Nowe recenzje
· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz[ RECENZJE ]
Online
Aktualnie jest 46 gość(ci) i 2 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
NA FORUM
 | wszystko jest do zmiany |
 | FABRYKA-NASZE MIEJSCE W KOSMOSIE |
 | Funkcja redaktora - rezygnacja umorusańca |
 | Jerzy Reuter - Izobar nie żyje |
 | CO Z RUBRYKĄ |
 | Zaproszenie na kwietniowy DACH |
 | O stronie na stronie. |
 | Fantazje Zielonogórskie 2012 - konkurs na opowiadanie |
 | Coś dla poetów i miłośników poezji |
 | Kwiecień plecień w netkulturze! |
 | Cytat z Forum |
 | Zbieramy teksty do nowego numeru Magazynu Cegła!!! |
 | Konkurs Poetycki „O Srebrne Pióro MDK” – VI edycja |
 | CHATA |
 | Dość codzienność! |
 | Zapraszamy na Świąteczny DACH |
 | Kto |
 | Ody odbite Karola Maliszewskiego |
 | Pierwsze zdanie! |
 | współpraca przy scenariuszu - za pieniądze |
 | Ankieta dotycząca czytelnictwa kryminałów |
 | Czarny Kot |
 | Rozwój osobisty medytacje terapeutyczne |
 | ID w Czasie Fantastyki |
 | Barwy, a tworzenie nastroju |
 | Nieznane teksty Tadeusza Konwickiego w |
 | Rozwój osobisty kluczem do sukcesu |
 | Co Na Scenie - Nowy Wymiar Teatru |
 | nieTUZINkowa 12-ka Netkultury |
 |
Epika: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE **
Wysłano dnia 01-04-2003 o godz. 10:14:38
Autor: tyler
Przeraża mnie myśl o tym, jak z każdym dniem powiększa się zasób słów, które są mi obce. Jestem już niemal funkcjonalnym analfabetą. W zatrważającym tempie zatracam umiejętność rozumienia przekazu werbalnego. Wysławiam się też z coraz większym trudem, coraz częściej brakuje mi podstawowych słów, mylę ich znaczenia, rozmywają mi się na tak zwanym końcu języka, gdzieś po drodze między mózgiem, a językiem. Swobodnie potrafię wykrztusić z siebie jedynie proste, dosłowne określenia, jakakolwiek ornamentyka wymagająca polotu, wyczucia, zdolności do ubierania myśli w słowa i tworzenia abstrakcyjnych skojarzeń – to dla mnie nadludzki wysiłek. Podejrzewam, że się zezwierzęcam. Nie, nie, to żadna metafora, mam na myśli metamorfozę w znaczeniu dosłownym. Regres intelektualno-werbalny. Sposób mojego myślenia, analizowania, sposób pracy mojego mózgu, a szczególnie jego części odpowiedzialnej za mowę, zaczyna cofać się do poziomu zwierzęcia. Po prostu wracam na jak najbardziej dosłownie rozumiane drzewo. Najgorsza jest pełna świadomość procesu, jaki we mnie zachodzi. Przyglądam się własnemu upadkowi z bezsilną przytomnością trędowatego, obserwującego postępujące gnicie własnych członków. Czuję, widzę, słyszę, odbieram wszelkie bodźce, moja percepcja jest bez zarzutu. Problem w tym, że moje myśli przestają mieć kształt słów.
Tak jest, gdy usiłuję rozmawiać w ogólnie przyjęty sposób, z kulturą, na poziomie.
Gdy mówię szczerze i wprost, wszystko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki staje się proste, jasne, zwięzłe i klarowne.
Niestety, jak się okazuje, tak żyć nie sposób. Nie wiem, kiedy dokładnie się to zaczęło, ale pierwszy wyraźny objaw
tej przeklętej choroby, jaki zapamiętałem, miał miejsce w biurze, w
którym pracowałem, podczas rozmowy z panią Basią z kadr. Pani Basia
podobała się wszystkim referentom, a i męska kadra kierownicza
spoglądała na jej zgrabne nóżki i zalotnie falujące biodra nie bez
apetytu. Wielu smaliło do niej cholewki, jak to w biurze, ale pani
Basia znała swoją wartość i nie należała do łatwych zdobyczy. Długo
przyglądałem się temu wszystkiemu z boku, ale w końcu i ja postanowiłem
przełamać wrodzoną nieśmiałość. Nadarzyła się ku temu doskonała okazja,
gdy spotkaliśmy się przy kserokopiarce. Tylko ja i ona, żadnych
świadków, żadnych namolnych bawidamków, którzy mogliby mnie zdeprymować
bądź odwrócić jej uwagę ode mnie. Zdecydowałem, że zaproszę ją na kawę.
- Pani Basiu... – zacząłem i nagle słowa uwięzły mi w gardle.
Uśmiechając się z kiepsko udawaną nonszalancją, rozpaczliwie szukałem
właściwych określeń i wyrażeń w bezładnym strumieniu świadomości, który
zaczął biec mi pod czaszką, nie dając się ujarzmić. Nagle ktoś obcy
powiedział moim głosem:
- Chciałbym panią zerżnąć.
O Boże! Nie wiem, nie wiem jak to się stało. Coś kazało mi tak
powiedzieć. Jakiś wewnętrzny imperatyw. Oczywiście pani Basia zrobiła
oczy jak pięć złotych i brakło jej tchu z oburzenia.
- Cham! – syknęła pogardliwie i zamaszyście odwróciła się do mnie plecami.
Nie odeszła tylko dlatego, że zostały jej jeszcze jakieś dokumenty do skopiowania.
A tymczasem jakiś bies znów zaczął mleć moim własnym językiem wbrew
mojej woli. Czułem się, jak opętany. Słyszałem własny głos, ale tak,
jakbym słuchał go stojąc z boku.
- Pani Basiu, powiedzmy sobie szczerze – mówił nonszalancko
zamieszkujący mnie inkub – Dziesiątki mężczyzn proponując pani kolację,
kawę czy spacer robi to wyłącznie dlatego, że mają nadzieję na finał
tych operetkowych hocków-klocków w postaci konkretnej, pościelowej
kotłowaniny. Pani, przyjmując lub odrzucając te propozycje, doskonale
zdaje sobie z tego sprawę. Ja mam dokładnie takie same intencje, jak
cały tabun czarujących panią bawidamków, za to przerastam ich na głowę
szczerością.
Pani Basia zmierzyła chłodnym spojrzeniem moją wątłą posturę i głosem kipiącym pogardą zdiagnozowała krótko:
- Debil!
Pospiesznie zebrała wszystkie swoje papiery i ostentacyjnie szybkim krokiem wyszła z pokoju „xero”.
Czułem się potwornie głupio, marzyłem o zapadnięciu się pod ziemię, by
nigdy więcej nie pokazać się w biurze. Nie mogłem zrozumieć, co się ze
mną stało. Wieczorem przed lustrem nad umywalką z trwogą przyglądałem
się swoim gałkom ocznym i językowi, szukając objawów choroby. Przez
następne dni chodziłem po biurze jak obłąkany, nie podnosząc na nikogo
zawstydzonego wzroku, a już pani Basi unikałem niczym Diabeł święconej
wody. Nie trwało to długo, bo akurat ten mój problem nieoczekiwanie
rozwiązał się sam. Zostałem zwolniony z pracy.
Kierownik naszej komórki swoim zwyczajem naobiecywał klientom
niestworzonych rzeczy co do terminów dostaw. Zawsze tak robił, dla
świętego spokoju, a gdy później okazywało się, że wywiązanie się z tych
obietnic jest po prostu fizyczną niemożliwością, personel zbierał tak
zwany opierdziel z góry na dół, a kierownik przepraszał klientów,
tłumacząc się opieszałością i brakiem kwalifikacji podwładnych. Nie
wiedzieć czemu, wszyscy akceptowali ten rytuał bez szemrania, traktując
całą sytuację jak jakiś dopust boży.
- To jest nierealne – oznajmiłem kierownikowi przy porannej rozmowie,
podczas której przekazywał nam wytyczne na najbliższy tydzień – Nie uda
nam się skompletować aż tylu zamówień w ciągu pięciu dni roboczych, a
jeśli nawet, to magazyn zwyczajnie nie wyrobi się z załadunkiem.
Współpracownicy popatrzyli na mnie z trwogą, kierownikiem aż zatrzęsło
- No tak, dla was zawsze już z góry wiadomo, że „niemożliwe”! Tak jest najwygodniej, oznajmić, że „niemożliwe” i zbijać bąki!
- Nikt tu nie zbija bąków, panie kierowniku – wyjaśniłem spokojnie – ja
po prostu znam nasze możliwości i wiem, że nie ma najmniejszych szans
na zrobienie tylu załadunków, ile pan lekkomyślnie naobiecywał. Chyba,
że mamy jakiś nowy magazyn i nowych dostawców, o czym mi nie wiadomo.
- Pan może niech się liczy ze słowami, dobrze?! Mówi pan do swojego
zwierzchnika! – kierownik nie panował nad sobą. Nie przywykł do tego,
żeby podwładni polemizowali z jego decyzjami.
Dziwnie się czułem. Kierownik zawsze budził we mnie taki sam
instynktowny lęk, jak u wszystkich pracowników biura, a podczas tej
rozmowy, ku mojemu własnemu zdumieniu, nie drżał mi głos, ani nie
pociły się dłonie. Znów miałem to uczucie, jakbym z boku przysłuchiwał
się komuś obcemu, tyle, że mówiącemu moimi ustami.
- Panie kierowniku – odparłem chłodnym głosem rasowego pokerzysty – ja
nie kwestionuję pana pozycji. Jako zięciowi jednego z głównych
udziałowców spółki kierowniczy stołek należał się panu jak kotu szprot,
niemniej faktem pozostaje to, że z nas dwóch jakieś pojęcie o pracy
tego działu i zapleczu logistycznym firmy mam tylko ja.
Twarz kierownika przybrała ceglanego koloru, referenci dla odmiany
pobledli jak papier i zgarbili się, chowając twarze w dokumentach.
Teraz dopiero zdałem sobie w pełni sprawę z sytuacji i opuściła mnie
nienaturalna pewność siebie. Dłonie w ciągu sekundy stały się tak
mokre, jakbym dopiero wyciągnął je spod kranu, po twarzy przebiegła
fala gorąca. Drżałem, jak osika, gdy szedłem do kierowniczego gabinetu
na rozmowę w cztery oczy. Propozycja, jaką dostałem, była nie do
odrzucenia: albo jeszcze tego samego dnia złożę podanie o zwolnienie na
własną prośbę, albo zostanę zwolniony dyscyplinarnie za publiczne
znieważenie zwierzchnika. Oczywiście czasy są ciężkie, więc w razie
czego każdy referent kląłby się na grób własnej matki, choćby i
pozostającej w doskonałym zdrowiu, że znieważyłem kierownika
niemiłosiernie. Nie było sensu podskakiwać i narażać się na spapranie
sobie papierów dyscyplinarką.
Trzeba sobie jasno powiedzieć, że strata pracy to wydarzenie przykre.
Zwłaszcza biorąc pod uwagę jego następstwa finansowe. Do domu wracałem
więc w nienajlepszym nastroju, to chyba zrozumiałe.
- Dzień dobry panu – na klatce schodowej z zadumy wyrwał mnie donośny głos sąsiadki.
Już miałem odpowiedzieć, gdy znów dopadło mnie to dziwne uczucie. Wtedy
chyba po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, co tak naprawdę się ze mną
dzieje. Ja po prostu nie umiałem kłamać. Tak, zatraciłem umiejętność
budowania zdań w taki sposób, w jaki wymagają tego konwenanse i utarte
zwyczaje. Potrafiłem mówić jedynie prostym, szczerym tekstem. Tylko
szczera prawda przechodziła mi przez gardło ze swobodą. Wszystko inne
więzło gdzieś w krtani, rozmywało się w głowie, słowa traciły
znaczenie, mieszały się, nie dawały się sklecić w sensowne zdania.
Oczywiście wracając z pracy, z której dopiero co zostałem przez własną
głupotę wylany, nie mogłem potwierdzić, że dzień, owszem, jest dobry.
- Jaki tam dobry? – odparłem – Chujowy, pani sąsiadko.
- No wie pan? – oburzyła się kobicina – Mógłby pan być nieco grzeczniejszy!
- Mam panią okłamywać? Chujowy i tyle!
- Debil – mruknęła pod nosem i poszła swoją drogą.
Następnych kilka dni spędziłem w domowej samotni. Zastanawiałem się nad
sobą i wnikliwie obserwowałem objawy toczącej mnie dolegliwości. Nie
chciałem ryzykować jakiejkolwiek styczności z ludźmi, wiedziałem już,
że to w moim stanie może tylko przyprawić mi kłopotów. Nie da się
jednak siedzieć w czterech ścianach bez przerwy, w końcu musiałem
opuścić mieszkanie.
Z kobietami tak już jest, że kiedy ich potrzebujesz i o nie zabiegasz,
to za cholerę ci się nie udaje, za to same pchają ci się w ramiona
akurat wtedy, kiedy jest na to jak najmniej odpowiedni moment. Nie
wiem, może tylko ja tak mam?
Małgosia, ekspedientka w osiedlowym sklepiku spożywczym, dysponowała
urodą i intelektem w sam raz na potrzeby bycia ekspedientką w
osiedlowym sklepiku spożywczym. Miała przeciętną twarz ozdobioną
przeciętnym makijażem, przeciętną fryzurę, przeciętną figurę i bardzo
przeciętne odzywki. Trzeba jej jednak przyznać, że bywała
nieprzeciętnie miła i zdarzało jej się wówczas nieprzeciętnie ładnie
uśmiechać. Dlatego jako kobieta podobała się klientom płci męskiej, w
tym, nie ukrywam, mi również. Już dawno chodziły mi po głowie grzeszne,
kosmate myśli, żeby zbałamucić dziewczynę, zaprosić gdzieś na kawę czy
piwo, potem kupić szampana, zaciągnąć na chatę, pofiglować, ale
hamowała mnie, po pierwsze, wrodzona nieśmiałość, a po drugie,
ważniejsze, świadomość, że o stałym związku z Małgosią absolutnie nie
mogło być mowy, a po takiej jednorazowej przygodzie głupio bym się
czuł, robiąc zakupy w osiedlowym sklepiku. Trzeba by za każdym
drobiazgiem ganiać do Sam-u, a to jednak kawałek drogi.
Byłem bardzo głodny, przez ostatnie dwa dni siedziałem o suchym pysku,
bo skończyły mi się wszelkie zapasy. Kupiłem bochenek chleba, serek
twarogowy, klika zupek w proszku i wodę mineralną.
- Zaszkodzą panu w końcu te zupki w proszku – zaszczebiotała Małgosia w
perlistym uśmiechu – Oj, przydałaby się kobieca ręka, co to ugotuje,
posprząta.
- Podrywa mnie pani? – zapytałem ochryple. Od kilku dni nie dobywałem z siebie głosu.
- Ho-ho-ho, od razu podrywa – z kokieterią udawała oburzenie - Chciałby pan!.
Była wesoła i roześmiana, aż się prosiła o uwiedzenie. Czemu nie? – pomyślałem – dziewczyna naprawdę ślicznie się uśmiecha.
- Szkoda, bo chętnie dałbym się pani poderwać. Już od jakiegoś czasu
myślałem o tym, żeby... – kosztowało mnie to doprawdy wiele wysiłku,
żeby zacisnąć w tym momencie szczęki i powstrzymać się od powiedzenia
jej wprost, o czym od jakiegoś czasu myślałem. Skrzywiłem się, jakbym
dostał nagłego ataku kolki.
- Coś panu jest? Źle się pan czuje? Pewnie od tych zupek, hihi.
- Nie, nie, wszystko dobrze. Chciałem po prostu... – to było potworne,
wszystko mi się mieszało, słowa cedziłem powoli i z trudem –
Chciałem...zaprosić...panią...na...kawę. Po pracy. Co pani na to?
- No nie wiem, nie wiem – słowami jeszcze się krygowała, ale uśmiech
już wyrażał pełną akceptację – No dobrze, ale tylko na kawę!
Jasne, „tylko na kawę”. A czy ja proponowałem coś innego? Czy ja
powiedziałem, że nie tylko na kawę? Ech, te baby, jak już powiedzą z
emfazą tekst typu „ale tylko na kawę”, „ale ja kocham swojego męża”
albo coś w tym guście, to z góry wiadomo, co im po głowie chodzi. I po
co ta cała farsa? Matko boska – modliłem się w myślach - spraw bym
dostał szczękościsku i nie podzielił się na głos tymi refleksjami!
- Dziękuję, przyjdę po panią przed zamknięciem – wyrecytowałem szybko i
sztucznie, jakbym recytował wierszyk na szkolnej akademii. W głowie mi
szumiało i czułem się słabo, ze sklepu wybiegłem tak szybko, jakbym
nagle dostał sraczki.
Do wieczora biłem się z myślami, to znaczy próbowałem układać okrągłe
zdania i uczyć się ich na pamięć, by podczas spotkania z Małgorzatką
znów nie dać plamy. Muszę przyznać, że szło mi to opornie. Wszystko, co
nie przedstawiało moich odczuć i intencji w sposób wiwisekcyjnie
bezpośredni, pozostawało nieokiełznanym chaosem. Jakbym usiłował się
wysłowić w obcym, słabo znanym języku, bez pewności co do znaczenia
słów, bez biegłości w ich dobieraniu, bez rutyny łączenia ich w zdania.
Około dwudziestej, a więc na godzinę przed „godziną zero” postanowiłem,
że nie pójdę, bo nic dobrego z tego wyniknąć nie może, ale w ciągu
następnej godziny zwierzęca chuć jednak zatryumfowała nad rozsądkiem.
Małgosia czekała przed zamkniętym już sklepem i, jak należało się
spodziewać, z daleka uśmiechała się serdecznie na mój widok. O Boże,
jakie to mogło by być urocze tete-a-tete jeszcze tydzień temu –
westchnąłem czując, że na usta już ciśnie mi się jakiś szczery i odarty
z wszelkiego wersalu komentarz. Musiałem się powstrzymać, postanowiłem
mówić jak najmniej. Najwyżej wyjdę na człowieka chorobliwie
nieśmiałego, niektóre kobiety to nawet kręci.
No dobrze, skończmy z tym stopniowaniem napięcia – i tak przecież
wiadomo, że spieprzyłem tę randkę. Jako bazę wypadową na tak z pozoru
miło zapowiadający się wieczór zaproponowałem pub „Lotos”, całkiem miłą
spelunkę, od której dzieliło nas pięć minut powolnego spacerku. Po
drodze jeszcze jako tako wszystko szło; Małgosia roztrajkotała się o
pogodzie i o tym, jak jej minął dzień, więc dla podtrzymania rozmowy
wystarczyło moje mruczące potakiwanie lub z trudem artykułowane
monosylaby. Dramat rozegrał się dopiero na miejscu, gdy siedzieliśmy
już przy małym, okrągłym stoliku i upajaliśmy się aromatem świeżo
zaparzonej małej czarnej. Jak to zwykle bywa, gdy mężczyzna i kobieta
usiądą po raz pierwszy przy kawiarnianym stoliku, zapadła chwila
kłopotliwego milczenia. Wypadałoby jakoś zacząć, ale jak tu zacząć, gdy
jedyne zdanie, jakie natrętnie wisiało mi na końcu języka, dotyczyło
pewnych anatomicznych szczegółów budowy mojej towarzyszki.
- A tak w ogóle to nie jesteś zbyt rozmowny – wyręczyła mnie wreszcie Małgosia.
- Nie...po prostu – no tak! zaczęło się – nie chciałbym...powiedzieć czegoś głupiego.
- A tam, założę się, że jesteś inteligentny i jak chcesz, to masz gadane.
- Yyyhm – wystękałem nie bez trudu i uśmiechnąłem się blado. Nie mam
pojęcia, czy chciałem w ten sposób potwierdzić, zaprzeczyć, czy może
zamanifestować cokolwiek innego.
- Wiesz, faceci w sklepie często chcą się ze mną umawiać – Małgorzata
miała tę niezaprzeczalną zaletę, że do satysfakcjonującej konwersacji
wystarczał jej milczący słuchacz – ale ja na ogół im odmawiam. Czasem
to są nawet fajni faceci, ale ja wiem, że nic by z tego nie było. Im
chodzi tylko o jedno, no wiesz.
- Wiem – powiedziałem gładko i swobodnie, bo to akurat było całkiem zgodne z prawdą.
- No właśnie, a ja chcę coś więcej, nie jestem z tych, które można
sobie zaprosić do knajpy i zaraz potem zaciągnąć do łóżka. A potem
„żegnaj mała”. Dziękuję bardzo, to nie ze mną.
- Przepraszam, właśnie niechcący puściłem bąka – poinformowałem
Małgosię bezceremonialnie, bo uznałem, że wyjaśnienie jej się należy –
może przez chwilę nieprzyjemnie śmierdzieć.
Skrzywiła się w wymuszonym uśmiechu, uznając ten wybuch szczerości za objaw specyficznego poczucia humoru.
- No więc chodzi mi o to – ciągnęła dalej, udając, że moja wypowiedź
nie zrobiła na niej negatywnego wrażenia – że mnie nie pociąga pierwszy
lepszy facet, któremu zależy na zaliczeniu panienki, szukam kogoś na
poziomie. Kogoś bardziej na stałe, a przynajmniej na dłużej.
Już wyrywał mi się odpowiedni komentarz, więc celowo sparzyłem
niefrasobliwe usta gorącą kawą. Na wszelki wypadek przyssałem się od
brzegu filiżanki na dłużej i udawałem, że delektuję się napitkiem.
- A wiesz – kontynuowała niezrażona – wcale nie jest łatwo znaleźć
poważnego faceta na poziomie. Tanich podrywaczy nie brakuje, ale zbyt
wiele razy się przejechałam. Nie interesują mnie takie przygody na
jedną noc.
- Widzisz Małgosiu – wiedziałem! wiedziałem, że nie zatrzymam
wzburzonej fali gołymi rękoma i wcześniej czy później to się stanie –
Powiedzmy sobie szczerze: jesteś może nawet dość ładna, choć to banalna
uroda i też nie najwyższych lotów, ale przy okazji jesteś głupiutka jak
but.
Ciekawe, nawet nie byłem tak bardzo przerażony tym, że to powiedziałem.
Właściwie to złe określenie, nie powiedziałem - te słowa wypowiedziały
się same i nie panowałem nad nimi. W przeciwieństwie jednak do
podobnych incydentów z panią Basią i moim byłym przełożonym, tym razem
machnąłem ręką i potraktowałem całą sytuację z pokorną akceptacją.
Niech się dzieje wola Nieba.
Małgorzata popatrzyła na mnie ni to ze zdumieniem, ni z pogardą. Pewnie
nie była do końca pewna, czy to taki rubaszny żarcik, który ma stanowić
przewrotne preludium do komplementu, czy może po prostu na chama ją
obrażam. Obrażanie to właściwie też złe słowo – przecież ona naprawdę
była głupiutka, więc ja stwierdzałem tylko niezawiniony przeze mnie
fakt, ale wśród ludzi jakoś tak się dziwnie przyjęło, że właśnie prawda
obraża ich najbardziej.
- W tej sytuacji masz, Małgosiu, dwa wyjścia – ciągnąłem flegmatycznym,
belferskim tonem – albo musisz pogodzić się z rolą towaru do
jednorazowego zaliczenia dla gości takich, jak ja, albo znaleźć sobie
jakiegoś zahukanego, niezbyt rozgarniętego safandułę, który oprócz
twoich krągłości i gonad będzie w stanie docenić łączącą was wspólnotę
intelektualną i zbieżność waszych horyzontów.
Spąsowiała na twarzy, wydęła wargi, uniosła wysoko podbródek i
nerwowymi ruchami zaczęła obmacywać wiszącą na oparciu krzesła torebkę.
- Ja osobiście wolałbym, żebyś jednak zdecydowała się na to pierwsze
wyjście – dodałem, choć przecież nie warto już było robić sobie
jakichkolwiek nadziei – Oczywiście mówię to w jak najdosłowniej
rozumianym własnym interesie, ale w końcu ty też mogłabyś zaczerpnąć z
tego wymiernej przyjemności.
- Debil! – warknęła głośno i zerwała się na równe nogi.
Wsunęła swoje krzesło z takim impetem, że stolik aż podskoczył, a
wzburzona w ten sposób w filiżance Małgorzaty kawa chlusnęła kilkoma
pokaźnymi kroplami na obrus. Na szczęście ja swoją trzymałem znów przy
niesfornych ustach.
I tyle widziałem Małgorzatę.
Pieniędzy za kawę oczywiście nie zostawiła.
Zwróciliście uwagę, że kobiety nagminnie nazywają mnie debilem?
Opróżniłem niespiesznie swoją filiżankę i poszedłem do domu.
To, co się ze mną działo, stawało się dla mnie coraz bardziej jasne. A
czym bardziej stawało się jasne, tym mniej mnie przerażało i drażniło.
Z dziwnym spokojem i przyzwoleniem zacząłem się temu procesowi poddawać.
Gdy zbliżałem się już do bloku, w którym mieszkam, usłyszałem rozmowę
siedzących na ławeczce nieopodal trzech lumpen-ploretariuszy. Popijając
w obiegusa wino „Leliwa” dyskutowali żywo o tym, że im w życiu ciężko,
że im się należy i że należałoby wyjść na ulicę po swoje. Zatrzymałem
się przy nich, przeciągnąłem leniwie wzrokiem po ich zakazanych mordach
i spokojnie powiedziałem:
- Gówno wam się, szmaciarze, należy. Za to, coście w swoim życiu
nakradli i naszachrowali, kij na dupę wam się należy, a za te pretensje
do wyciągania brudnych łap po cudze powinni wam je poobcinać,
darmozjady.
Lud posiłkując się co i rusz wulgaryzmami wytłumaczył mi ręcznie
dzieląca nas różnicę światopoglądową, pozbawiając mnie lewej, górnej
trójki i dotychczasowej gładkości oblicza. Nie miałem do nich żalu.
Naprawdę nie miałem do nich żalu. W końcu robili dokładnie to samo, co
ja – bez ogródek i szczerze manifestowali swoje poglądy. A że manualnie
- no cóż, czy to ich wina, że werbalnie nie mają dostatecznie silnych
środków ekspresji? Wstałem, otrzepałem się, a zanim spokojnym, choć
nieco chwiejnym krokiem oddaliłem się w swoją stroną, rzuciłem
chłopakom całkiem uprzejme:
- Żegnam panów.
Znów kilka dni spędziłem w głuszy moich czterech ścian, zastanawiając się nad sobą.
Myślę, że udało mi się w tym czasie zgłębić w pełni istotę zjawiska,
którego ofiarą się stałem. Jak już podejrzewałem wcześniej, zatraciłem
naturalną zdolność kłamania. Swobodnie potrafię mówić wyłącznie to, co
rzeczywiście myślę. Z jakichś tajemniczych przyczyn mój mózg w sposób
absolutnie konsekwentny zrealizował ideę, by język mówił to, co pomyśli
głowa, a strofa nie byłą wędzidłem. Proszę wieszczu, masz czego
chciałeś. Zadowolony?
Rozmowa, tak po namyśle stwierdziłem, wbrew pozorom nie służy
przekazywaniu myśli czy poglądów. Rozmowa jest zwierzęcym rytuałem, a
rzucane zwyczajowo słowa i zwroty są dla nas tym samym, czym dla
pawianów iskanie się albo dla psów obwąchiwanie sobie odbytów.
Rozmowa to zestaw kodów i szyfrów, którymi przekazujemy sobie
odpowiednie komunikaty. Dopóki rozmówcy trzymają się ustalonych i
uświęconych tradycją kodów, wszystko jest w porządku. Gdy zaczynają
kombinować, pojawiają się problemy, a już najgorzej jest, gdy próbują
całkowicie ominąć szyfr i mówić tekstem otwartym – wtedy katastrofa
gotowa. Ludzkie potrzeby są od tysiącleci proste – dorobić się, zdobyć
władzę, pognębić konkurenta, spenetrować jakąś fajną samicę,
najogólniej: wypić, poruchać, radia posłuchać, jak mawia dzisiejsza
młodzież. Ale obnażanie się z tymi potrzebami jest nieeleganckim faux
pas, dlatego chcąc spenetrować samicę proponujemy jej na początek
pogawędkę przy kawie, a chcąc poddać w wątpliwość kompetencje i
inteligencję naszego szefa, grzecznie nalegamy, by jeszcze raz
przeanalizował nasze uwagi. Kobieta i szef doskonale wiedzą, co my
sobie tam tak naprawdę myślimy, ale to nic nie szkodzi. Dopóki nie
popuścimy wodzy niefrasobliwej szczerości i trzymamy się kodów,
wszystko rozgrywa się w atmosferze ogólnej akceptacji. Odpowiadając
sąsiadce dzień dobry na schodach wcale nie stwierdzamy, że dzień był
dobry – spotykamy innego osobnika naszego gatunku i chcemy mu
zamanifestować brak złej woli z naszej strony. Nasz jaskiniowy
pra-pradziad w takich razach wypuszczał z rąk maczugę, unosił ręce w
górę i intonował przeciągłe „uuu”, my dokładnie ten sam komunikat
przekazujemu poprzez „dzień dobry”.
Cały mój problem polega na tym, że gdzieś pod sufitem zepsuła mi się
maszyna kodująca. Potrafię mówić wyłącznie otwartym, niezaszyfrowanym
tekstem, a cały komunikacyjny teatr od zwykłego kłamstwa, poprzez
zawoalowaną aluzję, delikatną sugestię, aż po kompletnie nic nie
znaczące zwyczajowe odzywki, stał się dla mnie narzędziem, którego nie
potrafię obsługiwać. Gdy tylko próbuje powiedzieć coś w ogólnie
przyjęty sposób, zaczyna się kociokwik, strumień świadomości, mieszanie
się znaczeń słów i zwrotów, gonitwa myśli, aż wreszcie całkowite
odwerbalizowanie procesu myślowego. Uwierzcie mi, koszmarne odczucie.
Ostatni raz wyszedłem z domu trzy dni temu. Oczywiście wygnał mnie
głód. Zakupy musiałem zrobić w Samie, bo przecież nie u Małgośki.
Zresztą nawet mi to było na rękę, w sklepie samoobsługowym można się
zaopatrzyć we wszystko bez potrzeby otwierania gęby, która to czynność
w moim stanie była zdecydowanie niewskazana.
Upchałem koszyk zapasami na kilka najbliższych dni, bez słowa
uregulowałem należność przy kasie i już myślałem, że uda mi się bez
przygód zaszyć z powrotem w mojej norze, gdy przy wyjściu ze sklepu
dopadło mnie zza pleców donośne:
- Cześć stary!
Odwróciłem się. Stał za mną jowialnie uśmiechnięty kolega z czasów
szkoły średniej. Nie widziałem gościa co najmniej od pięciu lat, że też
musiał mi się nawinąć właśnie tu i teraz.
- Co chcesz? – zacharczałem odwykłymi od pracy strunami głosowymi.
- Jak to co chcę, stary byku? Raz na ruski rok się widzimy a ty mi mówisz „co chcesz” !? Mów co tam słychać ciekawego.
- Nic ciekawego nie słychać.
- No jak to? – nie dawał za wygraną – Jak tam w pracy? Jak żyjesz?
- Z pracy mnie wyrzucili, a żyję kiepsko, dzisiaj na przykład od samego
rana mam sraczkę – zaspokoiłem ciekawość rozmówcy lakoniczną relacją z
bieżących wydarzeń.
- Oj, coś widzę nie w humorku jesteśmy – powoli miękł – Szkoda. Myślałem, że pogadamy.
- O czym chciałbyś pogadać? – zapytałem z niekłamanym zainteresowaniem,
bo osobiście bladego pojęcia nie miałem, o czym można by chcieć pogadać
ze spotykanym raz na pięć lat kolegą z ukończonej piętnaście lat temu
szkoły średniej.
- No, tak ogólnie. Co słychać, jak leci... – nie był już tak otwarty i
pewny siebie, jak na początku rozmowy. Zapał uchodził z niego jak
powietrze z dziurawej dętki.
- Przecież powiedziałem ci, co u mnie słychać. A co u ciebie słychać,
to mnie, szczerze mówiąc, gówno obchodzi. Przeżyłem całe życie nie
interesując się tym, co u ciebie słychać i jakoś to spotkanie ni
cholery nie skłania mnie do zmiany kręgu moich zainteresowań.
- Wiesz, mnie też to gówno obchodzi – uniósł się – Żegnam!
- Więc po co w ogóle pytałeś, skoro gówno cię to obchodzi?
- Debil! – mruknął pod nosem i przeszedł obojętnie obok, jakbym był powietrzem.
- Zniewieściały dupek – zachichotałem w duchu – odpowiada jak baba.
No dobrze, prawdą jest, że zrozumienie istoty drążącej mnie
przypadłości zaowocowało dziwną pokorą i pogodzeniem się z losem.
Pierwotne przerażenie i panika minęły, a ja zacząłem traktować swój los
tak, jak Arab traktuje kismet. Powiem więcej, objawy mojej
niedyspozycji wzbudziły nawet swego rodzaju zaciekawienie, tak, jak u
chorego dziecka beztroską ciekawość budzą pęczniejące mu na skórze
bąble. Ale akceptacja dla zaistniałego stanu rzeczy i pokora w
przyjmowaniu wyroków losu, to jedno, a życie, przyszłość, perspektywy –
to zupełnie co innego.
Oszczędności nie wystarczą mi na długo – pomyślałem – a za mieszkanie
trzeba płacić i jeść też coś trzeba. Nie oszukujmy się, z moją
niewyparzoną mordą żadnej pracy nie znajdę, a jeśli nawet zdarzyłby się
taki cud pański, to przecież wygrużą mnie na zbity pysk, gdy tylko go
przy jakiejś okazji odemknę. Teoretycznie mógłbym znaleźć jakieś źródło
pozyskiwania gotówki nie wymagające kontaktów z ludźmi, ale to nie
takie proste, a poza tym, na pracy świat się nie kończy. Nie uniknę
wychodzenia na ulicę, spotkań ze znajomymi i krewnymi, czy uczestnictwa
w rodzinnych uroczystościach. Jednym słowem – kanał. Uznałem, że nie
mam przyszłości i dalsza moja egzystencja w związku z zaistniałymi
okolicznościami staje się bezcelowa.
Nie, to nie załamanie nerwowe, ani depresja. Jestem wręcz zaskakująco
spokojny i opanowany, emocje mam w stanie wyciszonej równowagi. To
racjonalna decyzja. Powiedzmy sobie szczerze, szanse na normalną i
poukładaną przyszłość są w mojej specyficznej sytuacji równe lub
bliskie zeru. Straciłem nieodzowny atrybut człowieczeństwa –
organicznie nie umiem kłamać. A z tym nie da się żyć, taka jest prawda.
Siedząc w głuszy swoich czterech chciałem trochę poczytać, ale gdy
otworzyłem wybraną losowo z półki książkę, odrzuciło mnie motto:
„prawda was wyzwoli”. Z niesmakiem cisnąłem woluminem na oślep, odbił
się od ściany i spadł na podłogę jak ustrzelona kaczka. Prawda was
wyzwoli - dobre sobie!
Wiążę więc teraz pętlę wisielczą ze sznurka od bielizny, a dla zabicia czasu opowiadam wam moją historię.
Może was ona wzruszy, może rozbawi, a może znudzicie się przy niej, jak mopsy. Nie wiem.
Szczerze mówiąc...mogę być z wami szczery, prawda?
Otóż, szczerze mówiąc - mam to w dupie.
(dd)
|
|
|
|
Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować |
|
Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ * przez wini dnia 01-04-2003 o godz. 10:48:53 | Ale dobre! Dlaczego tylko jedna gwiazdka ??? ja daje 5 !!!!
Pozdrawiam )))) |
Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ * przez meduza dnia 01-04-2003 o godz. 13:51:38 | | Skoro autor informuje nas, że właśnie tam to wszystko ma, to jak ma byc inny? ))))))))) |
Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ * przez tyler dnia 01-04-2003 o godz. 14:16:29 | | Ja chciałbym tylko zwrócić uwagę, że to nie autor, tylko bohater-narrator informuje, gdzie co ma - to jednak pewna, wydaje mi się, różnica. Autor się z postawą i wypowiedziami bohatera wcale nie utożsamia, tylko je opisuje, a opinie czytelników tak naprawdę niezmiernie sobie ceni. |
Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ * przez Lukasz_Stadnicki dnia 01-04-2003 o godz. 20:55:31 http://www.portalliteracki.pl | | No właśnie. I to jest fałszywe, że stworzony bohater jest pisarzem, ale jest w swym podejściu do czytelnika nieprawdziwy. Nawet jak autor mówi, że ma w dupie, co ludzie myślą to nigdy nie jest to prawdą. To kłamstwo grubymi nićmi szyte. No i jest to element niepotrzebny dla całości historii i jej wymowy, jakby naddany. To zaś sugeruje, że należy ten dziwaczny element odnosić nie tylko do bohatera czy narratora, ale że pochodzi od kogoś wyżej. Nie wyłga się Pan tak łatwo. ;) |
Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ * przez tyler dnia 01-04-2003 o godz. 22:45:37 | | Mimo wszystko, autor to autor, a bohater to bohater, nawet jeżeli narracja prowadzona jest w pierwszej osobie. Może to mój błąd, ale ja jednak autora od bohatera wyraźnie rozdzielam. Bez takiego rozdziału do czego by to mogło dojść, gdybym na przykład napisał w pierwszej osobie opowiadanie o zwyrodniałym, bezwzględnym bandycie i gwałcicielu... |
|
|
Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ * przez Lapis dnia 01-04-2003 o godz. 15:59:41 | Bardzo dobrze poprowadzona narracja! Wiele ciekawych spostrzezen, choc chwilami razi mnie zargon.
Zakonczenie jednak troche sie wymyka. Ten sznurek od bielizny jest dla mnie troche za ostry i burzy misterna kompozycje utworu. Troche splyca sens. Ale to tylko moj subiektywny odbior!
Opowiadanie bardzo mi sie podoba!
Pozdrawiam. |
|
|
Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ * przez Rojewski dnia 01-04-2003 o godz. 18:58:17 http://www.netkultura.pl | Bardzo dobrze zrobione.Co prawda oryginalność wykonania bije na głowę oryginalność ogranego nieco pomysłu. Bardzo podoba mi się kreacja bohatera, z tymi środkami można sie pokusić o coś naprawdę ważnego. Wystarczy wymienić dekoracje. Własciwe na dowolne, Autor sobie poradzi. Fajnie by było.
A koniec faktycznie na skróty. |
|
|
Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ * * przez Inn dnia 07-04-2003 o godz. 21:29:51 | Nie wiem czego wszyscy chcą od zakończenia? Jest klasyczne-po przykładach autor wyłuszcza myśl swoją, która wcześniej przewija się w tekście. Nie oczekiwałam więcej; styl narracji (zresztą świetny) nie sugeruje nagłych zwrotów akcji. Natomiast według mnie wstęp jest nieco przydługi. Opis symptomów choroby osobiście bym trochę przycięła. Już miałam przerwać czytanie. Ale ja należę do b. niecierpliwych czytelników, powieści zaczynam czytać od środka, dopiero potem, już spokojnie, zaliczam pierwszą połowę.
Od słowa "cham" czytałam jednym tchem. Nawet się pośmiałam z dialogów i myśli bohatera. Gratulacje! 4 punkty. Jeden odjęłam za wstęp i małe niedociągnięcia językowe, zakłócające miarowy nurt opowiadania. |
|
|
koniec się nie podoba?? przez Anonimus dnia 08-04-2003 o godz. 13:04:05 | | wbrew deklaracji bohatera nie mamy tu zezwierzęcenia języka, jedynie próbę dostosowania sie , robimy rzeczy których nie lubimy robić, ba - nie chcemy nawet, mówimy coś innego niż myślimy, myślimy to co wypada myśleć, a z całego sensu wychwytujemy marne wg nas zakończenie, no tak - dobrze, że mam to w dupie |
|
|
Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ * * przez Anonimus dnia 16-09-2004 o godz. 12:58:50 | | Ladne opowiadanko i piękny zespół taurota u bohatera. |
Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ * * przez kati1973 dnia 21-04-2008 o godz. 21:47:32 http://justkati.blox.pl | Przypomina mi trochę "Kłamca, Kłamca" - film, stąd miałam wrażenie powielania pomysłu.
Jednak napisane bardzo dowcipne, zakończenie mnie nie raziło, tylko również rozbawiło, więc na plus;).
Pozdrawiam Kasia |
Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE /opowiadanie/ * * przez MollyDExergillod dnia 26-09-2010 o godz. 12:35:06 | | Mi też się z tym filmem skojarzyło. Bardzo fajny tekst, zabawny, wciągający. pozdrawiam |
|
|
Re: POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE ** przez all4sun dnia 06-12-2011 o godz. 10:39:53 | Tekst bardzo mi się podoba, może nawet bardziej niż mogę przyznać, zapewne dlatego, że czasami sama chciałbym wykrztusić z siebie pewne słowa.
Fajnie byłoby przeczytać podobny tekst w wersji kobiecej.
Pozdrawiam Autora. |
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione. |
Reklama w Portalu Literackim
|
|