Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 42 gość(ci) i 1 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: Gadzinowa /opowiadanie/ *
Wysłano dnia 09-06-2008 o godz. 00:24:27
Autor: el_azahar

GADZINOWA

- Niech usiądzie. Na zydelku koło drzwi – witała mnie zawsze tym samym rozkazem i, zanim zdążyłam przywitać się, dodawała - i niech nic nie mówi, starszym nie przeszkadza.
U Gadzinowej pachniało mydlinami. Deski wybielone ługiem onieśmielały chorobliwą bladością, przyczajone obserwowały sękami każdy krok. Chociaż już w sieni ściągałam zaśnieżone kozaki, to nigdy nie byłam pewna, czy do skarpet nie przyczepił się jakiś podstępny paproch, który mógłby zdenerwować gospodynię. Mówiła do mnie w trzeciej osobie, jakbym była niepozorną plamą w jej wiecznie czyszczonym świecie.
- Nawet ładna by była, gdyby nie te miastowe oczy, co to wysysają z człowieka cały środek – krytykowała, a przecież mogłaby dla odmiany powiedzieć coś miłego, albo po prostu udawać, że mnie nie widzi. Wolałabym to drugie.
Siedziałam więc ze spuszczonym, wbitym w pachnącą podłogę wzrokiem, żeby nie peszyć Gadzinowej badawczym, dziecięcym spojrzeniem. Przychodziło mi to z trudem, ponieważ fascynowała mnie czarna, rzadka szczecina porastająca jej górną wargę. Kiedy mówiła lub zaciskała usta w groźnym grymasie, sztywne włoski ożywały i układając się prawie prostopadle do twarzy, przypominały ufarbowane rżysko.
- Kto by pomyślał, co ją tak kochać będziecie, no, no, no… – wydęła pogardliwie wargi na widok ręki dziadka poklepującej mnie po ramieniu w geście otuchy. Szczecina poruszyła się zadziornie, żeby natychmiast opaść na widok jego piorunującego wzroku.
- Gadzinowa lepiej niech uważa, na to co mówi, bo do geesu mam bliżej niż tutaj – dziadek uciął rozmowę, pakując zakupy do starej łubianki.
Nad moją głową wisiała makatka przedstawiająca tęgą, uśmiechniętą kobietę z rozpostartymi gościnnie ramionami. „Gość w dom Bóg w dom” - głosił niebieski, krzyżykowy haft, ale z pewnością to powitanie nie dotyczyło mojej osoby. Mało mnie to obchodziło, bo dla niego byłam najważniejsza – przynajmniej zawsze tak mówił, kiedy wracaliśmy do leśniczówki.
- Spójrz w górę Nineczko-Gwiazdeczko – wskazywał na zmatowiałym od mrozu niebie migającą nieśmiało plamkę. – Świeci dla ciebie. - A ja, wtulona w stare, drewniane sanki, pilnowałam kupionych od Gadzinowej jajek i twarogu, dumna z wszechwiedzy dziadka. Kocham cię Dziadeczku-Jureczku, myślałam, zachwycona własną rymowanką.

Pomimo jego starań i próśb, żebym uśmiechała się do Gadzinowej, trwałam w zaciętym uporze.
- To tylko biedni ludzie – przekonywał łagodnie.
Biedni!?, prychałam w myślach, jedyna lodówka we wsi stała właśnie u nich, niemal na środku głównej izby. Lustrzana biel, pracowicie pucowana przez gospodynię, odbijała jej niegodziwość.
- Uwierz mi Nineczko, są biedni w inny sposób i żadna lodówka tego nie zmieni – zgadywał, co chodziło mi po głowie, ale ja wiedziałam swoje.
Wolałam przy każdej wizycie pochmurnie liczyć słoje na zmaltretowanych ciągłym szorowaniem deskach, niż udawać sympatię. Cała ich rodzina była dla mnie uosobieniem zła, tego wszystkiego, czym nie był dziadek. Po prostu podli, no i jeszcze ta szczecina… Skatalogowałam ich i nieodwołalnie wciągnęłam do tego samego rejestru, do którego należała Ulka z mojej klasy. Po kilku latach dopisałam tam również rodziców.

Dziadek dał za wygraną, kiedy pewnej wyjątkowo mroźnej zimy zamarzł pies Gadzinowej. Chory, wygłodzony, wiecznie uwiązany na zardzewiałym łańcuchu – zbyt krótkim, żeby dostać się w jej pole widzenia – któregoś ranka nie wyczołgał się więcej na podwórze. Martwy leżał w budzie przez kilka dni. Kiedy przyszliśmy, pijany gospodarz rozbijał kopniakami spróchniałe deski, żeby wydobyć na zewnątrz sztywne, psie ciało. Skostniałe, nienaturalnie wyprostowane łapy nie przechodziły przez wąski otwór. Jedna z nich, dosięgnięta ciężkim butem, wydała głuchy trzask łamanego konaru. Zeschnięte ekskrementy, sklejone z odbytem na kształt monstrualnych hemoroidów, nadawały odpychający kształt zadowi zwierzęcia. Zmrużyłam oczy na widok oszronionej sierści, która po raz pierwszy zalśniła w słońcu. Z czarnych nozdrzy zwisały dwa sople w kolorze gnijącej ściółki.
- I wynieś mi to ścierwo do lasu, ino prędko! Obejście trza oporządzić. – Gadzinowa wydawała komendy zdecydowanym, nie znoszącym sprzeciwu głosem. Protestującego męża uciszyła jednym, enigmatycznym stwierdzeniem.
- Nie mamrotaj mi tam nic, nie takieś rzeczy za Niemca robił, co to ja ich nie rozpowiadam. Mężczyzna, chwiejąc się na nogach, spojrzał błagalnie w stronę trzymanych przeze mnie sanek. Nie wiem, czy to moja przerażona mina, czy może lodowaty wzrok dziadka zapobiegł wyartykułowaniu bełkotliwej prośby. Zamiast niej doleciało do nas śmierdzące alkoholem westchnienie.
Tego samego dnia, po kolacji, zwymiotowałam twaróg od Gadzinowej wprost na nowiuteńkie kapcie, mój bożonarodzeniowy prezent.

Nasza choinka pachniała żywicą i zielonością jodłowego igliwia. Wybieranie drzewka nie było wcale proste – musiało mieć duszę. Mogła ona mieszkać w pochylonym od wiatru pniu, przejawiać się niesymetrycznością gałęzi, bądź brakiem zgrabnego, wysokiego czubka. Przygarnialiśmy je takie nieidealne – ale za to z bogatym wnętrzem - dając mu szansę przeżycia Bożego Narodzenia, której nie dostałoby od nikogo innego. Skromne ozdoby nie przytłaczały jego osobowości. Rozświetlone tekturową gwiazdą betlejemską, owiniętą srebrną sukienką zdjętą z czekolady, stało na honorowym miejscu, aż do Trzech Króli, do mojego powrotu do miasta. Święta w leśniczówce smakowały zupą z suszonych jesienią grzybów, lepiły się do podniebienia miodną kutią - jedynymi wigilijnymi potrawami samodzielnie przygotowywanymi przez dziadka. Resztę dowozili z domu rodzice, ale te dania nie miały uroku zmierzchu wymieszanego ze śniegiem, opadającego na stary, drewniany dom. Od ich rozwodu kuchnia mamy nie smakowała nawet staraniem.

Dzisiaj poszłam do Gadzinowej sama, oszczędzając dziadkowe, zmęczone upływem czasu serce. Sypki śnieg podfruwał pod moimi nogami unoszony impetem zdecydowanego kroku. Lekki, bieluteńki jak proszek do mycia zębów z dzieciństwa, który każdego leśnego ranka czekał na mnie na spodeczku ozdobionym maleńkim, zielonym listkiem. Moczyłam szczoteczkę w wodzie i delikatnie obtaczałam w kredowej miałkości, narzekając na jej mdły smak. W domu, w mieście, używaliśmy równie niesmacznej pasty z powgniatanej nieforemnie tubki, ale podobno to wina czasów – byle jakich, zdeformowanych. U dziadka wszystko było inne – choć niemodne, to pedantycznie uporządkowane, estetyczne. Kilka lat po wyjeździe mamy znalazłam pod choinką dwukolorowe, pachnące cudo do mycia zębów i zatęskniłam do nieznanego, barwnego świata zza oceanu, przekonana, że to prezent od niej. Czekałam, że może kiedyś napisze: przyjeżdżaj. Jakiś czas później, wśród rzeczy dziadka, natrafiłam na paragon ze sklepu dewizowego, rachunek za ideał świeżości w absurdalnie wysokiej cenie. Nawet się nie rozczarowałam. List z zaproszeniem też nigdy nie przyszedł. A ja chciałabym tylko wiedzieć, dlaczego za mną nie tęskni? Co złego jest we mnie? Co nie pozwala mnie kochać? Powoli z mojej skóry ulatnia się ciepło jej dotyku. Nie walczę z utratą wspomnień, nie potrafię już dłużej pamiętać za nas dwie. Czasami powraca echem jedynie tembr głosu, który postronna osoba mogłaby pomylić z czułością.

- Dzień dobry pani Gadzinowa – przywitałam się najuprzejmiej jak potrafiłam.
- Sama dzisiaj przyszła, czy jak? – I nie czekając na odpowiedź zawołała w głąb chałupy, jednocześnie nie tracąc mnie z pola widzenia.
- Mieeeteeek! Do spiżarki po twaróg, ino biegiem. Znajda od leśniczego czeka! – Sztywne włoski uniosły się, jakby krzyczały razem z nią, poganiając pijanego męża. Na widok mojego osłupienia, nastroszyły się z długo wyczekiwaną satysfakcją i z niemal fizyczną rozkoszą falowały w rytm jej oddechu.
- Pilnuj się kobieto, bo mnie Niemiec nauczył takie jak ty patroszyć – zasyczał gospodarz, splunąwszy soczyście na świeżo wyszorowaną podłogę. Z głośnym hukiem postawił na stole talerz z twarogiem zawiniętym w nieskazitelnie białą gazę. Na odsłoniętym przedramieniu siniał wytatuowany rząd cyfr. Dziadek mówił, że to numer ewidencyjny z piekła w piekle.
- Ty… ty… - zachłysnął się złością i oparami wódki. - Najpierw człowiek pił, co by o jednym robactwie zapomnieć, a potem gorsze paskudztwo pod dach se wziął i żeby nie wiem jak pił, to wrócić ani jednego, ani drugiego nie idzie! Kurwa jego mać!
Nagle oznakowana ręka poszybowała w stronę zadowolonej twarzy Gadzinowej. Mój krzyk otrzeźwił gospodarzy. Szczecina nad ustami znieruchomiała z wściekłości. Odurzone alkoholem, przepraszające spojrzenie skrzyżowało się na chwilę z moim wzrokiem. Kiedy wychodziłam, dodał – I niech Nina tu więcej nie przychodzi, nie ma po co.
Pożegnał mnie odgłos pijackiej czkawki i brzęk tłuczonego talerza, który razem z resztą zakupów zostawiłam na wybielonym, stołowym blacie.

Niedowierzanie i gniew, wymieszane z mroźnym powietrzem, zaklejają usta utrudniając oddychanie. Kiedy w końcu udaje mi się zaczerpnąć powietrza, płuca wypełniają tysiące ostrych, lodowych igieł. W ciągu kilkunastu minut, które spędziłam u Gadzinowej śnieg nabrał ciężaru ołowiu, hamuje kroki, razi agresywną, bolesną bielą. Ciche skrzypienie zmieniło się w hałaśliwy chrobot raniący uszy. Znaj-da, znaj-da, prawa-lewa, prawa-lewa, znaj-da, znaj-da, niedorzecznie zaczynam utykać na nogę wystukującą akcentowaną sylabę. Staram się wyrównać krok, koncentrując się na mechanicznym, równomiernym stawianiu stóp. Uspokajam myśli. Powoli - w miarę jak znajduję rozwiązanie najważniejszych haseł w dwudziestoletniej krzyżówce życia - zaczynam odczuwać absurdalną wdzięczność. Gadzinowa zaślepiona podłością, zupełnie mimo woli, wymazała moje urojone winy i pozwoliła zrozumieć. Tylko ode mnie zależy, czy pozwolę odebrać sobie szron malujący na szybie bezpieczny, biały kokon i zapach grudniowego wiatru w świeżo wypranej pościeli. Czy dam się jej okraść z ciebie.

Co mam zrobić dziadku z tą wiedzą, z tym nagłym olśnieniem wymieszanym z perłową szadzią zakrywającą zimową nagość drzew? Dziadku…?
Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 26 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: Gadzinowa /opowiadanie/ -> *
przez aneza dnia 09-06-2008 o godz. 09:06:56
Poruszające.
A nazwisko tytułowej bohaterki aż za dobrze dopasowane. Tyle że wąsy mogłaby golić, "żeby ludzie nie widzieli". Oj, znam ten typ człowieka, jeszcze warto dodać, że w kółku różańcowym udziela się wyjątkowo pilnie - kolejna okazja, żeby źle mówić o bliźnich.




Re: Gadzinowa /opowiadanie/ -> *
przez aneza dnia 09-06-2008 o godz. 09:07:53
No i proszę o doczerwienienie tej gwiazdki i dodanie drugiej.



Re: Gadzinowa /opowiadanie/ -> *
przez aneza dnia 09-06-2008 o godz. 09:13:54
A do autorki - trochę niejasno sformulowane są nagle pojawiające się zdania o rozwodzie i wyjeździe.



Re: Gadzinowa /opowiadanie/ *
przez tsole dnia 09-06-2008 o godz. 18:40:09 http://www.tsole.prv.pl http://tsole.salon24.pl/ http://tsole.nowyekran.pl/
Świetnie napisane. Wyraziście, zdecydowanie, obrazowo. Konstrukcyjnie bezbłędne. Bardzo mi się podoba epizod z choinką. Świetnie kontrastuje z tematem głównym.
Przybijam piątkę i pozdrawiam :0



Re: Gadzinowa /opowiadanie/ *
przez izobar dnia 10-06-2008 o godz. 09:19:09
Pozostaje mi przyłączyć się do poprzedników. Bardzo pięknie namalowany obrazek. Wyługowane deski aż pieką w oczy.
Troszkę bym dopracował dialogi i częściej wstawiał akapit zamiast wtrętów redaktorskich do dialogów. Didaskalia bardzo oszczędne, a wyjaśnienia w akapitach.
Przykłady chętnie dam na priwa. Nie czuję się uprawniony do publicznego pouczania :)))))



Re: Gadzinowa /opowiadanie/ *
przez FilipC__ dnia 11-06-2008 o godz. 11:35:05
Już myślałem, że coś ze mną nie tak, że nic mi się z polskiej twórczości nie podoba, albo gust mam zniszczony (opowiadanie "Dąb" dostało trzy gwiazdki, a ja nie mogę się w nim dopatrzyć talentu), a tu nagle coś takiego. Pierwszy raz chyba wystawiam baaardzo pozytywny komentarz. Opowiadanie cudowne, opisy obrazowe, zredukowałbym może didaskalia (ale to takie pieprzenie, bo jako czytelnik nie mam zastrzeżeń:)). Ogólnie, dwie gwiazdki, jak nic. Albo trzy. Albo, żeby wyróżnić z takich kiczowatych opowiadań, jak "dąb" nawet cztery - w końcu, nie wiem, czy czytałem na fabrice coś lepszego.

Pozdrawiam.



Re: Gadzinowa /opowiadanie/ *
przez Anonimus dnia 14-06-2008 o godz. 04:03:39
Wzruszające opowiadanie, Przyłączam się do zachwyconych i wciskam piatkę
soroka118179



Re: Gadzinowa /opowiadanie/ *
przez ChariVari dnia 22-06-2008 o godz. 19:40:46
Podoba mi się. Świetnie napisane. :)

Sporo juz inni napisali, zatem nie powtarzam się i pozdrawiam autorkę.

:)




Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim