Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz
· ZŁY WPŁYW, Campbell Ramsey, Wydawnictwo Replika, recenzent: Majewski Janusz
· TUNEL, Braver Gary, Wydawnictwo Replika, recenzent: Kwiatkowska Anita
· OSTATNIA NOC JEJ ŻYCIA, Jennings Maureen, Oficynka, recenzent: Cichowlas Robert
· KRÓLESTWO SPOKOJU, Ketchum Jack, Wydawnictwo Replika, recenzent: Majewski Janusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 45 gość(ci) i 0 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ *
Wysłano dnia 31-07-2003 o godz. 17:26:23
Autor: yarre

Restauracyjny wagon, chybocząc się, podskakiwał i stukał kołami na złączach szyn. Udekorowany szklankami z piwem oraz tackami po (chyba) bigosie stolik, wtórował mu pobrzękując śrubkami. Zastępował w ten sposób knajpiany zespolik muzyczny. Umilał czas siedzącym przy nim dwóm mężczyznom. Co rusz pociągali ze szklanek piwo i gwałtownie gestykulowali dyskutując zażarcie.

W pewnej chwili podszedł do nich trzeci, ubrany w wymięty kolejarski mundur. Kręcąc trzymanym w dłoni dziurkaczem młynka, niczym rewolwerowiec coltem, rzucił krótko:
- Proszę bilety do kontroli!
Obaj zagadnięci zamilkli, jak na komendę sięgnęli do portfeli wyjaśniając chórem, czy raczej duetem:
- Miesięczny...

Podali konduktorowi blankiety, zerkając na niego. Młodszy, brunet o związanych w kitkę włosach, lekko się uśmiechnął. Starszy, szatynowaty z rzadką i krótką, szpakowatą bródką rozdziawił usta i znieruchomiał. Wlepiał zbaraniony wzrok w kolejarza gdy ten wolno i z namaszczeniem kontrolował bilety. Wreszcie skończył. Jeden oddał brunetowi, drugi zaś położył na stoliku przed słupem soli, jakim zdawał się być quasi-brodaty szatyn. Przyjrzał mu się z dezaprobatą i krzywo się uśmiechając rzucił głosem ociekającym drwiną:

- Pan! Moja dziękować i polecać na przyszłość usługi nasza mnóstwo dobra kolej!

Szatyn w jednej chwili otrzeźwiał, zamknął usta, spuścił wzrok i spłonął rumieńcem, jak dziewica w solarium.

- Oj, ludzie, ludzie... I wy do Europy się pchacie? – pokręcił konduktor głową i ciężkim krokiem kata odszedł ku innym podróżnym czynić swą powinność.

Brunet, kułakiem zatykając usta, zakrztusił się rechocząc. Aż podskakiwał na zdezelowanym stołku. Jego towarzysz podróży przez kilkanaście sekund usiłował pozbawić go życia wzrokiem, po czym wysyczał wściekle:

- Zzzzamknij się, Filip. Zzzamknij się, do jasnej cholery!
- Daj, Jarek, spokój. Nie wkurzaj się. Chyba sam widzisz jaka się komedia zrobiła, hihihi!
- Jak dla kogo. Dla mnie nie.
- No wiem, ale się tak pięknie rozdziawiłeś... Nie dziw się, że cię ten konduktor tak załatwił.
- No wiem, ale mnie cholera, dokumentnie zatkało. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem konduktora Murzyna. Pomijam amerykańskie filmy, bo tam, to normalka.
- Jakiego Murzyna? To przecież Mulat jest.
- Mało ważne. Zrobiłem z siebie głupka. Istne jasełka.
- Tylko mi nie mów o jasełkach, bo ze śmiechu się piwem poleję.
- Teraz tobie gorzej, Filipku, słoneczko?
- Nie, to wspomnienia, panie Jarek, tylko wspomnienia.
- O Mulatach?
- Nie, jasełkach.
- Znaczy?

- Moment – dopijam, demonstruję i objaśniam. Diabelsko stare dzieje. Początek siedemdziesiątych lat. Dokładnie nie pamiętam, szczylem jeszcze byłem. W naszej parafii proboszcz wymyślił, że jasełkowe przedstawienie zrobi.
- I co? Murzyn zagrał Józefa?
- Nie, moja siostra Matkę Boską.
- O, Matko Boska!
- Raczej – hospody pomyłuj – taka wyszła z tego paranoja. Siostra ubrana była w prześcieradło zafarbowane na blady niebieski kolorek. Włosy rozpuszczone, do pasa, blond.
- Już to sobie wyobrażam: Twoja siostra... Stoi owinięta tylko w prześcieradło... Pod spodem nic nie ma, ech!
- Uspokój się! Inaczej wyglądała niż teraz. Miała 10 lat i w ogóle, do trzymaj się od niej z dala. Siostry ruszyć nie pozwalam!
- Wiem, wiem. I ty uważasz się za mojego kolegę, łotrze...
- Nie chrzań, Jarek. No, ale dobra – wyobraź sobie lepiej co innego. Kościół pełen. Proboszcz jaśnieje jak nowa jarzeniówka, szczęśliwy, bo kulturę religijną szerzy. Publiczność liczna, odsztafirowana jak tłum stróżów w Boże Ciało. Wypachniona jak radziecka wycieczka. Do tego świece, kadzidła. Rodziny w komplecie, cała parafia w napięciu śledzi akcję na scenie przed ołtarzem. Ja siedzę wciśnięty między moich starych. W garniturku od komunii siedzę...
- Ty i garniturek? Jakoś ciężko mi to sobie wyobrazić.
- A jednak. Mało ważne. Nastrój podniosły, święty rzekłbym, bo i Chrystus z krzyża a święci z obrazów patrzą.
- I?
- Spektakl trwa. Siostra bryluje na scenie. Ojciec mój dumny i blady, matka tak zaaferowana, że spokojnie mogę w nosie dłubać...
- I wpuścić takiego do świątyni, cholera jasna.
- Młody byłem, teraz używam chusteczek, bo głupio jakoś, ale nie przerywaj.
- Dobra. Mów, co dalej.
- Matka Boska, jak mówiłem już, zawinięta w prześcieradło, siedzi na taborecie koło żłobka z lalką. Obok w takiej samej pozie bawi się zegarkiem znudzony Rysiek, syn sąsiadów.
- Że co, proszę?
- Józefa grał, a to rola z piątego planu, to się chłopak nudził jak mops.
- No racja.
- Więc tak sobie siedzą. Nagle na scenę, znaczy do stajenki, Trzej Królowie wchodzą, nigdy nie wiem, który jakie imię ma, to nie mówię. W każdym razie, jeden wypastowany na czarno i w okularach, drugi biały (taki wredny lizus, rudzielec z naszego podwórka) no i żółty (usmarkany jak nieszczęście, bo zima)
- Boże drogi...
- Wchodzą i łups na ziemię, pokłon Dzieciątku i chwalą Pana wniebogłosy – ksiądz kazał głośno, bo akustyka cienka w kościele była.
- Wchodzą, mirrę, złoto i kadzidło niosą w reklamówkach...
- Nie wygłupiaj się, atmosfera podniosła, pełna religijnego napięcia. Misterium takie. Kiedy ci trzej kończą zaczyna się benefis siostry.
- Już mam klaskać?
- Trochę się wstrzymaj. Słuchaj dalej - Maryja wstaje z zydelka i cienkim, dziecięcym głosikiem, z poważną miną gości wita, przeprasza, że w stajence skromnie. Pełna jest godności odpowiedniej dla matki Syna Bożego i przerywa na kilka sekund. Podkasuje kieckę, łapie za gumkę takich grubych, wczesnogierkowskich, opadających wiecznie rajtek i podciąga je prawie pod szyję. Puszcza prześcieradełko wracając do poprzedniej postaci i jak gdyby nigdy nic, kontynuuje tym swoim oficjalno-uroczystym tonem. Dziękuje królom za wizytę i dary....
- Jezuuu! Co na to widownia?
- No, uwidocznił się konflikt pokoleń. Aktorzy, dzieci w wieku dziesięć, góra dwanaście lat – zero reakcji.
- Aha, widać uznali to za rzecz normalną...
- Dokładnie, tego typu rajtuzy były powszechnie używane. Niestety, ani proboszcz, ani rodziny w nich nie chodziły, więc po sekundach osłupienia widokiem nóg i tyłka Maryi – zaczęli rechotać, zasłaniając usta.
- Wyobrażam to sobie.
- Tylko proboszcz pojaśniał jeszcze bardziej, znaczy zbladł. To samo moi starzy. Ciężko to przeżyli. Ojciec do siostry tydzień się nie odzywał, a matka ze wstydu to trzy dni nawet do sklepu bała się iść. Mówię ci – istny cyrk.

- Z dziećmi zawsze cyrk. Najgorzej, jak cyrk w cyrku. Pamiętam, jak kiedyś poszedłem...
- Lubisz te wygłupy na arenie?
- Ne znoszę, ale zabrałem syna, żeby się przekonał co jest głupie i na starość nie chodził. Pięć lat wtedy miał.
- A co ty mi, staruchu, jakieś kawałki sprzed pierwszej wojny tu opowiadasz?
- Dobra, dobra. Z tym młodszym byłem.
- Aha. I co?
- Nic nie wyszło z lekcji poglądowej. Opierał się drań, ale skusiłem go lodami po występie i się łaskawie zgodził. Wszystko szło dobrze, póki przedstawienie się nie zaczęło. Potem było już całkiem źle.
- Co się stało? Lew zagryzł tłustego dyrektora?
- Nie. Na sam początek, jak zwykle, orkiestra tusz i jest w zasadzie po przedstawieniu.
- Nie rozumiem.
- Mój niepierworodny, podskakuje ze strachu, że tak głośno. Paluchy w uszy, mina męczennika, siedzi i na płacz mu się zbiera. Odetkaj, Grzesiek, te uszy – mówię – bo nie po to tatuś płaci za bilety, żebyś teraz fonii nie odbierał. Zero reakcji. Jak głuchy siedzi.
- No, przecież miał uszy zatkane, coś się dziecka czepił.
- No wiem, ale się wkurzyłem i wyszliśmy. W tramwaj i do domu, żadnych lodów i tak na darmo wywaliłem kasę na wejściówki. Od tamtej pory już zupełnie nie znoszę cyrku.
- A ja od wczoraj.
- Byłeś w cyrku? Nie wiedziałem, że przyjechał.

- To taki mini-cyrk. W przedszkolu byłem z dzieckiem.
- Coś kręcisz, ty nie masz dzieci, żony też zresztą.
- Wyobraź sobie, że zauważyłem to jakiś czas temu. Z synem sąsiadki byłem, musiała nadgodziny walić, a mały się uparł, to dałem się ubłagać i poszedłem. Do końca życia żałować będę.
- A co się stało takiego?
- Nie uwierzysz, Jarek, ale postaraj się, bardzo proszę.
- Dobra.
- Słuchaj, to było wczoraj. Taki festyn rodzinny w przedszkolu.
- Robiłeś za ojca zastępczego?
- Dokładnie. Początek mało ciekawy. Sztampa festynowa. Nudy. Jak to zawsze na takich imprezach: gadki szmatki dyrektorki, wernisaż bohomazów dzieci, znaczy wystawa ich plastycznej twórczości.
- Same pikasy pewnie.
- Owszem. Różne kombinacje Batmana, Harry’ego Pottera i domków z kotkami, choć był jeden „obraz” pod tytułem – cytuję dosłownie–„Kajnegrence”. Przedstawiał jakiegoś czerwonowłosego potwora z kółkiem w nosie.
- Jezus Maria – Wiśniewski wszędzie dookoła.
- Niestety, ale wiesz, jaki kraj, tacy idole. No, ale dobra, o tym cyrku powiem. W pewnym momencie pani dyrektorka mówi, że teraz główny punkt programu, występ grupy cyrkowej.
- Lwy w przedszkolu?
- Nie aż tak. Ja myślałem, że to dzieci coś przygotowały. Jakiś pokaz, ale nie to byli profesjonaliści. Do sali wchodzi dwuosobowy cyrk. Czterdziestoletni facio o wyglądzie skazanego pedofila na przepustce. Ubrany w strój cyrkowy, takiej jakości, że prawdopodobnie własnej roboty. Razem z nim i pani. Ubrana, jak prostytutka...
- Ubrana?
- W zasadzie tak. Na początku ma na sobie świecący płaszcz z piórami. Potem nie, faktycznie, raczej rozebrana, bo w samych rajstopach-burdelówkach i gorsecie. Pani dyrektor pomaga artystom i puszcza muzyczkę. Disco lata osiemdziesiąte. Cyrkówka odrzuca gwałtownie płaszczyk i wykonuje…. erotyczny taniec z żywym wężem.
- Erotyczny?!!! W przedszkolu?!!!
- No właśnie.
- W PRZEDSZKOLU. Dzieci krzyczą, diabli wiedzą, czy wystraszone wężem czy widokiem horrorowych wdzięków tancerki, mamusie kręcą głowami, a tatusiom leci ślinka. Takich cudów chłopy nie widzieli. Show rodem prosto z klubu GO-GO.
- Jestem w szoku, przyznam ci się bez bicia.
- To sobie wyobraź, w jakim byłem ja, oglądając to na żywo. Ale to nie koniec, kolego.
- Co jeszcze? Nie mów, że się rozebrała do naga.
- No nie, ale zaraz po numerze z wężem – taniec z kółkiem na rozłożystych bioderkach. Pani artystka zmysłowo kręci pupką, a pan pedofil dorzuca kolejne obręcze. Trzecia, czwarta, piąta, szósta, coraz więcej. Skończyli chyba na dziesięciu, z wrażenia nie byłem w stanie liczyć.
- Paranoja.
- Dokładnie. Wreszcie pani artystka, spocona frykcyjnymi ruchami skończyła. Niestety, nie był to koniec występu. Dalej było jak na filmie... tego, no... Lyncha. Wiesz, od „Blue vel-vet” i „Twin Peaks”.
- No przecież wiem, nie durniej. Czemu ci się to z Lynchem skojarzyło?
- No bo było jak w sennym koszmarze. Siedzę wśród gromady rozwrzeszczanych szczyli, w wiejskim przedszkolu, z głośników disco wali, że uszy zwijają się jak kwiaty na noc, a metr przede mną, pół naga kobieta z czarnym zębem...
- Zębem? Czarnym?
- Oj, no takim zepsutym. Stoi z tym zębem, i – nie uwierzysz – odbija badmintonową rakietką gołębia, który próbuje usiąść jej na głowie.
- Taki tresowany masochista, hehehe...
- Właśnie. Numer godny Polsatu, taki na wysokim poziomie. O innych numerach już ci nie opowiem, bo były żenujące jeszcze bardziej.
- Cyrk.
- Tak. Na szczęście po numerze z małpą...
- Numer z małpą?
- No tak, ten facet, co mi się kojarzył z pedofilem, robił w tym cyrku za clowna. I dał popis "nieprawdopodobnego" poczucia humoru.
- A konkretnie?
- A konkretnie, to karton, taki jak po telewizorze 21 cali. Do niego umocowany kranik. W przerwach między popisami swojej koleżanki facet nalewa z kranika rodzicom jakiejś cieczy do kubeczków, każe próbować i zgadywać co to jest.
- No i zgadł ktoś? A co to w końcu było?
- Nikt nie zgadł, a co to było, to nie uwierzysz. W każdym bądź razie, moim skromnym zdaniem – kwintesencja całego występu.
- Czyli?
- Gdy staje się jasne, że nikt nie odgadnie, facet otwiera karton i wyskakuje z niego małpka.
- Małpka?
- Taki nasz kuzyn, rezusik. A facet tłumaczy rozbawionej publiczności, że to ten zwierzak sikał do kubków przez ten kranik.
- O, Boże... Obleśne. Wiesz co? Jak dyrektorka mogła pozwolić na coś takiego? Choćby w trosce o własną dupę powinna pomyśleć, że jakby ktoś z rodziców się wściekł i napisał o tym gdzieś, to by ją wylano z roboty na zbity pysk. Z hukiem.
- Eeee... Coś ty, Jarek... Wszyscy na sali byli wręcz zachwyceni. Taka publika, psia krew...
- O, rany. To cię sąsiadka wrobiła.
- Nie wiedziała co robi, ale dla tego jej synalka, to jestem pełen podziwu.
- Dlaczego? Odgadł co leciało z kranika?
- Nie. Zaraz po tym numerze podchodzi do mnie i mówi żebyśmy wyszli. Mądry chłopak.
- Mądry i bogaty będzie.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Zostanie wielkim reżyserem, przeskoczy Lyncha, przeskoczy braci Cohen...
- Niby z jakiej to okazji?
- No wiesz, z takimi wspomnieniami z dzieciństwa, to się ma głowę pełną fantasmagorycznych scenariuszy. Nic, tylko kręcić a Oscary same przylecą...
Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 12 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/
przez Katalina dnia 01-08-2003 o godz. 12:43:40 http://zostanę muzą. tylko poważne oferty.
Dobre, Panie Yarre, dobre, kurza twarz!! To z rajstopami Matki Boskiej totalnie rozbrajajace)) Tylko jedno pytanie, gdyz nurtuje mnie ogromnie: jak wyglada skazany pedofil na przepustce??




Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/
przez Hufnagiel dnia 01-08-2003 o godz. 15:01:24
Dobre, choć mam wrażenie, że przeszarżował Autor troszkę z dowcipnymi dialogami. Na marginesie: dawno temu o kimś, kto pachniał jak radziecka wycieczka mówiło się, że używa perfum "Wozduch Krasnoj Armii" :))



Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/
przez zed dnia 01-08-2003 o godz. 20:24:14
Przy rajstopach uśmiałem się szczerze. Najlepszy fragment. Początek niezwykle obiecujący, ale po rajtuzach było już niestety słabiej. Może trzeba było tymi jasełkami zakończyć (Nie musiałoby nawet być jakieś wyraźnej puenty, bo to tak mocna scena, że obroniłaby się sama), a cyrk w przedszkolu zostawić sobie na inny raz.

Przepraszam, że pozwalam sobie na ingerencję w tekst, ale naprawdę takie "rajstopy" są warte lepszego towarzystwa niż pedofil i prostytutka.



Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/
przez nefrytowa dnia 23-08-2003 o godz. 20:07:41
Mnie też rajstopy powaliły:-). A cyrk zdegustował – a dodać muszę, że niełatwo mnie zdegustować;-). Jestem zdania, że skrócenie opowiadania (np. do dwóch historyjek, bez cyrku w przedszkolu) znacznie poprawiłoby jego jakość. Cyrk w przedszkolu nadaje się na groteskę dla ludzi o silnym zdrowiu;-).

Aha, też mnie zastanawiało jak wygląda pedofil na przepustce, ale już ktoś o to zapytał, więc się nie będę powtarzać:-))). Pozdrawiam. I mknę do kolejnego opowiadanka;-).



Re: O Madonnie w rajtuzach i kobiecie z wężem /spóźniony dialog na Dzień Dziecka/ *
przez aneza dnia 01-04-2008 o godz. 18:59:14
Jarku, ja dodam jeszcze coś być może wbrew twoim poglądom. Bo ty chciałeś pokazać w trzecim kawałku tylko idiotów cyrkowców. A to nie tylko. Bo coć, co dla dzieci było jedynie szokujące czy przerażające - było tylko tańcem z wężem - dla dorosłych miało zupełnie inny podtekst. Podobnie z pokazem akrobatycznym, który dla starych to GOGO. Dzieci przeszłyby nad tym do porządku dziennego, nie widząc w tym żadnych treści seksualnych. Bo... to tylko dzieci i, w tym wieku najprawdopodobniej nie zostały jeszcze przez starych zepsute. Przypomina mi to o koleżance siostry, której babcia kazała założyć na pierwszą dyskotekę (chyba w drugiej klasie, a może i w pierwszej) spodnie z ciężko rozpinającym się suwakiem, żeby się dwa razy zastanowiła. A mała nie wiedziała, o co babci chodzi. Aż spóźniła się na dyskotekę, bo wiedziała, że babcia coś wie, ale nie chce powiedzieć, i aż się rumieni, więc to na pewno coś strasznego i próbowała to z babci wydobyć. I o pani dyrektor w przedszkolu, która za identyczną rzecz, jaką zrobiła twoja siostra, potrafiła ukarać leżakowaniem i wyzwać od tych na k. A dziewczynka z normalnego domu nie wiedziała, o co chodzi. I dodam jeszcze sprawę z USA, gdzie przedszkolanka ukarała czterolatka za molestowanie, ponieważ się przytulił do jej piersi, a sprawa znalazła finał w sądzie.




Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim