Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 43 gość(ci) i 1 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: TRZY OPOWIADANIA / *
Wysłano dnia 09-10-2001 o godz. 12:39:58
Autor: sobol

Jak ja byłem szczęśliwy

– Ten styl mi odpowiada! – wykrzykiwałem w stanie nadzwyczajnego podniecenia do własnego odbicia w lustrze – cóż za urzekająca finezja i niewymuszona prostota pozwalająca na swobodne unoszenie się ducha. Ten styl będzie moim, jest godny naśladowania i podziwu – wołałem przewracając kartki opasłego tomu pewnego pisarza cieszącego się światową sławą i powszechnym uznaniem publiczności. Będę nieustannie podpatrywał literackie sztuczki i chwyty starego wygi, a droga wiodąca do panteonu zostanie otwarta przede mną na oścież. Podobna jest bowiem do świetlanej Mlecznej Drogi rozciągającej się przez wiekuiste otchłanie zatrzymanych w czasie galaktyk.
Terencjusz, mój posępny przyjaciel, nigdy nie podzielał mojego optymizmu. Jego mrukliwe usposobienie było oparte na zatajonej nienawiści wobec ludzi oraz nieufności względem wszystkich zjawisk współczesności. Moja ślepa wiara w możliwość ogarnięcia jednym spojrzeniem całego wszechświata rozbijała się o niewzruszony głaz jego sceptycznego egoizmu, który w dodatku był podparty solidnym życiowym doświadczeniem. O, z jakim trudem udawało się poskramiać w jego obecności porywy uczuć wychodzących wprost z nieskalanego grzechem serca. Jak narowiste źrebię rwałem się do spełnienia wielkich czynów, byłem gotów jedną myślą zamknąć ziemię całą w płomiennym uścisku miłości.
W najcięższych chwilach ulubionym zajęciem Terencjusza było zadawanie mi bolesnych ran. Doskonale wiedział, że jeszcze przed przyjściem na świat jego dusza została skazana na wieczne potępienie, lecz mimo to ustawicznie dążył do odwrócenia kolei mojego losu. – To wszystko na nic – mówił teatralnie pochylając twarz w skrzyżowane dłonie. Ludzie cię oszukują. Starasz się zamienić ich bezsensowne życie w rajski ogród oddając najpiękniejsze uczucia, a w zamian dostajesz twarde kamienie niewdzięczności, o które prędzej czy później połamiesz sobie zęby. Czy nie masz już dość? Nie mamy co jeść, nawet szczury nas opuściły, a ty zaparcie trzymasz się wielkiej literackiej bujdy. Popatrz, rozejrzyj się naokoło. Nasi szkolni koledzy już dawno pokończyły studia. Zasiadając w wygodnych dyrektorskich fotelach popijają kawę zaprawioną koniakiem w zaciszu swoich pokoi. A w schludnych willach oczekują na ich powrót piękne i wdzięczne za wszystko żony. Zaś naszym pożywieniem jest szklanka wody i kromka chleba mokrego od łez. Świat to pociąg, który odjechał bez ciebie, i bynajmniej należy pogodzić się z tym niezaprzeczalnym faktem, skończyć z obłędną wiarą w to, że pewnego dnia spłynie na ciebie wielkość i sława zapewniająca nieśmiertelność. To mrzonki, absurd, który wymyśliłeś, żeby uciec od odpowiedzialności za żałosny stan własnego życia.
Kocham Terencjusza. I choć mógłbym mu postawić o wiele cięższe zarzuty, był bowiem nałogowym alkoholikiem i bez żadnych skrupułów przepuszczał nasze skromne oszczędności, nigdy bym tego nie uczynił. Po prostu, gdy nie mogłem już dłużej słuchać tych wymówek, uciekałem do łazienki, żeby wypłakać się przed lustrem. Gdy patrzę w niego, mam wrażenie, że obok mnie jest ktoś bliski, bo płacz w samotności nie przynosi żadnej ulgi.
Nadeszła zima. Nastały tak okrutne mrozy, że lepiej było w ogóle nie wychodzić z domu. W szufladzie znalazłem plik śnieżnobiałych kartek i w czasie długich nocy pokrywałem je kolumnami wierszy do dziewczyny, której istnienie sobie wymyśliłem. Terencjusz był przystojny, i mimo swojej nędzy zawsze miał pod dostatkiem różnego rodzaju przyjaciółek – samotnych pań i zawiedzionych mężatek – często obdarowujących go drobnymi prezentami. Kiedyś przyłapałem, jak przed drzwiami pośpiesznie wpychał w siebie kawałki czekolady. Nigdy ze mną się niczym nie podzielił. Za długi odcięli nam ogrzewanie. W mieszkaniu było potwornie zimno. Pewnego razu siedząc przy nieszczelnym oknie przez całą noc pisałem wiersze, które mnie tak pochłonęły, że nie zwracałem uwagi na podstępny przeciąg. Rano obudziłem się z wysoką gorączką. Wycieńczony organizm nie stawiał żadnego oporu chorobie, która zawładnęła ciałem z przerażającą chyżością. Nie potrafię w ludzkim języku opisać tych męczarni, wyrazić treść majaczeń, które mnie nawiedzały jedno po drugim, lecz wydawało się, iż w tak krótkim czasie zwiedziłem wszystkie możliwe otchłanie cierpienia istniejące we wszechświecie. Dopiero po upływie tygodnia odzyskałem przytomność. Stan zdrowia nadal był ciężki, lecz powoli zmierzał ku poprawie. Chorobą przyjaciela Terencjusz w ogóle się nie przejmował. Pewnie uważał ją za sprawiedliwą karę niebios nałożoną za nieodpowiedzialne marzycielstwo. Siadał na brzegu łóżka, i jakby nic, opowiadał o swoich codziennych sprawach. Przy dźwiękach tej paplaniny wreszcie zasypiałem.
Pewnego dnia nad miastem zawiały arktyczne wiatry wywołując we mnie prawdziwe przeczucie apokalipsy. Włączyłem kuchenkę gazową, poodkręcałem wszystkie krany z gorącą wodą, ale niewiele to pomogło. Na ścianach wystąpił szron. Dygotałem pod stosem kołdr, choć włożyłem na siebie wszystkie ciepłe ubrania, które udało mi się znaleźć. Wichura zerwała linie elektryczne i nastała całkowita ciemność i cisza. Tylko gdzie nigdzie było słychać odgłosy łamiących się drzew i przewracanych śmietników. Terencjusz wrócił po północy, a gdy o coś go zapytałem, w odpowiedzi usłyszałem niezrozumiały pijacki bełkot. Rozebrał się do naga i upadł nieprzytomny na zasłane łóżko. Gdy obudziłem się rano, od razu zauważyłem, że leży w niezmienionej pozycji. Spojrzałem w nieruchome, szkliste źrenice Terencjusza. Wygramoliłem się z własnego łóżka, zacząłem klepać go po ramieniu, lecz natychmiast cofnąłem rękę jakbym dotknął rozżarzonego żelaza. Ciało było zimne jak lód.
Kiedy jego zabrali do kostnicy, przez kilka dni próbowałem zbierać pieniądze na przyzwoity pogrzeb. Chodziłem po znajomych, ale okazało się, iż wszystkim był winien dość pokaźne sumy, więc mimo moich usilnych próśb nie dawali nic, a nawet niektórzy chcieli nakłonić do spłacenia długów po zmarłym przyjacielu. W końcu pochowano go na koszt gminy, a ja znalazłem się w szpitalu, dokąd zawieziono mnie karetką, po tym, jak wracając z cmentarza zemdlałem na ulicy. Miałem skomplikowane zapalenie płuc, i chociaż cudem uniknąłem śmierci, lekarze ciągle mówili o trwałych uszczerbku dla zdrowia. Tym akurat się nie przejmowałem.
Nigdy nie myślałem, że szpital może okazać się najwspanialszym miejscem na ziemi. Ciepło, na oknach wiszą czyste firanki, a jedzenie jest smaczne i jest go pod dostatkiem. Napisałem wiersz, a pewnej uroczej pielęgniarce powiedziałem, że to dla niej. Odtąd codziennie mierząc mi temperaturę troskliwie kładła ciepłą rękę na czole i ukradkiem wzdychała. W wolnych chwilach obmyśliłem epitafium, który zamieszczę na mogile zmarłego przyjaciela, gdy powrócę do zdrowia i uzbieram trochę grosza. Oto on:

Tu leży Terencjusz
Zgorzkniały melancholik
Który nie pokonał Boga



Cały w twoim posiadaniu

Anna umierała bardzo powoli. W tym łagodnym konaniu była tak niesłychanie podobna do siebie żyjącej, odchodziła ze świata zupełnie pogodzona z koniecznością umierania, cicho i bez cienia protestu – jak ździebełko trawy, które wie, że na jego miejsce przyjdą następne miliardy istnień. Nie czyniła ze swej śmierci powszechnej zagłady obarczając osoby najbliższe ciężkim brzemieniem rozpaczy i zwątpienia, lecz żegnała się ze światem mając pogodny uśmiech na twarzy. I tylko ja znam całą prawdę o koszmarnym cierpieniu, które poprzedzało jej odejście.
– Pozwól, aby prąd życia uniósł cię jak najdalej od wspomnień związanych z moją śmiercią – mówiła urywającym się szeptem. – Wiem, że będziesz próbował uwięzić mnie w swoich myślach, lecz moja dusza chcę jak najszybciej opuścić ten padół łez i wiecznej udręki. Nie zatrzymuj ją, proszę. Nasze chwile szczęścia minęły bezpowrotnie i nie szukaj mnie w innych kobietach unieszczęśliwiając je obietnicą miłości, bo będą bardzo cierpiały. Przy tym zajrzała uważnie mi w głąb oczu, doszukując się odpowiedzi na nękające jej pytanie. Skulona na stosie poduszek była podobna do małej wiewiórki, której wątłe ciało czemuś zostało ogołocone z własnego futra. Przez woskowo-bladą skórę przeświecały delikatne błękitne żyłki, tak kruche i bezbronne wobec wielkiej tajemnicy, którą dane jej będzie za chwilę poznać. Po przewlekłych atakach bólu, gdy zapadała w niespokojny sen, patrzyłem na jej piękno, odbijające się w pamięci coraz to trwalszym obrazem. A kiedy na twarzy Anny pojawiał się pierwszy przebłysk przebudzonej świadomości, zaczynałem mówić bardzo cicho i bezładnie, bo bałem się spłoszyć nikłą iskierkę życia, tlącą w niej jeszcze, lecz powoli dogasającą.
– Ach, Anna! Dlaczego od razu posądzasz o tak straszliwy egoizm, który wyraża się w samej tylko chęci posiadania. Przecież wiesz, jakim będzie mój stan po tym, gdy śmierć nas rozdzieli. Pogrążonemu w nieprzeniknionych ciemnościach, wspomnienie o Annie zastąpi bezpowrotnie utracone piękno świata, którego odbicie widzę teraz w twoich źrenicach, będzie jedynym dążeniem utrzymującym przy życiu, które nawet nie wiem jak się potem potoczy. Być może właśnie w tym tkwi tajemnica nieśmiertelności – dusze zmarłych będą cieszyć się zbawieniem, dopóki ktoś zachowuje o nich pamięć. Te wiersze. Jesteś w nich obecna. Wierzę, że po latach jakiś czytelnik zupełnie nieświadomie wskrzesi naszą miłość. Odchodząc zabierasz również moje życie, które przeistoczy się w wegetację, bezmyślne trwanie w obcym świecie pozbawione jakiegokolwiek sensu. Czyżby wyobrażasz, że będę w stanie jeszcze raz stworzyć siebie zapominając o przeszłości? Wymazać z pamięci wspomnienia o chwilach szczęścia zawierających w sobie przedsmak wieczności? Nie, to przekracza ludzkie możliwości, przecież nie jesteśmy równi Bogu, żeby móc stwarzać z nicości.
Po południu przyszedł Arnold. Jakże niechętnie przyjąłem jego obecność w bolesnej dla nas chwili rozstania. Cóż, taka była wola Anny. Znali się od niepamiętnych czasów i ironicznie mówiła o nim „mój romantyczny przyjaciel”. Beznadziejnie zakochany, snuł się z milczącym uporem za niej jak ponury cień, a jego uczucie było tak żałosne, że nie wzbudzało ani litości, ani szacunku. Opowiadała, że kiedyś była nawet gotowa paść w jego ramiona, gdyby przejawił chociaż odrobinę męskiej odwagi i zdecydowania. Wszedłszy do pokoju niepewnie zatrzymał się na samym środku. Było widać, że przeżywał głęboki wstrząs, który rozpaczliwie próbował ukryć pod wyrazem uroczystej powagi na twarzy, bowiem obecny wygląd Anny, dożywającej swe ostatnie chwile, z całą pewnością przeczył wymarzonemu obrazu anielskiej kochanki. Czując się paskudnie w tej bezsensownej sytuacji, zrozumiałem, że muszę natychmiast zrobić cokolwiek, żeby skrócić do minimum wizytę Arnolda. I patrząc w jakiś niezmiernie odległy punkt w przestrzeni zacząłem mu tłumaczyć, że muszę na krótko opuścić mieszkanie udając się do apteki i czy mógłby pozostać na ten czas z chorą Anną. Także dając mu do zrozumienia, że nie życzę, aby po moim powrocie pozostawał tu dłużej. Wyskoczyłem na ulicę, zacząłem pędzić jak opętany potrącając przechodniów. Gnała mnie naprzód natrętna myśl, że muszę gdzieś zdążyć, ważna jest każda chwila i nie wszystko jeszcze zostało stracone. Przerażeni ludzie ustępowali mi milcząc drogę, lecz ja czemuś myślałem, iż robią to pod wpływem współczucia, bo wszyscy powinni wiedzieć, jak mi teraz jest nieznośnie ciężko. Zatrzymałem się na przejściu dla pieszych i nagle uświadomiłem, że nie będzie już dla mnie miejsca na tym świecie.
W moim przekonaniu życie nie było najwyższą wartością. Świadomie dążyłem do sytuacji ryzykownych narażając własne bezpieczeństwo, bo w obliczu kryjącego się zagrożenia doznawałem niezwykłej realności świata. Gdy zaczynałem myśleć, że kiedyś przyjdzie mi go opuścić, odczuwałem niepowtarzalność wszystkiego, co mnie otaczało. Wyostrzonymi do niepoznania zmysłami wchłaniałem narkotyczne piękno rzeczywistości, a jej codzienna szarość i przygnębiająca pustka przeobrażała się w niezwykle fascynującą opowieść, którą wyróżniał od wszystkich innych kreacji brak zakończenia. Otwierały się przede mną niezbadane kierunki doznań, wzruszenia o całkiem odmiennym charakterze. Często, w czasie bezsennych nocy, wyobrażałem w najdrobniejszych szczegółach własną śmierć. Chciałem zginąć po bohatersku, dla wielkiej idei. Żeby moja śmierć stała się ofiarą, która poruszy sumieniem ludzi, będzie dla nich tragicznym i wspaniałym przeżyciem, zbiorowym oczyszczeniem. A teraz śmierć przyszła, uderzyła z najbardziej niespodziewanej strony. Zabierała najdroższą osobę szydząc z mojego zuchwalstwa. I byłem na to zupełnie nieprzygotowany. Tak, czułem się winny tej śmierci. I stojąc w kolejce po leki zrozumiałem, że muszę się modlić. Była to raczej jakaś porywająca mnie w całości prośba o miłosierdzie rzucona w całkowitą pustkę, bowiem od lat nie posiadałem w sobie żadnego wyobrażenia Boga.
Do domu wracałem zupełnie zdruzgotany. Jutro, pojutrze, we wszystkie pozostałe dnie będę mijał oskarżające na każdym kroku te budynki, drzewa, szyldy, a same wspomnienie, że przez te miejsca przechodziliśmy razem, przyprawi o mdłości. Jak będąc niedołężnym starcem spierającym się o laskę zobaczę bawiących się piłeczką dzieci, wiedząc, jak wielkiego szczęścia nie było dano jej poznać. Dokąd zaprowadzi bezkresna droga cierpienia, które stanie się jakimś bólem zwierzęcym, pozbawionym sensu i znaczenia?
Wszedłem do pokoju i zastałem Arnolda klęczącego przy łóżku Anny. Gdy odwrócił się w moim kierunku, zobaczyłem jak po jego nabrzmiałej twarzy spływały łzy. Nagle zrobiło mi się niesłychanie żal tego człowieka. Spotkał nas podobny los i teraz był mi o wiele bliższy, niż Anna znajdująca się już w połowie wśród zmarłych. Pomyślałem, że moglibyśmy kiedyś porozmawiać, umówić się na wódkę, otwierając drogę tłumionym do tego czasu zwierzeniom, upić się do nieprzytomności i zacząć szukać zapomnienia w innych kobietach – czyli jakoś próbować żyć, walczyć o własne prawo do istnienia na tym świecie. Łzy Arnolda, świadczące o głęboko przeżywanej klęsce i niewolniczej rezygnacji ze wszystkiego, co dotychczas było jego uczuciem, zaciągały do niewidzialnej pułapki, przestrzeni, w której każdy ból znajdował swoje ukojenie, poddawał się przekształceniu na wzniosłe i ponadczasowe marzenia, dzięki którym można było nieskończenie długo unosić się nad ziemią. A potem spadłszy na same dno tarzać się z rozkoszą we własnej rozpaczy. I tak kręcąc się w kółko żyć w przepięknej krainie iluzji – pomiędzy rajem a piekłem.
I nie mogąc oprzeć się tej pokusie, wdzierającej się gwałtem do wypalonego do cna wnętrza, zacząłem wygłupiać się jak pajac, żeby przy pomocy fałszywych słów i udawania osłonić się przed atakującą niemocą. Tak, jakby Arnold był normalnym gościem, zaproponowałem mu napić się herbaty, bo stan Anny najprawdopodobniej poprawi się wkrótce, nie jest jeszcze tak źle, zresztą taka jest opinia lekarzy. Arnold przypatrywał się uważnie nagłej zmianie w moim usposobieniu. Miałem wrażenie, że przenikliwie śledzi każdy odruch w mojej podartej na strzępy psychice, co jeszcze bardziej podsycało nastrój gorączkowej niepewności i chęć dogodzenia mu we wszystkim. Przerwał w pół słowa, i powiedziawszy „do zobaczenia” podał rękę. Kąciki jego ust nieznacznie drgnęły odsłaniając wypolerowaną biel tylnych zębów. W tym uśmiechu było coś drapieżnego, nieskrywana pogarda i tryumfujące szyderstwo.
Anna jeszcze żyła. Usiadłem na brzegu łóżka i patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Właściwie już wszystko zostało powiedziane, mieliśmy dość czasu, żeby pozbyć się przed ostatecznym rozstaniem spraw niewyjaśnionych, które by mogły nas jeszcze obciążać. Samodzielnie podjęliśmy takie a nie inne postanowienia, od których nie było odwrotu. Ona też widocznie myślała o czymś ważnym w czasie mojej nieobecności, bo uśmiechała się łagodnie i cieszyła się pełnią spokoju. Wyglądała na zupełnie przygotowaną na przekroczenie tej niewidzialnej granicy. Patrząc na jej niezłomną pewność siebie, pomyślałem, że chyba troszeczkę Annę nie doceniałem. Dla mnie była przede wszystkim kobietą i nigdy nie zwracałem uwagę na te cechy charakteru, które niezwykle dobitnie objawiły się w najcięższej dla nas chwili. Szkoda tylko, że tak późno odkrywałem prawdziwą Annę – ona wytrwała godnie do końca w sytuacji, gdy sama istota człowieczeństwa zmusza do podjęcia rozpaczliwej walki o każdą sekundę uciekającego życia. Wziąłem ją za rękę, nasze palce splotły się w uścisku. – Nigdy się nie rozłączymy, prawda? – powiedziałem cicho. – Nigdy – usłyszałem w odpowiedzi. I tak złączeni trwaliśmy w obliczu nadchodzącej śmierci.
Była noc. Za oknem ponuro świecił księżyc rzucający matową poświatę na nieruchomą twarz Anny. Odeszła. Stoczyłem się ociężale na podłogę, ukryłem twarz w fałdach kołdry, która jeszcze pachniała zapachem jej ciała. Nie wiem jak długo trwałem w takim stanie, bez żadnej myśli, bo zupełnie straciłem poczucie czasu. Dopiero później zaczęła wzbierać potężna rzeka wspomnień, w pamięci odżywały zapomniane obrazy z różnych okresów życia, które chwytałem łapczywie jak znikające płatki śniegu. Przemieszczałem się po olbrzymich kręgach już nieistniejącego czasu i przestrzeni. W tych wspomnieniach odnajdywałem siebie, oddalanego o wiele lat i już prawie obcego, innych ludzi na tle sennych krajobrazów jak na zdjęciach utrwalonych ręką niewidzialnego fotografa. Układały się w niezwykle przejrzysty, klarowny plan życia, gdzie wszystkie lata zdawały się być powiązane ze sobą nieuchwytnym spoiwem, połączone dążeniem do pewnego celu, który miał wkrótce się objawić. I tak jak kartki ze starego kalendarza opadały po kolei na same dno zapomnienia, żeby już stamtąd nigdy nie powrócić. Z sadystyczną rozkoszą obdzierałem siebie ze wszystkiego, co stanowiło o mojej odrębności od straszliwego cierpienia, jakim jest świat. Dokonywałem drastycznej wiwisekcji umysłu unicestwiając własne poglądy, nabyte doświadczenie, całą wiedzę zaśmiecającą wnętrze jak zbędny papier, jaka mogłaby mi przeszkodzić w nieprzerwanej kontemplacji jedynej oczywistości, wokół której koncentrowało się moje istnienie. Nie pragnąłem zbyt wiele, chciałem tylko, żeby imię Anny, powtarzane ciągle i ciągle, zastąpiło cały świat we wszystkich jego odcieniach i różnorodności. Momentami odzyskiwałem przytomność. Rozglądałem się po opustoszałym pokoju, w którym panowała szarość i przygnębienie, a rzeczy odtrącały swoją obcością. Patrzyłem na kontury ciała spoczywającego pod białym prześcieradłem i wszystko wydawało się dalszym ciągiem jakiegoś koszmaru, który przyśnił mi się niegdyś w dzieciństwie.
Pewnego dnia usłyszałem trzask wyłamywanych siekierą drzwi. Pokój napełnił się ludźmi w białych kitlach, którzy pochwyciwszy ciało Anny usiłowali wyciągnąć go na zewnątrz. – Zostawcie ją, ona już dawno umarła – wrzasnąłem z całej mocy i rzuciłem się na nich. Powalili mnie na podłogę, a ostatnią rzeczą, jaką pamiętałem, była błyszcząca strzykawka, którą wbijali w rękę.
Minęło wiele czasu. Odzyskiwałem przytomność na krótko, żeby zobaczyć skupioną twarz pielęgniarki robiącej kolejny zastrzyk, po czym zapadałem w stan błogiej niepamięci, i tylko dzięki nieustannie pulsującemu w skroniach imieniu Anna, wiedziałem, że jeszcze żyję. Czasami ukazywała się jako stojąca w kącie obrażona dziewczyna w kwiecistej sukience. Gdy wołałem w ślad za nią, natychmiast znikała. Potem znalazłem na krześle naprzeciwko brodatego mężczyzny z plakietką, na której były wypisane litery, ale niestety nie mogłem je odczytać. Mówił niezrozumiale, o przywróceniu mnie społeczeństwu, że muszę stanąć na nogi, pogodzić się z klęską, a na pytania, które będzie mi zadawał, muszę odpowiadać szczerze i bez żadnej ubocznej myśli. Wydawało się to niemożliwe. Nie mogłem się nawet poruszyć, bo ręce miałem spętane. Zobaczyłem, jak za jego plecami zaczął wyłaniać się ponury cień. A gdy spojrzałem ponownie, szkielet wyciągał do mnie ręce podobne do wysuszonych gałązek, z pustych oczodołów wyciekała posoka zmieszana z próchnem błotnistej ziemi. I zdzierając skórę z nadgarstków wyrwałem się z krępujących pięt, żeby połączyć się z Anną, przytulić ją zmarzłą od wilgotnej ziemi i tak straszliwie samotną w miejscu, gdzie ją pochowano, lecz doktor wyciągnął gdzieś spod biurka gumową pałkę i padłem na podłogę porażony prądem.
Budzę się. Sanitariusze przy świetle nocnej lampki grają w karty. Rzucają w moją stronę zniecierpliwione spojrzenia. – Bądź już cicho, mamy tego dość, ta praca jest dla psów – mówi jeden schrypniętym głosem i zaczyna rzęsiście przeklinać. Chyba jestem stary, bo nogi odmawiają mi posłuszeństwa, ale póki zostało trochę życia, zwiotczałymi wargami powtarzam to jedyne imię, Anna, a w umyśle rozbrzmiewa odpowiedź, uroczysta jak przysięga składana przez tłum wiernych w kościele: Cały jestem w twoim posiadaniu.



Wielka miłość

Tomasz był niezwykłym człowiekiem. W natłoku spraw, sensacyjnych nowości i informacji, swym ogłuszającym wrzaskiem wprawiających nas w zakłopotanie i nieuleczalną depresję, on jedyny, tylko jemu właściwym zmysłem, intuicją, potrafił wyłowić rzeczy niezbędne i trwać w przekonaniu, że w życiu istnieje określony cel. Tak też było z Natalią. W dziewczynie o dość przeciętnym wyglądzie, nie wyróżniającej się niczym szczególnym, odnalazł wielki skarb. Była bowiem artystką. I nie taką, dla której znajomość literatury lub wykształcenie plastyczne jest to tylko dodatkowy atut podnoszący reputację w oczach mężczyzny, lecz tą prawdziwą, oddychającą sztuką jak powietrzem. Natalia pisała. Narażając się na drwiny ze strony zacofanych koleżanek umieszczała w czasopismach bardzo dobre artykuły o Poe, Goethym, Schopenhauerze. Kto wie, być może spod jej pióra zupełnie przypadkowo wychodziły rzeczy własne, pozornie nic nie znaczące liryczne wtręty, które później musiała wstydliwie wykreślać pod czujnym okiem pana redaktora.
Oprócz tego była ładna. Choć miała dość charakterystyczną urodę – szczupła, długie nogi i pyszne blond włosy – Tomasz był nią całkowicie zafascynowany. Przede wszystkim dzięki niej odnalazł spokój, uczucie niezwykłe i wyjątkowe po długich bezsennych nocach, kiedy musiał dokonywać wyboru pomiędzy Natalią a córką bogatego sklepikarza. Zaś teraz już nic mu nie przeszkadzało pomyślnie skończyć studia i rozpocząć karierę, którą zamierzał zrobić z myślą o wspólnym szczęściu i ze względu na Natalię. Nie do końca rozumiał, dlaczego odbyły się w nim tak głębokie zmiany po zawarciu znajomości z tą dziewczyną. Z natury był człowiekiem lękliwym i każda decyzja wydawała mu się karkołomnym skokiem nad przepaścią, w głąb której nigdy by się nie odważył spojrzeć. A teraz widział przed sobą jasno wytyczony kierunek życia i przekonany o własnej słuszności był gotów nie zbaczać z niego nigdy. I czasami nasuwało mu się przypuszczenie, czy ją przypadkiem nie kocha? Czuł w sobie pewność i byłby w stanie wykonać każde zadanie, o ile zechciałaby tego ona. Czyja to zasługa? Jej? Czy rzeczywiście drzemie we mnie nie wyzwolona moc – zadawał sobie pytanie. Lecz wszelkie wątpliwości natychmiast znikały, gdy z pamięci wyłaniała się jej twarz. Tak, była piękna, i to w mniemaniu Tomasza zdejmowało z niej wszelkie podejrzenia, a poza tym jednak artystka!
Kiedy po mieście rozeszła się wiadomość, że wkrótce ukaże się zbiór opowiadań własnoręcznie przez Natalię napisanych, Tomasz poczuł się wyraźnie zaniepokojony. Czego jej brakuje? – myślał wracając ze spaceru, na którym po raz pierwszy dostrzegł niepojęty smutek na jej twarzy – przecież będąc ze mną wcale nie powinna obawiać się o przyszłość, a tyle wspaniałych dziewczyn chodzi samotnie do kina, żeby chociaż tam móc pomarzyć o miłości. Z niepokojem przypominał nieobecne spojrzenie Natalii, dziwną bladość na niegdyś tryskających czerwienią policzkach. Zmieniła się, to nie ulegało wątpliwości. Nocą przyśnił mu się koszmarny sen. Znajdował się na podwórku wielkiego gmachu, na którym cisnęło się mnóstwo ludzi. Otoczyli go zwartym półkolem przypierając do ściany. Coś mu podpowiadało, że obok powinna być Natalia, odczuwał jej obecność, lecz gdy wyciągał przed siebie ręce, za każdym razem chwytał puste powietrze słysząc za plecami szyderczy rechot ubawionego tłumu. Była tuż tuż, ale zawsze wymykała się jak mgiełka, i mimo rozpaczliwych prób nie dawała się schwytać.
Dzień, kiedy ukazała się ta książka był najokropniejszy w życiu Tomasza. Ostrożnie, żeby nie zostać przez nikogo zauważonym, przekradł się na promocję. Swoją dziewczynę zobaczył z daleka w świetle reflektorów. Jak ubrana w czerwoną suknie, w towarzystwie zabiegających o jej względy mężczyzn, wobec których czuł się po prostu szczeniakiem, święciła wielki tryumf nad światem. Im prędzej wycofał się na korytarz, żeby kupić tę nieszczęsną książkę, której sam tytuł, „O zmierzchu”, wywoływał niejasne poczucie własnej znikomości. W domu czytał. Opowiadania były bardzo smutne, pełne goryczy i wewnętrznego rozdarcia. Natalia pisała o nieszczęśliwej miłości, braku zrozumienia ze strony ludzi i samotności. Jej bohaterowie żyli w tragicznym świecie, zupełnie pogodzeni z czekającą na nich na końcu klęską. Każde zdanie było policzkiem wymierzonym w jego dumę i przekonania. Pomyślał, że chyba po raz pierwszy przegrywa na całej linii, bo jakże umiejętnie zwodziła go przez te lata udając, że wszystko jest wspaniale, gdy tymczasem czuła w sobie niepokój i wewnętrzną samotność, którą umiała wyrazić tylko w literaturze. Nie rozumiał Natalii. Przeczuwał, że do tego obszaru prawdziwej intymności, w którym ona przebywała, chyba nie będzie miał wstępu. To było upokarzające.
Po długich godzinach męczących rozmyślań, wreszcie uświadomił, że sam nie upora się z tą absurdalną sytuacją. Wrzucił do plecaka znienawidzoną książkę i wyszedł z mieszkania w twardym przekonaniu powzięcia ostatecznej decyzji po drodze. Jakże wielkie było jego zdumienie, gdy na dole klatki schodowej usłyszał rozmowę dwóch sąsiadek dzielących głośnie uwagami na temat literackiego debiutu Natalii. Należy dodać, że chociaż wydarzenia te działy się w dość dużym, ponadmilionowym mieście, jego mieszkańcy, w miarę wzmagającego się zgiełku i pośpiechu, który niosła współczesna cywilizacja bezceremonialnie wkraczająca do ich życia, coraz chętniej dawali się opanować różnym przesądom i obiegowym opiniom. Tak też było w przypadku dwóch pań rozmawiających na parterze budynku, w którym mieszkali Tomasz i Natalia. Według nich pisząca kobieta była kimś w rodzaju średniowiecznej wiedźmy, bo taka jedna skoczyła z okna popełniając samobójstwo, inna, o zgrozo, w telewizji otwarcie powiedziała, że nie zamierza mieć dzieci, a wszystkie razem to niechybnie oddają się wyuzdanej rozpuście i w ogóle nie mają żadnego pojęcia, na czym polegają obowiązki normalnej kobiety. Gdy rozeszły się po mieszkaniach, Tomasz z bijącym się sercem wyskoczył na ulicę i pospiesznie udał się w kierunku dzielnicy, w której mieszkał Klaus.
Na szczęście zastał go w domu. Klaus był dowcipnym Austriakiem. Przyjechawszy jako pracownik pewnej firmy, osiadł tu na stale, gdy ta zbankrutowała wskutek ostrej konkurencji. Jak powiadał, urzekła go niesłychana otwartość i prostota tutejszych ludzi, lecz wszyscy raczej podejrzewali go o ukrytą fascynację słowiańskim typem kobiecej urody. Nikt nie wiedział, jakie były prawdziwe motywy, które skłoniły go do porzucenia ojczystego kraju. Jego dziwny, odbiegający od przyjętych reguł, styl zachowania, utwierdził nas w przekonaniu, że powinien znać się na wszystkim, zaś Klaus nie robił nic, co mogłoby przeczyć takiemu wizerunku, który widocznie mu schlebiał. W każdym razie, Tomasz, pobierając u niego korepetycje z niemieckiego, nauczył się czegoś więcej – trzeźwego spojrzenia na życie. Klaus, gestem pełnym wewnętrznej dystynkcji, zaprosił go do gościnnego pokoju i zasiadł w fotelu naprzeciwko pykając tajemniczo fajką, tak jakby od dawna spodziewał się tej wizyty. Po kilku zdawkowych uwagach na temat postępów Tomasza w dziedzinie języków obcych zapadło dość przykre milczenie. – Co powiesz, mój drogi – odezwał się jako pierwszy Klaus jakby chciał dodać mu odwagi. Lecz wszystkie żale, którymi przed chwilą zdawało się mógłby rozczulić osobę całkiem obojętną i niewrażliwą, nagle ugrzęzły mu głęboko w środku. Wyciągnął tylko książkę Natalii i niepewnie położył ją na stoliku. – Chciałbym tylko się dowiedzieć, co o tym sądzisz, przecież znasz się dobrze na literaturze – zapytał patrząc na nienagannie zapięte guziki na kamizelce Austriaka. – Ach przyjacielu, nie owijajmy tej sprawy w bawełnę – odparł Klaus nienaganną polszczyzną – przecież rozumiem, że chodzi ci przede wszystkim o Natalię, a nie o jej książkę. Dzisiaj pojęcie sztuki jest bardzo rozmyte. Byle panienka pozując do zdjęć pomaluje piersi w obrzydliwe kolory i to niby powinno wzbudzać zachwyt. A facet kasujący kilkadziesiąt milionów dolarów za przebój sezonu filmowego – czy jest jeszcze artystą? To chyba zbyt łatwa droga – ubliżania kabotyńskiej publiczności, która łaknie sensacji i tanich dreszczyków, ażeby po występie wsiąść do limuzyny i odjechać do luksusowej restauracji, stając się jednym z nich. Oczywiście, są jeszcze niedobitki wierzące w czystość ideałów. Das weiss ich nicht, być może Natalia jest jednym z nich. Ale jednocześnie wzniosłe słowa o cierpieniu i wiekuistym bólu mogą okazać się pozą wyczytaną w książkach. Trudno powiedzieć. Nie wtrącaj się, pozwól jej iść dalej samą, daj czas... – Ale co mogę zrobić, żeby ją zrozumieć – przerwał zniecierpliwiony Tomasz, bo rozważania na temat miejsca sztuki we współczesnym świecie wydawały mu się niezbyt interesujące. – Co możesz zrobić? – zamyślił się Klaus – nic nie możesz zrobić, chyba że sam zaczniesz pisać, ale wtedy dopiero mielibyście prawdziwe piekło.
Umówili się następnego dni w kawiarni. Tomasz przygotowywał się do spotkania bardzo starannie i nawet ułożył w głowie długą listę tematów, od których chciałby rozpocząć tę rozmowę. Oczywiście, każdy z nich zawierał ukrytą aluzję do książki Natalii, odtąd uroczyście leżącej na jego biurku jak Biblia. Gdy przez okno zobaczył, jak szła opuszczona i bezradna wśród tłumu zakłopotanych ludzi, obudziła się w nim bezlitosna chęć zniszczenia tej dziewczyny. Przysiadła na skraju krzesełka i spróbowała się uśmiechnąć. Nie była już tą Natalią, dla której warto było poświęcić życie. Włosy miała uczesane niedbale, a czoło szpeciła głęboka zmarszczka. Tomasz zarzucił niedbale rękę na kark Natalii, żeby poddała mu się w pocałunku. Lecz ona odsunęła się gwałtownie, krzesło wydało z siebie przeraźliwy zgrzyt. W jej źrenicach pałała nienawiść, którą zapamiętał na zawsze. – Przecież to tylko poza, udajesz... – powiedział za wszelką cenę próbując zapanować nad sytuacją, lecz Natalia przecząco pokręciła głową. Będzie nam dobrze – powtórzył. – Nie ma nas, są ty i ja, dwie odrębne istoty. Jeżeli tylko pogodzisz się z tym stanem rzeczy, wszystko wróci na swoje miejsce. Musisz uszanować to, że moje uczucia są troszeczkę inne i chcę je wyrazić tak jak umiem. Mogę pozostać w twoim życiu czymś na kształt cienia, ale nigdy nie będę tobą.
Minęło wiele lat. Tomasz ożenił się z córką sklepikarza, a Natalia w ogóle wyjechała z kraju. Ktoś spotkał ją przypadkiem gdzieś daleko za oceanem, w Argentynie lub Brazylii. Nasza rzeczywistość okazała się dla niej zbyt uboga, więc postanowiła zmierzyć się z inną rzeczywistością, wrogą i nieznaną. Jako jedyny odprowadzałem ją na lotnisko życząc powodzenia. Być może po pewnym czasie zobaczę na półce księgarni bardzo dziwną książkę, „O zmierzchu”, lub o podobnym tytule, wtedy będę wiedział, że odniosła zwycięstwo. Na razie nie mam od Natalii żadnych wiadomości. A Tomasz po północy wyślizguje się z łóżka, pozostawiając w nim śpiącą żonę, i ukradkiem, żeby nie zbudzić dzieci, przekrada się do kuchni. Nalewa sobie kieliszek wódki, jeden, drugi, zaczyna czytać od nowa rozsypujące się kartki książki Natalii. Jego oczy robią się szkliste i wilgotne, ale czy od wypitej wódki, czy od łez – tego już nie wiem.
Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | komentarz 1 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: TRZY OPOWIADANIA / *
przez auganoff dnia 04-07-2009 o godz. 09:12:32
Autor ma problemy z odmianą przez przypadki, zdarzają się też inne stylistyczne potknięcia.


Moim zdaniem najlepsze jest pierwsze opowiadanie - ma fajny, specyficzny klimat, z leciutkim przymrużeniem oka.


Dwa pozostałe - zbyt rozwlekłe i zbyt wprost.


Jeśli gwiazdka - to tylko za pierwsze opko.





Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim