Autor: golesz
golesz@wp.pl
MIECIO
Rozdział
1
- Panowie! Spokój do cholery! -
Otyły nadinspektor Dusza, chwilowy p.o. komendanta rejonowego przebywającego na
przedłużającej się nieco rekonwalescencji pozawałowej, walnął potężną, spoconą
pięścią w kruchy stolik, aż podskoczyły oba stojące na nim brudno kremowe, porysowane
aparaty telefoniczne.
- Jeżeli nawet są to wierutne
pierdoły to i tak musimy je sprawdzić, nie ma rady. Komisarz e... Mo...rris
jest człowiekiem poważnym i nie fatygowałby się do nas bez powodu.
W ponurym, obskurnym pokoju na
drugim piętrze Komendy Rejonowej Policji, siedziało czterech cywilnych
wywiadowców w nieokreślonym wieku, o steranych, pooranych służbą, czerwonych
twarzach. Rozwalili się na koślawych krzesłach, bezładnie rozstawionych wokół
jedynego tutaj mebla, wspomnianego stolika z telefonami. Wszyscy, jak jeden
mąż, palili jakieś straszliwe papierosy, wydmuchując co i rusz kunsztownie
różnorodne, bezkształtne kłęby sinego, gryzącego dymu. Stężenie substancji
kancerogennych dawno już przekroczyło wszelkie normy, i teraz, stojący
naprzeciw szpakowaty komisarz Morris, przytykał sobie do nosa nieskazitelnie
białą chusteczkę, wodząc wokół błędnie wytrzeszczonymi, piekącymi go oczyma
Morris przyjechał tutaj z Warszawy,
poprzedzony długim szyfrogramem, zawierającym skrótowy opis sprawy, oraz
wszelkie niezbędne wskazówki dla miejscowych oficerów. Przydzielony mu w
Warszawie tłumacz, rozchorował się nagle przed chwilą, dość, że zdążył jeszcze
przekazać sedno całego problemu. Morris stał więc jak sierota, patrząc na
nieznanych sobie, dziwnych ludzi, zdumiony ich żywiołową wręcz reakcją na co
drugie słowo tłumacza. Sam, co prawda, też miał ambiwalentny stosunek do
sprawy, ale żeby aż tak? Wywiadowcy mianowicie zarykiwali się ze śmiechu, mało
nie pospadali z tych pokracznych, trzeszczących krzeseł. Opasły komendant
zresztą też ledwie się powstrzymywał.
A sprawa była dość prosta. Aspirant
Figura, ad hoc tłumacz komisarza Morrisa, półroczny stypendysta londyńskiego
kursu antynarkotykowego, oddelegowany tam w nagrodę za zdobycie IV miejsca w
Ogólnopolskich Zawodach Policji Drogowej, uważany był odtąd za wybitnego.
jeżeli nie poliglotę, to przynajmniej skończonego znawcę języka Shakespeare’a.
Do tego dzisiaj był poniedziałek, a jeszcze wczoraj oblewali ze szwagrem jego
przedterminowe, na własne życzenie, wyjście ze szpitala po operacji nerki. W
związku z tym tekst jaki usłyszeli zgromadzeni w pokoju wywiadowcy brzmiał
mniej więcej tak:
-
Panowie, władco! Moja imię Moris, a to jest figura policjanta translacji.
Jestem z wami dlatego, że coś się porozumiało w narodach i jutro będziemy
wszyscy w Europie konektion, tfu! Przychodzę do was i serdecznie władcy
ministra spraw wewnętrznych waszego. Wczoraj lub wczoraj spotkaliśmy sprawę do
deszyfracji. Władca Langer, wielki stary uczony, przepraszam, archeolog, dwa
roki znalazł pod Egiptem odkrycie. Taki stary, buk, no... książka. Tam napisał
odczyt ten buk i zaskoczył się. On pisał o przyszłości wczoraj i to był wery prawda.
O Jezu, moja głowa. On sprawdził i do premiera majora zjadł obiad. Major i
pułkownik to kolaboranci. Byli i już nie są na szkocki wąwóz. A więc temat jest
hard i Waszyngton komputer zbadał Jejl. Książka prawdziwa prawda i wszystko
okej. Nazwiska wszystkie tam są i to jest prawdziwa prawda. Jak ma wery zdrowie
to dobry świat. Jak jest chory to zły świat. Jak syn to świat, jak dziewczyna
to koniec. Potomek, żeby świat był. Komputery Waszyngton jeszcze raz i jeszcze
raz. O’kej. Wysokie tajne. Last nazwisko szukali i znaleźli w Polsce ewidencja
ludności Mieczysław Bruzda w Łodzi, rok czterdzieści dwa, kawaler, nie karany.
Ja samolotem wszedłem w Nowym Jorku i przyleciał wasz serdeczny minister spraw
wewnętrznych na pomoc. Wysoki czas, wysoki czas robić. Dyskretnie obserwować,
oszukać i sprawdzić. Na pewno wery prawda. Dziękuję. Przepraszam, muszę natychmiast
wyjść.
W tym miejscu siny na twarzy Figura
wyskoczył zza stolika jak błyskawica i zniknął w policyjnej toalecie.
Gdy się już jako tako uspokoili i
poocierali łzy, zrobiło im się żal patrzącego na nich ze zdziwieniem Morrisa.
Na szczęście Dusza rozdał im wcześniej, przygotowany przez Warszawę konspekt z
opisem problemu. Po wysłuchaniu więc tego dodatkowego, błyskotliwego
tłumaczenia, mieli dość jasny obraz sprawy.
Chodziło o to, iż dwa lata temu
profesor Langer, niemiecki etnograf i archeolog o światowej sławie, prowadząc
swoje długoletnie badania środowiskowe w zapyziałej wsi egipskiej, natknął się
na przedziwny dokument. Dokument, a raczej niezmiernie stara księga,
przechowywana i uzupełniana od niepamiętnych czasów przez lokalną, fanatycznie
religijną starszyznę, okazał się niezmiernie interesującym.
Po uzyskaniu zgody na zrobienie
kopii fotograficznej i odczytaniu tekstu stało się jasne, że jest to
precyzyjny, z datami, opis historii ludzkości, oczywiście tylko rzeczy
najważniejsze. Ostatnia data to rok 1999, dwudziesty drugi lipca. Ale to nie
wszystko. Tekst zawiera bardzo rozbudowane drzewo genealogiczne pewnej rodziny
Syryjskiej sprzed tysięcy lat, jednej, jedynej gałęzi, rozrastającej się aż do
naszych czasów - z imionami, nazwiskami, cechami fizycznymi, umysłowymi, datami
urodzin, itd., mężczyzn, tworzących tę gałąź. Ten niesamowity wykaz zamyka
wspomniany Mieczysław Bruzda lat 42, kawaler, nie karany, zameldowany na stałe
w Łodzi.
Księga opatrzona jest komentarzem -
takim mianowicie, że każdy z tej listy jest bezpośrednio, choć zupełnie
nieświadomie, odpowiedzialnym za istnienie i kondycję świata. Polega to na tym,
że niejako jakość świata, jego historia, losy, mają bezpośredni, natychmiastowy
związek z konstytucją psychofizyczną aktualnego odpowiedzialnego. Ów
niesamowity, nie uświadamiany ciężar, jest następnie przenoszony, cedowany, na
męskiego potomka aktualnego odpowiedzialnego. Gdyby dany delikwent nie posiadał
syna, to świat przestanie istnieć w momencie jego śmierci, gnijąc po trochu
coraz bardziej, zgodnie z pogarszającym się stanem zdrowia bezpotomnego,
starzejącego się odpowiedzialnego.
Całe sztaby naukowców niemieckich,
angielskich i amerykańskich badały tę bzdurę przez dwa lata, po czym ustalono,
iż sprawa może być na tyle poważna, że należy to sprawdzić ostatecznie i...
radykalnie. W tym celu amerykańskie CIA, po porozumieniu się z Warszawą, oddelegowało
do Polski uprawomocnionego komisarza Morrisa, wyposażając go na wszelki wypadek
w książeczkę czekową z limitem 750.000 dolarów. Amerykańskich.
Tak więc siedział teraz skołowany
Morris w jakimś obskurnym, zadymionym pokoju i skonfundowany do cna, patrzył na
skręcających się ze śmiechu tajniaków.
Inicjatywę ponownie
przejął Dusza.
- No już, wystarczy. I tak dobrze
wiecie, o co chodzi, a tego Figurę odeślemy w diabły. Ty Szymek - tu zwrócił
się do jednego z mniej odrażająco wyglądającego wywiadowców - obracasz się od
lat wśród co lepszych panienek hotelowych i znasz trochę angielski. Będziesz
podręcznym komisarza Morrisa, który zatrzymał się w Savoyu. Wszyscy jesteśmy od
tej chwili na jego rozkazy, zdajecie swoje bieżące sprawy i zachowywać się. No.
---------------------------------------------------------------
Miecio Bruzda był średniego
wzrostu, łysiejącym, świńskim blondynem, o zastanawiająco okrągłej czaszce i
wiecznie melancholijnym wyrazie twarzy. Urodził się w Łodzi i nigdy nie był za
granicą. Gdy miał pięć lat stracił ojca - z pochodzenia chyba Irańczyka, który
po pijanemu dał się przejechać przez tramwaj nocny. Miecio, jedynak,
wychowywany odtąd wyłącznie przez nadopiekuńczą matkę, księgową w małej
spółdzielni usługowej, przebrnął jakoś przez okres edukacji średniej i o dziwo,
zdobył następnie wieczorowo tytuł inżyniera instalacji sanitarnych. Dzięki
matczynej protekcji trafił do Miejskiego Biura Projektów, gdzie początkowo
próbowano powierzać mu projekty instalacji kanalizacyjnych kilku budynków
biurowych, jednak szybko okazało się, że jego misterne, dziwnie skomplikowane
połączenia rurowe, były zdolne do wszystkiego, tylko nie do odprowadzania
ścieków.
Przesunięto go więc do prac
wyłącznie kreślarskich i już tak zostało. Przepracował w tej firmie 25 lat bez
jednego spóźnienia, bez jednego dnia nieusprawiedliwionej nieobecności. Był
pracownikiem spokojnym, uczynnym kolegą, zawsze w razie jakichś biurowych
imienin czy uroczystości biegał po mieście i chętnie dostarczał rozochoconym
biesiadnikom wódki oraz zakąsek. Sam nie pił broń Boże, miał widocznie na
trwałe wpojoną przez matkę awersję do alkoholu. Koleżanki biurowe, a nawet
gońcówny, traktowały go protekcjonalnie, choć trzeba przyznać nie obśmiewały go
wprost, w oczy - na tyle delikatne by nie peszyć jąkającego się lekko Miecia.
Żyło mu się dobrze, spokojnie, zwłaszcza, że nigdy jak dotąd nie ośmielił się
na jakiś przelotny choćby flirt, czy przygodę męsko - damską. W każdym razie z
żadną z biurowych dziewcząt. Był nieśmiały w całej swojej skromnej istocie,
czuł się też odpowiedzialny za matkę. Mama gotowała mu posiłki - mieszkają
razem do dzisiaj i jest im nienajgorzej.
Na skutek zmian politycznych lat
dziewięćdziesiątych, oraz z braku zamówień, biuro zlikwidowano i Miecio znalazł
się na bruku. Przez rok pobierał żałosne bezrobotne i kombinował trochę na
bazarach handlując długopisami, jednak praktycznie bez żadnych efektów. Matka,
już na cienkiej emeryturze, ponownie znalazła mu posadę w prywatnej hurtowni
osprzętu instalacyjnego o przedziwnie brzmiącej nazwie „PIPE-HURT”, której
właścicielką jest koleżanka Miecia z nieistniejącego teraz Biura. Miecio
zajmuje się tam wszystkim. Pilnuje trzech pracowników, prowadzi dokumentację
finansową i magazynową, zamawia towar, sprząta maleńkie biuro, robi szefowej
kawę. Nie narzeka mimo żałosnej płacy, w dalszym ciągu jest solidnym, uczynnym
i skromnym człowiekiem po czterdziestce. Właśnie siedzi przy mikroskopijnym,
wykoślawionym biurku i mozolnie wklepuje do komputera kwoty ZUS-owskie trzech
zatrudnionych tutaj obiboków. Szefowa Hela, trzydziestopięcioletnia szatynka z
pretensjami, wredna jędza o niewyparzonym pysku, przymierza kupione gdzieś
okazyjnie seksowne szpilki.
- No i jak, Mieciu? - Szefowa
demonstruje się hałaśliwie z wdziękiem jucznego wielbłąda, w nowych, koszmarnie
czerwonych bucikach. Miecio odrywa przekrwione oczka od zużytego już do cna
monitora i patrzy na słupkowate odnóża Heli.
- Nn… no ekstra szefowo. Wspaniale.
- Naprawdę?
- A j... jjakże.
- To ja idę. Będę przed piętnastą -
Hela zbiera się powoli, pakując do jaskrawej, pretensjonalnej torby stare,
pokrzywione buty. W tym momencie zza przepierzenia rozlega się basowy ryk pana
Stasia, pracownika i głównej podpory części sklepowej.
- Panie Mieciu! Klient podjechał!
- No to obsłuż go baranie -
wydziera się przeraźliwie Hela, pilnująca jednak jakiegoś porządku w firmie i
racjonalnego według jej wyobrażeń, podziału pracy.
- Ależ szefowo - oponuje nieśmiało
Miecio - J...jja to załatwię.
- Ani się waż! Ten nygus jest od
tego, a jak nie to do łopaty.
Hela wychyla się ostrożnie z boku
krzywego przepierzenia i obserwuje wchodzącego człowieka. Klient, niewyraźny
mężczyzna po pięćdziesiątce, rozgląda się niepewnie w ciemnej części sklepowej,
wypełnionej różnym dobrem instalacyjnym, mającym symbolizować szeroki i nowoczesny
asortyment zainteresowań handlowych firmy.
- Czego szuka? - ryczy do niego
kostropaty Stasio.
- Wie pan, stłukła mi się umywalka
i biegam teraz po sklepach, szukając chociaż podobnej - sumituje się nieśmiało
starszy jegomość.
- A ile tego potrzebuje? - Stasio
jest dociekliwy.
- Cóż, chyba tylko jedną.
- Panie! - znowu ryczy Stasio - Tu
nie apteka. Tu jest firma!
- No to do widzenia - mówi cicho
wystraszony klient i wychodzi szybko.
- Kup sobie trąbkę do pierdzenia -
wrzeszczy za nim Stasio i siada ciężko na swoim dyżurnym zydlu.
Hela chichoce w kułak, ale dla
zasady ochrzania Stasia za brak kultury, po czym zadowolona wychodzi z
hurtowni. Wsiada do swojego przechodzonego Escorta i z piskiem zdartych opon
znika między betonowymi, parterowymi barakami, mieszczącymi podobne,
kilkuosobowe firmy.
Miecio, najważniejsza teraz
persona, zostaje na gospodarstwie sam, wydany na pastwę tego trepa Stasia i
jego dwóch nie lepszych kolesi. Kończy składki ZUS-u i rozpakowuje przyniesione
z domu, przygotowane mu przez matkę kanapki z mortadelą. W trakcie jedzenia
wypełnia wolno, pedantycznie, niedokończoną krzyżówkę kolorowego magazynu,
który obiecuje za jej rozwiązanie góry złota, a także najlepsze samochody
świata. Krzyżówki, ich rozwiązywanie i wysyłanie wypełnionych, idiotycznych
kratek do redakcji przeróżnych pism, to jedna z niewielu pasji Miecia. Nie,
żeby spodziewał się jakichś wielkich wygranych, ale tak po prostu, dla własnej,
cichej satysfakcji. Chociaż kilka razy wygrał już - a to, żelazko, uszkodzone
zresztą, a to komplet tandetnych kieliszków - różne takie. Zaraził tym też
matkę, która człapie pewnie teraz wśród okolicznych kiosków Ruchu, w
poszukiwaniu nieznanych jeszcze periodyków dla naiwnych.
Hela oczywiście do piętnastej nie wraca,
a na pół godziny przed formalną godziną zamknięcia interesu Miecio słyszy
pijackie wrzaski szykującej się do wyjścia załogi. Oni cholery mają jakiegoś
nieomylnego nosa, co do powrotów szefowej i wykorzystują to bez skrupułów.
Urżnęli się już w południe. Dobrze, że ruch w firmie jest dzisiaj żaden -
oprócz porannego detalisty nikt się do hurtowni nie pofatygował. No cóż, też
trzeba się powoli zbierać.
Za przepierzenie zajrzał siny już
na ospowatej gębie Stasio i chcąc zaskoczyć Miecia, wesoło huknął z całej siły
swoich potężnych płuc:
- A hoj na mostku!
Miecio, ogłuszony,
podskoczył na krześle jak na sprężynie.
- Dd...dobrze, dd...dobrze panie
Stasiu, d...do widzenia - wykrztusił i podał mu ostrożnie rękę. Stasio,
objąwszy swoich dwóch, powłóczących ledwie nogami kolesiów, wytoczył się z nimi
na podwórko i wszyscy trzej poczęli oddalać się mozolnie w kierunku mniej
więcej południowym. Do najbliższej knajpy.
Mietek Bruzda nie był orłem
intelektu, jednak nie mogło mu się pomieścić w głowie, jakim cudem firma Heli
jeszcze prosperuje. W końcu prowadził jej finanse i bardzo dobrze orientował
się, że dochody z handlu rurami, sedesami i zaworami mogłyby wystarczyć
ewentualnie na jego pensję i ZUS. A tych trzech osiłków? Po co Hela ich trzyma,
bydlaków? Chyba, że jest coś z prawdy w tym, o czym czasem przebąkują między
sobą - o jakichś szwaczkach, kurtkach, jakimś magazynie, ruskich?. Cóż, nie
jego interes.
Ogarnął nieco pomieszczonko
biurowe, wyłączył oświetlenie, pozamykał wszystko i poszedł wolno na przystanek
tramwajowy, lawirując dyskretnie pomiędzy grupkami zapitych, krzykliwych
wyrostków, pętających się po okolicy bez ładu i składu we wszystkie możliwe,
poziome i pionowe strony.
---------------------------------------------------------------
Plan Morrisa był prosty. Ponieważ
wspomniany, niewiarygodny tekst niedwuznacznie sugerował ścisłą zależność
pomiędzy zdrowiem fizycznym i psychicznym Mieczysława Bruzdy, a synchroniczną
niejako kondycją świata i przeróżnymi, dobrymi czy złymi wydarzeniami, należało
sprawdzić w materiałach zdrowotnych, w kartotece medycznej Bruzdy - o ile
oczywiście taka istnieje - wszelkie możliwe korelacje i związki. Dlatego też
czterech wywiadowców, uzbrojonych w prokuratorskie nakazy, udało się do
właściwych Przychodni Rejonowych i okolicznych szpitali, zakopując się na kilka
dni w nieogarnionym, wzburzonym morzu pseudo dokumentacji osobistej i kart
chorobowych ludności. Znaleziono oczywiście niewiele, chociaż...
Mieczysław Bruzda, syn emigranta z
Turcji i polki spod Sięradza, urodził się w marcu pięćdziesiątego trzeciego ze
znaczną niedowagą i natychmiast złapał gronkowca z powodu nie wygotowanego
smoczka, jako, że nie był karmiony piersią. W tym czasie umarł Stalin, podobno
otruty przez swojego lekarza. W pięćdziesiątym szóstym, gdy miał trzy latka,
Miecio zwichnął sobie na podwórku i okaleczył lewą dłoń. Wdało się zakażenie i
groziła amputacja. Właśnie wtedy nastąpiły Wydarzenia Poznańskie, a ówczesny
premier Cyrankiewicz mówił o ucinaniu wrażych rąk. Gdy Miecio miał dziewięć
lat, w sześćdziesiątym drugim, przechodził ostre zapalenie opon mózgowych, z
jak najgorszymi rokowaniami. Jak wiadomo był to rok kryzysu kubańskiego i
światu groziła zagłada nuklearna.
Dwa lata później musiał mieć
usunięty ząb, nadkruszony w jakiejś bójce szkolnej. Wtedy też zginął w zamachu
prezydent Kennedy. W osiemdziesiątym dziewiątym Miecia potrącił samochód, na
jednoznacznie wydzielonym przejściu dla pieszych. Miecio był hospitalizowany
przez pół roku. Obalono krwawego Caucescu i runął mur berliński. Nie do końca
zrehabilitowany Bruzda wraca do pracy, jeszcze w Biurze Projektów, w którym już
się dzieje niedobrze. Imperium Radzieckie chyli się ku upadkowi i wreszcie
rozpada. Miecio zostaje bez pracy. Świat wokół zmienia się radykalnie.
Korelacja jest wyraźna, chociaż
jakaś taka nielogiczna. Przypadłości Miecia, niewątpliwie szkodliwe, wywołują
różne skutki dla świata - raz negatywne, raz pozytywne. Chyba, że Miecio, w
swojej indywidualnej przecież psychice, może nawet podświadomie, odbiera chorobę,
ból, cierpienie, inaczej niż wszyscy pozostali. A może, gdy już minie pierwszy
szok, pierwszy błysk bólu, przychodzi czas relaksu, spokoju, zadowolenia? Inna
sprawa, że ubogie polskie kartoteki chorobowe nie rejestrują obojętnych z
punktu widzenia medycyny oficjalnej, pozytywnych przypadłości pacjentów,
zwłaszcza mających miejsce poza wspaniałymi obiektami państwowej służby
zdrowia. Po co lekarz ma odnotowywać zadowolenie potencjalnego klienta po
zjedzeniu smacznej kolacji w towarzystwie chętnej, przymilnej panienki i
ewentualnie w jakiś czas potem, czy też po przeprowadzeniu udanej transakcji?
Nikt przecież takich statystyk nie prowadzi, zresztą jak?
Poza tym pozostaje do wyjaśnienia i
zweryfikowania, podawana przez tekst, dokładna mapa, rozkład cielesny
poszczególnych hm... kontynentów, krajów, i przyporządkowanych im rodzajów
faktów społecznych, politycznych czy geologicznych.
Tekst podaje, że na przykład za
stan atmosfery ziemskiej odpowiedzialna jest u Miecia skóra na jego plecach, za
trzęsienia w rejonie wysp japońskich stan prawej rzepki kolanowej, za epidemie
grypy jego katar, a za rozruchy na tle rasowym, jego pogląd na te sprawy.
Ogólnie biorąc, jego fizys i
cielesność, jego soma, to fakty i wydarzenia geologiczne, oceaniczne, i tak
dalej. Natomiast psyche, to zachowania ludzkie, wojny, konflikty, zamachy.
Podział skądinąd logiczny i do pewnego stopnia naturalny. Pozostaje oczywiście
kwestia bezspornego, ostatecznego sprawdzenia wiarygodności przekazu w tym
zakresie. Do tego między innymi służy wspomniana książeczka czekowa Morrisa
oraz przeprowadzone wcześniej ustalenia międzyrządowe, prowadzone na szczeblu
służb specjalnych w duchu całkowitego zrozumienia
Tak więc Morris, wyposażony w
naukowo opracowany plan akcji i we wszelkie pełnomocnictwa, był w istocie
jedynym koordynatorem i zarządzającym całej akcji, całego tego śmiesznego
testu, z Bruzdą, jako nieświadomym niczego królikiem doświadczalnym w roli
głównej. Na początek, zdecydował się komisarz na prostą, mało kosztowną akcję,
wymagającą jednak częściowego wprowadzenia w meritum ordynatora oddziału
wewnętrznego, rejonowego szpitala, administracyjnie właściwego dla miejsca
zamieszkania Miecia.
---------------------------------------------------------------
Miecio wydostał się z ulgą z przepełnionego,
rozklekotanego tramwaju. Motorniczy, młody chłopak w kraciastej marynarce,
przygrywający sobie bez skrępowania tranzystorowym radiem z którego wydobywała
się na cały regulator, straszliwa, zupełnie nieokreślona harmonicznie muzyka, a
raczej przeraźliwe wycie katowanych hien, prowadził ów tramwaj w szczególnie
wesoły sposób. Rozpędzał go mianowicie do maksimum po poskręcanym,
wykoślawionym fikuśnie torowisku i następnie hamował fantazyjnie przed
poprzedzającym go, mniej szalonym kolegą z branży. Wypełniającym wagon tłumem
rzucało we wszystkie strony jak dorodnym łanem zboża podczas wichury - za
oknami, o milimetry, migały w szalonym pędzie stalowe, pordzewiałe słupy
trakcyjne. Kilka, nieopatrznie podróżujących tym potwornym, blaszanym rumakiem
panienek, chichotało nerwowo. Na szczęście obyło się bez katastrofy.
Miecio mieszkał z matką na szóstym
piętrze w typowym, jak to się mówi, wieżowcu. No cóż, wszystko jest względne i
w rzeczywistości polskiej, krystalizującej się planowo w oparciu o świetlane
wzorce najlepszego z ustrojów, betonowy bunkier mający więcej niż pięć
kondygnacji mógł uchodzić za strzelisty drapacz chmur oraz szczyt marzeń
lokatorskich. Oczywiście nie chodziło tylko o wysokość, chociaż i to miało
swoje znaczenie. Ważniejsza była, a jakże, dyskretnie, bezawaryjnie
funkcjonująca winda, wspaniały zsyp na śmieci - ta z naukową precyzją obliczona
i wykonana akustyczna tuba rezonansowa, pionowy gigantofon, wesolutko mrucząca
i popiskująca instalacja wodociągowa, oraz zwłaszcza tak nieodzowny zimą,
ekstra wydajny system centralnego ogrzewania. Wszystko razem, z drążącymi rury
mediami, różnorodnymi płynami, w kojącym zapachu moczu, metanu, iskrzących tu i
ówdzie przewodów elektrycznych, w oparach gotowanych wokół kapuśniaków, zup
pomidorowych, uroczym wrzasku lokalnych małolatów, jazgocie masowo trzymanych
psów, tworzyło niepowtarzalną, swojską, przytulną atmosferę rodzinnego bunkra,
na moment przed zmasowanym atakiem atomowym.
Wracał teraz do tego szczęścia,
omijając znajome kałuże i zdradliwie wystające po ciemku płyty chodnikowe. Już
namacał w kieszeni właściwy klucz do zabezpieczonej chroboczącym domofonem i
przemyślnymi, żelaznymi drzwiami fortecy, gdy ni stąd ni zowąd stanęło przed
nim dwóch ponurych osiłków.
- Kopsnij na flaszkę! - usłyszał
wyrazisty charkot z głębi trawionych denaturatem trzewi.
- Ss...łucham? - wydusił z siebie
zaskoczony Miecio.
- Puknij go lekko - zasekundował
drugi z napastników i zręcznym chwytem wykręcił Mieciowi ręce na plecy.
- Pp...anowie, o co chodzi? –
Miecio, nie wiedzieć czemu, zaczął mówić szeptem.
- O ten tramwaj co nie chodzi.
Dawaj na butelkę!
- A... le dlaczego?
- Bo nam się chce pić tłumoku! -
wyjaśnił rzeczowo niższy bandzior.
Bruzda, z łaskawym przyzwoleniem
przytrzymującego go zbira sięgnął pod kurtkę i wydobył portfel z jego mizerną
zawartością. Wyjął kilka banknotów i podał je drugiemu napastnikowi. Ten
przyjął delikatnie zwitek, przeliczył powoli i krzywiąc się powiedział:
- Dorzuć jeszcze!
Miecio rad nie rad,
wyjął jeszcze jeden banknot i wręczył drągalowi.
- W porządku - stwierdził wyższy -
Jesteś dobry człowiek. Kajtek, daj się panu napić.
Niższy bandzior puścił już ręce
Miecia i wyciągnął zza paska spodni jakąś ciemną butelkę. Odkręcił kapsel, po
czym przystawił Mieciowi do ust.
- A... ale ja nie pii...ję -
wystękał Miecio.
- Nie napijesz się z nami? - w
charczącym głosie wyższego dało się wyczuć niedowierzanie.
Miecio desperacko przyjął
ofiarowaną mu butelkę i pociągnął z niej dwa solidne łyki. Poczuł w przełyku
pieczenie, oraz nieznośny odór denaturatu. Do jego żołądka trafiła potężna
porcja gorąca i rozlewała się teraz po całym, nie hartowanym alkoholowo
wnętrzu. O dziwo, nie doświadczył, jak się spodziewał, torsji. Oddał butelkę
dwóm drabom, którzy wprawnie opróżnili ją do cna. Poklepali go kordialnie po
plecach i zabierali się powoli do odejścia. W tej właśnie chwili całą trójkę
oślepiło światło z silnych latarek.
- Co się tu dzieje? - usłyszeli
surowy baryton.
- Panie władzo, generale,
rozmawiamy sobie tylko z kolegami - niższy z napastników wykazywał się
nienagannym refleksem, jak też służalczą, wiernopoddańczą dykcją.
- Zamknij dziób lumpie - dobry
wieczór panu - Dzielnicowy, sierżant Kulawik, sąsiad i znajomy Miecia,
ubezpieczany przez czterech umundurowanych policjantów, poznał go bez problemu.
- Co te łachy panu zrobiły panie Bruzda?
- Nn...ic takiego - Miecio dopiero
teraz zaczął się trząść na całym ciele jak w ataku febry - Zz...abrali mi tylko
pp...arę groszy i muu...usiałem się napić tego śś...wiństwa.
- Do radiowozu ich, nygusów! -
zarządził Kulawik - A my musimy opisać całą sprawę panie Miecio.
- Kk...oniecznie? - Miecio nie był
mściwy.
- Oczywiście. Ponieważ jednak
jesteśmy prawie pod domem, czy możemy to zrobić u pana? - Sierżant Kulawik
przyglądał się uważnie Mieciowi.
- Ależ tt...ak, proszę.
Po dwóch minutach, rozluźniony i
porozpinany Kulawik, siedział w mikroskopijnym, betonowym pokoiku i mozolnie
tworzył opis wydarzenia. Roztrzęsiony Miecio, z coraz bardziej mętnym wzrokiem,
narastającym skutkiem wypitego pod przymusem spirytusu, relacjonował
nieskładnie całe zajście sierżantowi i matce, drobnej, siwiutkiej staruszce w
białym staromodnym fartuszku. Matka co i rusz załamywała ręce i cieniutkim
głosem wykrzykiwała:
- A to śś...winie, a tt...o
śś...winie!
W pewnej chwili Miecio otworzył
usta jak ryba, spojrzał błędnie na popękany malowniczo sufit i pośpiesznie
wybiegł do łazienki, skąd dały się następnie słyszeć żałosne stękania nieprzyzwyczajonego
do takich alkoholowych wybryków organizmu.
- A tt...o śś...winie! - rozpaczała
Bruzdowa.
Kulawik ocenił rzeczowo sytuację i
przerwawszy pisanie odezwał się do starszej pani:
- Szanowna pani Bruzdowa. Ponieważ
Miecio najwyraźniej cierpi, a tak na dobrą sprawę nie wiemy co te... świnie
dały mu do wypicia, proponuję sprowadzić pogotowie. Przewieziemy syna na
badania, może rzeczywiście france czymś go struły?
- Mm...a pan rr...ację. Mm...a pan
rr...ację. Zaraz idę za...adzwonić. - Bruzdowa zabierała się do ubierania i
wędrówki po cementowym osiedlu, w poszukiwaniu sprawnego, nie zdewastowanego
automatu telefonicznego.
- Nie, nie. Niech pani zostanie z
synem. Pod blokiem stoi radiowóz. Połączymy się z pogotowiem radiowo i będą tu
za chwilkę. Wrócę razem z nimi.
I rzeczywiście. Po kilku minutach
wyprowadzano wymęczonego Miecia do karetki, w której po chwili usnął jak
dziecko. Pomstująca cały czas Bruzdowa, została w domu pod opieką Kulawika. Tym
oto prostym sposobem, Mieczysław Bruzda, intrygujący coraz większy krąg ludzi
osobnik, trafił do rejonowego szpitala na świeżo, na gwałt, wymytą i odkażoną,
pojedynczą salkę Oddziału Wewnętrznego. Gość i pacjent specjalny.
---------------------------------------------------------------
Obudził się przed dziewiątą.
Otworzył z trudem zaropiałe oczy i zdziwiony stwierdził, że znajduje się w
jakimś maleńkim, białym pokoiku, z obtłuczonym zlewem w kącie, wiszącym nad nim
kawałkiem lustra, blaszanym stolikiem przy łóżku oraz mleczną kiedyś kulą,
zwisającą smętnie z porysowanego sufitu. Niewątpliwie był w szpitalu.
Przypomniał sobie natychmiast wydarzenia wczorajszego wieczoru i jęknął ciężko.
Jednak bandziory musiały go struć tym płynnym draństwem. Poczuł w ustach
gorzki, nieznany niesmak. Chciał gdzieś splunąć, wstał więc, i usiłował podejść
do zlewu w kącie, ale spodnie pidżamy w którą wyposażono go w izbie przyjęć
zsunęły mu się z bioder i opadły swobodnie na brudnozieloną wykładzinę
podłogową. Mało się nie przewrócił. Ktoś zapomniał wciągnąć gumę.
W tym momencie usłyszał pukanie do
drzwi, które natychmiast też otworzyły się, a do maleńkiego pokoiku weszło
chyba z piętnaście ubranych na biało osób. Miecio stał przy łóżku z
opuszczonymi spodniami i otworzywszy z zaskoczenia usta, patrzył zdrętwiały na
to całe, tak niespodziewane towarzystwo medyczne.
- No proszę - odezwał się
złośliwym, nieprzyjemnym głosem, stojący na czele wycieczki niski, krępy
mężczyzna w ciężkich okularach, wyposażony w krzywo dyndający identyfikator z kolorowym
zdjęciem i mający w kieszonce białego fartucha powtykanych chyba z osiem
różnych długopisów - Wybieramy się do domciu, panie Bruzda, kochany pacjencie?
- Nn...ie, ss...kąd - zaprzeczył
żarliwie Miecio zgięty wpół z powodu podciągania spodni - Ch...ciałem się
tt...ylko napić.
Mężczyzna w okularach, najwyraźniej
przywódca tej grupy, pstryknął grubymi paluchami w tłum. Dwie młode, wiotkie
panienki, chyba studentki, rzuciły się błyskawicznie za drzwi, by po kilku
sekundach pojawić się z powrotem z pustą szklanką. Odkręciły z trudem kran przy
zlewie i napełniły ją do pełna. Miecio przyjął ofiarowaną mu pomoc, po czym
uszczknął kilka kropli ohydnej zawartości. Zrobiło mu się niedobrze. Kran w
kącie nie był pewnie używany od wielu miesięcy, a biedne studentki nie mogły
przecież o tym wiedzieć. Wpuściły więc do szklanki to, co z niego wyleciało,
czyli brudną, stęchłą, stojącą nieruchomo w rurze wodę.
- Już lepiej? - zagadnął ponownie
krępy dowódca plutonu egzekucyjnego.
- Tt...ak - wystękał Miecio, i
błyskawicznie wskoczył do łóżka. Jakoś musi to wszystko wytrzymać.
- A więc panie Bruzda - mężczyzna w
okularach przysiadł przy nim na podsuniętym mu usłużnie białym kiedyś krześle -
Nazywam się Kalisz i jestem tu ordynatorem. Panu, jak sądzę, nic nie jest, ale
musimy to dokładnie sprawdzić. Zostanie pan u nas na około dwa tygodnie, dobrze
kochany?
- Jj...ak trzeba?
- Trzeba panie Bruzda. Wykonamy
różne badania, pokłujemy trochę i zobaczymy, co te bandziory kazały panu wypić.
Pan oczywiście może chodzić, przyjmować gości i tak dalej. No. A teraz muszę
iść do innych chorych, niech pan się jeszcze prześpi kochany pacjencie. Powodzenia.
Miecio początkowo zdezorientowany i
wystraszony sytuacją, oraz tłumem białych postaci, uspokoił się nieco i
rozluźnił. Nieprzyjemny wydawałoby się ordynator, to jak się okazuje rzeczowy,
rozsądny człowiek, mający na głowie cały ten duży oddział szpitalny, tabuny
studentów, pielęgniarek, krnąbrnych salowych. Znał te sprawy dość dobrze ze
swojego niedawnego pobytu w tej samej klinice, po nieszczęśliwym, sprzed dwóch
lat, potrąceniu. Martwił się tylko trochę o matkę, ale w końcu nic jej nie
będzie, Kulawik jako sąsiad zawsze się w podobnych sytuacjach sprawdzał bez
zarzutu.
---------------------------------------------------------------
Od rana Miecio czuł się jak król.
Dostarczono mu nowiutką, bawełnianą pidżamę, zmieniono pościel na świeżą,
przyniesiono smaczne, pożywne śniadanie. Na razie pozostawał w tym samym
pojedynczym pokoiku, lecz z rozmów obsługujących go pielęgniarek domyślił się,
iż remontowano właśnie szybko jakieś inne, bardziej strawne pomieszczenie.
Dziwił się trochę tej ekstra obsłudze, jednak nie protestował. Bo niby
dlaczego? W końcu czasy się podobno zmieniły, a nachalne bandziory rzeczywiście
mogły go potraktować czymś zupełnie nieznanym i... groźnym. Nie martwił się o
siebie, lecz o matkę, która siedzi pewnie teraz sama w domu i płacze. A gdyby
tak nie daj Boże... . Ech, lepiej nie myśleć o takich rzeczach. Zresztą mama
przyjdzie dziś wieczorem do szpitala.
Po ósmej, do sali ponownie wszedł
Kalisz, tym razem w towarzystwie kilku poważniejszych, na biało ubranych
kobiet. W większości także wyposażonych w duże, plastikowe plakietki.
- Dzień dobry panie Bruzda, kochany
pacjencie - przywitał się kordialnie - Jak zdrówko?
- Dzię...ękuję - uśmiechnął się
Miecio - Jaak na wcza... asaach.
- To świetnie! - ucieszył się
ordynator. - Przedstawiam panu zespół ślicznych e... kobitek, które będą się
panem zajmowały w laboratorium i w pracowni testowej. Madames, to jest nasz kochany
pacjent.
Miecio ukłonił się poważnie, na co
wszystkie panie dygnęły równiutko, jak na komendę. Podchodziły kolejno do
niego, i podając rękę, przedstawiały się z nazwiska, tytułu i funkcji. O dziwo,
żadna z nich nie legitymowała się tytułem niższym niż magister, a dwie rzuciły
nawet uroczym słówkiem profesor. Miecio całował je w podawane dłonie, uważając
by nie ściskać za mocno, nie ślinić się, nie stukać nosem.
- To ja już pójdę - poinformował
Kalisz - A panie poproszą pana ze sobą, kochany pacjencie.
Przepchnął się
ostrożnie przez utytułowaną grupę i zniknął za drzwiami.
Miecio został sam z przystojnymi,
młodymi kobietami i natychmiast poczuł się bardzo głupio. Nie wiedział czy ma
stać, czy też usiąść. Jeszcze będąc projektantem, pracował co prawda w
mieszanym zespole, jednak nigdy nie był w takiej sytuacji. Nigdy nie był
zamknięty w ciasnym pokoiku z samymi, w dodatku atrakcyjnymi mimo białych
uniformów, kobietami. One zaś przyglądały mu się uważnie i milcząco, patrząc
nań jak na jakiś eksponat czy obiekt doświadczalny.
- Dzii...iś je...est tro...oochę cie...
eplej - bąknął zmieszany przedłużającym się milczeniem i zażenowany swoim
wynikającym ze zdenerwowania, silniejszym niż zwykle jąkaniem, spuścił głowę.
- Tak panie Bruzda, zanosi się na
piękny dzień - Stresującą sytuację rozładowała pani profesor psychologii,
najstarsza z nich - Choć maj w tym roku całkiem mokry i deszczowy.
- Tak - przyznał Miecio i uspokoił
się troszkę. – Ozimina dobrze rośnie – dorzucił bez związku.
- Naprawdę? W takim razie prosimy z
nami - ciągnęła pani profesor. - Zaczniemy chyba od hematologii, co drogie panie?
- Tak, tak - zgodziły się
pozostałe, i otoczywszy Miecia jak eskortowanego więźnia, wyprowadziły na
korytarz, a następnie poprzez zakamarki szpitalne na parter, do laboratorium.
- A więc zaczęło się - pomyślał
zdezorientowany zupełnie Miecio, zdziwiony kompletnie tak znakomitą, na tak
wysokim poziomie obsługą. Jednak rzeczywiście coś się w kraju zmieniło na
lepsze. Powinien był się martwić takim, nie wróżącym nic dlań dobrego
nadskakiwaniem, powinien się choćby wewnętrznie przygotować na zwalające z nóg,
straszliwe wyniki mających się za chwilę rozpocząć badań. Ale przecież czuł się
znakomicie, dopisywał mu apetyt, cieszył go zielony, wiosenny świat za oknami.
Oni jak zwykle przesadzają - doszedł wreszcie do wniosku i z niejaką
przyjemnością, poddał się laboratoryjnej obróbce wstępnej. Inaczej niż wszyscy
inni, lubił zapach odczynników, nie bał się zastrzyków ani też pobierania krwi.
Nawet do dentysty chodził bez strachu i zupełnie nie przymuszany straszliwym
bólem rozsypującego się właśnie zęba. Całkowicie profilaktycznie.
---------------------------------------------------------------
Porucznik Szymek nie miał naukowego
podejścia do życia, ani do żadnego z jego aspektów. Nie znosił rozważań
teoretycznych, wydziwiania, kombinowania. Wszystko widział takim, jakim było, a
w każdym razie wyglądało. Podziwiał więc Morrisa i jednocześnie współczuł mu
tego wielogodzinnego ślęczenia nad raportami, wynikami testów, opiniami. To
wprawdzie nie jego sprawa - wszystkie kopie i tak wędrowały do Waszyngtonu -
lecz najwyraźniej facet polubił tę robotę. A ponieważ nie wprawiony w
analizach, w roztrząsaniu każdego szczególiku, studiowaniu setek wskaźników - zgrzyta
przy tym zębami i dziwnie wykrzywia gębę..
Siedzi teraz w pokoju hotelowym -
lampa aż paruje z gorąca od wielogodzinnego używania, a on, Szymek, szuka po
obszernych teczkach żądanych dokumentów, potwierdzeń. Donosi też inspektorowi piwo
i kanapki. Morris, trzeba to przyznać, dość szybko się uczy, zwłaszcza języka.
Ma co prawda polskość w genach - jego babka była polską emigrantką - jednak
mimo to, jest zdaje się facetem nadzwyczaj zdolnym. To on zaproponował
zespołowi badawczemu, by przeprowadzić z Bruzdą kilka testów ksenofobicznych, z
użyciem innych ras i nacji.
Przedstawiono więc pacjentowi - ma
się rozumieć całkowicie oględnie, podstępnie i z pozorami uzasadnienia -
murzyna, studenta medycyny. I nic. Nic się na świecie nie wydarzyło, żadnych
incydentów rasowych, w każdym razie godnych zauważenia przez media. Zrobiono to
samo z cyganem - też nic, chociaż tutaj można by na upartego domyślać się
jakichś zależności, gdyż w Mławie, tego samego dnia, o tej samej godzinie,
pobito do nieprzytomności jakiegoś pijanego człowieka narodowości cygańskiej.
Co prawda nie bez powodu, ale jednak.
Natomiast z żydem, sprawa była
ewidentna. W momencie pierwszego kontaktu, dokonano w Jerozolimie, na targu,
zamachu bombowego. Zginęły trzy osoby, piętnaście było rannych. Przy drugim
spotkaniu, po dwóch dniach, także nastąpił zamach palestyński, jednak tym razem
zginęło czternastu żołnierzy izraelskich. Eksperyment natychmiast przerwano,
bojąc się eskalacji terroryzmu i dalszych ofiar. Ale izraelsko - palestyńskie
rokowania pokojowe i tak utknęły w martwym punkcie, choć sytuacja uspokoiła się
chwilowo.
- Zymek - mówi Morris i podnosi
opuchnięte powieki znad dokumentów. - Co na to pan?
Porucznik Szymek ścisza telewizor i
próbuje nawiązać inteligentną rozmowę.
- Nie wiem komisarzu. Może pacjent
nie lubi żydów?
- No, no! - protestuje żywo
komisarz. - Po test seria psychologiczna i bezpośrednio pytana, wynik
negatywna. On wszystko lubi. Mówi tak i czuje tak.
- A podświadomość ta, no,...
genetyczna?
- To możliwa - zastanawia się
Morris.
- A pan lubi żydów? - pyta
ostrożnie Szymek
- A kto ich lubi? - odpowiada
pytaniem komisarz i rozmowa na chwilę ustaje.
Jutro mają zakończyć tę serię badań
na Rosjaninie. Specjalni obserwatorzy zbierają już aktualne dane o sytuacji
wewnętrznej byłego mocarstwa, o ruchach społecznych, nastrojach, popularności
władzy. Zwykły materiał porównawczy. Szymek jednak obawia się, by akurat z tymi
testami nie przeholowano. Pacjent to w końcu Polak. Porucznik już od dawna jest
przekonany o szczególnych właściwościach Bruzdy, i cały ten profesorski cyrk
uważa za stratę czasu - rzecz przy tym bardzo niebezpieczną. Takich spraw się
nie bada, takie rzeczy się po prostu wie.
Morris znowu patrzy na
niego znad papierów.
- Zymek - mówi. - Co myśli o tym?
Podaje mu kolejny raport, w którym
mowa o pobieraniu do badań maleńkich ilości krwi pacjenta. Ponieważ każda
czynność testowa jest dokładnie odnotowywana, filmowana z ukrycia i później
opisywana, to natychmiast widać prostą zależność. W tym samym momencie, gdy Bruździe
pobrano do probówki kropelkę krwi obwodowej, na Wyspach Dziewiczych
nieoczekiwanie wytrysnął gejzer. Niewielka wprawdzie erupcja i krótkotrwała,
ale za to zupełnie niespodziewana. Poparzony został miejscowy robotnik
-
Przecież to jasne - odpowiada porucznik. - Musimy o niego dbać jak... jak o
własne jaja. Albo jeszcze lepiej.
- Yes - pociera czoło zamyślony
Morris - Tak wyglądać.
---------------------------------------------------------------
Koniec
rozdziału 1
cdn.