myślenia.

Dlaczego organizatorzy festiwalu posłużyli się kampem? Być może dlatego, że jest on przyjemny dla oka, nadaje się raczej do wyrażania pozytywnych emocji, aprobaty, niż sprzeciwu. Zadecydowała jednak raczej specyfika kampu, jako sposobu patrzenia na świat. Kamp to bycie, jako granie roli. Twórca i odbiorca kampu są świadomi tego, że tworząc czy odbierając dzieło wchodzą w role artysty i widza. Artysta gra rolę artysty grającego inne role, widz – rolę widza grającego rolę widza kampowego, patrzącego na dzieło z filuternym przymrużeniem oka. Taki odbiór sztuki uwrażliwia na umowność świata, w którym żyjemy. Sprawia, że nie tylko zaczynamy dostrzegać konwencje nas otaczające, także zaczynamy się nimi bawić, nabrawszy uprzednio dystansu. Bo skoro wszystko jest umowne, nie należy niczego traktować zbyt serio, żaden ogląd świata nie jest jedyny i słuszny, każdy da się zakwestionować, każdym da się pobawić, przyjąć go i odrzucić w dowolnym momencie. Jak widać, kamp wypływa z otwartości na świat, z tolerancyjnyego podejścia do ludzi i idei. Jeśli jestem odbiorcą kampowym wiem, że ideologia którą wyznaję, jest tylko pewną rolą, której nie mogę traktować poważnie, że nawet ja sam jestem zbiorem konwencji. Nie mogę zatem żądać od ludzi tego, by przyjęli mój punkt widzenia. Każda konwencja jest równie dobra lub równie zła, jak pozostałe. Odbiorca taki umie również dostrzec zabawę konwencjami, bawić się aluzyjnością, formą. Do takiego odbiorcy skierowany jest plakat festiwalu.

Inaczej należy chyba interpretować postawę wytwarzającą estetykę plakatów Stowarzyszenia Skargi. Jeśli krzyczę jaskrawością barw i wielkością liter plakatu, to znaczy że jestem pewien słuszności mojego stanowiska. Uważam, że należy go bronić za wszelką cenę. W dodatku krzycząc, używam swojego, specyficznego języka, jako iż według mnie, język ten najlepiej opisuje świat. Nie protestuję przeciwko homoseksualizmowi. Protestuję przeciwko dewiacji. Nie buntuję się przeciwko propagowaniu tolerancji, lecz oburza mnie promocja homseksualizmu, który, jak już się powiedziało, jest dewiacją. Stosuję też jasne i czytelne symbole graficzne, bo zależy mi na tym, by mój przekaz został wyraźnie zrozumiany przez wszystkich, którzy go odbiorą. Mój komunikat nie jest częścią dialogu, jest częścią walki. A w walce nie ma miejsca na zabawę formą, na gry i gierki. Narzędzie walki ma być skuteczne.

Jak zatem widać, dla ludzi podzielających spojrzenie na świat Stowarzyszenia im P. Skargi estetyka kampowa jest praktycznie rzecz biorąc niedostępna. Przyjęcie przez nich kampowego spojrzenia na świat musiałoby ich zmusić do zaprzeczenia swoim poglądom. Tymczasem bycie przekonanym, że ma się receptę na idealny świat, że ma się dostęp do prawdy, że zna się język doskonale tę prawdę opisujący jest bardzo wygodne i, trzeba przyznać, trudne do porzucenia.

Wydaje się, że kamp jest naturalnym językiem środowisk liberalnych, uznających pluralizm poglądów i opisów świata. Jako taki został wykorzystany przez Korporację Ha!art. Nie mógł też zaistnieć w świadomości bardziej ogólnej wcześniej niż wtedy, gdy te dwa sposoby myślenia, relatywistyczny i nierelatywistyczny starły się przy okazji ( pod pretekstem?) dyskusji o emancypacji homoseksualistów, będącej w gruncie rzeczy dyskusją nad kształtem społeczeństwa.

Czy kamp jest zatem skazany na trwanie w polityczno – emancypacyjnym getcie? Wydaje się, że nie.

Kamp jest bowiem estetyką, czy tez filozofią, bardzo sprytna i przewrotną. Gdy wydaje się, że jest zamknięty bezpiecznie na cztery spusty w dyskursie emancypacyjnym, on przesącza się na zewnątrz, niepostrzeżenie wnikając wszędzie, gdzie tylko może.

Nie chodzi tu tylko o to, że kamp dawno przestał być estetyką środowisk gejowskich, że interesuje i pociąga on ludzi bez względu na orientację seksualną. Nie chodzi też do końca o to, że kicz stał się modny. Oczywiście istotny jest fakt, że można spotkać na ulicy ludzi z okularami przeciwsłonecznymi na pół twarzy, poważne studentki humanistycznych kierunków w jaskrawych koszulkach z bohaterami kreskówek, że coraz modniejsze są imprezy kiczowe, na których zarówno stroje uczestników, jak i muzyka, mają obrażać poczucie dobrego smaku, jednak fakt ten ważny jest nie sam w sobie, a jako symptom pewnego zjawiska.

Oto mamy do czynienia z coraz powszechniejszym byciem, jako graniem roli, bawieniem się konwencja bycia sobą. Moda nie jest już modą, tylko ,,modą’’, mająca do siebie dystans. Zakładając t – shirt z mangową Puccą i legginsy rodem z lat ’80 staram się wyglądać tak obciachowo, że aż modnie. Idąc na setne z kolei kitsch party wchodzę w rolę kogoś o diametralnie odmiennym od mojego właściwego guście i bawię się tą rolą bardzo dobrze.

Ze świadomym graniem roli siebie mamy do czynienia także w dziedzinie literackiej autokreacji pisarzy najmłodszego pokolenia. Przyjrzyjmy się dwóm bardzo odmiennym od siebie przedstawicielom roczników ’80.

Pierwszy to Jaś Kapela – pokoleniowy buntownik. A może raczej ,,buntownik’’? W jego wierszach mamy bowiem do czynienia z zabawą konwencją, w wejściem w rolę postbrulionowskiego, cytuję poetę, Marlona Brando polskiej poezji. Jest tak w utworze 501346742, w którym podmiot liryczny mówi o byciu legendą w niektórych środowiskach i tym byciem legendą się bawi, dystansuje się od tego; jest nią i nią nie jest. Zauważmy, że gest bohemicznego buntu w pokoleniu BruLionowskim wyglądał inaczej – był całkiem serio. Marcin Świetlicki był naprawdę nieprzysiadalny, Jacek Podsiadło naprawdę był rastafariańskim anarchistą. Dziś tego typu gesty buntu nie przekonują, jeśli są wykonywane przez autora na poważnie. Dziś poezja anarchistyczna zeszła do podziemia punkowych zinów, nikt już nie buntuje się serio. Dopiero gra konwencją buntu, granie roli kogoś, kto gra rolę kaskadera literatury ( posłużę się tutaj określeniem Jana Marxa), taka jak w wykonaniu Jasia Kapeli, trafia do większej grupy czytelników.

Nawiasem, mówiąc, jeśli chodzi o Marcina Świetlickiego, to jego autokreacja także się zmieniła. Wydaje się, że teraz bawi się on konwencją bycia Marcinem Świetlickim, że dostosował się do nowych czasów i funkcjonuje bardziej jako ,,Marcin Świetlicki’’, niż jako on sam, pisany bez cudzysłowu. Wystarczy prześledzić, jak w jego tomikach i repertuarze Świetlików coraz więcej pojawiało się utworów autotematycznych traktujących o byciu konstruktem medialnym pod nazwą Marcin Świetlicki.

Drugim, biegunowo odmiennym przykładem, jest Jacek Dehnel, a raczej konwencja ,,Jacek Dehnel’’, w którą poeta wchodzi. Nie interesuje mnie bowiem chwilowo jego twórczość, ale kreacja. Ta jest z punktu widzenie miłośnika kampu ciekawa. Znajdujemy tutaj nie tylko wilde’owski skrajny estetyzm, który jest elementem jak najbardziej kampowym. Ciekawsze jest świadome odgrywanie pewnej roli, roli klasyka i arystokraty, a jednocześnie zabawa tą rolą i dystansowanie się od niej. Uważny czytelnik wywiadów z Dehnelem, słuchacz wypowiedzi medialnych, widzi, że Dehnel grając ,,Dehnela’’ tą grą się bawi, nie traktuje jej całkiem serio, jednakże na tyle serio, by gest ten nie był pustą błazenadą. W tym sensie Jacek Dehnel jest kamp.

Wydaje się, że w naszej kulturze coraz mniej mamy rzeczy, które są tym, czym mówią że są i które jako takie mogą być odbierane. Jest tak, jak w Notatkach o kampie Susan Sontag – lampa nie jest lampą, tylko ,,lampą’’, kobieta nie jest kobieta, a ,,kobietą’’. Wydaje się, że jedyną ostoją bycia serio jest polityka, a i ona może nie być nią długo. Jeśli się przyjrzeć polskiej scenie politycznej w sposób, w jaki odbiera się dzieła kampowe, to okaże się, że wielu polityków przekracza granicę nadkiczu w przesadzie autokreacji. Jedno jest pewne – kamp wsącza się w naszą kulturę demontując rzeczywistość. Czy poza kampowym cudzysłowem w ogóle coś zostanie?

Czytaj
Tekst lubią:
rafk,

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 18 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: Polski kamp - historia i teraźniejszość. /esej/ ~?
przez Anonim dnia 19-04-2007 o godz. 00:50:02
pierwsze wrażenie chaotyczności, i braku idei przewodniej -ale moze dlatego, ze za oknem...nie ma idei:) o tak a propos chyba trochę. poza tym treśc mnie interesująca, wiec jutro poświęce wiecej czasu na głębszą analizę

z.

ps. czy lalamido nie było wczesniej przed dzyndzyryndzy?




Re: Polski kamp - historia i teraźniejszość. /esej/ ~?
przez Anonim dnia 19-04-2007 o godz. 11:22:11



Re: Polski kamp - historia i teraźniejszość. /esej/ ~?
przez Anonim dnia 19-04-2007 o godz. 11:25:18
Powiem tak: formalnie tenże utwór mnie nie satysfakcjonuje, jeśli ma pretendować do miana eseju, ale bardzo możliwe, że ja mam jakieś zboczone wymagania, jeśli chodzi o tę formę, wyczulona jakoś jestem, bo często spotykam się tutaj z dziełami esejem zwanymi, które nic z esejem nie maja wspólnego. Za mało swobody, indywidualnego podejścia, za dużo przytaczania faktów. Ale jak mówię –mam w tym względzie specyficzne wymagania i trudno mi dogodzić. Jednakże pomijając gatunkowe sprawy cieszę się że mówienie takiego a nie innego zjawiska zagościło na łamach fabryki. Nie chce tym samym zarzucać autorowi bynajmniej braku samodzielnego myślenia czy stylu (tak a propos tego przytaczania)– widzę wyraźnie tu bowiem jakiś pomysł, choć może miejscami niedopracowany. Najbardziej doskwiera mi zakończenie  -niejako pospiesznie urwane, jak by autor musiał już wyjść a paluszki go swędziały, aby nacisnąć wyślij. In plis –szerokie przedstawienie tematyki, swobodne poruszanie się po zagadnieniach, i wyczuwalne autentyczne zainteresowanie opisywanymi zjawiskami (choć oczywiście może być to złudzeni i autor robi nas w bambuko, ale pewne fakty wskazują, ze sam siedzi w tym po uszyJ), co akurat mnie się zdaje bardzo cenne, bo nie ma nic gorszego, jak autor sprawia wrażenie, że pisze jedynie na podstawie książkowych informacji, nieprzetrawionych, choćby nie wiem jak mądre to było.

Na razie więc daję bordo –primo –żeby  nie rozpieszczać młodzieży za bardzo, sekundo-poczekam na inne głosy czytelników, gdyż ja jeszcze z innego powodu mogę być nieobiektywna – czuję się bowiem w takiej estetyce jak przysłowiowa rybka w wodzie.

 
z.




Re: Polski kamp - historia i teraźniejszość. /esej/ *
przez adam_sosna dnia 19-04-2007 o godz. 15:06:12 http://members.chello.pl/a.sosna2/
zbyt wiele słów



Re: Polski kamp - historia i teraźniejszość. /esej/ *
przez Ryba dnia 19-04-2007 o godz. 17:18:11
to interesujące



Re: Polski kamp - historia i teraźniejszość. /esej/ *
przez Rotkappchen dnia 19-04-2007 o godz. 17:55:43
Dużo tego, w sensie wątków, podobnie jak Anonim, odniosłam wrażenie że wynika to z tego, że Autor siedzi w temacie po uszy.
Czytało mi sie dobrze.
Co do ostatniego akapitu - wydaje mi się nadmiernie optymistyczny
w wymowie, innymi słowy, jak dostanę w głowę "kamieniem", to może mi wyrosnąć guz zupełnie bez cudzysłowu i przestanie być zabawnie.



Re: Polski kamp - historia i teraźniejszość. /esej/ *
przez A dnia 14-06-2007 o godz. 14:26:12
Dla mnie ilosc faktow na plus. Esej z serii 'no i co, panie, z tym relatywizmem?'. Bardzo smaczne bylo. Pozostaje podziekowac, ale i zapytac Autorke - a jaka propozycje programowa ma Autorka? Pozdrawiam, A.




Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim