Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 39 gość(ci) i 1 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: MIECIO
Wysłano dnia 01-01-2012 o godz. 16:58:32
Autor: golesz

golesz@wp.pl

MIECIO

Rozdział 1

 

             - Panowie! Spokój do cholery! - Otyły nadinspektor Dusza, chwilowy p.o. komendanta rejonowego przebywającego na przedłużającej się nieco rekonwalescencji pozawałowej, walnął potężną, spoconą pięścią w kruchy stolik, aż podskoczyły oba stojące na nim brudno kremowe, porysowane aparaty telefoniczne.

             - Jeżeli nawet są to wierutne pierdoły to i tak musimy je sprawdzić, nie ma rady. Komisarz e... Mo...rris jest człowiekiem poważnym i nie fatygowałby się do nas bez powodu.

             W ponurym, obskurnym pokoju na drugim piętrze Komendy Rejonowej Policji, siedziało czterech cywilnych wywiadowców w nieokreślonym wieku, o steranych, pooranych służbą, czerwonych twarzach. Rozwalili się na koślawych krzesłach, bezładnie rozstawionych wokół jedynego tutaj mebla, wspomnianego stolika z telefonami. Wszyscy, jak jeden mąż, palili jakieś straszliwe papierosy, wydmuchując co i rusz kunsztownie różnorodne, bezkształtne kłęby sinego, gryzącego dymu. Stężenie substancji kancerogennych dawno już przekroczyło wszelkie normy, i teraz, stojący naprzeciw szpakowaty komisarz Morris, przytykał sobie do nosa nieskazitelnie białą chusteczkę, wodząc wokół błędnie wytrzeszczonymi, piekącymi go oczyma

             Morris przyjechał tutaj z Warszawy, poprzedzony długim szyfrogramem, zawierającym skrótowy opis sprawy, oraz wszelkie niezbędne wskazówki dla miejscowych oficerów. Przydzielony mu w Warszawie tłumacz, rozchorował się nagle przed chwilą, dość, że zdążył jeszcze przekazać sedno całego problemu. Morris stał więc jak sierota, patrząc na nieznanych sobie, dziwnych ludzi, zdumiony ich żywiołową wręcz reakcją na co drugie słowo tłumacza. Sam, co prawda, też miał ambiwalentny stosunek do sprawy, ale żeby aż tak? Wywiadowcy mianowicie zarykiwali się ze śmiechu, mało nie pospadali z tych pokracznych, trzeszczących krzeseł. Opasły komendant zresztą też ledwie się powstrzymywał.

             A sprawa była dość prosta. Aspirant Figura, ad hoc tłumacz komisarza Morrisa, półroczny stypendysta londyńskiego kursu antynarkotykowego, oddelegowany tam w nagrodę za zdobycie IV miejsca w Ogólnopolskich Zawodach Policji Drogowej, uważany był odtąd za wybitnego. jeżeli nie poliglotę, to przynajmniej skończonego znawcę języka Shakespeare’a. Do tego dzisiaj był poniedziałek, a jeszcze wczoraj oblewali ze szwagrem jego przedterminowe, na własne życzenie, wyjście ze szpitala po operacji nerki. W związku z tym tekst jaki usłyszeli zgromadzeni w pokoju wywiadowcy brzmiał mniej więcej tak:

 

             - Panowie, władco! Moja imię Moris, a to jest figura policjanta translacji. Jestem z wami dlatego, że coś się porozumiało w narodach i jutro będziemy wszyscy w Europie konektion, tfu! Przychodzę do was i serdecznie władcy ministra spraw wewnętrznych waszego. Wczoraj lub wczoraj spotkaliśmy sprawę do deszyfracji. Władca Langer, wielki stary uczony, przepraszam, archeolog, dwa roki znalazł pod Egiptem odkrycie. Taki stary, buk, no... książka. Tam napisał odczyt ten buk i zaskoczył się. On pisał o przyszłości wczoraj i to był wery prawda. O Jezu, moja głowa. On sprawdził i do premiera majora zjadł obiad. Major i pułkownik to kolaboranci. Byli i już nie są na szkocki wąwóz. A więc temat jest hard i Waszyngton komputer zbadał Jejl. Książka prawdziwa prawda i wszystko okej. Nazwiska wszystkie tam są i to jest prawdziwa prawda. Jak ma wery zdrowie to dobry świat. Jak jest chory to zły świat. Jak syn to świat, jak dziewczyna to koniec. Potomek, żeby świat był. Komputery Waszyngton jeszcze raz i jeszcze raz. O’kej. Wysokie tajne. Last nazwisko szukali i znaleźli w Polsce ewidencja ludności Mieczysław Bruzda w Łodzi, rok czterdzieści dwa, kawaler, nie karany. Ja samolotem wszedłem w Nowym Jorku i przyleciał wasz serdeczny minister spraw wewnętrznych na pomoc. Wysoki czas, wysoki czas robić. Dyskretnie obserwować, oszukać i sprawdzić. Na pewno wery prawda. Dziękuję. Przepraszam, muszę natychmiast wyjść.

 

             W tym miejscu siny na twarzy Figura wyskoczył zza stolika jak błyskawica i zniknął w policyjnej toalecie.

             Gdy się już jako tako uspokoili i poocierali łzy, zrobiło im się żal patrzącego na nich ze zdziwieniem Morrisa. Na szczęście Dusza rozdał im wcześniej, przygotowany przez Warszawę konspekt z opisem problemu. Po wysłuchaniu więc tego dodatkowego, błyskotliwego tłumaczenia, mieli dość jasny obraz sprawy.

             Chodziło o to, iż dwa lata temu profesor Langer, niemiecki etnograf i archeolog o światowej sławie, prowadząc swoje długoletnie badania środowiskowe w zapyziałej wsi egipskiej, natknął się na przedziwny dokument. Dokument, a raczej niezmiernie stara księga, przechowywana i uzupełniana od niepamiętnych czasów przez lokalną, fanatycznie religijną starszyznę, okazał się niezmiernie interesującym.

             Po uzyskaniu zgody na zrobienie kopii fotograficznej i odczytaniu tekstu stało się jasne, że jest to precyzyjny, z datami, opis historii ludzkości, oczywiście tylko rzeczy najważniejsze. Ostatnia data to rok 1999, dwudziesty drugi lipca. Ale to nie wszystko. Tekst zawiera bardzo rozbudowane drzewo genealogiczne pewnej rodziny Syryjskiej sprzed tysięcy lat, jednej, jedynej gałęzi, rozrastającej się aż do naszych czasów - z imionami, nazwiskami, cechami fizycznymi, umysłowymi, datami urodzin, itd., mężczyzn, tworzących tę gałąź. Ten niesamowity wykaz zamyka wspomniany Mieczysław Bruzda lat 42, kawaler, nie karany, zameldowany na stałe w Łodzi.

             Księga opatrzona jest komentarzem - takim mianowicie, że każdy z tej listy jest bezpośrednio, choć zupełnie nieświadomie, odpowiedzialnym za istnienie i kondycję świata. Polega to na tym, że niejako jakość świata, jego historia, losy, mają bezpośredni, natychmiastowy związek z konstytucją psychofizyczną aktualnego odpowiedzialnego. Ów niesamowity, nie uświadamiany ciężar, jest następnie przenoszony, cedowany, na męskiego potomka aktualnego odpowiedzialnego. Gdyby dany delikwent nie posiadał syna, to świat przestanie istnieć w momencie jego śmierci, gnijąc po trochu coraz bardziej, zgodnie z pogarszającym się stanem zdrowia bezpotomnego, starzejącego się odpowiedzialnego.

             Całe sztaby naukowców niemieckich, angielskich i amerykańskich badały tę bzdurę przez dwa lata, po czym ustalono, iż sprawa może być na tyle poważna, że należy to sprawdzić ostatecznie i... radykalnie. W tym celu amerykańskie CIA, po porozumieniu się z Warszawą, oddelegowało do Polski uprawomocnionego komisarza Morrisa, wyposażając go na wszelki wypadek w książeczkę czekową z limitem 750.000 dolarów. Amerykańskich.

             Tak więc siedział teraz skołowany Morris w jakimś obskurnym, zadymionym pokoju i skonfundowany do cna, patrzył na skręcających się ze śmiechu tajniaków.

             Inicjatywę ponownie przejął Dusza.

             - No już, wystarczy. I tak dobrze wiecie, o co chodzi, a tego Figurę odeślemy w diabły. Ty Szymek - tu zwrócił się do jednego z mniej odrażająco wyglądającego wywiadowców - obracasz się od lat wśród co lepszych panienek hotelowych i znasz trochę angielski. Będziesz podręcznym komisarza Morrisa, który zatrzymał się w Savoyu. Wszyscy jesteśmy od tej chwili na jego rozkazy, zdajecie swoje bieżące sprawy i zachowywać się. No.

---------------------------------------------------------------

             Miecio Bruzda był średniego wzrostu, łysiejącym, świńskim blondynem, o zastanawiająco okrągłej czaszce i wiecznie melancholijnym wyrazie twarzy. Urodził się w Łodzi i nigdy nie był za granicą. Gdy miał pięć lat stracił ojca - z pochodzenia chyba Irańczyka, który po pijanemu dał się przejechać przez tramwaj nocny. Miecio, jedynak, wychowywany odtąd wyłącznie przez nadopiekuńczą matkę, księgową w małej spółdzielni usługowej, przebrnął jakoś przez okres edukacji średniej i o dziwo, zdobył następnie wieczorowo tytuł inżyniera instalacji sanitarnych. Dzięki matczynej protekcji trafił do Miejskiego Biura Projektów, gdzie początkowo próbowano powierzać mu projekty instalacji kanalizacyjnych kilku budynków biurowych, jednak szybko okazało się, że jego misterne, dziwnie skomplikowane połączenia rurowe, były zdolne do wszystkiego, tylko nie do odprowadzania ścieków.

             Przesunięto go więc do prac wyłącznie kreślarskich i już tak zostało. Przepracował w tej firmie 25 lat bez jednego spóźnienia, bez jednego dnia nieusprawiedliwionej nieobecności. Był pracownikiem spokojnym, uczynnym kolegą, zawsze w razie jakichś biurowych imienin czy uroczystości biegał po mieście i chętnie dostarczał rozochoconym biesiadnikom wódki oraz zakąsek. Sam nie pił broń Boże, miał widocznie na trwałe wpojoną przez matkę awersję do alkoholu. Koleżanki biurowe, a nawet gońcówny, traktowały go protekcjonalnie, choć trzeba przyznać nie obśmiewały go wprost, w oczy - na tyle delikatne by nie peszyć jąkającego się lekko Miecia. Żyło mu się dobrze, spokojnie, zwłaszcza, że nigdy jak dotąd nie ośmielił się na jakiś przelotny choćby flirt, czy przygodę męsko - damską. W każdym razie z żadną z biurowych dziewcząt. Był nieśmiały w całej swojej skromnej istocie, czuł się też odpowiedzialny za matkę. Mama gotowała mu posiłki - mieszkają razem do dzisiaj i jest im nienajgorzej.

             Na skutek zmian politycznych lat dziewięćdziesiątych, oraz z braku zamówień, biuro zlikwidowano i Miecio znalazł się na bruku. Przez rok pobierał żałosne bezrobotne i kombinował trochę na bazarach handlując długopisami, jednak praktycznie bez żadnych efektów. Matka, już na cienkiej emeryturze, ponownie znalazła mu posadę w prywatnej hurtowni osprzętu instalacyjnego o przedziwnie brzmiącej nazwie „PIPE-HURT”, której właścicielką jest koleżanka Miecia z nieistniejącego teraz Biura. Miecio zajmuje się tam wszystkim. Pilnuje trzech pracowników, prowadzi dokumentację finansową i magazynową, zamawia towar, sprząta maleńkie biuro, robi szefowej kawę. Nie narzeka mimo żałosnej płacy, w dalszym ciągu jest solidnym, uczynnym i skromnym człowiekiem po czterdziestce. Właśnie siedzi przy mikroskopijnym, wykoślawionym biurku i mozolnie wklepuje do komputera kwoty ZUS-owskie trzech zatrudnionych tutaj obiboków. Szefowa Hela, trzydziestopięcioletnia szatynka z pretensjami, wredna jędza o niewyparzonym pysku, przymierza kupione gdzieś okazyjnie seksowne szpilki.

             - No i jak, Mieciu? - Szefowa demonstruje się hałaśliwie z wdziękiem jucznego wielbłąda, w nowych, koszmarnie czerwonych bucikach. Miecio odrywa przekrwione oczka od zużytego już do cna monitora i patrzy na słupkowate odnóża Heli.

             - Nn… no ekstra szefowo. Wspaniale.

             - Naprawdę?

             - A j... jjakże.

             - To ja idę. Będę przed piętnastą - Hela zbiera się powoli, pakując do jaskrawej, pretensjonalnej torby stare, pokrzywione buty. W tym momencie zza przepierzenia rozlega się basowy ryk pana Stasia, pracownika i głównej podpory części sklepowej.

             - Panie Mieciu! Klient podjechał!

             - No to obsłuż go baranie - wydziera się przeraźliwie Hela, pilnująca jednak jakiegoś porządku w firmie i racjonalnego według jej wyobrażeń, podziału pracy.

             - Ależ szefowo - oponuje nieśmiało Miecio - J...jja to załatwię.

             - Ani się waż! Ten nygus jest od tego, a jak nie to do łopaty.

             Hela wychyla się ostrożnie z boku krzywego przepierzenia i obserwuje wchodzącego człowieka. Klient, niewyraźny mężczyzna po pięćdziesiątce, rozgląda się niepewnie w ciemnej części sklepowej, wypełnionej różnym dobrem instalacyjnym, mającym symbolizować szeroki i nowoczesny asortyment zainteresowań handlowych firmy.

             - Czego szuka? - ryczy do niego kostropaty Stasio.

             - Wie pan, stłukła mi się umywalka i biegam teraz po sklepach, szukając chociaż podobnej - sumituje się nieśmiało starszy jegomość.

             - A ile tego potrzebuje? - Stasio jest dociekliwy.

             - Cóż, chyba tylko jedną.

             - Panie! - znowu ryczy Stasio - Tu nie apteka. Tu jest firma!

             - No to do widzenia - mówi cicho wystraszony klient i wychodzi szybko.

             - Kup sobie trąbkę do pierdzenia - wrzeszczy za nim Stasio i siada ciężko na swoim dyżurnym zydlu.

             Hela chichoce w kułak, ale dla zasady ochrzania Stasia za brak kultury, po czym zadowolona wychodzi z hurtowni. Wsiada do swojego przechodzonego Escorta i z piskiem zdartych opon znika między betonowymi, parterowymi barakami, mieszczącymi podobne, kilkuosobowe firmy.

             Miecio, najważniejsza teraz persona, zostaje na gospodarstwie sam, wydany na pastwę tego trepa Stasia i jego dwóch nie lepszych kolesi. Kończy składki ZUS-u i rozpakowuje przyniesione z domu, przygotowane mu przez matkę kanapki z mortadelą. W trakcie jedzenia wypełnia wolno, pedantycznie, niedokończoną krzyżówkę kolorowego magazynu, który obiecuje za jej rozwiązanie góry złota, a także najlepsze samochody świata. Krzyżówki, ich rozwiązywanie i wysyłanie wypełnionych, idiotycznych kratek do redakcji przeróżnych pism, to jedna z niewielu pasji Miecia. Nie, żeby spodziewał się jakichś wielkich wygranych, ale tak po prostu, dla własnej, cichej satysfakcji. Chociaż kilka razy wygrał już - a to, żelazko, uszkodzone zresztą, a to komplet tandetnych kieliszków - różne takie. Zaraził tym też matkę, która człapie pewnie teraz wśród okolicznych kiosków Ruchu, w poszukiwaniu nieznanych jeszcze periodyków dla naiwnych.

             Hela oczywiście do piętnastej nie wraca, a na pół godziny przed formalną godziną zamknięcia interesu Miecio słyszy pijackie wrzaski szykującej się do wyjścia załogi. Oni cholery mają jakiegoś nieomylnego nosa, co do powrotów szefowej i wykorzystują to bez skrupułów. Urżnęli się już w południe. Dobrze, że ruch w firmie jest dzisiaj żaden - oprócz porannego detalisty nikt się do hurtowni nie pofatygował. No cóż, też trzeba się powoli zbierać.

             Za przepierzenie zajrzał siny już na ospowatej gębie Stasio i chcąc zaskoczyć Miecia, wesoło huknął z całej siły swoich potężnych płuc:

             - A hoj na mostku!

             Miecio, ogłuszony, podskoczył na krześle jak na sprężynie.

             - Dd...dobrze, dd...dobrze panie Stasiu, d...do widzenia - wykrztusił i podał mu ostrożnie rękę. Stasio, objąwszy swoich dwóch, powłóczących ledwie nogami kolesiów, wytoczył się z nimi na podwórko i wszyscy trzej poczęli oddalać się mozolnie w kierunku mniej więcej południowym. Do najbliższej knajpy.

             Mietek Bruzda nie był orłem intelektu, jednak nie mogło mu się pomieścić w głowie, jakim cudem firma Heli jeszcze prosperuje. W końcu prowadził jej finanse i bardzo dobrze orientował się, że dochody z handlu rurami, sedesami i zaworami mogłyby wystarczyć ewentualnie na jego pensję i ZUS. A tych trzech osiłków? Po co Hela ich trzyma, bydlaków? Chyba, że jest coś z prawdy w tym, o czym czasem przebąkują między sobą - o jakichś szwaczkach, kurtkach, jakimś magazynie, ruskich?. Cóż, nie jego interes.

             Ogarnął nieco pomieszczonko biurowe, wyłączył oświetlenie, pozamykał wszystko i poszedł wolno na przystanek tramwajowy, lawirując dyskretnie pomiędzy grupkami zapitych, krzykliwych wyrostków, pętających się po okolicy bez ładu i składu we wszystkie możliwe, poziome i pionowe strony.

---------------------------------------------------------------

             Plan Morrisa był prosty. Ponieważ wspomniany, niewiarygodny tekst niedwuznacznie sugerował ścisłą zależność pomiędzy zdrowiem fizycznym i psychicznym Mieczysława Bruzdy, a synchroniczną niejako kondycją świata i przeróżnymi, dobrymi czy złymi wydarzeniami, należało sprawdzić w materiałach zdrowotnych, w kartotece medycznej Bruzdy - o ile oczywiście taka istnieje - wszelkie możliwe korelacje i związki. Dlatego też czterech wywiadowców, uzbrojonych w prokuratorskie nakazy, udało się do właściwych Przychodni Rejonowych i okolicznych szpitali, zakopując się na kilka dni w nieogarnionym, wzburzonym morzu pseudo dokumentacji osobistej i kart chorobowych ludności. Znaleziono oczywiście niewiele, chociaż...

             Mieczysław Bruzda, syn emigranta z Turcji i polki spod Sięradza, urodził się w marcu pięćdziesiątego trzeciego ze znaczną niedowagą i natychmiast złapał gronkowca z powodu nie wygotowanego smoczka, jako, że nie był karmiony piersią. W tym czasie umarł Stalin, podobno otruty przez swojego lekarza. W pięćdziesiątym szóstym, gdy miał trzy latka, Miecio zwichnął sobie na podwórku i okaleczył lewą dłoń. Wdało się zakażenie i groziła amputacja. Właśnie wtedy nastąpiły Wydarzenia Poznańskie, a ówczesny premier Cyrankiewicz mówił o ucinaniu wrażych rąk. Gdy Miecio miał dziewięć lat, w sześćdziesiątym drugim, przechodził ostre zapalenie opon mózgowych, z jak najgorszymi rokowaniami. Jak wiadomo był to rok kryzysu kubańskiego i światu groziła zagłada nuklearna.

             Dwa lata później musiał mieć usunięty ząb, nadkruszony w jakiejś bójce szkolnej. Wtedy też zginął w zamachu prezydent Kennedy. W osiemdziesiątym dziewiątym Miecia potrącił samochód, na jednoznacznie wydzielonym przejściu dla pieszych. Miecio był hospitalizowany przez pół roku. Obalono krwawego Caucescu i runął mur berliński. Nie do końca zrehabilitowany Bruzda wraca do pracy, jeszcze w Biurze Projektów, w którym już się dzieje niedobrze. Imperium Radzieckie chyli się ku upadkowi i wreszcie rozpada. Miecio zostaje bez pracy. Świat wokół zmienia się radykalnie.

             Korelacja jest wyraźna, chociaż jakaś taka nielogiczna. Przypadłości Miecia, niewątpliwie szkodliwe, wywołują różne skutki dla świata - raz negatywne, raz pozytywne. Chyba, że Miecio, w swojej indywidualnej przecież psychice, może nawet podświadomie, odbiera chorobę, ból, cierpienie, inaczej niż wszyscy pozostali. A może, gdy już minie pierwszy szok, pierwszy błysk bólu, przychodzi czas relaksu, spokoju, zadowolenia? Inna sprawa, że ubogie polskie kartoteki chorobowe nie rejestrują obojętnych z punktu widzenia medycyny oficjalnej, pozytywnych przypadłości pacjentów, zwłaszcza mających miejsce poza wspaniałymi obiektami państwowej służby zdrowia. Po co lekarz ma odnotowywać zadowolenie potencjalnego klienta po zjedzeniu smacznej kolacji w towarzystwie chętnej, przymilnej panienki i ewentualnie w jakiś czas potem, czy też po przeprowadzeniu udanej transakcji? Nikt przecież takich statystyk nie prowadzi, zresztą jak?

             Poza tym pozostaje do wyjaśnienia i zweryfikowania, podawana przez tekst, dokładna mapa, rozkład cielesny poszczególnych hm... kontynentów, krajów, i przyporządkowanych im rodzajów faktów społecznych, politycznych czy geologicznych.

             Tekst podaje, że na przykład za stan atmosfery ziemskiej odpowiedzialna jest u Miecia skóra na jego plecach, za trzęsienia w rejonie wysp japońskich stan prawej rzepki kolanowej, za epidemie grypy jego katar, a za rozruchy na tle rasowym, jego pogląd na te sprawy.

             Ogólnie biorąc, jego fizys i cielesność, jego soma, to fakty i wydarzenia geologiczne, oceaniczne, i tak dalej. Natomiast psyche, to zachowania ludzkie, wojny, konflikty, zamachy. Podział skądinąd logiczny i do pewnego stopnia naturalny. Pozostaje oczywiście kwestia bezspornego, ostatecznego sprawdzenia wiarygodności przekazu w tym zakresie. Do tego między innymi służy wspomniana książeczka czekowa Morrisa oraz przeprowadzone wcześniej ustalenia międzyrządowe, prowadzone na szczeblu służb specjalnych w duchu całkowitego zrozumienia

             Tak więc Morris, wyposażony w naukowo opracowany plan akcji i we wszelkie pełnomocnictwa, był w istocie jedynym koordynatorem i zarządzającym całej akcji, całego tego śmiesznego testu, z Bruzdą, jako nieświadomym niczego królikiem doświadczalnym w roli głównej. Na początek, zdecydował się komisarz na prostą, mało kosztowną akcję, wymagającą jednak częściowego wprowadzenia w meritum ordynatora oddziału wewnętrznego, rejonowego szpitala, administracyjnie właściwego dla miejsca zamieszkania Miecia.

---------------------------------------------------------------

             Miecio wydostał się z ulgą z przepełnionego, rozklekotanego tramwaju. Motorniczy, młody chłopak w kraciastej marynarce, przygrywający sobie bez skrępowania tranzystorowym radiem z którego wydobywała się na cały regulator, straszliwa, zupełnie nieokreślona harmonicznie muzyka, a raczej przeraźliwe wycie katowanych hien, prowadził ów tramwaj w szczególnie wesoły sposób. Rozpędzał go mianowicie do maksimum po poskręcanym, wykoślawionym fikuśnie torowisku i następnie hamował fantazyjnie przed poprzedzającym go, mniej szalonym kolegą z branży. Wypełniającym wagon tłumem rzucało we wszystkie strony jak dorodnym łanem zboża podczas wichury - za oknami, o milimetry, migały w szalonym pędzie stalowe, pordzewiałe słupy trakcyjne. Kilka, nieopatrznie podróżujących tym potwornym, blaszanym rumakiem panienek, chichotało nerwowo. Na szczęście obyło się bez katastrofy.

             Miecio mieszkał z matką na szóstym piętrze w typowym, jak to się mówi, wieżowcu. No cóż, wszystko jest względne i w rzeczywistości polskiej, krystalizującej się planowo w oparciu o świetlane wzorce najlepszego z ustrojów, betonowy bunkier mający więcej niż pięć kondygnacji mógł uchodzić za strzelisty drapacz chmur oraz szczyt marzeń lokatorskich. Oczywiście nie chodziło tylko o wysokość, chociaż i to miało swoje znaczenie. Ważniejsza była, a jakże, dyskretnie, bezawaryjnie funkcjonująca winda, wspaniały zsyp na śmieci - ta z naukową precyzją obliczona i wykonana akustyczna tuba rezonansowa, pionowy gigantofon, wesolutko mrucząca i popiskująca instalacja wodociągowa, oraz zwłaszcza tak nieodzowny zimą, ekstra wydajny system centralnego ogrzewania. Wszystko razem, z drążącymi rury mediami, różnorodnymi płynami, w kojącym zapachu moczu, metanu, iskrzących tu i ówdzie przewodów elektrycznych, w oparach gotowanych wokół kapuśniaków, zup pomidorowych, uroczym wrzasku lokalnych małolatów, jazgocie masowo trzymanych psów, tworzyło niepowtarzalną, swojską, przytulną atmosferę rodzinnego bunkra, na moment przed zmasowanym atakiem atomowym.

             Wracał teraz do tego szczęścia, omijając znajome kałuże i zdradliwie wystające po ciemku płyty chodnikowe. Już namacał w kieszeni właściwy klucz do zabezpieczonej chroboczącym domofonem i przemyślnymi, żelaznymi drzwiami fortecy, gdy ni stąd ni zowąd stanęło przed nim dwóch ponurych osiłków.

             - Kopsnij na flaszkę! - usłyszał wyrazisty charkot z głębi trawionych denaturatem trzewi.

             - Ss...łucham? - wydusił z siebie zaskoczony Miecio.

             - Puknij go lekko - zasekundował drugi z napastników i zręcznym chwytem wykręcił Mieciowi ręce na plecy.

             - Pp...anowie, o co chodzi? – Miecio, nie wiedzieć czemu, zaczął mówić szeptem.

             - O ten tramwaj co nie chodzi. Dawaj na butelkę!

             - A... le dlaczego?

             - Bo nam się chce pić tłumoku! - wyjaśnił rzeczowo niższy bandzior.

             Bruzda, z łaskawym przyzwoleniem przytrzymującego go zbira sięgnął pod kurtkę i wydobył portfel z jego mizerną zawartością. Wyjął kilka banknotów i podał je drugiemu napastnikowi. Ten przyjął delikatnie zwitek, przeliczył powoli i krzywiąc się powiedział:

             - Dorzuć jeszcze!

             Miecio rad nie rad, wyjął jeszcze jeden banknot i wręczył drągalowi.

             - W porządku - stwierdził wyższy - Jesteś dobry człowiek. Kajtek, daj się panu napić.

             Niższy bandzior puścił już ręce Miecia i wyciągnął zza paska spodni jakąś ciemną butelkę. Odkręcił kapsel, po czym przystawił Mieciowi do ust.

             - A... ale ja nie pii...ję - wystękał Miecio.

             - Nie napijesz się z nami? - w charczącym głosie wyższego dało się wyczuć niedowierzanie.

             Miecio desperacko przyjął ofiarowaną mu butelkę i pociągnął z niej dwa solidne łyki. Poczuł w przełyku pieczenie, oraz nieznośny odór denaturatu. Do jego żołądka trafiła potężna porcja gorąca i rozlewała się teraz po całym, nie hartowanym alkoholowo wnętrzu. O dziwo, nie doświadczył, jak się spodziewał, torsji. Oddał butelkę dwóm drabom, którzy wprawnie opróżnili ją do cna. Poklepali go kordialnie po plecach i zabierali się powoli do odejścia. W tej właśnie chwili całą trójkę oślepiło światło z silnych latarek.

             - Co się tu dzieje? - usłyszeli surowy baryton.

             - Panie władzo, generale, rozmawiamy sobie tylko z kolegami - niższy z napastników wykazywał się nienagannym refleksem, jak też służalczą, wiernopoddańczą dykcją.

             - Zamknij dziób lumpie - dobry wieczór panu - Dzielnicowy, sierżant Kulawik, sąsiad i znajomy Miecia, ubezpieczany przez czterech umundurowanych policjantów, poznał go bez problemu. - Co te łachy panu zrobiły panie Bruzda?

             - Nn...ic takiego - Miecio dopiero teraz zaczął się trząść na całym ciele jak w ataku febry - Zz...abrali mi tylko pp...arę groszy i muu...usiałem się napić tego śś...wiństwa.

             - Do radiowozu ich, nygusów! - zarządził Kulawik - A my musimy opisać całą sprawę panie Miecio.

             - Kk...oniecznie? - Miecio nie był mściwy.

             - Oczywiście. Ponieważ jednak jesteśmy prawie pod domem, czy możemy to zrobić u pana? - Sierżant Kulawik przyglądał się uważnie Mieciowi.

             - Ależ tt...ak, proszę.

             Po dwóch minutach, rozluźniony i porozpinany Kulawik, siedział w mikroskopijnym, betonowym pokoiku i mozolnie tworzył opis wydarzenia. Roztrzęsiony Miecio, z coraz bardziej mętnym wzrokiem, narastającym skutkiem wypitego pod przymusem spirytusu, relacjonował nieskładnie całe zajście sierżantowi i matce, drobnej, siwiutkiej staruszce w białym staromodnym fartuszku. Matka co i rusz załamywała ręce i cieniutkim głosem wykrzykiwała:

             - A to śś...winie, a tt...o śś...winie!

             W pewnej chwili Miecio otworzył usta jak ryba, spojrzał błędnie na popękany malowniczo sufit i pośpiesznie wybiegł do łazienki, skąd dały się następnie słyszeć żałosne stękania nieprzyzwyczajonego do takich alkoholowych wybryków organizmu.

             - A tt...o śś...winie! - rozpaczała Bruzdowa.

             Kulawik ocenił rzeczowo sytuację i przerwawszy pisanie odezwał się do starszej pani:

             - Szanowna pani Bruzdowa. Ponieważ Miecio najwyraźniej cierpi, a tak na dobrą sprawę nie wiemy co te... świnie dały mu do wypicia, proponuję sprowadzić pogotowie. Przewieziemy syna na badania, może rzeczywiście france czymś go struły?

             - Mm...a pan rr...ację. Mm...a pan rr...ację. Zaraz idę za...adzwonić. - Bruzdowa zabierała się do ubierania i wędrówki po cementowym osiedlu, w poszukiwaniu sprawnego, nie zdewastowanego automatu telefonicznego.

             - Nie, nie. Niech pani zostanie z synem. Pod blokiem stoi radiowóz. Połączymy się z pogotowiem radiowo i będą tu za chwilkę. Wrócę razem z nimi.

             I rzeczywiście. Po kilku minutach wyprowadzano wymęczonego Miecia do karetki, w której po chwili usnął jak dziecko. Pomstująca cały czas Bruzdowa, została w domu pod opieką Kulawika. Tym oto prostym sposobem, Mieczysław Bruzda, intrygujący coraz większy krąg ludzi osobnik, trafił do rejonowego szpitala na świeżo, na gwałt, wymytą i odkażoną, pojedynczą salkę Oddziału Wewnętrznego. Gość i pacjent specjalny.

---------------------------------------------------------------

             Obudził się przed dziewiątą. Otworzył z trudem zaropiałe oczy i zdziwiony stwierdził, że znajduje się w jakimś maleńkim, białym pokoiku, z obtłuczonym zlewem w kącie, wiszącym nad nim kawałkiem lustra, blaszanym stolikiem przy łóżku oraz mleczną kiedyś kulą, zwisającą smętnie z porysowanego sufitu. Niewątpliwie był w szpitalu. Przypomniał sobie natychmiast wydarzenia wczorajszego wieczoru i jęknął ciężko. Jednak bandziory musiały go struć tym płynnym draństwem. Poczuł w ustach gorzki, nieznany niesmak. Chciał gdzieś splunąć, wstał więc, i usiłował podejść do zlewu w kącie, ale spodnie pidżamy w którą wyposażono go w izbie przyjęć zsunęły mu się z bioder i opadły swobodnie na brudnozieloną wykładzinę podłogową. Mało się nie przewrócił. Ktoś zapomniał wciągnąć gumę.

             W tym momencie usłyszał pukanie do drzwi, które natychmiast też otworzyły się, a do maleńkiego pokoiku weszło chyba z piętnaście ubranych na biało osób. Miecio stał przy łóżku z opuszczonymi spodniami i otworzywszy z zaskoczenia usta, patrzył zdrętwiały na to całe, tak niespodziewane towarzystwo medyczne.

             - No proszę - odezwał się złośliwym, nieprzyjemnym głosem, stojący na czele wycieczki niski, krępy mężczyzna w ciężkich okularach, wyposażony w krzywo dyndający identyfikator z kolorowym zdjęciem i mający w kieszonce białego fartucha powtykanych chyba z osiem różnych długopisów - Wybieramy się do domciu, panie Bruzda, kochany pacjencie?

             - Nn...ie, ss...kąd - zaprzeczył żarliwie Miecio zgięty wpół z powodu podciągania spodni - Ch...ciałem się tt...ylko napić.

             Mężczyzna w okularach, najwyraźniej przywódca tej grupy, pstryknął grubymi paluchami w tłum. Dwie młode, wiotkie panienki, chyba studentki, rzuciły się błyskawicznie za drzwi, by po kilku sekundach pojawić się z powrotem z pustą szklanką. Odkręciły z trudem kran przy zlewie i napełniły ją do pełna. Miecio przyjął ofiarowaną mu pomoc, po czym uszczknął kilka kropli ohydnej zawartości. Zrobiło mu się niedobrze. Kran w kącie nie był pewnie używany od wielu miesięcy, a biedne studentki nie mogły przecież o tym wiedzieć. Wpuściły więc do szklanki to, co z niego wyleciało, czyli brudną, stęchłą, stojącą nieruchomo w rurze wodę.

             - Już lepiej? - zagadnął ponownie krępy dowódca plutonu egzekucyjnego.

             - Tt...ak - wystękał Miecio, i błyskawicznie wskoczył do łóżka. Jakoś musi to wszystko wytrzymać.

             - A więc panie Bruzda - mężczyzna w okularach przysiadł przy nim na podsuniętym mu usłużnie białym kiedyś krześle - Nazywam się Kalisz i jestem tu ordynatorem. Panu, jak sądzę, nic nie jest, ale musimy to dokładnie sprawdzić. Zostanie pan u nas na około dwa tygodnie, dobrze kochany?

             - Jj...ak trzeba?

             - Trzeba panie Bruzda. Wykonamy różne badania, pokłujemy trochę i zobaczymy, co te bandziory kazały panu wypić. Pan oczywiście może chodzić, przyjmować gości i tak dalej. No. A teraz muszę iść do innych chorych, niech pan się jeszcze prześpi kochany pacjencie. Powodzenia.

             Miecio początkowo zdezorientowany i wystraszony sytuacją, oraz tłumem białych postaci, uspokoił się nieco i rozluźnił. Nieprzyjemny wydawałoby się ordynator, to jak się okazuje rzeczowy, rozsądny człowiek, mający na głowie cały ten duży oddział szpitalny, tabuny studentów, pielęgniarek, krnąbrnych salowych. Znał te sprawy dość dobrze ze swojego niedawnego pobytu w tej samej klinice, po nieszczęśliwym, sprzed dwóch lat, potrąceniu. Martwił się tylko trochę o matkę, ale w końcu nic jej nie będzie, Kulawik jako sąsiad zawsze się w podobnych sytuacjach sprawdzał bez zarzutu.

---------------------------------------------------------------

             Od rana Miecio czuł się jak król. Dostarczono mu nowiutką, bawełnianą pidżamę, zmieniono pościel na świeżą, przyniesiono smaczne, pożywne śniadanie. Na razie pozostawał w tym samym pojedynczym pokoiku, lecz z rozmów obsługujących go pielęgniarek domyślił się, iż remontowano właśnie szybko jakieś inne, bardziej strawne pomieszczenie. Dziwił się trochę tej ekstra obsłudze, jednak nie protestował. Bo niby dlaczego? W końcu czasy się podobno zmieniły, a nachalne bandziory rzeczywiście mogły go potraktować czymś zupełnie nieznanym i... groźnym. Nie martwił się o siebie, lecz o matkę, która siedzi pewnie teraz sama w domu i płacze. A gdyby tak nie daj Boże... . Ech, lepiej nie myśleć o takich rzeczach. Zresztą mama przyjdzie dziś wieczorem do szpitala.

             Po ósmej, do sali ponownie wszedł Kalisz, tym razem w towarzystwie kilku poważniejszych, na biało ubranych kobiet. W większości także wyposażonych w duże, plastikowe plakietki.

             - Dzień dobry panie Bruzda, kochany pacjencie - przywitał się kordialnie - Jak zdrówko?

             - Dzię...ękuję - uśmiechnął się Miecio - Jaak na wcza... asaach.

             - To świetnie! - ucieszył się ordynator. - Przedstawiam panu zespół ślicznych e... kobitek, które będą się panem zajmowały w laboratorium i w pracowni testowej. Madames, to jest nasz kochany pacjent.

             Miecio ukłonił się poważnie, na co wszystkie panie dygnęły równiutko, jak na komendę. Podchodziły kolejno do niego, i podając rękę, przedstawiały się z nazwiska, tytułu i funkcji. O dziwo, żadna z nich nie legitymowała się tytułem niższym niż magister, a dwie rzuciły nawet uroczym słówkiem profesor. Miecio całował je w podawane dłonie, uważając by nie ściskać za mocno, nie ślinić się, nie stukać nosem.

             - To ja już pójdę - poinformował Kalisz - A panie poproszą pana ze sobą, kochany pacjencie.

             Przepchnął się ostrożnie przez utytułowaną grupę i zniknął za drzwiami.

             Miecio został sam z przystojnymi, młodymi kobietami i natychmiast poczuł się bardzo głupio. Nie wiedział czy ma stać, czy też usiąść. Jeszcze będąc projektantem, pracował co prawda w mieszanym zespole, jednak nigdy nie był w takiej sytuacji. Nigdy nie był zamknięty w ciasnym pokoiku z samymi, w dodatku atrakcyjnymi mimo białych uniformów, kobietami. One zaś przyglądały mu się uważnie i milcząco, patrząc nań jak na jakiś eksponat czy obiekt doświadczalny.

             - Dzii...iś je...est tro...oochę cie... eplej - bąknął zmieszany przedłużającym się milczeniem i zażenowany swoim wynikającym ze zdenerwowania, silniejszym niż zwykle jąkaniem, spuścił głowę.

             - Tak panie Bruzda, zanosi się na piękny dzień - Stresującą sytuację rozładowała pani profesor psychologii, najstarsza z nich - Choć maj w tym roku całkiem mokry i deszczowy.

             - Tak - przyznał Miecio i uspokoił się troszkę. – Ozimina dobrze rośnie – dorzucił bez związku.

             - Naprawdę? W takim razie prosimy z nami - ciągnęła pani profesor. - Zaczniemy chyba od hematologii, co drogie panie?

             - Tak, tak - zgodziły się pozostałe, i otoczywszy Miecia jak eskortowanego więźnia, wyprowadziły na korytarz, a następnie poprzez zakamarki szpitalne na parter, do laboratorium.

             - A więc zaczęło się - pomyślał zdezorientowany zupełnie Miecio, zdziwiony kompletnie tak znakomitą, na tak wysokim poziomie obsługą. Jednak rzeczywiście coś się w kraju zmieniło na lepsze. Powinien był się martwić takim, nie wróżącym nic dlań dobrego nadskakiwaniem, powinien się choćby wewnętrznie przygotować na zwalające z nóg, straszliwe wyniki mających się za chwilę rozpocząć badań. Ale przecież czuł się znakomicie, dopisywał mu apetyt, cieszył go zielony, wiosenny świat za oknami. Oni jak zwykle przesadzają - doszedł wreszcie do wniosku i z niejaką przyjemnością, poddał się laboratoryjnej obróbce wstępnej. Inaczej niż wszyscy inni, lubił zapach odczynników, nie bał się zastrzyków ani też pobierania krwi. Nawet do dentysty chodził bez strachu i zupełnie nie przymuszany straszliwym bólem rozsypującego się właśnie zęba. Całkowicie profilaktycznie.

---------------------------------------------------------------

             Porucznik Szymek nie miał naukowego podejścia do życia, ani do żadnego z jego aspektów. Nie znosił rozważań teoretycznych, wydziwiania, kombinowania. Wszystko widział takim, jakim było, a w każdym razie wyglądało. Podziwiał więc Morrisa i jednocześnie współczuł mu tego wielogodzinnego ślęczenia nad raportami, wynikami testów, opiniami. To wprawdzie nie jego sprawa - wszystkie kopie i tak wędrowały do Waszyngtonu - lecz najwyraźniej facet polubił tę robotę. A ponieważ nie wprawiony w analizach, w roztrząsaniu każdego szczególiku, studiowaniu setek wskaźników - zgrzyta przy tym zębami i dziwnie wykrzywia gębę..

             Siedzi teraz w pokoju hotelowym - lampa aż paruje z gorąca od wielogodzinnego używania, a on, Szymek, szuka po obszernych teczkach żądanych dokumentów, potwierdzeń. Donosi też inspektorowi piwo i kanapki. Morris, trzeba to przyznać, dość szybko się uczy, zwłaszcza języka. Ma co prawda polskość w genach - jego babka była polską emigrantką - jednak mimo to, jest zdaje się facetem nadzwyczaj zdolnym. To on zaproponował zespołowi badawczemu, by przeprowadzić z Bruzdą kilka testów ksenofobicznych, z użyciem innych ras i nacji.

             Przedstawiono więc pacjentowi - ma się rozumieć całkowicie oględnie, podstępnie i z pozorami uzasadnienia - murzyna, studenta medycyny. I nic. Nic się na świecie nie wydarzyło, żadnych incydentów rasowych, w każdym razie godnych zauważenia przez media. Zrobiono to samo z cyganem - też nic, chociaż tutaj można by na upartego domyślać się jakichś zależności, gdyż w Mławie, tego samego dnia, o tej samej godzinie, pobito do nieprzytomności jakiegoś pijanego człowieka narodowości cygańskiej. Co prawda nie bez powodu, ale jednak.

             Natomiast z żydem, sprawa była ewidentna. W momencie pierwszego kontaktu, dokonano w Jerozolimie, na targu, zamachu bombowego. Zginęły trzy osoby, piętnaście było rannych. Przy drugim spotkaniu, po dwóch dniach, także nastąpił zamach palestyński, jednak tym razem zginęło czternastu żołnierzy izraelskich. Eksperyment natychmiast przerwano, bojąc się eskalacji terroryzmu i dalszych ofiar. Ale izraelsko - palestyńskie rokowania pokojowe i tak utknęły w martwym punkcie, choć sytuacja uspokoiła się chwilowo.

             - Zymek - mówi Morris i podnosi opuchnięte powieki znad dokumentów. - Co na to pan?

             Porucznik Szymek ścisza telewizor i próbuje nawiązać inteligentną rozmowę.

             - Nie wiem komisarzu. Może pacjent nie lubi żydów?

             - No, no! - protestuje żywo komisarz. - Po test seria psychologiczna i bezpośrednio pytana, wynik negatywna. On wszystko lubi. Mówi tak i czuje tak.

             - A podświadomość ta, no,... genetyczna?

             - To możliwa - zastanawia się Morris.

             - A pan lubi żydów? - pyta ostrożnie Szymek

             - A kto ich lubi? - odpowiada pytaniem komisarz i rozmowa na chwilę ustaje.

             Jutro mają zakończyć tę serię badań na Rosjaninie. Specjalni obserwatorzy zbierają już aktualne dane o sytuacji wewnętrznej byłego mocarstwa, o ruchach społecznych, nastrojach, popularności władzy. Zwykły materiał porównawczy. Szymek jednak obawia się, by akurat z tymi testami nie przeholowano. Pacjent to w końcu Polak. Porucznik już od dawna jest przekonany o szczególnych właściwościach Bruzdy, i cały ten profesorski cyrk uważa za stratę czasu - rzecz przy tym bardzo niebezpieczną. Takich spraw się nie bada, takie rzeczy się po prostu wie.

             Morris znowu patrzy na niego znad papierów.

             - Zymek - mówi. - Co myśli o tym?

             Podaje mu kolejny raport, w którym mowa o pobieraniu do badań maleńkich ilości krwi pacjenta. Ponieważ każda czynność testowa jest dokładnie odnotowywana, filmowana z ukrycia i później opisywana, to natychmiast widać prostą zależność. W tym samym momencie, gdy Bruździe pobrano do probówki kropelkę krwi obwodowej, na Wyspach Dziewiczych nieoczekiwanie wytrysnął gejzer. Niewielka wprawdzie erupcja i krótkotrwała, ale za to zupełnie niespodziewana. Poparzony został miejscowy robotnik

- Przecież to jasne - odpowiada porucznik. - Musimy o niego dbać jak... jak o własne jaja. Albo jeszcze lepiej.

             - Yes - pociera czoło zamyślony Morris - Tak wyglądać.

---------------------------------------------------------------

Koniec rozdziału 1

cdn.
Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 2 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: MIECIO
przez bruitben dnia 02-01-2012 o godz. 11:32:14
Od razu nasuwa się wniosek - dbając o siebie, zadbamy o stan przyrody, równowagę świata, o zdrowie duszy planety. Opowiastka z humanistycznym przesłaniem - taki Miecio jest w każdym znas. Czekam zatem na dalszy ciąg.

IMB





Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim