Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 46 gość(ci) i 2 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE **
Wysłano dnia 01-04-2003 o godz. 10:14:38
Autor: tyler

Przeraża mnie myśl o tym, jak z każdym dniem powiększa się zasób słów, które są mi obce. Jestem już niemal funkcjonalnym analfabetą. W zatrważającym tempie zatracam umiejętność rozumienia przekazu werbalnego. Wysławiam się też z coraz większym trudem, coraz częściej brakuje mi podstawowych słów, mylę ich znaczenia, rozmywają mi się na tak zwanym końcu języka, gdzieś po drodze między mózgiem, a językiem. Swobodnie potrafię wykrztusić z siebie jedynie proste, dosłowne określenia, jakakolwiek ornamentyka wymagająca polotu, wyczucia, zdolności do ubierania myśli w słowa i tworzenia abstrakcyjnych skojarzeń – to dla mnie nadludzki wysiłek. Podejrzewam, że się zezwierzęcam. Nie, nie, to żadna metafora, mam na myśli metamorfozę w znaczeniu dosłownym. Regres intelektualno-werbalny. Sposób mojego myślenia, analizowania, sposób pracy mojego mózgu, a szczególnie jego części odpowiedzialnej za mowę, zaczyna cofać się do poziomu zwierzęcia. Po prostu wracam na jak najbardziej dosłownie rozumiane drzewo. Najgorsza jest pełna świadomość procesu, jaki we mnie zachodzi. Przyglądam się własnemu upadkowi z bezsilną przytomnością trędowatego, obserwującego postępujące gnicie własnych członków. Czuję, widzę, słyszę, odbieram wszelkie bodźce, moja percepcja jest bez zarzutu. Problem w tym, że moje myśli przestają mieć kształt słów.
Tak jest, gdy usiłuję rozmawiać w ogólnie przyjęty sposób, z kulturą, na poziomie.
Gdy mówię szczerze i wprost, wszystko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki staje się proste, jasne, zwięzłe i klarowne.
Niestety, jak się okazuje, tak żyć nie sposób.
Nie wiem, kiedy dokładnie się to zaczęło, ale pierwszy wyraźny objaw tej przeklętej choroby, jaki zapamiętałem, miał miejsce w biurze, w którym pracowałem, podczas rozmowy z panią Basią z kadr. Pani Basia podobała się wszystkim referentom, a i męska kadra kierownicza spoglądała na jej zgrabne nóżki i zalotnie falujące biodra nie bez apetytu. Wielu smaliło do niej cholewki, jak to w biurze, ale pani Basia znała swoją wartość i nie należała do łatwych zdobyczy. Długo przyglądałem się temu wszystkiemu z boku, ale w końcu i ja postanowiłem przełamać wrodzoną nieśmiałość. Nadarzyła się ku temu doskonała okazja, gdy spotkaliśmy się przy kserokopiarce. Tylko ja i ona, żadnych świadków, żadnych namolnych bawidamków, którzy mogliby mnie zdeprymować bądź odwrócić jej uwagę ode mnie. Zdecydowałem, że zaproszę ją na kawę.
- Pani Basiu... – zacząłem i nagle słowa uwięzły mi w gardle.
Uśmiechając się z kiepsko udawaną nonszalancją, rozpaczliwie szukałem właściwych określeń i wyrażeń w bezładnym strumieniu świadomości, który zaczął biec mi pod czaszką, nie dając się ujarzmić. Nagle ktoś obcy powiedział moim głosem:
- Chciałbym panią zerżnąć.
O Boże! Nie wiem, nie wiem jak to się stało. Coś kazało mi tak powiedzieć. Jakiś wewnętrzny imperatyw. Oczywiście pani Basia zrobiła oczy jak pięć złotych i brakło jej tchu z oburzenia.
- Cham! – syknęła pogardliwie i zamaszyście odwróciła się do mnie plecami.
Nie odeszła tylko dlatego, że zostały jej jeszcze jakieś dokumenty do skopiowania.
A tymczasem jakiś bies znów zaczął mleć moim własnym językiem wbrew mojej woli. Czułem się, jak opętany. Słyszałem własny głos, ale tak, jakbym słuchał go stojąc z boku.
- Pani Basiu, powiedzmy sobie szczerze – mówił nonszalancko zamieszkujący mnie inkub – Dziesiątki mężczyzn proponując pani kolację, kawę czy spacer robi to wyłącznie dlatego, że mają nadzieję na finał tych operetkowych hocków-klocków w postaci konkretnej, pościelowej kotłowaniny. Pani, przyjmując lub odrzucając te propozycje, doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Ja mam dokładnie takie same intencje, jak cały tabun czarujących panią bawidamków, za to przerastam ich na głowę szczerością.
Pani Basia zmierzyła chłodnym spojrzeniem moją wątłą posturę i głosem kipiącym pogardą zdiagnozowała krótko:
- Debil!
Pospiesznie zebrała wszystkie swoje papiery i ostentacyjnie szybkim krokiem wyszła z pokoju „xero”.

Czułem się potwornie głupio, marzyłem o zapadnięciu się pod ziemię, by nigdy więcej nie pokazać się w biurze. Nie mogłem zrozumieć, co się ze mną stało. Wieczorem przed lustrem nad umywalką z trwogą przyglądałem się swoim gałkom ocznym i językowi, szukając objawów choroby. Przez następne dni chodziłem po biurze jak obłąkany, nie podnosząc na nikogo zawstydzonego wzroku, a już pani Basi unikałem niczym Diabeł święconej wody. Nie trwało to długo, bo akurat ten mój problem nieoczekiwanie rozwiązał się sam. Zostałem zwolniony z pracy.

Kierownik naszej komórki swoim zwyczajem naobiecywał klientom niestworzonych rzeczy co do terminów dostaw. Zawsze tak robił, dla świętego spokoju, a gdy później okazywało się, że wywiązanie się z tych obietnic jest po prostu fizyczną niemożliwością, personel zbierał tak zwany opierdziel z góry na dół, a kierownik przepraszał klientów, tłumacząc się opieszałością i brakiem kwalifikacji podwładnych. Nie wiedzieć czemu, wszyscy akceptowali ten rytuał bez szemrania, traktując całą sytuację jak jakiś dopust boży.

- To jest nierealne – oznajmiłem kierownikowi przy porannej rozmowie, podczas której przekazywał nam wytyczne na najbliższy tydzień – Nie uda nam się skompletować aż tylu zamówień w ciągu pięciu dni roboczych, a jeśli nawet, to magazyn zwyczajnie nie wyrobi się z załadunkiem.
Współpracownicy popatrzyli na mnie z trwogą, kierownikiem aż zatrzęsło
- No tak, dla was zawsze już z góry wiadomo, że „niemożliwe”! Tak jest najwygodniej, oznajmić, że „niemożliwe” i zbijać bąki!
- Nikt tu nie zbija bąków, panie kierowniku – wyjaśniłem spokojnie – ja po prostu znam nasze możliwości i wiem, że nie ma najmniejszych szans na zrobienie tylu załadunków, ile pan lekkomyślnie naobiecywał. Chyba, że mamy jakiś nowy magazyn i nowych dostawców, o czym mi nie wiadomo.
- Pan może niech się liczy ze słowami, dobrze?! Mówi pan do swojego zwierzchnika! – kierownik nie panował nad sobą. Nie przywykł do tego, żeby podwładni polemizowali z jego decyzjami.
Dziwnie się czułem. Kierownik zawsze budził we mnie taki sam instynktowny lęk, jak u wszystkich pracowników biura, a podczas tej rozmowy, ku mojemu własnemu zdumieniu, nie drżał mi głos, ani nie pociły się dłonie. Znów miałem to uczucie, jakbym z boku przysłuchiwał się komuś obcemu, tyle, że mówiącemu moimi ustami.
- Panie kierowniku – odparłem chłodnym głosem rasowego pokerzysty – ja nie kwestionuję pana pozycji. Jako zięciowi jednego z głównych udziałowców spółki kierowniczy stołek należał się panu jak kotu szprot, niemniej faktem pozostaje to, że z nas dwóch jakieś pojęcie o pracy tego działu i zapleczu logistycznym firmy mam tylko ja.
Twarz kierownika przybrała ceglanego koloru, referenci dla odmiany pobledli jak papier i zgarbili się, chowając twarze w dokumentach. Teraz dopiero zdałem sobie w pełni sprawę z sytuacji i opuściła mnie nienaturalna pewność siebie. Dłonie w ciągu sekundy stały się tak mokre, jakbym dopiero wyciągnął je spod kranu, po twarzy przebiegła fala gorąca. Drżałem, jak osika, gdy szedłem do kierowniczego gabinetu na rozmowę w cztery oczy. Propozycja, jaką dostałem, była nie do odrzucenia: albo jeszcze tego samego dnia złożę podanie o zwolnienie na własną prośbę, albo zostanę zwolniony dyscyplinarnie za publiczne znieważenie zwierzchnika. Oczywiście czasy są ciężkie, więc w razie czego każdy referent kląłby się na grób własnej matki, choćby i pozostającej w doskonałym zdrowiu, że znieważyłem kierownika niemiłosiernie. Nie było sensu podskakiwać i narażać się na spapranie sobie papierów dyscyplinarką.
Trzeba sobie jasno powiedzieć, że strata pracy to wydarzenie przykre. Zwłaszcza biorąc pod uwagę jego następstwa finansowe. Do domu wracałem więc w nienajlepszym nastroju, to chyba zrozumiałe.

- Dzień dobry panu – na klatce schodowej z zadumy wyrwał mnie donośny głos sąsiadki.
Już miałem odpowiedzieć, gdy znów dopadło mnie to dziwne uczucie. Wtedy chyba po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, co tak naprawdę się ze mną dzieje. Ja po prostu nie umiałem kłamać. Tak, zatraciłem umiejętność budowania zdań w taki sposób, w jaki wymagają tego konwenanse i utarte zwyczaje. Potrafiłem mówić jedynie prostym, szczerym tekstem. Tylko szczera prawda przechodziła mi przez gardło ze swobodą. Wszystko inne więzło gdzieś w krtani, rozmywało się w głowie, słowa traciły znaczenie, mieszały się, nie dawały się sklecić w sensowne zdania. Oczywiście wracając z pracy, z której dopiero co zostałem przez własną głupotę wylany, nie mogłem potwierdzić, że dzień, owszem, jest dobry.
- Jaki tam dobry? – odparłem – Chujowy, pani sąsiadko.
- No wie pan? – oburzyła się kobicina – Mógłby pan być nieco grzeczniejszy!
- Mam panią okłamywać? Chujowy i tyle!
- Debil – mruknęła pod nosem i poszła swoją drogą.

Następnych kilka dni spędziłem w domowej samotni. Zastanawiałem się nad sobą i wnikliwie obserwowałem objawy toczącej mnie dolegliwości. Nie chciałem ryzykować jakiejkolwiek styczności z ludźmi, wiedziałem już, że to w moim stanie może tylko przyprawić mi kłopotów. Nie da się jednak siedzieć w czterech ścianach bez przerwy, w końcu musiałem opuścić mieszkanie.
Z kobietami tak już jest, że kiedy ich potrzebujesz i o nie zabiegasz, to za cholerę ci się nie udaje, za to same pchają ci się w ramiona akurat wtedy, kiedy jest na to jak najmniej odpowiedni moment. Nie wiem, może tylko ja tak mam?

Małgosia, ekspedientka w osiedlowym sklepiku spożywczym, dysponowała urodą i intelektem w sam raz na potrzeby bycia ekspedientką w osiedlowym sklepiku spożywczym. Miała przeciętną twarz ozdobioną przeciętnym makijażem, przeciętną fryzurę, przeciętną figurę i bardzo przeciętne odzywki. Trzeba jej jednak przyznać, że bywała nieprzeciętnie miła i zdarzało jej się wówczas nieprzeciętnie ładnie uśmiechać. Dlatego jako kobieta podobała się klientom płci męskiej, w tym, nie ukrywam, mi również. Już dawno chodziły mi po głowie grzeszne, kosmate myśli, żeby zbałamucić dziewczynę, zaprosić gdzieś na kawę czy piwo, potem kupić szampana, zaciągnąć na chatę, pofiglować, ale hamowała mnie, po pierwsze, wrodzona nieśmiałość, a po drugie, ważniejsze, świadomość, że o stałym związku z Małgosią absolutnie nie mogło być mowy, a po takiej jednorazowej przygodzie głupio bym się czuł, robiąc zakupy w osiedlowym sklepiku. Trzeba by za każdym drobiazgiem ganiać do Sam-u, a to jednak kawałek drogi.

Byłem bardzo głodny, przez ostatnie dwa dni siedziałem o suchym pysku, bo skończyły mi się wszelkie zapasy. Kupiłem bochenek chleba, serek twarogowy, klika zupek w proszku i wodę mineralną.
- Zaszkodzą panu w końcu te zupki w proszku – zaszczebiotała Małgosia w perlistym uśmiechu – Oj, przydałaby się kobieca ręka, co to ugotuje, posprząta.
- Podrywa mnie pani? – zapytałem ochryple. Od kilku dni nie dobywałem z siebie głosu.
- Ho-ho-ho, od razu podrywa – z kokieterią udawała oburzenie - Chciałby pan!.
Była wesoła i roześmiana, aż się prosiła o uwiedzenie. Czemu nie? – pomyślałem – dziewczyna naprawdę ślicznie się uśmiecha.
- Szkoda, bo chętnie dałbym się pani poderwać. Już od jakiegoś czasu myślałem o tym, żeby... – kosztowało mnie to doprawdy wiele wysiłku, żeby zacisnąć w tym momencie szczęki i powstrzymać się od powiedzenia jej wprost, o czym od jakiegoś czasu myślałem. Skrzywiłem się, jakbym dostał nagłego ataku kolki.
- Coś panu jest? Źle się pan czuje? Pewnie od tych zupek, hihi.
- Nie, nie, wszystko dobrze. Chciałem po prostu... – to było potworne, wszystko mi się mieszało, słowa cedziłem powoli i z trudem – Chciałem...zaprosić...panią...na...kawę. Po pracy. Co pani na to?
- No nie wiem, nie wiem – słowami jeszcze się krygowała, ale uśmiech już wyrażał pełną akceptację – No dobrze, ale tylko na kawę!
Jasne, „tylko na kawę”. A czy ja proponowałem coś innego? Czy ja powiedziałem, że nie tylko na kawę? Ech, te baby, jak już powiedzą z emfazą tekst typu „ale tylko na kawę”, „ale ja kocham swojego męża” albo coś w tym guście, to z góry wiadomo, co im po głowie chodzi. I po co ta cała farsa? Matko boska – modliłem się w myślach - spraw bym dostał szczękościsku i nie podzielił się na głos tymi refleksjami!
- Dziękuję, przyjdę po panią przed zamknięciem – wyrecytowałem szybko i sztucznie, jakbym recytował wierszyk na szkolnej akademii. W głowie mi szumiało i czułem się słabo, ze sklepu wybiegłem tak szybko, jakbym nagle dostał sraczki.

Do wieczora biłem się z myślami, to znaczy próbowałem układać okrągłe zdania i uczyć się ich na pamięć, by podczas spotkania z Małgorzatką znów nie dać plamy. Muszę przyznać, że szło mi to opornie. Wszystko, co nie przedstawiało moich odczuć i intencji w sposób wiwisekcyjnie bezpośredni, pozostawało nieokiełznanym chaosem. Jakbym usiłował się wysłowić w obcym, słabo znanym języku, bez pewności co do znaczenia słów, bez biegłości w ich dobieraniu, bez rutyny łączenia ich w zdania. Około dwudziestej, a więc na godzinę przed „godziną zero” postanowiłem, że nie pójdę, bo nic dobrego z tego wyniknąć nie może, ale w ciągu następnej godziny zwierzęca chuć jednak zatryumfowała nad rozsądkiem.

Małgosia czekała przed zamkniętym już sklepem i, jak należało się spodziewać, z daleka uśmiechała się serdecznie na mój widok. O Boże, jakie to mogło by być urocze tete-a-tete jeszcze tydzień temu – westchnąłem czując, że na usta już ciśnie mi się jakiś szczery i odarty z wszelkiego wersalu komentarz. Musiałem się powstrzymać, postanowiłem mówić jak najmniej. Najwyżej wyjdę na człowieka chorobliwie nieśmiałego, niektóre kobiety to nawet kręci.
No dobrze, skończmy z tym stopniowaniem napięcia – i tak przecież wiadomo, że spieprzyłem tę randkę. Jako bazę wypadową na tak z pozoru miło zapowiadający się wieczór zaproponowałem pub „Lotos”, całkiem miłą spelunkę, od której dzieliło nas pięć minut powolnego spacerku. Po drodze jeszcze jako tako wszystko szło; Małgosia roztrajkotała się o pogodzie i o tym, jak jej minął dzień, więc dla podtrzymania rozmowy wystarczyło moje mruczące potakiwanie lub z trudem artykułowane monosylaby. Dramat rozegrał się dopiero na miejscu, gdy siedzieliśmy już przy małym, okrągłym stoliku i upajaliśmy się aromatem świeżo zaparzonej małej czarnej. Jak to zwykle bywa, gdy mężczyzna i kobieta usiądą po raz pierwszy przy kawiarnianym stoliku, zapadła chwila kłopotliwego milczenia. Wypadałoby jakoś zacząć, ale jak tu zacząć, gdy jedyne zdanie, jakie natrętnie wisiało mi na końcu języka, dotyczyło pewnych anatomicznych szczegółów budowy mojej towarzyszki.

- A tak w ogóle to nie jesteś zbyt rozmowny – wyręczyła mnie wreszcie Małgosia.
- Nie...po prostu – no tak! zaczęło się – nie chciałbym...powiedzieć czegoś głupiego.
- A tam, założę się, że jesteś inteligentny i jak chcesz, to masz gadane.
- Yyyhm – wystękałem nie bez trudu i uśmiechnąłem się blado. Nie mam pojęcia, czy chciałem w ten sposób potwierdzić, zaprzeczyć, czy może zamanifestować cokolwiek innego.
- Wiesz, faceci w sklepie często chcą się ze mną umawiać – Małgorzata miała tę niezaprzeczalną zaletę, że do satysfakcjonującej konwersacji wystarczał jej milczący słuchacz – ale ja na ogół im odmawiam. Czasem to są nawet fajni faceci, ale ja wiem, że nic by z tego nie było. Im chodzi tylko o jedno, no wiesz.
- Wiem – powiedziałem gładko i swobodnie, bo to akurat było całkiem zgodne z prawdą.
- No właśnie, a ja chcę coś więcej, nie jestem z tych, które można sobie zaprosić do knajpy i zaraz potem zaciągnąć do łóżka. A potem „żegnaj mała”. Dziękuję bardzo, to nie ze mną.
- Przepraszam, właśnie niechcący puściłem bąka – poinformowałem Małgosię bezceremonialnie, bo uznałem, że wyjaśnienie jej się należy – może przez chwilę nieprzyjemnie śmierdzieć.
Skrzywiła się w wymuszonym uśmiechu, uznając ten wybuch szczerości za objaw specyficznego poczucia humoru.
- No więc chodzi mi o to – ciągnęła dalej, udając, że moja wypowiedź nie zrobiła na niej negatywnego wrażenia – że mnie nie pociąga pierwszy lepszy facet, któremu zależy na zaliczeniu panienki, szukam kogoś na poziomie. Kogoś bardziej na stałe, a przynajmniej na dłużej.
Już wyrywał mi się odpowiedni komentarz, więc celowo sparzyłem niefrasobliwe usta gorącą kawą. Na wszelki wypadek przyssałem się od brzegu filiżanki na dłużej i udawałem, że delektuję się napitkiem.
- A wiesz – kontynuowała niezrażona – wcale nie jest łatwo znaleźć poważnego faceta na poziomie. Tanich podrywaczy nie brakuje, ale zbyt wiele razy się przejechałam. Nie interesują mnie takie przygody na jedną noc.
- Widzisz Małgosiu – wiedziałem! wiedziałem, że nie zatrzymam wzburzonej fali gołymi rękoma i wcześniej czy później to się stanie – Powiedzmy sobie szczerze: jesteś może nawet dość ładna, choć to banalna uroda i też nie najwyższych lotów, ale przy okazji jesteś głupiutka jak but.

Ciekawe, nawet nie byłem tak bardzo przerażony tym, że to powiedziałem. Właściwie to złe określenie, nie powiedziałem - te słowa wypowiedziały się same i nie panowałem nad nimi. W przeciwieństwie jednak do podobnych incydentów z panią Basią i moim byłym przełożonym, tym razem machnąłem ręką i potraktowałem całą sytuację z pokorną akceptacją. Niech się dzieje wola Nieba.

Małgorzata popatrzyła na mnie ni to ze zdumieniem, ni z pogardą. Pewnie nie była do końca pewna, czy to taki rubaszny żarcik, który ma stanowić przewrotne preludium do komplementu, czy może po prostu na chama ją obrażam. Obrażanie to właściwie też złe słowo – przecież ona naprawdę była głupiutka, więc ja stwierdzałem tylko niezawiniony przeze mnie fakt, ale wśród ludzi jakoś tak się dziwnie przyjęło, że właśnie prawda obraża ich najbardziej.

- W tej sytuacji masz, Małgosiu, dwa wyjścia – ciągnąłem flegmatycznym, belferskim tonem – albo musisz pogodzić się z rolą towaru do jednorazowego zaliczenia dla gości takich, jak ja, albo znaleźć sobie jakiegoś zahukanego, niezbyt rozgarniętego safandułę, który oprócz twoich krągłości i gonad będzie w stanie docenić łączącą was wspólnotę intelektualną i zbieżność waszych horyzontów.
Spąsowiała na twarzy, wydęła wargi, uniosła wysoko podbródek i nerwowymi ruchami zaczęła obmacywać wiszącą na oparciu krzesła torebkę.
- Ja osobiście wolałbym, żebyś jednak zdecydowała się na to pierwsze wyjście – dodałem, choć przecież nie warto już było robić sobie jakichkolwiek nadziei – Oczywiście mówię to w jak najdosłowniej rozumianym własnym interesie, ale w końcu ty też mogłabyś zaczerpnąć z tego wymiernej przyjemności.
- Debil! – warknęła głośno i zerwała się na równe nogi.
Wsunęła swoje krzesło z takim impetem, że stolik aż podskoczył, a wzburzona w ten sposób w filiżance Małgorzaty kawa chlusnęła kilkoma pokaźnymi kroplami na obrus. Na szczęście ja swoją trzymałem znów przy niesfornych ustach.

I tyle widziałem Małgorzatę.
Pieniędzy za kawę oczywiście nie zostawiła.

Zwróciliście uwagę, że kobiety nagminnie nazywają mnie debilem?
Opróżniłem niespiesznie swoją filiżankę i poszedłem do domu.

To, co się ze mną działo, stawało się dla mnie coraz bardziej jasne. A czym bardziej stawało się jasne, tym mniej mnie przerażało i drażniło. Z dziwnym spokojem i przyzwoleniem zacząłem się temu procesowi poddawać.
Gdy zbliżałem się już do bloku, w którym mieszkam, usłyszałem rozmowę siedzących na ławeczce nieopodal trzech lumpen-ploretariuszy. Popijając w obiegusa wino „Leliwa” dyskutowali żywo o tym, że im w życiu ciężko, że im się należy i że należałoby wyjść na ulicę po swoje. Zatrzymałem się przy nich, przeciągnąłem leniwie wzrokiem po ich zakazanych mordach i spokojnie powiedziałem:
- Gówno wam się, szmaciarze, należy. Za to, coście w swoim życiu nakradli i naszachrowali, kij na dupę wam się należy, a za te pretensje do wyciągania brudnych łap po cudze powinni wam je poobcinać, darmozjady.
Lud posiłkując się co i rusz wulgaryzmami wytłumaczył mi ręcznie dzieląca nas różnicę światopoglądową, pozbawiając mnie lewej, górnej trójki i dotychczasowej gładkości oblicza. Nie miałem do nich żalu. Naprawdę nie miałem do nich żalu. W końcu robili dokładnie to samo, co ja – bez ogródek i szczerze manifestowali swoje poglądy. A że manualnie - no cóż, czy to ich wina, że werbalnie nie mają dostatecznie silnych środków ekspresji? Wstałem, otrzepałem się, a zanim spokojnym, choć nieco chwiejnym krokiem oddaliłem się w swoją stroną, rzuciłem chłopakom całkiem uprzejme:
- Żegnam panów.

Znów kilka dni spędziłem w głuszy moich czterech ścian, zastanawiając się nad sobą.
Myślę, że udało mi się w tym czasie zgłębić w pełni istotę zjawiska, którego ofiarą się stałem. Jak już podejrzewałem wcześniej, zatraciłem naturalną zdolność kłamania. Swobodnie potrafię mówić wyłącznie to, co rzeczywiście myślę. Z jakichś tajemniczych przyczyn mój mózg w sposób absolutnie konsekwentny zrealizował ideę, by język mówił to, co pomyśli głowa, a strofa nie byłą wędzidłem. Proszę wieszczu, masz czego chciałeś. Zadowolony?
Rozmowa, tak po namyśle stwierdziłem, wbrew pozorom nie służy przekazywaniu myśli czy poglądów. Rozmowa jest zwierzęcym rytuałem, a rzucane zwyczajowo słowa i zwroty są dla nas tym samym, czym dla pawianów iskanie się albo dla psów obwąchiwanie sobie odbytów.
Rozmowa to zestaw kodów i szyfrów, którymi przekazujemy sobie odpowiednie komunikaty. Dopóki rozmówcy trzymają się ustalonych i uświęconych tradycją kodów, wszystko jest w porządku. Gdy zaczynają kombinować, pojawiają się problemy, a już najgorzej jest, gdy próbują całkowicie ominąć szyfr i mówić tekstem otwartym – wtedy katastrofa gotowa. Ludzkie potrzeby są od tysiącleci proste – dorobić się, zdobyć władzę, pognębić konkurenta, spenetrować jakąś fajną samicę, najogólniej: wypić, poruchać, radia posłuchać, jak mawia dzisiejsza młodzież. Ale obnażanie się z tymi potrzebami jest nieeleganckim faux pas, dlatego chcąc spenetrować samicę proponujemy jej na początek pogawędkę przy kawie, a chcąc poddać w wątpliwość kompetencje i inteligencję naszego szefa, grzecznie nalegamy, by jeszcze raz przeanalizował nasze uwagi. Kobieta i szef doskonale wiedzą, co my sobie tam tak naprawdę myślimy, ale to nic nie szkodzi. Dopóki nie popuścimy wodzy niefrasobliwej szczerości i trzymamy się kodów, wszystko rozgrywa się w atmosferze ogólnej akceptacji. Odpowiadając sąsiadce dzień dobry na schodach wcale nie stwierdzamy, że dzień był dobry – spotykamy innego osobnika naszego gatunku i chcemy mu zamanifestować brak złej woli z naszej strony. Nasz jaskiniowy pra-pradziad w takich razach wypuszczał z rąk maczugę, unosił ręce w górę i intonował przeciągłe „uuu”, my dokładnie ten sam komunikat przekazujemu poprzez „dzień dobry”.
Cały mój problem polega na tym, że gdzieś pod sufitem zepsuła mi się maszyna kodująca. Potrafię mówić wyłącznie otwartym, niezaszyfrowanym tekstem, a cały komunikacyjny teatr od zwykłego kłamstwa, poprzez zawoalowaną aluzję, delikatną sugestię, aż po kompletnie nic nie znaczące zwyczajowe odzywki, stał się dla mnie narzędziem, którego nie potrafię obsługiwać. Gdy tylko próbuje powiedzieć coś w ogólnie przyjęty sposób, zaczyna się kociokwik, strumień świadomości, mieszanie się znaczeń słów i zwrotów, gonitwa myśli, aż wreszcie całkowite odwerbalizowanie procesu myślowego. Uwierzcie mi, koszmarne odczucie.

Ostatni raz wyszedłem z domu trzy dni temu. Oczywiście wygnał mnie głód. Zakupy musiałem zrobić w Samie, bo przecież nie u Małgośki. Zresztą nawet mi to było na rękę, w sklepie samoobsługowym można się zaopatrzyć we wszystko bez potrzeby otwierania gęby, która to czynność w moim stanie była zdecydowanie niewskazana.
Upchałem koszyk zapasami na kilka najbliższych dni, bez słowa uregulowałem należność przy kasie i już myślałem, że uda mi się bez przygód zaszyć z powrotem w mojej norze, gdy przy wyjściu ze sklepu dopadło mnie zza pleców donośne:
- Cześć stary!
Odwróciłem się. Stał za mną jowialnie uśmiechnięty kolega z czasów szkoły średniej. Nie widziałem gościa co najmniej od pięciu lat, że też musiał mi się nawinąć właśnie tu i teraz.
- Co chcesz? – zacharczałem odwykłymi od pracy strunami głosowymi.
- Jak to co chcę, stary byku? Raz na ruski rok się widzimy a ty mi mówisz „co chcesz” !? Mów co tam słychać ciekawego.
- Nic ciekawego nie słychać.
- No jak to? – nie dawał za wygraną – Jak tam w pracy? Jak żyjesz?
- Z pracy mnie wyrzucili, a żyję kiepsko, dzisiaj na przykład od samego rana mam sraczkę – zaspokoiłem ciekawość rozmówcy lakoniczną relacją z bieżących wydarzeń.
- Oj, coś widzę nie w humorku jesteśmy – powoli miękł – Szkoda. Myślałem, że pogadamy.
- O czym chciałbyś pogadać? – zapytałem z niekłamanym zainteresowaniem, bo osobiście bladego pojęcia nie miałem, o czym można by chcieć pogadać ze spotykanym raz na pięć lat kolegą z ukończonej piętnaście lat temu szkoły średniej.
- No, tak ogólnie. Co słychać, jak leci... – nie był już tak otwarty i pewny siebie, jak na początku rozmowy. Zapał uchodził z niego jak powietrze z dziurawej dętki.
- Przecież powiedziałem ci, co u mnie słychać. A co u ciebie słychać, to mnie, szczerze mówiąc, gówno obchodzi. Przeżyłem całe życie nie interesując się tym, co u ciebie słychać i jakoś to spotkanie ni cholery nie skłania mnie do zmiany kręgu moich zainteresowań.
- Wiesz, mnie też to gówno obchodzi – uniósł się – Żegnam!
- Więc po co w ogóle pytałeś, skoro gówno cię to obchodzi?
- Debil! – mruknął pod nosem i przeszedł obojętnie obok, jakbym był powietrzem.
- Zniewieściały dupek – zachichotałem w duchu – odpowiada jak baba.

No dobrze, prawdą jest, że zrozumienie istoty drążącej mnie przypadłości zaowocowało dziwną pokorą i pogodzeniem się z losem. Pierwotne przerażenie i panika minęły, a ja zacząłem traktować swój los tak, jak Arab traktuje kismet. Powiem więcej, objawy mojej niedyspozycji wzbudziły nawet swego rodzaju zaciekawienie, tak, jak u chorego dziecka beztroską ciekawość budzą pęczniejące mu na skórze bąble. Ale akceptacja dla zaistniałego stanu rzeczy i pokora w przyjmowaniu wyroków losu, to jedno, a życie, przyszłość, perspektywy – to zupełnie co innego.

Oszczędności nie wystarczą mi na długo – pomyślałem – a za mieszkanie trzeba płacić i jeść też coś trzeba. Nie oszukujmy się, z moją niewyparzoną mordą żadnej pracy nie znajdę, a jeśli nawet zdarzyłby się taki cud pański, to przecież wygrużą mnie na zbity pysk, gdy tylko go przy jakiejś okazji odemknę. Teoretycznie mógłbym znaleźć jakieś źródło pozyskiwania gotówki nie wymagające kontaktów z ludźmi, ale to nie takie proste, a poza tym, na pracy świat się nie kończy. Nie uniknę wychodzenia na ulicę, spotkań ze znajomymi i krewnymi, czy uczestnictwa w rodzinnych uroczystościach. Jednym słowem – kanał. Uznałem, że nie mam przyszłości i dalsza moja egzystencja w związku z zaistniałymi okolicznościami staje się bezcelowa.
Nie, to nie załamanie nerwowe, ani depresja. Jestem wręcz zaskakująco spokojny i opanowany, emocje mam w stanie wyciszonej równowagi. To racjonalna decyzja. Powiedzmy sobie szczerze, szanse na normalną i poukładaną przyszłość są w mojej specyficznej sytuacji równe lub bliskie zeru. Straciłem nieodzowny atrybut człowieczeństwa – organicznie nie umiem kłamać. A z tym nie da się żyć, taka jest prawda.

Siedząc w głuszy swoich czterech chciałem trochę poczytać, ale gdy otworzyłem wybraną losowo z półki książkę, odrzuciło mnie motto: „prawda was wyzwoli”. Z niesmakiem cisnąłem woluminem na oślep, odbił się od ściany i spadł na podłogę jak ustrzelona kaczka. Prawda was wyzwoli - dobre sobie!
Wiążę więc teraz pętlę wisielczą ze sznurka od bielizny, a dla zabicia czasu opowiadam wam moją historię.
Może was ona wzruszy, może rozbawi, a może znudzicie się przy niej, jak mopsy. Nie wiem.
Szczerze mówiąc...mogę być z wami szczery, prawda?
Otóż, szczerze mówiąc - mam to w dupie.

(dd)
Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 15 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ *
przez wini dnia 01-04-2003 o godz. 10:48:53
Ale dobre! Dlaczego tylko jedna gwiazdka ??? ja daje 5 !!!!

Pozdrawiam ))))




Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ *
przez Lapis dnia 01-04-2003 o godz. 15:59:41
Bardzo dobrze poprowadzona narracja! Wiele ciekawych spostrzezen, choc chwilami razi mnie zargon.

Zakonczenie jednak troche sie wymyka. Ten sznurek od bielizny jest dla mnie troche za ostry i burzy misterna kompozycje utworu. Troche splyca sens. Ale to tylko moj subiektywny odbior!

Opowiadanie bardzo mi sie podoba!

Pozdrawiam.



Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ *
przez Rojewski dnia 01-04-2003 o godz. 18:58:17 http://www.netkultura.pl
Bardzo dobrze zrobione.Co prawda oryginalność wykonania bije na głowę oryginalność ogranego nieco pomysłu. Bardzo podoba mi się kreacja bohatera, z tymi środkami można sie pokusić o coś naprawdę ważnego. Wystarczy wymienić dekoracje. Własciwe na dowolne, Autor sobie poradzi. Fajnie by było.



A koniec faktycznie na skróty.



Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ * *
przez Inn dnia 07-04-2003 o godz. 21:29:51
Nie wiem czego wszyscy chcą od zakończenia? Jest klasyczne-po przykładach autor wyłuszcza myśl swoją, która wcześniej przewija się w tekście. Nie oczekiwałam więcej; styl narracji (zresztą świetny) nie sugeruje nagłych zwrotów akcji. Natomiast według mnie wstęp jest nieco przydługi. Opis symptomów choroby osobiście bym trochę przycięła. Już miałam przerwać czytanie. Ale ja należę do b. niecierpliwych czytelników, powieści zaczynam czytać od środka, dopiero potem, już spokojnie, zaliczam pierwszą połowę.

Od słowa "cham" czytałam jednym tchem. Nawet się pośmiałam z dialogów i myśli bohatera. Gratulacje! 4 punkty. Jeden odjęłam za wstęp i małe niedociągnięcia językowe, zakłócające miarowy nurt opowiadania.



koniec się nie podoba??
przez Anonimus dnia 08-04-2003 o godz. 13:04:05
wbrew deklaracji bohatera nie mamy tu zezwierzęcenia języka, jedynie próbę dostosowania sie , robimy rzeczy których nie lubimy robić, ba - nie chcemy nawet, mówimy coś innego niż myślimy, myślimy to co wypada myśleć, a z całego sensu wychwytujemy marne wg nas zakończenie, no tak - dobrze, że mam to w dupie



Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ * *
przez maurice dnia 09-07-2004 o godz. 18:24:51 http://zmotykanadzwieki.blogspot.com/
Rewelacja! już trzeci raz to czytam i nie mogę... skąd ja to znam...;)



Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ * *
przez Anonimus dnia 16-09-2004 o godz. 12:58:50
Ladne opowiadanko i piękny zespół taurota u bohatera.



Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE **
przez all4sun dnia 06-12-2011 o godz. 10:39:53
Tekst bardzo mi się podoba, może nawet bardziej niż mogę przyznać, zapewne dlatego, że czasami sama chciałbym wykrztusić z siebie pewne słowa.

Fajnie byłoby przeczytać podobny tekst w wersji kobiecej.
Pozdrawiam Autora.




Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim