Nowe recenzje
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz· ZŁY WPŁYW, Campbell Ramsey, Wydawnictwo Replika, recenzent: Majewski Janusz· TUNEL, Braver Gary, Wydawnictwo Replika, recenzent: Kwiatkowska Anita· OSTATNIA NOC JEJ ŻYCIA, Jennings Maureen, Oficynka, recenzent: Cichowlas Robert· KRÓLESTWO SPOKOJU, Ketchum Jack, Wydawnictwo Replika, recenzent: Majewski Janusz[ RECENZJE ]
Online
Aktualnie jest 43 gość(ci) i 0 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
NA FORUM
 | Barwy, a tworzenie nastroju |
 | Co Na Scenie - Nowy Wymiar Teatru |
 | nieTUZINkowa 12-ka Netkultury |
 | V OGÓLNOPOLSKI KONKURS NA AUTORSKĄ KSIĄŻKĘ LITERACKĄ- ŚWIDNICA 2012 |
 | DACH w lutym |
 | wizja śmierci w romantyzmie |
 | Konkurs Małych Form Prozatorskich Wrzenie VI |
 | Cytat z Forum |
 | Szymborska |
 | Harosław Jaszek: jeśli zwycięży wolność słowa… |
 | WISŁAWA sZYMBORSKA NIE ŻYJE |
 | RIP |
 | TAJNE KOMPLETY - NAJPIĘKNIEJSZA KSIĘGARNIA - GŁOSUJ |
 | Styczniowy DACH |
 | Krzysztof Gąsiorowski nie żyje. |
 | Niektórzy lubia poezję |
 | Palahniuk versus Zafon |
 | Podsumowanie 20011 roku w Księgarni Tajne Komplety |
 | Tren pt. Grab-Ula mówi o pieszczotach Orszulki na łonie przyrody. |
 | Współczesna poezja |
 | Co zrobić, żeby pierwsze rozdziały pisanej przeze mnie nie były nudne? |
 | Pierwsze zdanie! |
 | Wielowątkowość |
 | Czarny Kot |
 | CHOIŃCZYK-ŚWIĄTECZNA GRA DEKADY! |
 | 3 lata slamu w Od Nowie |
 | MAGAZYN CEGŁA 21 nr do zjedzenia na 6 opłatkach wigilijnych |
 | Moje konto w FL. |
 | Spotkanie poetyckie |
 |
Epika: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ **
Wysłano dnia 21-03-2003 o godz. 19:33:31
Autor: Des_Grieux
SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ
„Co pozostaje z listopada
Z niepokoju wczesnej wiosny
I stworzeń upalnego lata,
I przebiśniegów pod stopami
I malwy co wysoko wznosi
Czerwień w szarość i rozrzuca
Okryte śniegiem późne kwiaty?
Thomas Stearns Eliot
East Coker
Cóż ekscytującego może być w pracy psychologa, wiodącego spokojne i ustabilizowane życie w niewielkim mieście? Codziennie od ósmej do piętnastej rutynowe zajęcia z zakompleksionymi dziećmi, raz na dwa tygodnie dyżur w przychodni u boku znudzonego psychiatry, raz na miesiąc dyżur w noclegowni dla bezdomnych. Noclegownia. Tego miejsca nie lubiłem. Dzieciakom byłem rzeczywiście potrzebny, pacjenci psychiatry też czasami skorzystali z mojej pomocy, ale klientela przytułku... Jasne, bardzo współczułem korzystającym z jego usług nieszczęśnikom, lecz oni potrzebowali jedynie talerza gorącej zupy i suchego miejsca do snu. Owszem, czasami ktoś chciał ze mną pogadać, tylko że w jakiż ja sposób mogłem pomóc bezdomnemu choremu na alkoholizm człowiekowi? Cała moja wiedza zdawała się równo i dokładnie psu na buty. Jednak poczucie zawodowego obowiązku nie pozwalało mi z tej pracy zrezygnować. I w owej depresyjnej, obskurnej noclegowni przywodzącej na myśl „Domy dla ubogich” opisywane z maestrią przez Dickensa, przeżyłem coś, czego nigdy nie zapomnę, coś, co przypominało dziwaczny narkotyczny sen. I
Leżeliśmy w ciepłym mroku wypełnionym koncertami brandenburskimi, przywarci do siebie niczym syjamskie bliźnięta. Kochałem takie chwile – ciepłe, przytulne i spokojne. Pokój zdawał się być bezpiecznym schronem oddzielającym nas od całego zła świata, kosmiczną kapsułą zawieszoną w lodowatej próżni. Najchętniej tkwiłbym tak jak najdłużej, ale... Ale dobrze wiedziałem, że za chwilę będę musiał opuścić ów azyl, a to wiązało się zazwyczaj ze standardową wymianą zdań. Zdań prawie niezmiennych, zawsze jednakowo irytujących.
Niechętnie uniosłem głowę, zerknąłem na jarzące się wiśniowym blaskiem cyfry budzika. Usiadłem i zapaliłem światło. – Muszę iść – mruknąłem. Miśka momentalnie przyjęła postawę zaczepną. Oparła się o poduszki, podciągnęła kolana pod brodę, objęła je rękami i wbiła we mnie pociemniałe od gniewu oczy. – I po co? – zapytała – po co łazisz tam, do tych degeneratów? A może ja ciebie potrzebuję dziś bardziej niż oni, pomyślałeś o tym? Cichy azyl zamienił się momentalnie w miejsce naładowane złymi emocjami. Odetchnąłem głęboko i policzyłem w myślach do dziesięciu. – To moja praca, kochanie – powiedziałem spokojnym w miarę głosem. – Raptem jedna noc w miesiącu... – Ale zawsze ta noc, kiedy chciałabym byś był przy mnie – przerwała mi Miśka. – Wolisz tych brudasów ode mnie? – Przestań! – w moim gardle coś niebezpiecznie zagulgotało. – Zaczynasz histeryzować. I nie nazywaj moich pacjentów brudasami, dobrze? – Pacjenci... – wycedziła przez zęby – Dobry wujek idzie pocieszać bandę amatorów denaturatu. Odwróciła się twarzą do ściany i nakryła głowę kocem. Nie chciałem przedłużać tej idiotycznej dyskusji, która nie mogła doprowadzić do niczego dobrego. Ubrałem się, wrzuciłem do torby dwie rezerwowe paczki papierosów i wyszedłem na korytarz. Już w kurtce i butach wróciłem do pokoju, żeby coś jeszcze powiedzieć. Miśka z naburmuszoną miną przerzucała kartki jakiegoś kolorowego pisemka. Pokręciłem tylko głową i bez słowa opuściłem mieszkanie.
Świat spowijała gęsta, lodowata mgła. Wzdrygnąłem się, podniosłem kołnierz i ruszyłem wolno przed siebie. Ten późny listopadowy wieczór doskonale pasował do mojego nastroju. Szedłem starając się omijać kałuże, ślizgałem się na mokrych liściach, które grubą warstwą pokrywały chodnik. Rzadko rozstawione latarnie mżyły mizernym światłem. Mgła tłumiła wszelkie odgłosy, nagie gałęzie klonów ociekały wilgocią. Wdychałem ten jedyny w swoim rodzaju zapach – mieszaninę woni gnijących liści, dymu z kominów, pleśni. Zapach listopada. Poczułem się trochę nieswojo. Ten monotonny marsz zaczynał mnie hipnotyzować. Stapiałem się powoli z mgłą, wilgocią, wszystko stawało się coraz mniej realne, senne. I złe. Miałem wrażenie, że za chwilę moje ciało zniknie, że stanę się częścią mgły, cieniem straszącym zapóźnionych przechodniów. Raptownie ogarnęła mnie fala irracjonalnego niepokoju. Zatrzymałem się i rozejrzałem niepewnie dookoła. – No, co jest? – zapytałem półgłosem samego siebie. – Nerwy zaczynają szwankować? Zapaliłem papierosa. Jasny płomyk zapalniczki i ciepło tytoniowego dymu przywróciły poczucie realizmu. Zacząłem iść znacznie szybszym niż poprzednio krokiem. Zdawało mi się, że dziwaczny niepokój minął. Jednak dopiero ulga, którą poczułem na widok jasnych świateł noclegowni sprawiła, że zrozumiałem jak napięte mam nerwy. Dla dodania sobie animuszu otrząsnąłem się niczym mokry pies i postanowiłem odłożyć na później analizę stanu swojej psychiki.
II
- Dobry wieczór panie Krzysztofie – powitałem portiera. – Wielu klientów? – Pełna sala, proszę pana – powiedział odkładając gazetę. – I jacyś sami nerwowi dziś, doktor ma sporo roboty. Paskudna noc... – A owszem, paskudna – przytaknąłem i wszedłem do dyżurki. Tomka w niej nie było. Zapewne zgodnie ze słowami portiera uwijał się wśród naszych gości. Przebierając się pomyślałem o moim dyżurnym partnerze. Pobudki, dla których Tomek pracował w noclegowni były mało altruistyczne. Młody, ze świeżo zrobioną specjalizacją z interny, cyniczny. Często nie potrafił ukryć swej pogardy dla gości przytułku. A jednak zamiast dyżurować w pogotowiu za znacznie lepsze wynagrodzenie, większość nocy spędzał właśnie tu. Miał w tym swój cel. Marzyła mu się karierka prowincjonalnego polityka i w ten sposób pracował na opinię „zasłużonego dla dobra lokalnej społeczności, dla tych najbiedniejszych z biednych”.
Przypiąłem do bluzy identyfikator i wmaszerowałem do głównej sali. Istotnie, było tłoczno. Około trzydziestu osób. Większość siedziała przy kulawych stolikach wpatrując się apatycznie ekran telewizora. Kilka otulonych w bure koce kształtów leżało na polowych łóżkach. W czasie lepszej pogody zazwyczaj było tu pustawo. Bezdomni trafiali pod nasz dach tylko wtedy, gdy ziąb stawał się już nieznośny. Zabłąkane ptaki z innego świata, mieszkańcy archipelagów podwórek, śmietników, działkowych altan.
– Dobry wieczór – powiedziałem starając się, by w mym głosie słychać było optymizm. – Jestem dyżurnym psychologiem tej instytucji. Czy ktoś chciałby ze mną porozmawiać? Może mogę w czymś pomóc? Reakcja była do przewidzenia. Nie więcej niż pięciu ludzi zerknęło na mnie spode łba, a ktoś rzucił – Spadaj waflu! – Gdyby jednak... – udało mi się uśmiechnąć – jestem do godziny siódmej rano.
Wróciłem do dyżurki. Wygodnie rozparty w fotelu Tomek popijał herbatę. – Cześć Freud – wyszczerzył się do mnie. – I jak? Uleczyłeś kilka złamanych serc swoim wielce uczonym bajdurzeniem? Usiałem naprzeciw niego i zapaliłem papierosa. – Daruj sobie ironię – mruknąłem. – Nie mam dziś nastroju do znoszenia cynicznych dowcipów. – No widzisz – ciągnął dalej nie zrażony moim tonem – a ja zrobiłem parę pożytecznych rzeczy. Zszyłem rozbity łuk brwiowy, rozdałem trochę witaminek... Zagramy partyjkę szachów? – zmienił raptownie temat. Pokręciłem przecząco głową. – Wiesz, jakoś się nie najlepiej czuję. Chyba położę się spać. W razie czego obudź mnie. Tomek przyjrzał mi się uważnie, a ja skonstatowałem, że istotnie coś się ze mną dzieje. Mówiłem drewnianym, zmęczony głosem, powróciło też paskudne uczucie dręczącego niepokoju. Przeczucie, że wydarzy się coś złego, napięcie, oczekiwanie na cios. – To przez pogodę – powiedział. – Noc upiorów. Na szczęście nie jestem przesądny – uśmiechnął się. - Sfrustrowany jesteś, ot co – ciągnął z wielce uczoną miną. – Czujesz się tu niepotrzebny, prawda? Wiesz, idź na salę i wyciągnij któregoś z nich na psychoanalityczne pogaduszki. Pacjentowi to nie zaszkodzi, a tobie pomoże – zarechotał idiotycznie. – Nie – powiedziałem. – Nie będę nikogo męczył. Psychologię zastąpi im telewizja. Niech tam siedzą sobie spokojnie i oglądają seriale pełne pięknych kobiet, bogatych mężczyzn, luksusowych limuzyn i jachtów. Muszą wchłonąć jak najwięcej tych fałszywych opowieści, a potem zasnąć. I niech śnią celuloidowe sny o świecie spełnionych marzeń. – Hej, co z tobą? – Tomek był wyraźnie zaniepokojony. – Kaznodzieją zostałeś? – Powiem ci więcej – wstałem i zacząłem chodzić nerwowo po pokoju. – Zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteśmy obrzydliwi? Jesteśmy oszustami, najgorszymi z najgorszych, bo oszukujemy samych siebie. Popatrz, jak cholernie tanio kupujemy sobie poczucie samozadowolenia. Pieprzone siostrzyczki miłosierdzia, które z wyrachowaną troską pochylają się nad każdym bezdomnym nieszczęśnikiem. A tak naprawdę brzydzimy się ich, gardzimy nimi. Boimy się ich. Ale robimy to. Bo warto prawda? Bo co i rusz w lokalnej gazecie znajdujemy swoje zdjęcia i słowa podziwu, że my tacy wspaniali. Za miesiąc, na miłym bankieciku w ratuszu starosta nada któremuś z nas tytuł człowieka roku. Za miłosierdzie, za niestrudzoną pracę na rzecz ubogich. Fałsz, fałsz i jeszcze raz fałsz! A gdyby nawet było choć troszeczkę inaczej, gdybyśmy rzeczywiście odczuwali trochę serdecznego współczucia... Myślisz, że to by cokolwiek zmieniało? A gówno! Oni rankiem dostaną po kromce chleba z twarożkiem i wrócą do swoich śmietników, cuchnących kanałów. A my z uśmiechem, przepełnieni poczuciem dobrze spełnionego obowiązku ogolimy twarze przy pomocy dobrego kremu, wyczyścimy zęby najlepszą na świecie pastą i pomaszerujemy do swoich zadbanych, pachnących żon. Czemu nimi gardzimy, co? Jaką mamy gwarancję, że na skutek jakiegoś fatalnego ciągu wydarzeń nie staniemy się tacy jak oni? Cholerni hipokryci... - Ale pieprzysz! – Tomek wpatrywał się we mnie rozszerzonymi ze zdumienia oczami. – Uważasz, że powinniśmy rozdać wszystko co mamy i zamieszkać wśród bezdomnych? Wówczas będziemy w porządku, tak? Rzeczywiście, coś ci odbija. Kłopoty w domu? A może przemęczony jesteś? - A niech to... – mruknąłem pocierając dłonią czoło. – Przepraszam cię, Tomku. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Od momentu wyjścia z domu jestem jakiś zakręcony. Położę się, może prześpię ten nastrój.
Leżałem skulony na twardej kozetce i wciąż odczuwałem dręczący niepokój. Wreszcie jednak zmęczenie zaczęło brać górę. Obiecałem sobie, że w czasie najbliższego weekendu solidnie się upiję i zasnąłem.
III
- Wstawaj, kurwa, szybko! Wstawaj! – ktoś szarpał mnie za ramię i krzyczał prosto w ucho. Zerwałem się z kozetki. Na widok pobladłej twarzy doktora momentalnie otrząsnąłem się z resztek snu. – Co się dzieje? Jakaś zadyma? – zapytałem. – Gorzej – wymamrotał. – To jakiś pieprzony obłęd... O kurwa, dobrze, że nie jestem tu sam, że inni też to widzą. Chyba nie zwariowałem jednak. Głos mu dygotał. Stałem zbaraniały i nie bardzo wiedziałem co robić. Tomek podbiegł do szafy, wydobył z jakiegoś schowka butelkę wódki. Przyssał się do niej jak zawodowy alkoholik i w mgnieniu oka wypił połowę zawartości. – Też chcesz? – wyciągnął do mnie półlitrówkę. – Na razie dziękuję – powiedziałem. – Najpierw może wyjaśnij mi o co chodzi. Tomek pociągnął jeszcze łyk i odstawił flaszkę. – Ty, to bez sensu, to kurwa niemożliwe. No niemożliwe! Takie rzeczy się nie zdarzają... Stwierdziłem, że się z nim nie dogadam. Ruszyłem w stronę drzwi wiodących do głównej sali. – Poczekaj – załapał mnie kurczowo za rękę. Tam są przecież pielęgniarze, no... Nic nagłego, tylko... Opowiem ci... Poczekaj. Kiwnąłem potakująco głową i posadziłem go w fotelu. – Nawijaj – poprosiłem. – Wyobraź sobie – głos miał już trochę spokojniejszy – przywieźli taką upiorną parę. Znaczy przywiózł, a nie przywieźli – poprawił. – Wiesz, ten dupek, z gazety, ten Andrzejek co to wiecznie węszy za sensacjami. Włóczył się po mieście i ich znalazł...– No i co z nimi? – przerwałem mu. – Co w nich takiego szczególnego? – Nie, nie, nie! - jęknął i ponownie sięgnął po butelkę. – Słuchaj, przede wszystkim, to ja się ich przestraszyłem. Zanim jeszcze dokładnie się im przyjrzałem, zanim zacząłem słuchać ich pieprzenia... Przestraszyłem się ich, rozumiesz? Kiedy do nich podszedłem, to było tak... Kurwa, jakbym stanął nad przepaścią, jakbym spadał w jakąś cholerną dziurę bez dna. Rozumiesz? – Nie, nie rozumiem – powiedziałem. – Możesz mówić składniej? Nie zwrócił na mnie uwagi i kontynuował. – A jak się im lepiej przypatrzyłem... Mamy listopad, środek listopada. Ty, wyobraź sobie... Ona ma na głowie wianek z polnych kwiatów! Dociera do ciebie?! Obdarta pijaczka w jakiejś zabłoconej szmacie, która jest według niej sukienką. Z wiankiem polnych kwiatów... W listopadzie, kurwa... A ten jej upiorny kochaś – z kieszeni marynarki wystaje mu gałąź kwitnącego bzu. Pachnącego, świeżutkiego bzu! A jak już zaczęli gadać... Urwał raptownie i wbił wzrok w blat biurka.
Kilka minut siedzieliśmy w milczeniu. W głowie miałem chaotyczną plątaninę.
-Pije?
-Bierze jakieś prochy? Wielu lekarzy sięga po rozmaite paskudztwa.
-Zwariował?
-A może rzeczywiście stało się coś dziwnego?”
Musiałem pójść i przekonać się na własne oczy. Jednego byłem pewien – nigdy dotąd nie widziałem tego cynicznego wesołka w takim stanie. – Tomku, nie ruszaj się stąd, dobrze? – poprosiłem. – A pewnie, że się nie ruszę – burknął. – Idź, sam sobie zobacz jak wyglądają upiory.
IV
Przeszedłem przez główną salę noclegowni. Wszyscy nasi goście spali. Nic nie wskazywało na to, by stało się tu cokolwiek złego. Skierowałem się do gabinetu zabiegowego. To, co tam ujrzałem istotnie wyglądało dość niesamowicie. Na podłodze siedziało dwoje ludzi opartych plecami o ścianę. Nad nimi stali trzej skonsternowani pielęgniarze. – Czemu oni tak siedzą w tych mokrych ubraniach? – zapytałem ostrym tonem. – No, bo pan doktor tak kazał – powiedział jeden z pielęgniarzy. – Że niby póki pan z nimi nie pogada, to ich nie ruszać. Nic im nie jest, ani pijani, ani nie naćpani chyba. Ale coś on podpadający, ten nasz doktorek. No, jakiś... – Dobrze, dobrze – przerwałem mu. – Niech jeden z panów przejdzie do dyżurki potowarzyszyć doktorowi, źle się poczuł. Pozostali niech przygotują jakieś koce i zupę. Chcę tu zostać sam. – A ja? – odezwał się ktoś. Dopiero wtedy zauważyłem siedzącego w kącie Andrzejka, znanego w mieście plotkarza i sensata, dziennikarza miejscowego tygodnika. – Podobno pan ich przywiózł? – zwróciłem się do niego popędzając jednocześnie gestem pielęgniarzy. – Owszem – przytaknął. – Dziwaczna jakaś historia. Materiału to z tego nie zrobię, bzdury... Tylko tapicerkę w samochodzie sobie pobrudziłem. Cały mój zysk, cholera.
Poprosiłem go, by w paru zdaniach opowiedział, co się właściwie stało.
Okazało się, że dziennikarzyna wybrał się na nocną sesję zdjęciową. W którymś z parków znalazł skulonego na ławce przemoczonego mężczyznę. Zabrał go do samochodu i powiózł na pogotowie. Stamtąd odesłali go do noclegowi. Ale po drodze pasażer zaczął prosić, by wrócili do parku, bo jest tam jeszcze „coś” albo „ktoś”. Andrzej nie mógł go dokładnie zrozumieć. W każdym bądź razie wrócili. Mężczyzna dał nura w krzaki i po chwili wyprowadził z nich kobietę. Wszyscy troje zapakowali się do auta i przyjechali tu. – Wie pan, dziwnie się zachowywali, coś bez sensu mruczeli. No i skąd u licha te kwiaty? – wzdrygnął się. – A doktor... Jakby go prąd poraził na ich widok, co mu jest? – A nie pański interes – warknąłem. – Niech pan już sobie idzie. Aha – dodałem – i mam nadzieję, że nie zobaczę w gazecie pana tekstu opisującego nietypowe zachowania personelu noclegowni. – Jasne, jasne – uśmiechnął się obleśnie. – Doktorek coś łyknął... Zrozumiała sprawa, w taką zimną noc. – Dobranoc – powiedziałem z naciskiem. Dziennikarz ukłonił się i odmaszerował.
W pod koniec naszej rozmowy pielęgniarze przynieśli koce i dwa talerze zupy. Odprawiłem ich i dopiero, gdy zostałem sam, podszedłem bliżej do siedzącej na podłodze pary. I poczułem raptem głęboki, aż trudny do zniesienia, wszechogarniający smutek. A jednocześnie doznałem ogromnej ulgi. Tak, jakby to, co mnie dręczyło tego wieczoru, ta rzecz, która miała się stać, była już poza mną. Trudno było sprecyzować to uczucie, ale miałem wrażenie, że coś od nich emanuje. Potrząsnąłem głową i odetchnąłem głęboko, by odgonić ten nastrój. Wiedziałem, że muszę z nimi porozmawiać, coś mi mówiło, że nie są zwyczajną parą alkoholików, którzy zasnęli w parku po wypiciu kilku butelek owocowego wina. – Dobry wieczór – powiedziałem i kucnąłem przy nich. – Chcą państwo coś zjeść? Kobieta pokręciła przecząco głową. – Papierosa, daj pan papierosa – wychrypiał mężczyzna. Podałem mu cała paczkę i zapałki.
Przyjrzałem się dokładnie naszym gościom. Nie byli chyba starzy, ale trudno jest ocenić wiek osoby nałogowo pijącej. A widać było wyraźnie, że oboje są alkoholikami. Kobieta wyglądała groteskowo, wręcz upiornie. Pomarszczona twarz z rozmazanymi resztkami tandetnego makijażu, brudna, podarta sukienka i te nieszczęsne polne kwiaty w potarganych, dawno nie mytych włosach. Nieśmiało wyciągnąłem rękę i dotknąłem wianka. Nie był sztuczny – prawdziwe, żywe maki, chabry i jeszcze jakieś kwiaty, których nazwy nie znałem. Kiść bzu w kieszeni mężczyzny też była prawdziwa. – Czy coś może państwu dolega, może... – nie wiedziałem, jak zacząć rozmowę. Z kłopotu wybawiła mnie kobieta, raptem ożywiła się i zaczęła mówić.
V
- Pan jest dobry... Pan mnie posłucha. On, ten doktor to nie chciał. Krzyczał. Jego to nawet uderzyć chciał – wskazała ruchem głowy na swojego towarzysza. – No za co? Co on mu zrobił... Pan mnie posłucha. Ja opowiem wszystko. Ja nie jestem dziwka. Nie. Piję, prawda, że piję. A co ja zrobię, że muszę pić? Ale nie jestem dziwka. Źle było w ten wieczór. Bo żadnych pieniędzy. Poszłam do koleżanki, a ona też żadnych pieniędzy. Ja nie jestem dziwka. Ale musiałam wypić, bo telepka już szła. Już blisko była. A ja się boję jak trzęsie. Pogotowie przyjedzie, do wariatów mogą zabrać. No i poszłam chodzić po ulicy, że może kogo spotkam, może gdzie pieniądze się znajdą. Żeby wino wypić i żeby nie trzęsło. I podszedł taki jeden, co go trochę znam. I mówi, że ma wino dla mnie. Ale nie tak za nic. Da mi wino, ale muszę pójść z nim. Ja nie chciałam. Ja swoją godność mam. Nie jestem dziwka. Ale bez wina by telepka przyszła. Boję się, jak trzęsie. Do mnie poszliśmy. Bo ja mieszkam. Ja nie na ulicy, nie. Pokój swój mam. Ja mieszkam. I on otworzył wino i mówi – masz, no napij się trochę. Ale trochę. Potem dam ci drugą butelkę. Wypiłam trochę i źle mi się zrobiło, duszno. Bo ja serce chore mam. I otworzyłam okno, chociaż zimno i mgła. A jak już chciałam wrócić do niego, do tego co mi wino dał, to przez okno do pokoju wpadła róża. Pan wie, kwiat. I ja pomyślałam, że zaraz umrę. A może już umarłam. Bo kiedyś dawno... Dawno kiedyś był taki, co mnie kochał. I on zawsze jak przychodził do mnie, to ja miałam otwarte okno. I on różę wrzucał. Zaczęłam krzyczeć do tego, co mi wino dał, żeby poszedł, bo ja nie jestem dziwka. W twarz mnie uderzył, ale nie zrobił więcej nic. Wyszedł. A ja patrzę przez okno i widzę, że tam nie ma nocy i mgły. Dzień jest. Słońce. I on, ten co do mnie kiedyś zawsze z różą przychodził stoi. I macha ręką żebym poszła do niego. Ja patrzę, że ja jestem młoda i ładna. Jak kiedyś dawno temu jestem. Włosy mam ładne i sukienkę taką w groszki duże, co ją sobie sama uszyłam, a on ją lubił, tą sukienkę. Dla niego ją ubierałam. I w oczach mi się zaćmiło. Pobiegłam na dwór, a tam już nic nie było. Jego, tego co z różą przychodził nie było. Noc i zimno. I mgła. I ja słyszę jak ktoś mówi do mnie – biegnij, szukaj, szukaj biegnij, będzie jak kiedyś, biegnij, szukaj. Pobiegłam. Tak przed siebie, przez te miejsca, gdzie z nim chodziłam. Aż serce bolało i oddychać nie mogłam. Ale biegłam. I patrzę, a ja koło katedry jestem. Stoję, żeby oddech złapać i znów słyszę - biegnij, szukaj, szukaj biegnij, będzie jak kiedyś, biegnij, szukaj. Ja się oparłam o mur i słyszę, że to cegły tak do mnie mówią, żeby szukać. I nagle jestem w środku. W katedrze jestem. Nie wiem jak, ale jestem. I pełno ludzi, i chór śpiewa. Dzieci do Pierwszej Komunii idą. Patrzę, a to ja tam taka malutka z innymi dziećmi idę. I płakać zaczęłam, bo pomyślałam, że umarłam już. W oczach się zaćmiło. Potem znów po ulicy biegnę. Za miasto. Tam, gdzie na spacery mnie zabierał ten, co mnie kochał i zawsze z różą przychodził. Dzień jest i ciepło. I on mnie trzyma za rękę, kwiaty zrywam. Maki, chabry. A on mnie pocałować chce, bo jeszcze nigdy mu nie pozwoliłam, a ja się śmieję, że nie wolno. I tak idziemy, ja mam tą sukienkę w groszki duże. A potem znów nic nie ma. W parku siedzę na ławce, rzeka płynie. Rzeka mówi do mnie, ja wyraźnie słyszę - biegnij, szukaj, szukaj biegnij, będzie jak kiedyś, biegnij, szukaj. Ale ja nie mogę już biec. Bo serce boli. A potem to on siedzi obok, ktoś samochodem mnie wozi. Ale ja teraz nie wiem, czy on to ten, co jak do mnie przychodził, to zawsze różę przynosił.
Powiedziała to wszystko praktycznie jednym tchem, bardzo szybko, ale wyraźnie. Umilkła i dyszała ciężko. Uspokajającym gestem pogładziłem jej dłoń. – A pan? Co pan pamięta? – zwróciłem się do mężczyzny. Poruszył się niespokojnie i odchrząknął. – No... Nic prawie... Co tu mówić, nie? Napić się chciałem, ale z kimś. No, miałem na wino, to sobie kupiłem. Stałem na ulicy, że może będzie szedł jaki koleżka, to z nim wypije. Ale patrzę, a tu ona biegnie. I tak mi się zdało, że to taka jedna, co to ją kiedyś... No, jak to mówią, kochałem. I poleciałem za nią. A nie pytaj pan, po co. Nie wiem. Tak jakoś musiałem. Trudno było dogonić, bo ta mgła, i gubiłem ją co chwila. Potem już mi uciekła, ale... – urwał wyraźnie zakłopotany. – No, jak powiem dalej, to pan uwierzy? – Uwierzę – przytaknąłem. – Aha – pokiwał głową. A po co ja mam panu to mówić... co? No, ale niech tam. Za te papierosy opowiem. Patrzę potem, że ja w parku jestem. I tak jak ona mówiła – też młody chłopak ze mnie. Festyn jest, wiosna. Siedzę z nią, z tą co ją kiedyś kochałem. Orkiestra gra, tańczą ludzie. Ona mówi, że mam jej bzu urwać. Potem siedzimy dalej i podchodzi taki, co to zdjęcia ludziom robi za pieniądze. I ja jemu mówię, żeby on nam na tej ławce zrobił fotografię. Bo coś mnie tak nagle w sobie zabolało i pomyślałem, że to już tak niedługo będzie dobrze. Że niedługo tak ona i ja. I strach taki, panie... Bo ja wiem, że tylko przy niej jestem, bez niej, to mnie nie ma. No, bez niej to mnie normalnie nie ma, panie. Ale teraz, to też, jakoś nie wiem, czy ona, to ta, co kiedyś. Może tak, może nie. Ponownie odchrząknął i zapalił papierosa dając mi tym do zrozumienia, że rozmowę uznał za zakończoną. Byłem pewien, że przeżył o wiele więcej, ale jak to „twardy chłop” – nie miał ochoty na zwierzenia.
VI
Poleciłem pielęgniarzom, by w drodze wyjątku pozwolili parze „widmowych kochanków” – jak ich w myślach ochrzciłem – spędzić dzień w przytułku. Chciałem, by spokojne odespali męczącą noc i poszedłem zobaczyć, co dzieje się z Tomkiem. Stał zapatrzony w kłębiącą się za oknem mgłę. Był już spokojny. – I co? – zapytał. – Wysłuchałeś tych bzdur? – Tak. – potwierdziłem. – No to opowiedz mi dokładnie i po kolei – poprosił. Niech, cholera, wiem co mnie tak wystraszyło – uśmiechnął się z zażenowaniem.
- Nie wierzę w takie rzeczy – powiedział gdy skończyłem opowiadać. - Nie wierzę, ale... Usystematyzujmy fakty. Najpierw twój zakręcony nastrój, potem przygody naszych kochanków – bo przecież trzeba przyjąć za pewnik, że coś się z nimi działo. Nie zmyślili tego. Później mój atak dzikiej paniki... To nie jest ciąg zbiegów okoliczności. – Zgadzam się – kiwnąłem głową. – Ale może lepiej nie analizujmy tego wszystkiego. I tak nie dojdziemy do żadnych wniosków. Zakończmy sprawę taką skleconą naprędce teorią... No, nic oryginalnego, ale człowiek zawsze szuka jakiegoś wytłumaczenia. Posłuchaj... A jeżeli czas nie płynie tak prosto lecz meandruje jak rzeka? Może życie każdego z nas jest takim krętym strumykiem czasu, który wpada do głównego nurtu? Mogą się zdarzać jakieś anomalie, prawda? Strumienie się przecinają, przychodzi jakaś burza, która sprawia, że rzeka przez moment płynie nieco inaczej? Cóż my w gruncie rzeczy możemy wiedzieć. A może przygody tych nieszczęśników nie były przypadkowym zawirowaniem rzeki? Może ktoś chciał dać im jakiś znak? Powrót na kilka sekund do dawnych, dobrych czasów? Na kilka sekund, bo tu nie będzie przecież dalszego ciągu i romantycznego zakończenia. Prześpią się i pójdą – każde w swoją stronę. Zresztą zapewne – używając ich stylistyki – „ona to nie ta ona, a on to nie ten on”. To małe miasto, niemożliwe, by teraz, po tylu latach spotkali się pierwszy raz. Wszak chadzają tymi samymi ulicami, piją w tych samych melinach.... Tomek wzruszył ramionami. – Nie ważne, czy masz rację... Chcę tylko szybko o tym zapomnieć.
***
Dobrze, że jesteś – powiedziałem następnego wieczoru do Miśki. – I musisz być zawsze, bo ja tylko przy tobie jestem, bo bez ciebie mnie nie ma.
***
Tomek zrezygnował z pracy w noclegowni. Spotykamy się czasem przy piwie, gawędzimy, gramy w szachy. Ale nigdy nie wspominamy wydarzeń tamtej listopadowej nocy.
|
|
|
|
Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować |
|
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez Anonimus dnia 21-03-2003 o godz. 21:04:29 | | nic ująć....a jeśli cos dodac, to tylko gwiazdki!!! |
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez Rojewski dnia 22-03-2003 o godz. 01:42:13 http://www.netkultura.pl | A ja nie wiem czy akurat ten pomysł do końca dał mozliwość autorskiego popisu. Proszę to traktować wyłacznie jako komplement.
Jak najbardziej zasłużony.
|
|
|
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez Lukasz_Stadnicki dnia 22-03-2003 o godz. 19:54:25 http://www.portalliteracki.pl | Brakuje mi jednak jakigoś zakończenia. Brakuje mi jakiejś motywacji czy realistycznej czy alegorycznej tego przerażenia lekarza-karierowicza. Dziwi mnie zbytnia doza sympatii naszego psychologa, dla lekarza, którego tak źle ocenił. Ta komitywa powinna też być głębiej umotywowana. nie wyzyskana została sytuacja rodzinna naszego psychologa. Przejście do rozkochania w miśce jest zbyt nagłe. Ogólnie koniec jakby pisany już pospieszniej.
To jednak zarzuty bardzo wątłe jeśli miećna uwadze zalety. Znakomicie zarysowani bohaterowie. Zderzenia sytuacji i opisów prawdopodobnych z tym jednym niezwykłym wydarzeniem znakomicie zaprojektowane. Wwiększości dobre, żywe dialogi. Znakomita indywidualizacjajęzyka bohaterów. Zwłaszcza monolog uwiankowanej pijaczki zasługuje na pochwały. Nie tylko styl, którym się posługują bohaterowie został zindywidualizowany, ale także logika jaką się posługują, skojarzenia. Wszystko łączy bardzo sprawny język - język dobrej prozy - na tyle ile trzeba przeźroczysty dla czytelnika, zwłaszcza przy narracji i intrygujący, kiedy posługują się nim bohaterowie lub gdy relacjonuje ich myśli. Znakomita robota. Nawet jeśli nie do końca pochłonął mnie pomysł, to narracja wciągnęła mnie w tenświat i pokonała wszelkie niechęci.
Co jeszcze ma autor w zanadrzu? |
|
|
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez synthspirit dnia 08-07-2004 o godz. 17:49:53 | Hmmmm... Nie mam pojecia, czy to właściwie zaczynac kopanie od dołu, ale czasami taki nierozsądek popłaca i nagradza kandydata na ziemiogrzeba naprawdę świetnym tekstem. Urzeka mnie, jakoś szczególnie bliska mym gustom narracja. W dodatku chciałbym sam umieć tak pisać o ludziach. Jeśli coś mnie gryzie, to może jedynie finalne zdanie. Trochę wg. mnie od reszty odstaje. I tyle.
Pozdrawiam
synth odgrzebujący |
|
|
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez Bairam dnia 04-09-2004 o godz. 16:09:33 | Zajrzałam, Kawalerze Des Grieux, do tego przedrocznego tekstu. Gdy czas mi pozwala, zwiedzam FL, a czerwone gwiazdki przyciągają uwagę. Jestem czytelniczką, nie recenzentem.
Powiem tyle:
Pięknie o miłości.
Des Grieux, jesteś wielki ;)))
A jeśli mogę wlać trochę dziegciu: uwiera trochę nieobjaśnione do końca (i nie spuentowane) zachowanie lekarza. Pisał o tym wyżej Łukasz Stadnicki, więc się nie rozdrabniam.
Gdyby było to wypracowanie mojego ucznia, podpowiedziałabym: zrezygnuj z ostatniego akapitu. W przedostatnim jest WSZYSTKO.
Pozdrawiam
Bairam
|
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez Des_Grieux dnia 13-10-2004 o godz. 19:33:19 http://desgrieux.blox.pl/html | Dziękuję za dobre słowa, Bairam:)
Naprawdę, bardzo, bardzo sięcieszę, że Ci się podobało.
Zgadzam się, że wątek lekarza, o którym wspominasz, słabo wyeksponwałem. Kiedyź, jak czas pozwoli, przerobię trochę "Szepty...". Już teraz dokonałem drobnej korekty - na Forum Prozatorskim "Szepty..." są lekko "przemeblowane" :)
Jeszcze raz dziękuję
Kłaniam się |
|
|
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez V2tt dnia 08-09-2004 o godz. 23:10:45 | | Taki ktoś jak ja ma przepyszną ucztę .Gratulację !.... |
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez Des_Grieux dnia 13-10-2004 o godz. 19:35:39 http://desgrieux.blox.pl/html | Dziękuję:) Cieszę się, że Ci się spodobało moje pisanie
Kłaniam się |
|
|
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez ED dnia 11-10-2004 o godz. 21:04:29 http://www.wedd.webpark.pl/ | Przepieknie tajemnicze i dające wiele do myślenia.
Jeszcze przed samym zakonczeniem spodziewalem sie wyjasnienia co do tch kwiatow, ale po przeczytaniu juz nie potrzebowalem.
Pozwole sobie zacytowac to, co mi sie najbardziej spodobalo:
"Może ktoś chciał dać im jakiś znak? Powrót na kilka sekund do dawnych, dobrych czasów? Na kilka sekund, bo tu nie będzie przecież dalszego ciągu i romantycznego zakończenia."
posdrufka
ED |
|
|
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez Inn dnia 07-02-2005 o godz. 22:48:36 | Pewnie zdziwi ten spóźniony komentarz, ale jakoś wcześniej nie zauważyłam Pana obecności w FL. Jest nas tu tak wielu.
W przeciwieństwie do Synspirta powiem, że nie jest to „szczególnie bliska mym gustom narracja”, ale przeczytałam z zainteresowaniem i prawdziwą przyjemnością. Dla mnie to coś z teorii światów równoległych. Tekst może zyskałby nieco, gdyby darować sobie cały fragment końcowej rozmowy lekarza z psychologiem. Takie urwane po prostu zostawić. I tylko te dwa zdania o Miśce. O Tomku już nie (bo jakie to ma znaczenie?). Może i się przestraszył, ale jest racjonalistą, więc nie wybiło go to z rzeczywistości na tyle, by uciec.
To opowiadanie dopięte rozmową i informacją o Tomku traci pewien przenośny sens.
Przepraszam, może nie powinnam tak „zarządzać” treścią, w końcu to nie moje opowiadanie.
A co podoba mi się tu najbardziej? Przebijająca pomiędzy wierszami gorycz, pewnego rodzaju wyrzuty sumienia bohaterów, że będąc pariasami (na tle lwów finansowych) mają tak wiele w porównaniu z „gośćmi” noclegowni. Chyba wszyscy mamy z tym problem. No, może nie wszyscy.
Pozdrawiam (mile zaskoczona)
Inn
|
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez Des_Grieux dnia 09-02-2005 o godz. 11:26:05 http://desgrieux.blox.pl/html | Serdecznie dziękuję za przeczytanie i solidny komentarz.
Zgadzam się z Pani uwagami, opowiadanie po przeróbkach wygląda nieco inaczej. Właśnie mniej więcej tak, jak po Pani "przemeblowaniu". A przepraszać nie ma za co, takie "zarządanie" treścią jest bardzo cenne, dla mnie to dobra lekcja
Kłaniam się uśmiechnięty |
|
|
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez Shibbi dnia 27-02-2005 o godz. 13:34:34 | To ja- piszę krótko bo mało co widzę.........................
Des - ja się poryczałam, że kolana mam mokre------- ale czad !!!!!!!!!!!!!!
Niczego mi nie brakuje -
ł e e e ......... u f f f .............. auć ..................
Fantastycznie - cudne !!!!!!!
|
|
|
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez aksja dnia 09-09-2005 o godz. 17:17:22 | przeczytałam i powiem szczerze wzruszyło mnie Twoje opowiadanie....
jest napisana ładnym językiem!!!
poetycko z zarazem rzeczowo! nie posądzałam ciebie /hehehe/ o taką subtelność :)
opowiadanie wielowątkowe: na poczatku odstraszasz że znowu bedzie o ludziach bezdonmych/ a takich oopowiadanń na FL jest coraz wiecej/
i w nastepnymmonencie zaskakujesz wieczorową imprecją / piękna!/
intrygujesz czytelnika ze coś moze się zdażyć coś ważnego a zarazem niepokojącego!
nastepnie przedstawiasz dwie strony wolontariatu! i masz racje tu nie chodzi o to aby dliźnim rozdać wszystko co mamy lecz dać kawałek dobra jesli jest w nas, tak po ludzku! jak kawałek tortu aby podzielić się radością, snutkiem, normalnoscia bez patosu ale tez bez cynizmu.
i na konien deser! :)
surrealistyczna przygoda dwojga ludzi , ktorzy być może, a jednak mozliwe, chociaz nie do końca spotkali sie "przebrani za mgłę"
aby poczuć chocby ostatni raz co to znaczy kochać, zanurkować w zyciu, szczęściu, odrodzić się.
"Może życie każdego z nas jest krętym strumykiem czasu, który wpada do głównego nurtu? Mogą się zdarzać jakieś anomalie, prawda? Strumienie się przecinają, przychodzi burza, która sprawia, że rzeka przez moment płynie nieco inaczej?"
cyniczny Tomek i jego strachhhhh że nie wszystko maozna zobaczyć szkiełkiem i okiem, ze istnieje coś co mieszka w nas, nasza dusza,,,nasz rdzeń dobra piękna....
i słowa dojrzałego duchowo mężczyzny"
— Dobrze, że jesteś — powiedziałem następnego wieczoru do Miśki. — I musisz być zawsze, bo ja tylko przy tobie jestem, bo bez ciebie mnie nie ma."
Bardzo ładne....
pozdrawiam
|
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez Kazik42 dnia 25-12-2007 o godz. 18:14:46 http://www.kazimierz-niechoda.eu | Po przeczytaniu z uznaniem pokręciłem jedynie głową. "Cóż za pióro!" pomyślałem z zachwytem "Ależ pióro! Boże drogi, jak ten człowiek pisze! Nawet Pererepenko takiego pióra nie miał"
Wyrazy- nnkazik |
Re: SZEPTY MURÓW, MAPY MGIEŁ /Opowieść prawie prawdziwa/ * * przez Anonimus dnia 05-07-2009 o godz. 08:56:46 | | Kawalerze Des GrienuX sprawnie posługuje się kawaler szpadą-pórem w pięknej krainie zwanej GRAFOMANIĄ |
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione. |
Reklama w Portalu Literackim
|
|