Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz
· ZŁY WPŁYW, Campbell Ramsey, Wydawnictwo Replika, recenzent: Majewski Janusz
· TUNEL, Braver Gary, Wydawnictwo Replika, recenzent: Kwiatkowska Anita
· OSTATNIA NOC JEJ ŻYCIA, Jennings Maureen, Oficynka, recenzent: Cichowlas Robert
· KRÓLESTWO SPOKOJU, Ketchum Jack, Wydawnictwo Replika, recenzent: Majewski Janusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 41 gość(ci) i 0 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Esej: Goodbye, Jaruzel? - literacka komunonostalgia po polsku. /esej/ **
Wysłano dnia 13-05-2007 o godz. 08:20:17
Autor: asasello

Kiedy za sto lat burłacy literatury w różnych instytutach i wydziałach polonistyki zasiądą do prac rocznych i magisterskich na temat literatury polskiej nam współczesnej, dokonają zdumiewającego odkrycia. Okaże się bowiem, że ich koledzy i koleżanki z historii zasadniczo się mylą, co do roku 1989. Owszem, upadła wtedy niezbyt sympatyczna komuna, jednak po niej nastało coś jeszcze gorszego. Tak przynajmniej wynikałoby z obrazu III RP w książkach z epoki i z pewnej nostalgii, z jaką wspominana jest w nich świeża jeszcze nieboszczka.


Fenomen komunonostalgii (jakże w takich chwilach zazdroszczę Niemcom ich precyzyjnego słowotwórstwa, którego dzieckiem jest ostalgie) zastanawia już teraz. Dałoby się jeszcze wytłumaczyć te wszystkie PRL – parties w klubach i knajpach całej Polski, wycieczki znudzonych Anglików trabantem po Nowej Hucie czy reanimację jarocińskiego festiwalu w nekrofilnej nieco otoczce ,,PRL festiwal’’ fascynacją dziwaczną i absurdalną egzotyką peerelowskiej estetyki. Jednak literatura zdaje się podpowiadać nam, że chodzi o coś poważniejszego.

Coś musi być bowiem w tym, że w książkach ludzi urodzonych po roku ’60 PRL jawi się jako okres, może nie sympatyczny, ale na pewno w jakiś sposób pociągający. U Stasiuka na przykład komuna to okres heroiczny. W tym czasie bohaterowie m. in. takich powieści jak Dziewięć czy Biały kruk zawiązują męskie przyjaźnie, do tamtych czasów wracają stale we wspomnieniach i rozmowach. Wtedy miały miejsce legendarne już dla Stasiukowych bohaterów pijatyki i bijatyki, włóczęgi i szaleństwa. Być może działa tutaj mechanizm pozytywnego postrzegania czasów swojej młodości, jakiekolwiek by one nie były. Jeśli jednak wpisze się te wspomnienia w szerszy kontekst prozy Stasiuka, można zobaczyć, że to nie tylko to. Zauważmy, że Stasiuk pisząc o rzeczywistości po 1989 roku opisuje świat tak, jakby wydarzyła się w nim jakaś katastrofa, a my oglądamy jakieś resztki które po niej pozostały. Widać to zwłaszcza w Opowieściach galicyjskich. Widać to też w Jadąc do Babadag, widać w Fado. Dla Polski i całej reszty krajów bloku komunistycznego z końcem epoki komunistycznej zaczął się rozpad, powolne zamieranie. Pisząc o pielgrzymach Jana Pawła II do Polski Stasiuk mówi wprost, że papież przyjeżdżał do kraju z roku na rok gorszego. Na tym tle widzimy, że wspomnienia z młodości stasiukowych bohaterów są dla nich tak atrakcyjne nie tylko dlatego, że byli wtedy przystojniejsi.

Co ciekawe, o psuciu się świata wspomina też Witkowski w Lubiewie. Jest w tej powieści scena, w której cioty tkwiące mentalnie w homoseksualnym środowisku końca lat osiemdziesiątych spotykają nowoczesnych gejów. Ocena Michaśki Literatki jest dla tych drugich miażdżąca. Są oni w jej oczach sztuczni, nieprawdziwi. Zupełnie nieatrakcyjni i pozbawieni fantazji. Skażeni plastikową popkulturą nie wytrzymują porównania z koleżankami Michaśki ukształtowanymi w przaśnym a jednak jakby bardziej realnym peerelu.

Zresztą komunonostalgia u Witkowskiego to osobne zagadnienie. Prawie cały debiutancki tom tego pisarza utrzymuje jest w tonie takiejż właśnie nostalgii. Oczywiście, mamy tu do czynienia ze wspominaniem dzieciństwa które z reguły waloryzowane jest jeszcze bardziej dodatnio, niż młodość. Ale podmiotowi literackiemu tęskni się bardzo często do tych akurat elementów dzieciństwa, których bez peerelu by nie było. Dzieciństwo bohatera i narratora jest takie pociągające między innymi dlatego, że jest w nim obecny lepszy świat. Jest on obiektem swoistego kultu, naiwnej dziecięcej wiary. Tym światem jest Zachód. Wiara ta ma swoje święte księgi – historyjki z gum donaldów, ma swoje mieniące się nieznanymi w szarzyźnie demoludów graale i złote runa. Najciekawsze jest opowiadanie, w którym główny bohater jeszcze jako dziecko wyrusza na swego rodzaju pielgrzymkę do RFN. Jedzie nocą niemiecką autostradą (co jest jednym z najnudniejszych zajęć na świecie) i jest zafascynowany wszystkim, co widzi, dostępuje wzachodowstąpienia. Kontrastuje to ze scenami, w których już jako dorosły człowiek jedzie nocą samochodem i już zdaje sobie sprawę z tego, że nocna jazda po autostradzie to w gruncie rzecz tylko nuda, samotnośc i melancholia. Gdy ten lepszy świat stał się udziałem bohatera, pękła iluzja, Arkadia okazała się plastikową atrapą.

Dwa wymienione wątki (komuna – okres heroiczny i podobny dosyć komuna – okres stykania się z rzeczywistością i prawdziwym życiem) spotyka się i u innych pisarzy.

U Siemiona w Niskich łąkach znajdujemy motyw okresu heroicznego, w którym bohaterów łączą więzy przyjaźni, w którym dokonują czynów wielkich pisząc po murach i żyjąc poza systemem. Łączy się ten wątek z wątkiem kontaktu z rzeczywistością. Główny bohater, Anglik, przybywa z Zachodu i w peerelu dopiero styka się z prawdziwym życiem, prawdziwymi uczuciami, etc. Kiedy pisarz kieruje nasz wzrok na współczesny Zachód, gdzie główny bohater wraca, widzimy krainę upadku i zepsucia, krainę w której nie ma miłości, nie ma przyjaźnie, w której wszystko jest sztuczne. Nic dziwnego, że Anglik do chwil spędzonych w peerelu tęskni przez resztę książki.

Co ciekawe, także literatura popularna w osobie Pilipiuka ton komunonostalgiczny podtrzymuje. Diabeł tkwi w tym wypadku w szczegółach, a dokładniej w rekwizytach używanych w cyklu o Jakubie Wędrowyczu. Zauważmy, że główny bohater ma dosyć ciekawe preferencje – najlepsze i najprzydatniejsze jest według niego mienie poradzieckie. Jeśli ma posłużyć się bronią palną, to autor najchętniej wciska mu w rękę pepeszę made in USSR, jeśli ma założyć jakieś nakrycie głowy, to będzie to uszanka, itd. itp. Jest w tym jakaś fascynacja molochem, który gnijąc i umierając pozostawił po sobie bardzo przydatne śmieci. Śmieci będące świadectwem innych czasów, można by się nawet odważyć i powiedzieć – lepszych czasów. Bo kiedy autor zestawia głównego bohatera z ludźmi, którzy większości swego życia nie przeżyli w peerelu, postać kłusownika wygląda o wiele korzystniej. Wędrowycz jest twardszy, wyrazistszy, zaradniejszy. Jest solidny i mocny, jak ruska pepesza, surowy i prosty, a przez to niezawodny. Ma, jak się okazuje, wiele wspólnego z używanymi przez siebie gadżetami. Jest, jak one, wytworem komuny, i przez to , też jak one, niemal niezniszczalny.

Te mityczne obrazy peerelu kontrastują w naszej literaturze z obrazami RP numer III. A jako czytelnicy to na jej rzeczywistość patrzymy dosyć niechętnym okiem. I to niezależnie od tego, czy bardziej pociągają nas fantasmagorie nagrodzonej michnikową Nike Masłowskiej, czy teorie spiskowe michnikożernego Ziemkiewicza. Rzeczywistość w której żyjemy widzimy w książkach współcześnie pisanych opisaną tak, jak sobie tego życzymy – w czarnych barwach.

Rzeczywistość za oknami opisywana jest zwykle, jak mi się wydaje, w dwóch kategoriach. Pierwsza to chaos. W literaturze po ’89 bohaterowie rzadko orientują się, co się z nimi dzieje, co się dzieje ze światem wokół nich, rzadko wiedzą, co mają robić. Tak jest u Stasiuka w Białym kruku już tutaj wspomnianym, w którym bohaterowie wyruszają w Bieszczady na wojnę z całym światem po to tylko, aby coś się zaczęło dziać, by sytuacje wokół nich zrobiły się na tyle jasne, by można było podejmować jakiekolwiek decyzje bez wahania. Podobnie jest w Dziewięć – tam aksjologiczny chaos nowej rzeczywistości obecny w różnym stopniu u wszystkich postaci uosabia nastolatka porozumiewająca się z otoczeniem newageowskimi sloganami. Także Lew i Owiewka u Sieniewicza w Czwartym niebie są postaciami skrajnie zagubionymi. Próbując jakoś odnaleźć sens we wszechogarniającym chaosie chwytają się ideologii nacjonalistycznych z jednej strony, a z drugiej lewackich. Jako swoje wybierają dyskursy, które nie dopuszczają wielości poglądów na świat, które roszczą sobie prawo do bycia jedynymi możliwymi dyskursami. Sieniewicz pokazuje bardzo ciekawą rzecz – po ’89 roku trzeba być neonazistą albo neobolszewikiem, żeby móc traktować swoje poglądy zupełnie poważnie, by walczyć o nie za wszelką cenę. Wielość języków możliwych do opisu rzeczywistości po ’89 sprawiła, że każdy sąd, jeśli chce się potraktować rozmówcę uczciwie, należy opatrzyć magiczną formułą ,,tak, ale’’. Nic nie jest pewne, kiedy wiadomo, że każdy w jakimś stopniu ma rację. Jedynymi intelektualnie wygodnymi dyskursami są dyskursy skrajne, które dla większości myślących ludzi (a ci stanowią, jak sądzę, docelową grupę odbiorców literatury współczesnej) są obrzydliwe. Pozostaje zatem trwać jakoś w tym chaosie, czytając diagnozującą tę sytuację literaturę.

W ten sposób pisarze jednocześnie dotykają komunonostalgii i wskazują jej źródła. Tęsknota za komuną wydaje się tęsknotą za aksjologicznym ładem. Za podejmowaniem decyzji w sytuacji, w której mamy do wyboru dwie – trzy opcje, a nie milion. Z dzieł współczesnych wynika, że komuna miała nad naszą współczesnością jedną, wielką przewagę. Istniało w niej dobro i zło. Nieważne, czy zło uosabiał milicjant z pałką, czy radomski warchoł. Kategorie dobra i zła istniały. Kapitan Żbik walczył ze złem. Jan Polkowski krzyczał w swoich wierszach w obronie dobra, chociaż pojmowali dobro i zło zupełnie odmiennie. Można się było opowiedzieć po którejś stronie, można się było nie opowiadać – był w każdym razie jakiś porządek. Po ’89 kategoria dobra i zła stała się passe. Pozostała w użyciu jedynie w dyskursie religijnym (który został zmarginalizowany) i politycznym (który został znienawidzony). Także działania bohaterów literackich przestaliśmy postrzegać w tych kategoriach. Trzeba sięgnąć do literatury popularnej, żeby się z tą dychotomią zetknąć, a często nawet i to nie. Wystarczy spojrzeć na Wiedźmina Sapkowskiego, czy na scenę z Narrenturmu tegoż pisarza, w której ginie jeden z najczarniejszych charakterów, czytelnik oddycha z ulgą, a chwilę potem narrator mówi nam, że bez pomocy swego od tej chwili nieżyjącego syna, jego matka, staruszka umrze następnej zimy z głodu. Relatywizm wkradł się, jak widać, nawet do literatury fantasy – której cały urok polegał przecież dawno temu na tym, że dobrzy wyciągali miecze przeciwko złym w obronie dobra właśnie. Jak tu w takiej sytuacji nie zatęsknić za przejrzystą aksjologicznie (z dzisiejszego punktu widzenia) komuną?

Drugą kategorią, w jakiej się mówi o rzeczywistości zaokiennej jest kategoria ściemy. Nie kłamstwa, nie fałszu – bo te zakładają istnienie jakiejś prawdy. Ściemy. Tymczasem w literaturze mamy raczej do czynienia ze ściemą – iluzją zakrywającą rzeczywistość w sposób tak doskonały, że prawdy albo nie ma, albo wydaje się, że jej nie ma, co w gruncie rzeczy na jedno wychodzi. Jedna z końcowych scen Wojny polsko – ruskiej jest bardzo znamienna pod tym względem. Silny zaczyna rozbijać wszystko dookoła siebie i odkrywa, że za tym, co widzi, kryje się pustka. Ta symboliczna deziluzja ukazuje sytuację poznawczą współczesnego człowieka. Zauważmy, że kategoria prawdy używana jest we współczesnych książkach głównie w odniesieniu do czasów minionych. To, co jest dzisiaj, jest sztuczne, nieprawdziwe. Wszelkie próby poszukiwania prawdy w naszym świecie są skazane na niepowodzenie, jak pokazuje Złoty pelikan Chwina. Co więcej, nawet jeśli bohaterowie docierają mimo wszystko do jakiejś prawdy, to jest ona jedną z wielu prawd funkcjonujących w obiegu – tak jest w Ojciec odchodzi Czerskiego. To, co mówi nam narrator o żałobie narodowej można było wyczytać w kolorowych tygodnikach już parę dni po jej skończeniu. Taka prawda nie jest dla czytelnika wiele warta. Takich prawd czytelnik ma wokół siebie na tyle dużo, że wie, iż żadna tak na dobrą sprawę prawdą nie jest.

Nie tylko brak pluralizmu światopoglądowego czyni czasy peerelu atrakcyjniejszymi ze względu na prostotę. Także inny sposób podawania kłamstwa. Dziś, podobnie jak wówczas, jesteśmy okłamywani ciągle. Reklamy, prasa, politycy, telewizja, etc. Jednak dziś mówi się głośno o wszechobecności kłamstwa i... nic się nie dzieje. Uznajemy kłamstwo za stały element rzeczywistości. Polskę obiegło słynne zdanie Jacka Kurskiego mówiące, że ,,ciemny naród wszystko kupi’’ i nikt się nawet specjalnie nie oburzył. Stało się tak, ponieważ Kurski mówiąc szczerze o tym, jak działają polscy politycy (w tym on sam), powiedział coś, co ten ,,ciemny naród’’ doskonale wie. Dziś kłamanie może stać się nawet dobrze płatnym zawodem – o ile oczywiście znajdziemy pracę w agencji reklamowej lub pr –owskiej. Powiedzieć o kimś ,,on kłamie’’ jest gestem pustym. Wydaje się, że przed rokiem ’89 było inaczej. Kłamstwo także było wszechobecne, ale oficjalnie się o tym nie mówiło. Wierzono, że literatura może odkłamać rzeczywistość, że wystarczy wskazać kłamstwa, by odkryć prawdę. Takie było przecież jedno z założeń Nowej Fali. Było to zadanie niewątpliwe wzniosłe i szlachetne, nadające literaturze duże znaczenie. Dziś takie pisanie byłoby niemożliwe – literatura nie ma jak być wzniosła, trudniej jest jej być ważną. Jesteśmy przyzwyczajeni do kategorii prawdy zarówno w życiu, jak i w literaturze, zatem wracamy pamięcią do czasów kiedy funkcjonowała ona i tu, i tam.

Jednak poza kwestiami aksjologicznymi i epistemologicznymi komuna oferuje dzisiejszemu człowiekowi także rzeczy bardziej przyziemne. Mowa tu cały czas oczywiście o komunie mitycznej, o pewnym obrazie peerelu utrwalonym w naszej kulturze. Najważniejszą chyba z owych rzeczy przyziemnych (czy raczej ,,przyziemnych’’) przez ten mit proponowanych jest wspólnota. Myślę, że to właśnie obraz wspólnoty jest jedną z najbardziej pociągających rzeczy w produkcjach Barei. Oglądając na przykład Alternatywy 4 widzimy mieszkańców bloku, którzy się znają, podtrzymują jakieś więzi, ba, którzy są w stanie razem coś zrobić – obejrzeć ważny mecz czy pozbyć się znienawidzonego dozorcy. Dla kogoś, kto wychował się w blokowisku postkomunistycznym, w zatomizowanej pseudospołeczności taki obraz jest nie tylko egzotycznym science – fiction, jest czymś, za czym się w gruncie rzeczy tęskni. Ten obraz bierze się na pewno częściowo z obiegowej opinii głoszącej, iż Polacy są w stanie zjednoczyć się tylko przeciwko wspólnemu wrogowi. Trzeba przyznać, że coś w tym jest. Od początku rządów PiS- u daje się zauważyć działanie tego mechanizmu – wspólne narzekanie na władzę jest jeszcze bardziej integrujące, niż kiedykolwiek, dowcip polityczny zjednuje sympatię przypadkowo spotykanych osób, inicjatywy polityczne podejmują grupy, których wcześniej by się o to nie podejrzewało (na przykład uczniowie szkół średnich i gimnazjów). Oczywiście, ten wątek komunonostalgii, nazwijmy go wątkiem wspólnotowym, jest podejmowany przez współczesną literaturę. Najlepszym chyba przykładem jest Wałęsa Pawła Demirskiego. To dramat opowiadający o dziejach Lecha Wałęsy i Solidarności od roku 1980, aż do końca lat osiemdziesiątych. Najciekawsza z punktu widzenia kogoś, kogo komunonostalgia interesuje, jest w tym dramacie notka autora na ostatniej stronie okładki. Pisze on tam, że utwór powstał jako reakcja na czasy, w których ludzie nie umieją się razem zbuntować, razem potrafią co najwyżej stać w kolejce w hipermarkecie. Cały Wałęsa jest nostalgiczną wycieczką autora w czasy inne, w czasy, w których polskie społeczeństwo było mniej zatomizowane, umiało się zjednoczyć wokół wspólnego celu. Im bliżej końca lat osiemdziesiątych, tym jest gorzej, tym mocniej zarysowują się podziały, tym bardziej osamotniony jest główny bohater. Czytelnik ma wrażenie, że zbliża się jakaś katastrofa – akcja przyspiesza, sceny robią się coraz krótsze. Co ciekawe, w dramacie znajdujemy dokładnie taki obraz komuny, jaki zachował się w komunonostalgicznym micie, a dokładniej w jego wspólnotowym składniku. Widzimy w utworze poręczny totalitaryzm. W gruncie rzeczy niezbyt groźny, groteskowy, a jednocześnie na tyle uciążliwy, by jednoczył przeciwko sobie ludzi i by walka przeciwko niemu była wzniosła i mogła być traktowana serio. Sceny ze stanu wojennego autor odrealnia, każąc w didaskaliach puścić latynoską muzykę i nosić wszystkim aktorom ciemne okulary. Dzięki temu czytelnik może zachować swój obraz mityczny. Gdyby były realistyczne, wkradłby się weń dysonansowy dźwięk padających ciał i czołgowych silników.

Tęsknota za czymś, z czym można byłoby walczyć ma też aspekt prostoty aksjologicznej. Sytuacja walki jest sytuacją dosyć wygodna, oczywiście pod warunkiem, że przeciwnik jest tak niegroźny jak mityczna komuna, bowiem znacznie zawęża wachlarz możliwości, z których musimy wybierać. Być może napisanie Wałęsy wynikało stąd, że lata osiemdziesiąte i peerel w ogóle to ostatni okres, w którym to, przeciwko czemu należało się buntować, było jasno określone. Demirski krytykując rzeczywistość, w której żyje, nie mógł umieścić akcji utworu tu i teraz – sytuacja jest już zbyt skomplikowana, by móc znaleźć wystarczająco wyraziste symbole zła i oporu przeciwko niemu.

Ten motyw znajdujemy też u Stasiuka. Pisze on w Białym kruku o ojcach bohaterów: To byli prawdziwi mężczyźni. [...]Nie skarżyli się nigdy. Wkładali marynarki i wychodzili z domu. Codziennie wracali. Ani słowa skargi. Żyjąc wśród nich, w ich cieniu, byliśmy pewni, że konstrukcja świata jest skończona. Oni nigdy by nas nie zdradzili. Tłukli nas od czasu do czasu widząc, jak się wymykamy. To oni dawali nam prawdziwą wolność, wolność ucieczki. Zdrada przyszła z innej strony. Ze strony piździelców nie potrafiących znosić swojego losu. Od bab. Nie na darmo kryli się w kościołach pomiędzy chłopami w kieckach. Upadek komuny oznaczał dla bohaterów książki koniec wolności, tej wolności ucieczki. Gest negacji przestał być wystarczającą odpowiedzią na świat, niewiadomo już było, co będzie wystarczającą. Stracili wolność – zostali zmuszeni do dokonywania wyborów, co w sytuacji, w której ma się miliony możliwości, pozbawia jakiejkolwiek możliwości wyboru.

Wracając do motywu wspólnotowego – Stasiuk także o nim pisze, w Fado. Opowiadając o pierwszej mszy papieskiej w Polsce stwierdza, że wtedy pierwszy raz poczuł jedność z innymi ludźmi, że wtedy jeszcze papież mówił do ludzi tworzących społeczeństwo, natomiast po ’89 z pielgrzymki na pielgrzymkę było coraz gorzej.

Można podejrzewać, że im bardziej podzielone będzie społeczeństwo, im mniej będzie prawdziwych wspólnot terytorialnych, tym ten wątek komunonostalgii (a także, ewentualnie, wszystkich innych, następnych –nostalgii) będzie silniejszy. Piszę: następnych, bo komunonostalgia nie jest na pewno formą wieczną. Kiedy na kształt kultury większy wpływ zaczną wywierać ludzie urodzeni po ’89, stanie się raczej zjawiskiem marginalnym. Na razie pisarze z roczników ’60 i ’70 wracają pamięcią do lat swojej młodości. Jak pokazuje przykład Demirskiego, także roczniki ’80 znajdują coś dla siebie w micie komuny – w ich przypadku działa jeszcze magia dzieciństwa, które pociąga niezależnie od czasów, na jakie przypada. Młodsi będą dorastać już w innym otoczeniu, będą się karmić innymi mitami, jeśli nawet tęsknić, to za czymś innym. Na szczęście.

Komunonostalgia jest bowiem czymś niepokojącym. Nie dlatego, że świadczy o jakimś zaniku pamięci historycznej, bo tak raczej nie jest – polska rzeczywistość polityczna jest tak skonstruowana, że dyskusje wokół historii tamtych czasów będą nam towarzyszyć jeszcze długo, nie pozwalając na zapomnienie. Komunonostalgia jest tęsknotą za tworem mitycznym, którego nigdy nie było i nie będzie. Jak napisałem wyżej, tęskni się nie za kolejkami, pałkami i tajniakami, a za nieziszczoną w takim kształcie, w jakim występuje w micie, sytuacją egzystencjalną pod paroma względami łatwą.

Niepokojąca jest jedynie żywość tego mitu. Chcemy oglądać kontynuacje Misia i Alternatyw 4, na ścianach wieszamy dostępne we wszystkich księgarniach kalendarze z reprodukcjami propagandowych plakatów, wreszcie, czytamy literaturę z wyraźnymi akcentami komunonostalgicznymi. To znaczy, że rzeczywistość która nas otacza ma w naszym (piszę ,,naszym’’ z pozycji członka społeczności aktualizującej mit) odczuciu jakieś poważne braki.

Najprawdopodobniej na literaturę nienostalgiczną trzeba będzie poczekać, aż grono odbiorców i twórców się odmłodzi i nowe mity zaczną zapładniać zbiorową wyobraźnię. Miejmy tylko nadzieję, że stosunki między przyszłym społeczeństwem a rzeczywistością ułożą się na tyle pomyślnie, że żadna –nostalgia nie będzie potrzebna.

Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 64 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: Goodbye, Jaruzel? - literacka komunonostalgia po polsku. /esej/ *
przez Des_Grieux dnia 13-05-2007 o godz. 08:29:17 http://desgrieux.blox.pl/html
Może to postawa wynikająca z lęku przed otwartą przestrzenią? I koniecznością samodzielnego radzenia sobie z jej przemierzaniem. Wielu ludzi, nawet nie uświadamiając sobie tego do końca, doskonale się czuje w światach koncentracyjnych. Może też ta nostalgia wynikać ze swoistej postawy martyrologicznej, do która jest naszą skłonnością narodową - w jakiś przewrotny sposób lepiej się czujemy w niewoli, bo to i ponarzekać można, i za wolnością, w którą tak naprawdę nikt już nie wierzy, powzdychać można, i specyficzne poczucie wspólnoty, zjednoczenia w nieszczęściu i "walce" ze wspólnym wrogiem. Może tęsknota za jasnym podziałem na zło i dobro, na świat, w którym byliśmy tylko dobrzy "my" i źli "oni"?

Kłaniam się pogodnie




Re: Goodbye, Jaruzel? - literacka komunonostalgia po polsku. /esej/ *
przez tsole dnia 13-05-2007 o godz. 11:14:21 http://www.tsole.prv.pl http://tsole.salon24.pl/ http://tsole.nowyekran.pl/
Sprawnie i przejrzyście napisane, wciągające. Przeczytałem z zainteresowaniem i ciekawością. Choć autor uprawia fenomenologię komunonostalgii (a może po prostu komunostalgii, by pozostać w konwencji genseków, politruków, socrealizmu etc.?) przez pryzmat literatury, to rezultaty dość dobrze przystają do rzeczywistości w ogóle; dobrze to świadczy o literaturze, skoro tę rzeczywistość opisuje a nie kreuje.
W poszukiwaniu przyczyn komunostalgii najbardziej przekonują mnie ustępy o aksjologicznym ładzie tamtych lat zastąpionym aksjologicznym chaosem, jaki stał się naszym doświadczeniem z chwilą gdy pękła żelazna kurtyna i Polskę zalał potop wszelkiej maści relatywizmów, na które społeczność nie była uodporniona. Wydaje mi się, że zagrożenie to doskonale pojmował Jan Paweł II, skoro już podczas pielgrzymki w 1991 roku postanowił wzmocnić ów aksjologiczny fundament, przyjmując za leitmotiv swoich homilii Dekalog.
Jednak komunostalgia to także zmiana tkanki życia codziennego. Przede wszystkim zagrożenie związane z nieprzewidywalnością jutra (dziś mam pracę, jutro mogę ją stracić), z życiem w nieustającym stresie. Pokolenie, o którym mówi autor było wychowane w warunkach tzw. małej stabilizacji, gdzie władza gwarantowała byt na niskim, lecz jednak stabilnym poziomie. Praca była na czele chlubnych praw człowieka; w efekcie wielu odnosiło wrażenie, że to oni „robią łaskę” pracując. Dziś praca jest wartością, o którą trzeba zabiegać. Na to także nie byliśmy przygotowani. Jeszcze jeden aspekt z dziedziny prozy życia. Gospodarka niedoboru sprawiała, że ludzie biegali z pełnymi portfelami po pustych sklepach. Zdobycie kilograma cukru, dobrej wędliny było sukcesem. Człek, który podczas przyjęcia (akurat mamy czas I Komunii) zagwarantował wystawny stół był bohaterem. A dziś człek ów się wykosztuje, goście zjedzą z apetytem, ale nie ma mowy o podziwie, uznaniu, bo przecież to żadna sztuka. I z tym nieco humorystycznym akcentem pozdrawiam Autora serdecznie ukontentowany lekturą. :)
PS. Cieszy też, że (poza jednym przypadkiem, gdzie mowa jest o Jacku Kurskim) Autorowi udało się uniknąć bezpośredniej ekspozycji swych politycznych sympatii. To zdecydowanie umacnia wrażenie obiektywizmu. A propos, z tego, co wiem, nie zostało udowodnione, jakoby Kurski zdanie to wypowiedział. Ponoć ten ostatni proponował Lisowi badanie na wariografie, po czym cała sprawa nagle ucichła...



Re: Goodbye, Jaruzel? - literacka komunonostalgia po polsku. /esej/ *
przez rahl dnia 13-05-2007 o godz. 14:36:32
Przeczytałam z dużym zainteresowaniem, dobrze napisany esej.
BTW komunonostalgia jest zjawiskiem, które ogarnęło (jak się zdaje) wszystkie sfery życia:(



Re: Goodbye, Jaruzel? - literacka komunonostalgia po polsku. /esej/ *
przez elkaone dnia 13-05-2007 o godz. 15:23:34 http://elkaone.lipinscy.net/
Zaczęłam czytać z czymś rodzaju niechęci, a przynajmniej ostrożności, wywołanej przez tytuł. Który po przeczytaniu całości uważam za najmniej udany element eseju. Ale mniejsza o tytuł. Tekst wciągnął mnie bez reszty i nie pozwolił przerwać lektury mimo niepokojących sygnałów z kuchni ;-)
Jestem wręcz urzeczona (wydaje się to nieadekwatnym określeniem w stosunku do eseju, a jednak tak) zarówno treścią, jak i sposobem ujęcia tematu i – last but not least – znakomitym językiem.
Przede wszystkim jestem pełna podziwu dla trafności diagnoz u tak młodego człowieka. Nie obraź się czasem, nic w tym z protekcjonalnego tonu, ale dla mnie jesteś przeraźliwie młody. I tu pełen podziw, bo godzę się z Twoimi diagnozami w całości - z całą swoją wiedzą przeżytą i nabytą. Widzę wokół siebie te tęsknoty, z których nie wszystkie odczuwam, ale wiele z nich – tak. Narzekam na osobność, brak czasu, pogoń za wszystkim, narzekam na panoszenie się skrajnych postaw filozoficzno-politycznych, niezależnie od opcji, bo zawsze szczerze nienawidziłam skrajności, a moim bogiem jest tolerancja, narzekam na pozwolenie społeczne na bylejakość, tandetę, przeciętniactwo i schlebianie jego gustom. I jest mi smutno.
Czy było lepiej w Peerelu? W pewnych kwestiach tak, w innych nie, ale ludzie byli sobie bliżsi.
A najciężej przeżywam to, że po raz pierwszy za czasów swojego życia (wiem, nie przeżyłam jako osoba świadoma czasów przed 1956 rokiem, a tak naprawdę ocknęłam się dopiero w 1968) boję się, że ktoś może mnie wyrzucić poza jego nawias nie dlatego, że są ku temu powody, ale z powodu widzimisię. To boli najbardziej. I nie mam tu na myśli wcześniejszej emerytury.
Brawo, Asasello!



Re: Goodbye, Jaruzel? - literacka komunonostalgia po polsku. /esej/ **
przez Toni dnia 13-05-2007 o godz. 18:36:07
Ładnie i przekonywująco scharakteryzowany został w tym eseju pewien
znaczący res współczesnej literatury (ale czy literatury głównego
nurtu?). Być może liczni twórcy urodzeni w latach 60. i 70.
minionego wieku nasączą komunonostalgią (a właściwie mitami o
tamtym okresie) każdy gatunek literacki, za który by się nie wzięli...
Kłania się psychologia, mentalność, zawsze żywa tęsknota do lat
szczenięcych, chmurnych i durnych, do prostej wizji świata, o której
dobitnie było w eseju...

Po przeczytaniu tego ciekawego tekstu nasunęła mi się jedna
refleksja: czy spośród wymienionych w tekście pisarzy jest jakaś
jednostka (lub kilka takich), na tyle wybitna, że po opadnięciu
w przyszłości społecznej fali komunonostalgii zajmie ona i jej dorobek
literacki poczesne miejsce na wieki w panteonie polskiej literatury?

W romantyzmie polskim, gdzie czytelnictwo i piśmiennictwo
nie było aż tak rozpowszechnione, poezjowaniem parało się ponad
dwustu twórców, a w edukacji literackiej wspominamy gwiazdy cztery,
z których jedna nie wzeszła w swoim (romantyzmu) czasie, zaś inna,
spośród tych czterech, współcześnie wyraźnie gaśnie... Oto jest
pytanie: kto może zająć miejsce bardziej na trwałe w historii
naszej literatury spośród dzisiejszych komunonostalgików?
Czy jest ktoś taki, co pozostanie jak ten diament pośród popiołów
rozwiewanych wiatrem historii prądów i podmuchów literackich?



Re: Goodbye, Jaruzel? - literacka komunonostalgia po polsku. /esej/ **
przez Tyler69 dnia 13-05-2007 o godz. 22:40:40
Mi się wydaje, że komunonostalgia jest domeną środowisk nie uczestniczących świadomie w życiu społecznym i nie jest żadnym niepokojącym zjawiskiem. Nie to żebym przywołanych pisarzy zsuwał na margines, ale oni to pisali na zasdaie przekory wobec władzy.
Wałęsa nie dał po 100 milionów, przyszło bezrobocie, jedzenie stało się drogie, książki musiały być poczytne, więc szukali dziur w zwycięstwie Solidarności. Szukanie dziur to może mało ambitne zajęcie, ale wciąga jak zgniatanie mend na własnej głowie.
Nie podoba mi się , że autor wyciąga wnioski, że my Polacy, wolimi klarowny podział na dobro i zło, że dlatego gubimy się, gdy podział zanika, że akceptujemy kłamstwo. Za dużo pisze w "naszym" imieniu. Uogólnia. WNioski są pochopne i argumenty dalekie od wystarczających.
Ma się wrażenie, że autor po przeczytaniu wymienionych książek nabrał pewnego przeswiadczenia odnośnie swojej otoczeniowości, i napisał science fiction by uwiarygodnić zaistniałą literaturę. Wiara w słowo wydrukowane?
Pozdrawiam



Re: Goodbye, Jaruzel? - literacka komunonostalgia po polsku. /esej/ **
przez seweryng dnia 14-05-2007 o godz. 09:09:57
A nie jest to tak przypadkiem, że tytułowa nostalgia nie ma nic wspólnego z systemem zamieszkania :)
To jest, po prostu i zwyczajnie, nostalgia za latami młodości, pijatykami, bijatykami i ca tam jeszcze kto przeżył. Nikt nie ma specjalnie wpływu na to gdzie wypadnie mu młodość spędzić jednak w przewadze będzie się ona kojarzyć dobrze. I tak podążając tym tropem brak nam nastalgii w literaturze dotyczącej okresu po 89, gdyż zwyczajnie, twórcy nie skończyli jeszcze przeżywać swojej młodości i okres ten "nie dojrzał". W związku z tym, podobnie jak niektórzy przedmówcy, sadzę, iz zwyczajnie trzeba trochę zaczekać.

Drugim czynnikiem jest, moim zdaniem, empirycznie stwierdzony fakt zaniku życzliwości w narodzie po roku około 82. Pamiętam nagły szok, ogólny marazm, zchamienie, pęd tratującego stada ludzkiego wręcz. Pamiętam to w kontekście małego miasteczka, dzieckiem jeszcze będać dostrzegałem ze zdumieniem jak mili ludzie z dnia na dzień stali się wrogą sobie tłuszczą. I ten milutki pesymizm narodowy trwa do dzisiaj...

Trudno go tłumaczyć nagłym brakiem wroga, walka z komuną na dobre zaczęła się bowiem we wspomnianym miasteczku później. Może nagły kryzys, upadek autorytetu, zmęczenie naiwną propagandą.

Mała uwaga odnośnie tekstu. Chyba nie zgodzę się z implikowaną definicją "mitu" jako przewidzenia, wyobrażenia czegoś co nigdy nie istniało, bajki bez podstaw.

pzdrw,



Re: Goodbye, Jaruzel? - literacka komunonostalgia po polsku. /esej/ **
przez chkargas dnia 14-05-2007 o godz. 09:20:26
Dla mnie temat powyższego eseju winien być w gruncie rzeczy abstrakcją. Teoretycznie powinienem albo pomilczeć, albo wypowiedzieć się odnośnie formy, którą można skwitować króciutko jako bardzo dobrą z drobniutkimi wpadkami w postaci kilku zaledwie literówek. Styl wypowiedzi wciągający, lektura nienużąca.
Pozwolę sobie jednak mimo wszystko na kilka refleksji. Należało wyjść moim zdaniem z faktu, że przeszłość jest zawsze mityczna i w całym świecie we wszystkich społeczeństwach spora część ludności tęskni za tym, co było, bo było ono "lepsze" i próbuje przekonać młodzież, że tak właśnie było, czy też, że wszyscy na równi walczyli przeciw odgórnego reżimu. Piszę to z pozycji człowieka, który spotkał się z takimi poglądami w niejednym kraju i od niejednego człowieka usłyszał i był przekonywany o owej "prawdziwe" odnośnie przeszłości i który niektóre z tych "przeszłości" doświadczył w mniej czy bardziej intensywny sposób. Tak się okazało, że tutaj w Polsce owa mityczna przeszłość należy do tzw. petrelu. Nic dziwnego, zatem, że ludzie (szczególnie starsi) za nim tęsknią.
To, co jednak ciekawi i niepokoi jest perspektywa zagadnienia obrana przez autora, przez pryzmat odbicia tej tęsknoty w literaturze, które to odbicie pozostanie na dłużej niż jednostkowe opowiastki "dziadka". Z drugej strony te opowieści mają większe bezpośrednie oddziaływanie na jednostkę (biorąc pod uwagę procent spoleczeństwa, który czyta beletrystykę). Ciekawi mnie w tym kontekście czy istnieje, i jaka jest skala zjawiska, współczesna literatura i mitologizacja w ogóle, wychwalająca obecny stan rzeczy. Czyli kontr-literatura i kontr-mitologia do tej "tęskniącej". Może literaturowa komunonostalgia jest równoważona progresywizmem? Fajnie byłoby, gdyby ktoś zajął się tym zagadnieniem.


"Nie tylko brak pluralizmu światopoglądowego czyni czasy peerelu atrakcyjniejszymi ze względu na prostotę."
To zdanie jedynie z całego eseju razi mnie swoim myślowym uproszczeniem, a może raczej skrótowością przekazu. Podejrzewam, że autor miał na myśli brak możliwości wyrażania myśli, prowadzący do oficjalnego obrazu monolityzmu myśli. Pluralizm bowiem to zjawisko, a nie "zezwolenie na". Z drugiej strony możliwe, że autor twierdzi w tym miejscu, że wg niektórych w peerelu istotnie nie istniał pluralizm myśli, co wydaje mi się chybionym wnioskiem. Przecież, gdyby nie ów pluralizm nikt, by nie chciał zmienić czegokolwiek. Chyba "brak pluralizmu myśli" nie wchodzi w skład mitu peerelowego, ani też w skład komunonostalgii.


"Pisze on tam, że utwór powstał jako reakcja na czasy, w których ludzie nie umieją się razem zbuntować, razem potrafią co najwyżej stać w kolejce w hipermarkecie." Nie zależnie od "nostalgicznego" tonu tego wywodu i zdając sobie sprawę z wielkiego manipulującego uproszczenia w nim, nie mogę z tym jednak w ogólnych zarysach nie zgodzić się. Ot takie luźne obserwacje, które porównuję do sposobu, jakim ludzie "jednoczą się" w walce w innych krajach "nieskażonych" przeszłościową pseudo-komuną.
Niby miałem pomilczeć, a tu się rozwodzę. Kończę zatem na tym, bo w końcu napiszę komentarz dłuższy od eseju :-)



Re: Goodbye, Jaruzel? - literacka komunonostalgia po polsku. /esej/ **
przez yarre dnia 14-05-2007 o godz. 18:23:56 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl
Znakomite! Jeśli pojawi się tu jeszcze jedna gwiazdka, będę usatysfakcjonowany w pełni.
Po lekturze (a także po autorskiej odpowiedzi na pytanie sipryta o wiek) zastanawiam się, czy żeby z tak odległym (autorskodorosłożyciorysowo) tematem chwycić się za bary koniecznie
trzeba właśnie mieć taki dystans pokoleniowy do niego, bo inaczej się nie da? I mam wątpliwości, poniewaz bardziej mnie przekonywałoby wyjaśnienie, że nalezy mieć analityczno-publicystyczne sokole oko oraz pióro, które zamoczone w kałamarzu nie tyle burzy spokój atramentowi, co czyni mu coś na kształt zaszczytu. Nawiasem mówiąc jestem w kropce, czy warsztat literacki autora bardziej mnie tu ujmuje, czy - powiedzmy banalnie - mądrość obserwacji i umiejętność wyciągania z owych spostrzeżeń sensownych wniosków pozostających na odpowiednim poziomie ogólności, a jednoczesnie logicznie umocowanych w "materiale dowodowym". Jako czytelnik prasy papierowej życzyłbym sobie zamieszczania tam materiałów stojących na podobnym co tekst A. poziomie i dokładnie to samo mówię jako fabryczny czytelnik. Jako ten drugi - marzy mi się stojąca na podobnym poziomie polemika z autorem "Gudbaja".
Za "wartośc dodatkową" tekstu tutejszego uważam umiejętność "lekkiego" ujęcia tematu, który do tej pory (oceniam na podstawie tego, co przeczytałem na papierze) cierpiał przez realizacje quasi-tabloidalne, lub ceglano-naukowe. Tutaj jest lekko, frapująco bez szkody dla meritum. Można rzec - wzorcowo (jak dla mnie).

I kilka luźnych refleksji:
- "wzachodowstąpienie" (!!!) - czy autor kogoś tu powiela stosując to określenie, czy to może patetnt własny, panie A.? Jeśli to drugie - to gratulacje.

- piszesz autorze o tęsknocie za czernią i bielą podziałów (to tez element komunonostalgicznej mitologii, a nie realna rzeczywistość tamtych czasów, przynajmniej nie w takiej skali, jak się o tym teraz mówi. Kałużyński w jednym z wywiadów - parodiując terminologię "filmologiczną" odnośnie "radzieckiego kina akcji" czyli o strzelających z biodra czekistach - użył wobec tego zjawiska określenia "eastern", będącego - w oryginale - rzekomo adekwatną nazwą wspomnianych grzebieniówek. Myślę, że wyraził się celnie ujmując rozbieżność pomiędzy mitem, a realiami.

- dlaczego NIke Masłowskiej jest Michnikowa?

- "Tęsknota za komuną wydaje się tęsknotą za aksjologicznym ładem. Za podejmowaniem decyzji w sytuacji, w której mamy do wyboru dwie – trzy opcje, a nie milion." - nic mniej, tylko - BINGO!

- "Po ’89 kategoria dobra i zła stała się passe. Pozostała w użyciu jedynie w dyskursie religijnym (który został zmarginalizowany) i politycznym (który został znienawidzony)."
---> tu bym dodał coś od siebie. Racja, elementem nostalgii za znienawidzonymi czasami komuny są wspomnienia o swoim własnym zaangażowaniu w politykę (nawet rozumiejąc to jako zwischennruf w odpowiedzi na pytanie szkolnej rusycystki: Dabrawolcy jest'? - Niet, uszli w Afgainstan czy wlania do doniczki z klasową różą afgańską kwasu (przez co roślinka uschła) i doczepienie kartki sdiełano w CCCP - te dwa akty polityczne to akurat element szkolnej legendy o Piotrze Siemionie, którą delektowaliśmy się całym tłumem palących, prowadząc w latach 1976-80 polityczne debaty w kiblu IXLO we Wrocławiu, w czym bohater brał aktywny udział:)) - taki suplement do "Niskich Łąk", zupełnie nie rozumiem dlaczego to pominął;)
Ale o co mi chodzi:)) ? O to, ze tęsknota pokolenia za swoją włąsna aktywnością polityczną bierze się często (a w przypadku polskim dzisiejszym) dokładnie z AKTUALNEGO jej braku, stanowiąc jednocześnie coś w rodzaju kuriozalnego alibi. To sprawa oczywista, pytanie czemu jej teraz brak? Z jednej strony winne zniechęcenie tych, co nie oślepli. Z drugiej jest to sukces tych, którzy od 1989 roku wmówili wszystkim, że "polityka to brudna rzecz i się w niej nie paparajcie", po trzecie - "politykę zostawmy zawodowcom". Zostawiając bez komentarza termin "zawodowcy", który w moim mniemaniu nie powinien się wiązać tylko i wyłącznie z braniem za politykę pieniędzy - powoduje to (bardzo dla wielu wygodne) olanie polityki lub ograniczenie w niej swojego udziału do sms-ów do Szkła kontaktowego.

- "wspólne narzekanie na władzę jest jeszcze bardziej integrujące, niż kiedykolwiek, dowcip polityczny zjednuje sympatię przypadkowo spotykanych osób" --- o to, to! A teraz jest inaczej. Przykład kliniczny - przed 1989 rokiem kiedy przychodził do mnie po haracz pewnie agent z PZU trwało to ze dwie godziny, ponieważ musieliśmy zdązyć obśmiac reżim i opluć. Teraz (głosujemy na opcje odmienne) wychodzi po 5 minutach.;)

- "czasy, w których ludzie nie umieją się razem zbuntować, razem potrafią co najwyżej stać w kolejce w hipermarkecie."
---> po prostu delicje!

- "Tęsknota za czymś, z czym można byłoby walczyć ma też aspekt prostoty aksjologicznej. Sytuacja walki jest sytuacją dosyć wygodna, oczywiście pod warunkiem, że przeciwnik jest tak niegroźny jak mityczna komuna, bowiem znacznie zawęża wachlarz możliwości, z których musimy wybierać"
---> dokładnie tak. Nawiasem mówiąc im wiedza społęczno-polityczna bardziej oparta na easternowych stereotypach i posługująca się potocznym (w najgorszym tego słowa znaczeniu) warsztatem badawczym rzeczywostości takowej - bardziej skłonni jestesmy do opisanych przez autora reakcji

- "Nie dlatego, że świadczy o jakimś zaniku pamięci historycznej, bo tak raczej nie jest – polska rzeczywistość polityczna jest tak skonstruowana, że dyskusje wokół historii tamtych czasów będą nam towarzyszyć jeszcze długo, nie pozwalając na zapomnienie."
---> tu można dyskutować. ja nieco inaczej pojmuję pamięć historyczną. Uważam za taką pamięć o historii, jaką była w całym jej skomplikowaniu i wielobarwności. Pamięc polegającą na tym, co piszesz, czyli na wiedzy poprzez zmitologizowane okulary, to dla mnie nie jest pamięć historyczna. Gdyby była bliska niejednoznacznej z reguły prawdzie - tak. Jeśli jej elementem jest widzenie komuny jako mitu (czy białego, czy czarnego) dla mnie to nie jest pamięc historyczna. A przynajmniej nie takja, któa mi się podoba. Stąd tez ja się o ową pamięc obawiam, tym bardziej, ze krytyka tejże u nas zajmuje się wyłącznie prawie atakowaniem mitu białego, przy jednoczesnym budowaniu w pocie czoła mitu czarnego. To drugie bardziej rozumiem i ewentualne bym przyjąłbym za własne, lecz kłóci mi się z moim rozumieniem historycznej prawdy i obiektywizmem).

- Czy pominięcie aspektu socjalnego rozwodniłoby esej? Moim zdaniem - nie. Chyba nie ma sporu, że nostalgia socjalna jest jednak elementem komunonostalgii. Odpowiednio szerokie i wąskie uwzględnienie tej optyki nie rozwodniłoby powyższego eseju. Nie oznacza to, że mi tu tego strasznie brakuje. Po prostu nie zaszkodziłoby, a głębiej umocowałoby wnioski, ale może następnym razem.;) Z przyjemnością się doczekam.
- Czy autor mógłby pociągnąc temat dalej i zając się tematem w powiązaniu z polskim kinem po 1989 roku? Byłoby to niemniej ciekawe.
pozdrawiam i merci.

ps.
z żalem donoszę, że nie jest mi dane (awaria?) przeczytac w całości te z komentarzy, które trzeba rozwijac. a ciekaw jestem szczególnie tego, co mieli do powiedzenia elka, kapgras i spirytus oraz przede wszystkim kol. Toni. "Zapowiedzi" tych wypowiedzi są frapujące, niestety;)



Re: Goodbye, Jaruzel? - literacka komunonostalgia po polsku. /esej/ **
przez Anonimus dnia 14-05-2007 o godz. 18:44:02
'jakże w takich chwilach zazdroszczę Niemcom ich precyzyjnego słowotwórstwa, którego dzieckiem jest ostalgie'
- to może komunostalgia zamiast komunonostalgii? ,-)



Re: Goodbye, Jaruzel? - literacka komunonostalgia po polsku. /esej/ **
przez borhes dnia 14-05-2007 o godz. 18:52:05
Interesujący temat, nawet bardzo... Też się czasem zastanawiam nad tym spojrzeniem na nasz własny ancien regime.


To chyba Szczypiorski w Początku pisał o pewnym Niemcu, że "chętnie wspominał czasy II wojny światowej; ludzie często wspominają najszczęśliwszy okres swojego życia."


Pewna osoba, którą znam, chętnie wspomina czasy stanu wojennego, a szczególnie jaka to ona była obrotna i jak potrafiła załatwić (słowo klucz) różne rzeczy i w związku z tym miała pod stołem mnóstwo proszków do prania, a pod łóżkiem tony koncentratu pomidorowego w puszkach.


Oczywiście tęskni się nie za całością obrazu, a za pewnym wycinkiem, odbiciem, czy nawet „mitem”. Nie pamięta się tego, że na mieszkanie trzeba było czekać parenaście lat, a z powodów braku w dostawach papieru toaletowego, używać gazety. Nikt też nie tęskni za gazem łzawiącym i wiecznymi przerwami w dostawach prądu..


Tęskni się raczej za młodością. Można też tęsknić za czasami, kiedy było się kimś ważnym i decyzyjnym (w przypadku dawnych działaczy, albo kombinatorów). Tęskni się być może za czasami propagandy sukcesu, w której Polska przedstawiana była jako druga Japonia, co chwila przecież coś otwierano, albo odsłaniano, pracownicy przekraczali kilkaset procent normy, a jedynie słuszna ideologia prowadziła państwo świetlaną drogą w kierunku takiego dobrobytu, w którym (jak mnie uczono w szkole) nawet pieniądze nie będą potrzebne.

Ja takiej postawy tęsknoty, przyznam, nie rozumiem, ale nie ma co udawać, że jej nie ma. Owszem jest i to nawet dość powszechna. I to, zdaje się nie tylko w Polsce.
Miło, że autorowi chciało się na ten temat napisać i że zrobił to tak dobrze. Bardzo fajnie się czytało, a że tekst zaciekawił, to widać po dyskusji, która się rozwinęła.

Ps. co się stało z enterami??




Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim