Nowe recenzje
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz· ZŁY WPŁYW, Campbell Ramsey, Wydawnictwo Replika, recenzent: Majewski Janusz· TUNEL, Braver Gary, Wydawnictwo Replika, recenzent: Kwiatkowska Anita· OSTATNIA NOC JEJ ŻYCIA, Jennings Maureen, Oficynka, recenzent: Cichowlas Robert· KRÓLESTWO SPOKOJU, Ketchum Jack, Wydawnictwo Replika, recenzent: Majewski Janusz[ RECENZJE ]
Online
Aktualnie jest 45 gość(ci) i 0 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
NA FORUM
 | Barwy, a tworzenie nastroju |
 | Co Na Scenie - Nowy Wymiar Teatru |
 | nieTUZINkowa 12-ka Netkultury |
 | V OGÓLNOPOLSKI KONKURS NA AUTORSKĄ KSIĄŻKĘ LITERACKĄ- ŚWIDNICA 2012 |
 | DACH w lutym |
 | wizja śmierci w romantyzmie |
 | Konkurs Małych Form Prozatorskich Wrzenie VI |
 | Cytat z Forum |
 | Szymborska |
 | Harosław Jaszek: jeśli zwycięży wolność słowa… |
 | WISŁAWA sZYMBORSKA NIE ŻYJE |
 | RIP |
 | TAJNE KOMPLETY - NAJPIĘKNIEJSZA KSIĘGARNIA - GŁOSUJ |
 | Styczniowy DACH |
 | Krzysztof Gąsiorowski nie żyje. |
 | Niektórzy lubia poezję |
 | Palahniuk versus Zafon |
 | Podsumowanie 20011 roku w Księgarni Tajne Komplety |
 | Tren pt. Grab-Ula mówi o pieszczotach Orszulki na łonie przyrody. |
 | Współczesna poezja |
 | Co zrobić, żeby pierwsze rozdziały pisanej przeze mnie nie były nudne? |
 | Pierwsze zdanie! |
 | Wielowątkowość |
 | Czarny Kot |
 | CHOIŃCZYK-ŚWIĄTECZNA GRA DEKADY! |
 | 3 lata slamu w Od Nowie |
 | MAGAZYN CEGŁA 21 nr do zjedzenia na 6 opłatkach wigilijnych |
 | Moje konto w FL. |
 | Spotkanie poetyckie |
 |
Epika: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ *
Wysłano dnia 31-07-2003 o godz. 17:26:23
Autor: yarre
Restauracyjny wagon, chybocząc się, podskakiwał i stukał kołami na złączach szyn. Udekorowany szklankami z piwem oraz tackami po (chyba) bigosie stolik, wtórował mu pobrzękując śrubkami. Zastępował w ten sposób knajpiany zespolik muzyczny. Umilał czas siedzącym przy nim dwóm mężczyznom. Co rusz pociągali ze szklanek piwo i gwałtownie gestykulowali dyskutując zażarcie.
W pewnej chwili podszedł do nich trzeci, ubrany w wymięty kolejarski mundur. Kręcąc trzymanym w dłoni dziurkaczem młynka, niczym rewolwerowiec coltem, rzucił krótko:
- Proszę bilety do kontroli! Obaj zagadnięci zamilkli, jak na komendę sięgnęli do portfeli wyjaśniając chórem, czy raczej duetem:
- Miesięczny...
Podali konduktorowi blankiety, zerkając na niego. Młodszy, brunet o
związanych w kitkę włosach, lekko się uśmiechnął. Starszy, szatynowaty
z rzadką i krótką, szpakowatą bródką rozdziawił usta i znieruchomiał.
Wlepiał zbaraniony wzrok w kolejarza gdy ten wolno i z namaszczeniem
kontrolował bilety. Wreszcie skończył. Jeden oddał brunetowi, drugi zaś
położył na stoliku przed słupem soli, jakim zdawał się być
quasi-brodaty szatyn. Przyjrzał mu się z dezaprobatą i krzywo się
uśmiechając rzucił głosem ociekającym drwiną:
- Pan! Moja dziękować i polecać na przyszłość usługi nasza mnóstwo dobra kolej!
Szatyn w jednej chwili otrzeźwiał, zamknął usta, spuścił wzrok i spłonął rumieńcem, jak dziewica w solarium.
- Oj, ludzie, ludzie... I wy do Europy się pchacie? – pokręcił
konduktor głową i ciężkim krokiem kata odszedł ku innym podróżnym
czynić swą powinność.
Brunet, kułakiem zatykając usta, zakrztusił się rechocząc. Aż
podskakiwał na zdezelowanym stołku. Jego towarzysz podróży przez
kilkanaście sekund usiłował pozbawić go życia wzrokiem, po czym
wysyczał wściekle:
- Zzzzamknij się, Filip. Zzzamknij się, do jasnej cholery!
- Daj, Jarek, spokój. Nie wkurzaj się. Chyba sam widzisz jaka się komedia zrobiła, hihihi!
- Jak dla kogo. Dla mnie nie.
- No wiem, ale się tak pięknie rozdziawiłeś... Nie dziw się, że cię ten konduktor tak załatwił.
- No wiem, ale mnie cholera, dokumentnie zatkało. Pierwszy raz w życiu
zobaczyłem konduktora Murzyna. Pomijam amerykańskie filmy, bo tam, to
normalka.
- Jakiego Murzyna? To przecież Mulat jest.
- Mało ważne. Zrobiłem z siebie głupka. Istne jasełka.
- Tylko mi nie mów o jasełkach, bo ze śmiechu się piwem poleję.
- Teraz tobie gorzej, Filipku, słoneczko?
- Nie, to wspomnienia, panie Jarek, tylko wspomnienia.
- O Mulatach?
- Nie, jasełkach.
- Znaczy?
- Moment – dopijam, demonstruję i objaśniam. Diabelsko stare dzieje.
Początek siedemdziesiątych lat. Dokładnie nie pamiętam, szczylem
jeszcze byłem. W naszej parafii proboszcz wymyślił, że jasełkowe
przedstawienie zrobi.
- I co? Murzyn zagrał Józefa?
- Nie, moja siostra Matkę Boską.
- O, Matko Boska!
- Raczej – hospody pomyłuj – taka wyszła z tego paranoja. Siostra
ubrana była w prześcieradło zafarbowane na blady niebieski kolorek.
Włosy rozpuszczone, do pasa, blond.
- Już to sobie wyobrażam: Twoja siostra... Stoi owinięta tylko w prześcieradło... Pod spodem nic nie ma, ech!
- Uspokój się! Inaczej wyglądała niż teraz. Miała 10 lat i w ogóle, do trzymaj się od niej z dala. Siostry ruszyć nie pozwalam!
- Wiem, wiem. I ty uważasz się za mojego kolegę, łotrze...
- Nie chrzań, Jarek. No, ale dobra – wyobraź sobie lepiej co innego.
Kościół pełen. Proboszcz jaśnieje jak nowa jarzeniówka, szczęśliwy, bo
kulturę religijną szerzy. Publiczność liczna, odsztafirowana jak tłum
stróżów w Boże Ciało. Wypachniona jak radziecka wycieczka. Do tego
świece, kadzidła. Rodziny w komplecie, cała parafia w napięciu śledzi
akcję na scenie przed ołtarzem. Ja siedzę wciśnięty między moich
starych. W garniturku od komunii siedzę...
- Ty i garniturek? Jakoś ciężko mi to sobie wyobrazić.
- A jednak. Mało ważne. Nastrój podniosły, święty rzekłbym, bo i Chrystus z krzyża a święci z obrazów patrzą.
- I?
- Spektakl trwa. Siostra bryluje na scenie. Ojciec mój dumny i blady, matka tak zaaferowana, że spokojnie mogę w nosie dłubać...
- I wpuścić takiego do świątyni, cholera jasna.
- Młody byłem, teraz używam chusteczek, bo głupio jakoś, ale nie przerywaj.
- Dobra. Mów, co dalej.
- Matka Boska, jak mówiłem już, zawinięta w prześcieradło, siedzi na
taborecie koło żłobka z lalką. Obok w takiej samej pozie bawi się
zegarkiem znudzony Rysiek, syn sąsiadów.
- Że co, proszę?
- Józefa grał, a to rola z piątego planu, to się chłopak nudził jak mops.
- No racja.
- Więc tak sobie siedzą. Nagle na scenę, znaczy do stajenki, Trzej
Królowie wchodzą, nigdy nie wiem, który jakie imię ma, to nie mówię. W
każdym razie, jeden wypastowany na czarno i w okularach, drugi biały
(taki wredny lizus, rudzielec z naszego podwórka) no i żółty (usmarkany
jak nieszczęście, bo zima)
- Boże drogi...
- Wchodzą i łups na ziemię, pokłon Dzieciątku i chwalą Pana wniebogłosy
– ksiądz kazał głośno, bo akustyka cienka w kościele była.
- Wchodzą, mirrę, złoto i kadzidło niosą w reklamówkach...
- Nie wygłupiaj się, atmosfera podniosła, pełna religijnego napięcia.
Misterium takie. Kiedy ci trzej kończą zaczyna się benefis siostry.
- Już mam klaskać?
- Trochę się wstrzymaj. Słuchaj dalej - Maryja wstaje z zydelka i
cienkim, dziecięcym głosikiem, z poważną miną gości wita, przeprasza,
że w stajence skromnie. Pełna jest godności odpowiedniej dla matki Syna
Bożego i przerywa na kilka sekund. Podkasuje kieckę, łapie za gumkę
takich grubych, wczesnogierkowskich, opadających wiecznie rajtek i
podciąga je prawie pod szyję. Puszcza prześcieradełko wracając do
poprzedniej postaci i jak gdyby nigdy nic, kontynuuje tym swoim
oficjalno-uroczystym tonem. Dziękuje królom za wizytę i dary....
- Jezuuu! Co na to widownia?
- No, uwidocznił się konflikt pokoleń. Aktorzy, dzieci w wieku dziesięć, góra dwanaście lat – zero reakcji.
- Aha, widać uznali to za rzecz normalną...
- Dokładnie, tego typu rajtuzy były powszechnie używane. Niestety, ani
proboszcz, ani rodziny w nich nie chodziły, więc po sekundach
osłupienia widokiem nóg i tyłka Maryi – zaczęli rechotać, zasłaniając
usta.
- Wyobrażam to sobie.
- Tylko proboszcz pojaśniał jeszcze bardziej, znaczy zbladł. To samo
moi starzy. Ciężko to przeżyli. Ojciec do siostry tydzień się nie
odzywał, a matka ze wstydu to trzy dni nawet do sklepu bała się iść.
Mówię ci – istny cyrk.
- Z dziećmi zawsze cyrk. Najgorzej, jak cyrk w cyrku. Pamiętam, jak kiedyś poszedłem...
- Lubisz te wygłupy na arenie?
- Ne znoszę, ale zabrałem syna, żeby się przekonał co jest głupie i na starość nie chodził. Pięć lat wtedy miał.
- A co ty mi, staruchu, jakieś kawałki sprzed pierwszej wojny tu opowiadasz?
- Dobra, dobra. Z tym młodszym byłem.
- Aha. I co?
- Nic nie wyszło z lekcji poglądowej. Opierał się drań, ale skusiłem go
lodami po występie i się łaskawie zgodził. Wszystko szło dobrze, póki
przedstawienie się nie zaczęło. Potem było już całkiem źle.
- Co się stało? Lew zagryzł tłustego dyrektora?
- Nie. Na sam początek, jak zwykle, orkiestra tusz i jest w zasadzie po przedstawieniu.
- Nie rozumiem.
- Mój niepierworodny, podskakuje ze strachu, że tak głośno. Paluchy w
uszy, mina męczennika, siedzi i na płacz mu się zbiera. Odetkaj,
Grzesiek, te uszy – mówię – bo nie po to tatuś płaci za bilety, żebyś
teraz fonii nie odbierał. Zero reakcji. Jak głuchy siedzi.
- No, przecież miał uszy zatkane, coś się dziecka czepił.
- No wiem, ale się wkurzyłem i wyszliśmy. W tramwaj i do domu, żadnych
lodów i tak na darmo wywaliłem kasę na wejściówki. Od tamtej pory już
zupełnie nie znoszę cyrku.
- A ja od wczoraj.
- Byłeś w cyrku? Nie wiedziałem, że przyjechał.
- To taki mini-cyrk. W przedszkolu byłem z dzieckiem.
- Coś kręcisz, ty nie masz dzieci, żony też zresztą.
- Wyobraź sobie, że zauważyłem to jakiś czas temu. Z synem sąsiadki
byłem, musiała nadgodziny walić, a mały się uparł, to dałem się ubłagać
i poszedłem. Do końca życia żałować będę.
- A co się stało takiego?
- Nie uwierzysz, Jarek, ale postaraj się, bardzo proszę.
- Dobra.
- Słuchaj, to było wczoraj. Taki festyn rodzinny w przedszkolu.
- Robiłeś za ojca zastępczego?
- Dokładnie. Początek mało ciekawy. Sztampa festynowa. Nudy. Jak to
zawsze na takich imprezach: gadki szmatki dyrektorki, wernisaż
bohomazów dzieci, znaczy wystawa ich plastycznej twórczości.
- Same pikasy pewnie.
- Owszem. Różne kombinacje Batmana, Harry’ego Pottera i domków z
kotkami, choć był jeden „obraz” pod tytułem – cytuję
dosłownie–„Kajnegrence”. Przedstawiał jakiegoś czerwonowłosego potwora
z kółkiem w nosie.
- Jezus Maria – Wiśniewski wszędzie dookoła.
- Niestety, ale wiesz, jaki kraj, tacy idole. No, ale dobra, o tym
cyrku powiem. W pewnym momencie pani dyrektorka mówi, że teraz główny
punkt programu, występ grupy cyrkowej.
- Lwy w przedszkolu?
- Nie aż tak. Ja myślałem, że to dzieci coś przygotowały. Jakiś pokaz,
ale nie to byli profesjonaliści. Do sali wchodzi dwuosobowy cyrk.
Czterdziestoletni facio o wyglądzie skazanego pedofila na przepustce.
Ubrany w strój cyrkowy, takiej jakości, że prawdopodobnie własnej
roboty. Razem z nim i pani. Ubrana, jak prostytutka...
- Ubrana?
- W zasadzie tak. Na początku ma na sobie świecący płaszcz z piórami.
Potem nie, faktycznie, raczej rozebrana, bo w samych
rajstopach-burdelówkach i gorsecie. Pani dyrektor pomaga artystom i
puszcza muzyczkę. Disco lata osiemdziesiąte. Cyrkówka odrzuca
gwałtownie płaszczyk i wykonuje…. erotyczny taniec z żywym wężem.
- Erotyczny?!!! W przedszkolu?!!!
- No właśnie.
- W PRZEDSZKOLU. Dzieci krzyczą, diabli wiedzą, czy wystraszone wężem
czy widokiem horrorowych wdzięków tancerki, mamusie kręcą głowami, a
tatusiom leci ślinka. Takich cudów chłopy nie widzieli. Show rodem
prosto z klubu GO-GO.
- Jestem w szoku, przyznam ci się bez bicia.
- To sobie wyobraź, w jakim byłem ja, oglądając to na żywo. Ale to nie koniec, kolego.
- Co jeszcze? Nie mów, że się rozebrała do naga.
- No nie, ale zaraz po numerze z wężem – taniec z kółkiem na
rozłożystych bioderkach. Pani artystka zmysłowo kręci pupką, a pan
pedofil dorzuca kolejne obręcze. Trzecia, czwarta, piąta, szósta, coraz
więcej. Skończyli chyba na dziesięciu, z wrażenia nie byłem w stanie
liczyć.
- Paranoja.
- Dokładnie. Wreszcie pani artystka, spocona frykcyjnymi ruchami
skończyła. Niestety, nie był to koniec występu. Dalej było jak na
filmie... tego, no... Lyncha. Wiesz, od „Blue vel-vet” i „Twin Peaks”.
- No przecież wiem, nie durniej. Czemu ci się to z Lynchem skojarzyło?
- No bo było jak w sennym koszmarze. Siedzę wśród gromady
rozwrzeszczanych szczyli, w wiejskim przedszkolu, z głośników disco
wali, że uszy zwijają się jak kwiaty na noc, a metr przede mną, pół
naga kobieta z czarnym zębem...
- Zębem? Czarnym?
- Oj, no takim zepsutym. Stoi z tym zębem, i – nie uwierzysz – odbija
badmintonową rakietką gołębia, który próbuje usiąść jej na głowie.
- Taki tresowany masochista, hehehe...
- Właśnie. Numer godny Polsatu, taki na wysokim poziomie. O innych
numerach już ci nie opowiem, bo były żenujące jeszcze bardziej.
- Cyrk.
- Tak. Na szczęście po numerze z małpą...
- Numer z małpą?
- No tak, ten facet, co mi się kojarzył z pedofilem, robił w tym cyrku
za clowna. I dał popis "nieprawdopodobnego" poczucia humoru.
- A konkretnie?
- A konkretnie, to karton, taki jak po telewizorze 21 cali. Do niego
umocowany kranik. W przerwach między popisami swojej koleżanki facet
nalewa z kranika rodzicom jakiejś cieczy do kubeczków, każe próbować i
zgadywać co to jest.
- No i zgadł ktoś? A co to w końcu było?
- Nikt nie zgadł, a co to było, to nie uwierzysz. W każdym bądź razie, moim skromnym zdaniem – kwintesencja całego występu.
- Czyli?
- Gdy staje się jasne, że nikt nie odgadnie, facet otwiera karton i wyskakuje z niego małpka.
- Małpka?
- Taki nasz kuzyn, rezusik. A facet tłumaczy rozbawionej publiczności, że to ten zwierzak sikał do kubków przez ten kranik.
- O, Boże... Obleśne. Wiesz co? Jak dyrektorka mogła pozwolić na coś
takiego? Choćby w trosce o własną dupę powinna pomyśleć, że jakby ktoś
z rodziców się wściekł i napisał o tym gdzieś, to by ją wylano z roboty
na zbity pysk. Z hukiem.
- Eeee... Coś ty, Jarek... Wszyscy na sali byli wręcz zachwyceni. Taka publika, psia krew...
- O, rany. To cię sąsiadka wrobiła.
- Nie wiedziała co robi, ale dla tego jej synalka, to jestem pełen podziwu.
- Dlaczego? Odgadł co leciało z kranika?
- Nie. Zaraz po tym numerze podchodzi do mnie i mówi żebyśmy wyszli. Mądry chłopak.
- Mądry i bogaty będzie.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Zostanie wielkim reżyserem, przeskoczy Lyncha, przeskoczy braci Cohen...
- Niby z jakiej to okazji?
- No wiesz, z takimi wspomnieniami z dzieciństwa, to się ma głowę pełną
fantasmagorycznych scenariuszy. Nic, tylko kręcić a Oscary same
przylecą...
|
|
|
|
Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować |
|
Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ przez Katalina dnia 01-08-2003 o godz. 12:43:40 http://zostanę muzą. tylko poważne oferty. | | Dobre, Panie Yarre, dobre, kurza twarz!! To z rajstopami Matki Boskiej totalnie rozbrajajace)) Tylko jedno pytanie, gdyz nurtuje mnie ogromnie: jak wyglada skazany pedofil na przepustce?? |
Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ przez yarre dnia 01-08-2003 o godz. 15:12:03 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | | Dokłądnie tak wygląda, jak osobnik który został opisany tymze porównaniem)). Nic tak nie rozjasnia, jak ignotum per ignotum)). Pozdrawiam) |
|
|
Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ przez Hufnagiel dnia 01-08-2003 o godz. 15:01:24 | | Dobre, choć mam wrażenie, że przeszarżował Autor troszkę z dowcipnymi dialogami. Na marginesie: dawno temu o kimś, kto pachniał jak radziecka wycieczka mówiło się, że używa perfum "Wozduch Krasnoj Armii" :)) |
Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ przez yarre dnia 01-08-2003 o godz. 15:15:08 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | | Za przypomnienie nazwy tych odurzających perfum dziekuję, powiało wspomnieniami)) Co do przeszarżowania w dialogach (nie upieram się , ze nie masz racji) to prosiłbym o konkrety, czy tu czy postem, jak ci wygodniej). nie jest to pierwszy zarzut tego rodzaju wobec moich tekstów i jak wszystkie inen traktuje go powaznie). Pozdrawiam. |
|
|
Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ przez zed dnia 01-08-2003 o godz. 20:24:14 | Przy rajstopach uśmiałem się szczerze. Najlepszy fragment. Początek niezwykle obiecujący, ale po rajtuzach było już niestety słabiej. Może trzeba było tymi jasełkami zakończyć (Nie musiałoby nawet być jakieś wyraźnej puenty, bo to tak mocna scena, że obroniłaby się sama), a cyrk w przedszkolu zostawić sobie na inny raz.
Przepraszam, że pozwalam sobie na ingerencję w tekst, ale naprawdę takie "rajstopy" są warte lepszego towarzystwa niż pedofil i prostytutka. |
Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ przez yarre dnia 03-08-2003 o godz. 01:56:15 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | Przepraszac nie ma za co) przeciez to jest swego rodzaju restauracja, gdzie autor serwuje dania, a czytelnik ma pełne prawo krytykowac i nakrycie i sposób przyrządzenia).
Czy można było rozdzielić rajtuzy od cyrku w przedszkolu? Może i tak, ale kłociło by się to z zamierzeniem z jakim siadałem do pisania, a konkretnie: pokazania odmienności dorosłych i dzieci w tych samych sytuacjach, podczas odbioru tych samych wydarzeń i pewnego konfliktu wynikającego z nieprzystawalności spojrzeń - co samo w sobie jest śmieszne, choć w przypadku cyrku w przedszkolu wręcz niesmaczne. Nawiasem mówiąc to autentyk, niestety, z tego roku. Umieszczenie tych trzech zdarzeń w jednym tekście ma swój sens moim zdaniem - gdyż pokazuje trzy odmienne, a jednak związane ze sobą sytuacje.
Pierwsza, gdzie dorosły coś dla dziecka normalnego odbiera jako istną szopkę (pozdrawiam tu moją siostrę serdecznie).
Druga - to konflikt międyz ojcem, który na siłe (choc w granicach przyzwoitości) usiłował "uszczęśliwić, a raczej "zaszczepić" dziecko.
Koniec, który wg. pana nie przystaje, opowiada o kompletnej głupocie dorosłych i może sugeruje część odpowiedzi na pytanie - "Czemu ta młodzież dzisiaj taka nie taka?". Założeniem tego tekstu nie było wywołanie tylko uśmiechu, lecz i grymasu (na koniec) dezaprobaty dla pewnych zachowań. W tym sensie to powinno być całością. Tak uważam.
czy się udało, inna sprawa |
|
|
Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ przez nefrytowa dnia 23-08-2003 o godz. 20:07:41 | Mnie też rajstopy powaliły:-). A cyrk zdegustował – a dodać muszę, że niełatwo mnie zdegustować;-). Jestem zdania, że skrócenie opowiadania (np. do dwóch historyjek, bez cyrku w przedszkolu) znacznie poprawiłoby jego jakość. Cyrk w przedszkolu nadaje się na groteskę dla ludzi o silnym zdrowiu;-).
Aha, też mnie zastanawiało jak wygląda pedofil na przepustce, ale już ktoś o to zapytał, więc się nie będę powtarzać:-))). Pozdrawiam. I mknę do kolejnego opowiadanka;-). |
Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ przez yarre dnia 26-08-2003 o godz. 20:12:34 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | Wyjaśniłem to już postem panu Hufnaglowi, czemu oba wątki sa w jednym, może jednak lepiej zrobić to tutaj.
1. Wielowątkowość narzuca sama konwencja cyklu (a jest to cykl, choć na razie bez peirwszej części). Są to rozmowy, takie w biegu, w pociągu przy kuflu. Zapewniam, że nigdy nie są one na jeden temat, wręcz przeciwnie-rozmówcy (bez względu na stan upojenia) skaczą z jednego na drugi i skojarzenia niejednokrotnie sa dla kogoś "z boku:" dośc karkołomne. Jest "coś" o czym mowa i są "kawałki" z życia opowiadane przez obu panów. Czasem jedno słowo daje okazję do "opowiedzenia czegoś swojego" . Tak przecież rozmawiamy w knajpce, prawda?
Ideałem jest dla mnie czeskie "kecanie", ale tak mi do tego daleko, że ze wstydem to piszę.
2. W tym wypadku chodziło o pokazanie, jak może wyglądać swoisty konflikt w oglądzie rzeczywistości przez dziecko i przez dorosłego (który w drugim przypadku jest gówniarzem-boć nie wiek o tym decyduje,lecz co innego).
Opowiastka pierwsza mówi o sytuacji, która ma swój wdzięk i ładunek humoru. Druga zaś pokazuje, że "zgrzyt" może mieć i treść inną - wręcz obrzydliwą. Nawiasem mówiąc - obie sytuacje to autentyki i wydaje mi się, że celowym jednak było ich zderzenie razem, miast rozbijać.
3. Nigdzie nie jest powiedziane (ani moim zamiarem) by te dialogi były od "a" do "z" śmieszne i śmieszące. Np. tam gdzie pisałem o "braku romantyzmu" (O kierowcy(...) i gawronie," czy jakoś tak) owszem, jest i kierowca Dwie Lewe Ręce i gawron obsrywajacy podrywacza, ale czy to śmieszne? I tak i nie. Codzienność, a ona ani smieszna non stop ani ponura, ot taka mieszana, miejsce w niej i na rajtuzy i na idiotów cyrkowców. I na gawrona.
4. Jak wygląda pedofil na przepustce? )) juz pisałem - dokładnie tak, jak wyglądał tamten facet w przedszkolu.))Proste.
5. mknij, mknij)
pozdrawiam.
|
Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ przez nefrytowa dnia 26-08-2003 o godz. 23:41:45 | | pomknęłam, pomknęłam:-) |
|
|
Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ * przez aneza dnia 01-04-2008 o godz. 18:59:14 | | Jarku, ja dodam jeszcze coś być może wbrew twoim poglądom. Bo ty chciałeś pokazać w trzecim kawałku tylko idiotów cyrkowców. A to nie tylko. Bo coć, co dla dzieci było jedynie szokujące czy przerażające - było tylko tańcem z wężem - dla dorosłych miało zupełnie inny podtekst. Podobnie z pokazem akrobatycznym, który dla starych to GOGO. Dzieci przeszłyby nad tym do porządku dziennego, nie widząc w tym żadnych treści seksualnych. Bo... to tylko dzieci i, w tym wieku najprawdopodobniej nie zostały jeszcze przez starych zepsute. Przypomina mi to o koleżance siostry, której babcia kazała założyć na pierwszą dyskotekę (chyba w drugiej klasie, a może i w pierwszej) spodnie z ciężko rozpinającym się suwakiem, żeby się dwa razy zastanowiła. A mała nie wiedziała, o co babci chodzi. Aż spóźniła się na dyskotekę, bo wiedziała, że babcia coś wie, ale nie chce powiedzieć, i aż się rumieni, więc to na pewno coś strasznego i próbowała to z babci wydobyć. I o pani dyrektor w przedszkolu, która za identyczną rzecz, jaką zrobiła twoja siostra, potrafiła ukarać leżakowaniem i wyzwać od tych na k. A dziewczynka z normalnego domu nie wiedziała, o co chodzi. I dodam jeszcze sprawę z USA, gdzie przedszkolanka ukarała czterolatka za molestowanie, ponieważ się przytulił do jej piersi, a sprawa znalazła finał w sądzie. |
Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ * przez Anonimus dnia 01-04-2008 o godz. 21:40:51 | Szczezre mówiąc nie pamiętam juz o co mi chodziłow tym opowiadaniu:) przyzpomne sobie. Oczywicie - "sprawa cyrkowców" ma i pokazane przez ciebei dno trzecie. jasne, o tym ostatnim myślimy z reguły na końcu, o ile w ogóle. Ostatnim zdaniem powaliłas mnie dokumentnie.
jk |
Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ * przez aneza dnia 02-04-2008 o godz. 14:09:22 | | Tan absurd pochwyciły nasze nieprawicowe gazety (ale tylko mała wzmianka), i przez jakieś dwa dni pół Polski się z tego śmiało. Sprawa była taka, że mały został sadzony do kozy i w aktach pojawiło się molestowanie. A do sądu poszedł tatuś, ale nie dlatego, że świrnięta przedszkolanka znęcała się nad dzieckiem, ale dlatego, żeby mały nie miał w aktach adnotacji o przestępstwach seksualnych, bo to na całe życie kala! A swoją drogą, jak po takich przejściach dziecko będzie normalne, to chyba cud. |
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione. |
Reklama w Portalu Literackim
|
|