Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 48 gość(ci) i 1 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: 'O NIETYPOWYCH KIBELKACH I PRUSAKACH W WARSZAWIE/dialog obyczajowo-krajoznawczy/'*
Wysłano dnia 10-08-2003 o godz. 22:21:44
Autor: yarre

Głowa mężczyzny spoczywała nieruchomo w miejscu, zupełnie tak, jak (od pół roku) ujemny stan jego bankowego konta. Spał. Spał w sposób dość nietypowy, gdyż na stoliku w restauracyjnym wagonie ślimaczącego się, w sobie tylko znanym kierunku, pociągu. Facet policzkiem i uchem doklejał się do (którejś tam świeżości) obrusu. Ceratowego. Ciemnoblond grzywka wpadła mu do plastikowej miseczki, w której leżało kilka zeschłych ekspresowych herbat i puste saszetki po cukrze. Lekko pochrapywał. Rytmicznie wydmuchiwane - ustami i kartoflowatym nosem - powietrze wprawiało w łopot stojące na stoliku, umieszczone w poogryzanym stojaku, serwetki. Pożółkłe i nienajmłodsze, podobnie jak śpiący.

Nagle stuknęło coś, podwójnie nawet. Na stoliku, tuż koło śniącej głowy, pojawiły się raptem dwie szklanki z piwem.

- Jarek! No, co jest?! Obudź się, chłopie! Już się nabzdryngoliłeś? - pokrzykiwał młody brunet o długich włosach - Kiedy? Ty, to sprinter jesteś. Wstawaj już!
- Co jest? Co się dzieje? O, cholera... To ty, Filip? - wymamrotał brutalnie budzony.
- Nie. To nie ja. To "Ich Troje"!
- Nie strasz mnie. Wszystko, tylko nie to - mruknął szatyn i przeciągnął się z wielkim trzaskiem.
- No to Edyta Górniak. Jak ci się podobam, kochanie? Wiesz, jestem kobietą...
- Tylko bez żadnych hymnów poproszę - zarechotał szatyn i zaniósł się, nikotynowej proweniencji, kaszlem.
- Widzę, kolego, że wracasz do rzeczywistości. Gdzieś się tak zaprawił? I kiedy? W pociągu możesz być od, góra, dwudziestu minut.
- E tam. Trzeźwy jestem jak ta - nie przymierzając - świnia.
- A, to przepraszam.
- A, to proszę bardzo. Padam na pysk, jestem niewyspany. W pracy już podsypiałem. Na klawiaturze, pewnie mam jeszcze "qwerty" odbite na twarzy.
- Nie masz.
- To dziwne, bo powinienem. Cała noc w plecy.
- Co się dzieje? Dzieci już przecież masz stare.
- To nie dzieci, to coś gorszego. W skrable'a gram ostatnio, w internecie.
- Po nocach?
- Owszem, wtedy mam spokój w domu, to gram.
- Nigdy nie grałeś, co cię nagle napadło?
- Grałem, ale miałem dłuższą przerwę. Teraz muszę, w zasadzie. Mam takiego kolegę, z Lajkonikowa...
- Skąd?
- No, z Krakowa. Gra nałogowo. Wiesz, zachorował, do pracy nie chodził - zaczął grać i go wciągnęło. Nie może się teraz oderwać.
- W nałóg wpadł?
- Dokładnie. Pogadać nie idzie, bo na skrable'a zaraz ciągnie, albo milczy. Telefonów nie odbiera, udaje, że go nie ma. Gorzej - w pracy zaczął mieć kanały. Zamiast robić, literki układa.
- Przykre.
- Pytam go: Co słychać? - odpowiada - Czekaj, muszę pięć płytek wymienić.
- No, masz...
- No, niestety. Jedyna szansa w miarę normalnie z nim pogadać, to zgodzić się na partyjkę, ale wiesz, to wciąga, stąd moje niewyspanie.
- Jasne.
- Ja nie wysypiam się, a on terminów nie dotrzymuje, zapomina wszystko. Może się kiedyś otrząśnie, miejmy nadzieję, szkoda chłopa - smutnym głosem ciągnął szatyn - No, ale dobra. Koniec gadania, pić trzeba. Skoczę tylko do kibelka, poczekaj na mnie.
- Nie ma sprawy - zgodził się brunet.

Minuty spędzone samotnie umilił sobie paroma łykami piwa. Długo czekać nie musiał. Szatyn zjawił się szybko i dopiął się do swojej szklanki, sącząc napój z wyraźnym upodobaniem.

- No i co tam w kibelku? - zainteresował się brunet.
- Nic nowego. PKP. Syf chodzi po ścianach i mlaszcze. Typowy polski, kolejowy kibelek.
- Nie przesadzaj, nie wszędzie jest aż tak brudno.
- Może, ale w polskich kiblach brud, to znak wyróżniający. Takie - nieco inne - "Teraz Polska".
- A ja znam czyste kible i do tego ciekawe, oryginalnie urządzone.
- No, ja nie znam czystych za wiele, ale takie pomysłowe, to i owszem. Na przykład na dworcu PKP w Martianach, na Mazurach, są fantastyczne drzwi samozamykające. Rewelacja na skalę europejską.
- To znaczy?
- To znaczy, że wchodzisz tam, a tu drzwi za tobą się zamykają. Same. Niby nic, ale porażająca jest konstrukcja mechanizmu. Wprost bosko piękna w swej prostocie: kilka małych gwoździ zagiętych w pętelki, zardzewiała stalowa linka a na końcu bolszy kawał szyny kolejowej.
- No piękne to jest, nasz geniusz techniczny święci triumfy, ale powiem ci, że "Pod Zielonym Kogutem" we Wrocławiu widziałem coś lepszego. Czytelnia tam jest dla mężczyzn.
- Co takiego?
- Nad każdym pisuarem jest śliczna, gustowna antyrama, a za szkiełkiem - strona z gazety.
- I co w tym takiego ciekawego?
- To, że to są gazety ze stanu wojennego, sikasz i edukujesz się jednocześnie.
- Piękny pomysł i nader patriotyczny, ale mnie się bardziej podoba to, co zauważyłem w Białymstoku...
- Kibelek syberyjski? Taki z dwóch kijków zrobiony? Oni w sumie niedaleko mają do Władywostoku. Nazwa miasta nawet dość podobna...
- E tam, to było w knajpie "Ryczące Czterdziestki"...
- Jakiś lokal pokoleniowy?
- Nie kolego, o te morskie "czterdziestki" chodzi, to taka tawerna.
- A co ma Białystok z morzem?
- No, jak to? Nie słyszałeś? Prezydent Białego zgłosił to miasto do jakiejś Ligi Miast Morskich, czy coś w tym rodzaju.
- Wariat?
- Nie, myślał tylko, że jest cwany. Liczył na dotacje, a okazało się, że muszą płacić składkę wyższą od tego, na co liczył.
- Szkoda ich, taki ładny port i, co ciekawe, suchy.
- No, zbytnio mokry to nie jest, racja, ale pan prezydent twierdzi, że wcale tak daleko do morza nie mają. Może więc ta knajpa to początek drogi Białegostoku ku morzu? Całkiem prawdopodobne. W każdym razie, wracając do wucetowego tematu - w tych "Czterdziestkach" jest kibel, taki Freudowski...
- Jaki?
- No taki, jakby Freud wymyślił, w ramach kuracji.
- Nie rozumiem.
- O, rany... Każdy facet, który ma niewymiarowy instrument, ma kompleksy i zaburzenia psychiczne. Zgadza się?
- Ja nic nie wiem o tym, kolego, nie wypowiadam się...
- Dobra, dobra. W tamtej knajpie nad pisuarem wisi lusterko. Takie samochodowe.
- I co z tego?
- A to, że powiększa. Sikasz, zerkasz i obrastasz w piórka.
- Ahaaa!
- No widzisz. Nawet ma to swoje odbicie w gwarze, którą się w tej knajpie rozmawia.
- Jakie?
- Chcesz siknąć, to nie pleciesz nic o przedłużaniu wizy, czy liczeniu rowerów. Mówisz jasno, prosto i z proletariacką szczerością: Idę się, moi drodzy, dowartościować!
- No, piękna sprawa. Muszę tam kiedyś pojechać.
- Polecam. Choć powiem ci, kolego, że najlepszy wucet widziałem kiedyś w Warszawie.
- Nic dziwnego, stolica w końcu, to i sracze muszą być tam najlepsze.
- Ten kibel, o którym mowa na stołeczny za bardzo nie wyglądał, raczej taki styl "gieesowy".
- A konkretnie?
- Już mówię. Knajpa jest w centrum, na Marszałkowskiej chyba, ja tam ich tych ulic specjalnie nie odróżniam. Idąc od rotundy PKO w stronę Instytutu Węgierskiego, mijasz go i dwie albo trzy przecznice dalej masz ten lokal.
- No, może trafię kiedyś.
- Polecam. Nie jest to coś kategorii 'S', ale nawet dość schludnie, dwie małe salki, palić można, piwo nawet w miarę.
- Czyli coś dla mnie.
- Dla mnie też i nie tylko, z żoną tam byłem. Zamawiamy po piwie i siedzimy. Sączymy sobie spokojnie. Nagle - dzwonek. Słychać go bardzo głośno.
- Gong taki?
- Nie. Dzwonek. Taki, jak dawno temu były w mieszkaniach, taki zawałogenny.
- Aha, łapię, miałem taki kiedyś.
- Każdy chyba miał, pomijam tych, co woleli kołatki, albo nie mieli klamek, to i dzwonić nie było po co do nich. No, ale dobra - słyszymy dzwonek, głosy gości w knajpie milkną, wszyscy patrzą w stronę korytarza, a bufetowa truchtem tam zasuwa. Za klika minut znowu dzwonek. Znowu cisza, spojrzenia i bieg bufetowej.
- No i co to było?
- Po trzecim dzwonku przestajemy gadać i też się oglądamy. Nic specjalnego nie widać, tylko przed jakimiś drzwiami, w korytarzyku łączącym obie salki, stoi facet. Z nogi na nogę przestępuje, twarz purpurowa jak pawiana tyłek. Bufetowa podchodzi do niego. Otwiera kluczem drzwi i gość wchodzi. No nic. Pijemy dalej. Niestety - matka natura jest nieubłagana.
- W sensie?
- W sensie, że czuję, iż nawet mój pęcherz podlega prawu Pascala.
- Że co, proszę?
- Wewnętrzne parcie. Sikanko, kolego. Wstaję i idę, szukam kibelka, wchodzę do tego korytarzyka, a tam kolejny facet stoi przed drzwiami, a na nich kobylastymi literami napisano: Toaleta. Klucz w bufecie. Proszę dzwonić.
- No masz ci los...
- Pytam gościa: Dzwonił pan już? - Tak, ale zajęte. Zaczynam rechotać, facet nieco wstawiony, więc nie łapie, o co mi chodzi. W końcu udaje mi się skorzystać z pisuarku. Wracam do stolika i mówię żonie, co to za dzwonki. Mało się piwem nie polewa, ale z tego śmiechu też nagle musi "na stronę". Tylko ma problem.
- Jaki?
- No taki, że się wstydzi.
- Czego?
- Że jak zadzwoni, to cała knajpa się na nią będzie gapić.
- No tak, ale to wystarczy wyczekać moment, kiedy ktoś już wydzwoni sobie klucz i szybko ustawić się za nim. Wtedy klucz z ręki do ręki i po problemie.
- No, niekoniecznie, niektórzy goście mogą nie mieć ochoty na taką sztafetę. Jeden mi zresztą powiedział - A co, panie, będzie, jak pan zasikasz deskę? Bufetowa mnie opieprzy i więcej klucza nie da, idę odnieść, a pan sam se zadzwoń.
- Nieufni ci warszawiacy.
- No nieufni, w ogóle jacyś dziwni. Cały nasz pobyt wówczas był nieco dziwaczny. I jeszcze pogoda, a la Pałkiewicz...
- Co?
- No, taka, jak ze szkoły przetrwania. Wiatr głowy urywa. Kwiecień. Pada wszystko, co tylko może: deszcz, grad i śnieg.
- Żartujesz.
- Niestety, nie. Gorzej, że z kasą krucho, a do pociągu daleko. Idziemy do kina na coś tam. Potem na pizzę i szlajamy się po ulicach. W taką pogodę, psia krew.
- Nie mów tak, w końcu zwiedzaliście stolicę kraju.
- Bez kasy? Coś ty, mogliśmy się tylko poszwendać, jak ubodzy krewni, jedyna rozrywka, to ta knajpa z sikaniem na dzwonek. Nie, co ja mówię... Jeszcze taka budka pod Pałacem Kultury. Z soplami na włosach wchodzimy, zamawiamy po szaszłyku z pieczarek, najtańsze co jest i jemy. Nagle otwierają się drzwi i włazi jakieś babsko, takie koło pięćdziesiątki. Ubrane jak na Sylwestra i mówi do tej za ladą: Kupi pani kwiaty ode mnie? I pokazuje przy tym naręcze róż i goździków.
- Kwiaciarka objazdowa?
- Nie, mówi, że wraca z własnych imienin, urządzanych w lokalu i nie chce jej się kwiatów targać do domu. Z transakcji nic nie wychodzi, bufetowa ją wyśmiewa...
- Dziwne rzeczy w tej stolicy...
- No dziwne, jeszcze dziwniejsze znajdziesz w Muzeum Narodowym. Jak my wtedy. Zaczynamy od mojej ulubionej sali, od gotyckich ołtarzy. Zawsze tam łażę, uwielbiam to po prostu. Tylko, że nigdy nie czytałem dokładnie tych tabliczek pod ołtarzami. Tym razem, po raz pierwszy, byłem z żoną. Ona
czytać lubi to i doczytała się, niestety. Okazało się, że wszystko, cholera, jest wyszabrowane.
- Jak to?
- No, po prostu. Na tabliczkach napisy skąd dany ołtarz pochodzi. Nic, tylko: Lubin, Legnica, Wrocław, Świdnica, Trzebnica. Ewentualnie Gdańsk albo Szczecin. Jakbym spis miejscowości z Dolnego Śląska i Pomorza czytał.
- Musieliście się zbulwersować.
- A i owszem. W trosce o stan nerwów, kończymy z tym zwiedzaniem.
- No, to wycieczka wam się udała jak diabli.
- W stu procentach. Tylko, że nie wiesz jeszcze najgorszego. Byliśmy wtedy z wizytą u moich znajomych. Zaprosili nas do siebie w gości.
- Pięknie.
- No, nie bardzo, zapomnieli nadmienić, że się rozwodzą właśnie. Atmosferka super.
- Wyobrażam sobie.
- Witają nas interesującym obiadkiem. Zupa, rzekomo, jarzynowa, mnie wygląda na wywar z mchu. Smakuje podobnie. Na drugie już zupełny odlot - wędzony kurczak podgrzany w mikrofali, polany zimnym sosem Uncle Ben's. Na dodatek - gospodarze żrą się makabrycznie. Podejmujemy błyskawiczną decyzję o "planowym odwrocie na, z góry upatrzone, pozycje".
- Znaczy?
- Znaczy idziemy w miasto, żeby jak najpóźniej do nich wrócić. Późna noc. Wracamy cichcem, z nadzieją (w przemarzniętych sercach), że już śpią.
- I?
- I cała operacja ponosi fiasko - wytrwale czekają na nas z flaszkami, kontynuując kłótnię. Reszta wieczoru - jak pewnie się domyślasz - jest równie udana, jak i wcześniejsze godziny: w kuchni jeden zespół problemowy (moja żona i połowica kumpla), w pokoju on i ja. I nic, tylko słuchanie narzekań jednego na drugie, trwa to dość długo i jest nieco męczące, ale o spaniu nawet nie myślimy. Nic, a nic.
- Nie widzę związku.
- Bo go nie ma. O prusaki chodzi.
- Jakie prusaki?
- No takie zwykłe, bez pickelhaub, tylko z chitynowymi pancerzykami. Pełno ich łazi.
- To jakaś, chyba, lokalna tradycja. Czytałem taką książkę kiedyś "Prusacy w Warszawie".
- Nie wygłupiaj się. Kłusują te robale tam i z powrotem po podłodze, po meblach. Nawet, cholera, między kieliszkami latają, jak niedopite.
- Tfu!
- No właśnie. I jeść i spać nam się odechciewa. Gospodarze, przyzwyczajeni, tną komarka, a my - przy zapalonym świetle - siedzimy w kucki na wyrku i tylko zerkamy, czy jakieś bydlę do ucha, czy nosa nam się nie pakuje.
- Piękna noc.
- A poranek jeszcze lepszy.
- Znaczy?
- Znaczy, że oni żrą się dalej, od pierwszych - że sobie pozwolę na tak poetyckie określenie - budzących się promyków słoneczka. Ale to nie koniec, kolego. W pewnej chwili pęka wężyk z gorącą wodą, w kuchni pod zlewozmywakiem.
- O, rany boskie!
- I wyobraź sobie taki widok: mój kumpel klęczy i usiłuje zakręcić zawór, woda się leje, gorąca jak diabli, pełno pary. Jego żona stoi nad nim i rozlicza go z zaniechań remontowych za ostatnie cztery pięciolatki.
- O, Boże...
- Boga to tam nie było. I całe jego szczęście, przeszedłby na ateizm w pięć minut. My usiłujemy jakoś im pomóc. Żona usiłuje zająć się synem gospodarzy, zszokowanym, że ktoś dorosły się nim zajmuje. Ja latam z wiadrami pełnymi gorącej wody i gotujących się w niej prusaków do kibla i wylewam to won... Żona ciągnąc za sobą dzieciaka w mokrej piżamie, lata po sąsiadach ostrzegając, że potop już blisko. Szuka też w mokrej książce telefonicznej numeru pogotowia
hydraulicznego.
- Już rozumiem, czemu uciekliście. Każdy by zwiał z takiego pobojowiska. Nic tylko płacz i zgrzytanie zębów...
- Raczej chrzęst prusakowej chityny pod butami. Ale nie było tak tragicznie. Pojawia się pewien akcent humorystyczny.
- Niemożliwe, jaki?
- Wyobraź sobie: tu dzieciak w piżamie ryczy, moja żona w stresie, każdym spojrzeniem mi dziękuje, że mam takich przesympatycznych znajomych, kumpel cały mokry, jego żona w amoku, ja z wiadrami pełnymi pływającego robactwa... Bunuel się kłania. Na to wszystko, w kuchni pojawia się - jak zjawa z innego świata - teściowa kumpla. Laską stuka, nocną koszulą i szlafrokiem powiewa. Z chlupotem wchodzi w kałuże gorącej wody. Ze stoickim spokojem bierze do ręki czajnik z gotującą się wodą.
- Co bierze?
- Nie wiesz, co to jest czajnik? Nie odzywa się ani słowem, reszta obecnych w kuchni też. Teściowa siada na krześle. Do stojącej na stole miski nalewa sobie wrzątku i nakrywa głowę ręcznikiem. Celebrując tę podniosłą chwilę, pochyla się nad parującą wodą...
- O, rany...
- Żadne rany - inhalacje...
Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 29 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: 'O NIETYPOWYCH KIBELKACH I PRUSAKACH W WARSZAWIE/dialog obyczajowo-krajoznawczy/'
przez Anonimus dnia 10-08-2003 o godz. 23:28:43
Temat może niezbyt odkrywczy, język prosty i w ogóle, ale po tych wszystkich wydumanych i napuszonych pseudometaforach, przenośniach itd., to naprawdę odetchnęłam czytając sobie to na odmianę. I chyba o to w tym utworku chodziło, żeby czytało sie lekko, łatwo i przyjemnie, więc efekt został osiągnięty:-)




Re: 'O NIETYPOWYCH KIBELKACH I PRUSAKACH W WARSZAWIE/dialog obyczajowo-krajoznawczy/'
przez KrystynaMyszkiewicz dnia 10-08-2003 o godz. 23:48:46 http://www.k.myszkiewicz.prv.pl/
Yarre, alem się uśmiała z inhalacji :) Bardzo fajne opowiadanie!



Re: 'O NIETYPOWYCH KIBELKACH I PRUSAKACH W WARSZAWIE/dialog obyczajowo-krajoznawczy/'
przez bartuss dnia 11-08-2003 o godz. 01:10:21 http://www.samolotamatorski.kkozle.pl
gdzie to ja ten tekst widziałem?

gdzieś go już wklejałeś ...

hihi .. i ma się rozumieć napisane w ten sam sposób co wszystkie "mity o ..."

humor jak zwykle Ci dopisuje :)



Re: 'O NIETYPOWYCH KIBELKACH I PRUSAKACH W WARSZAWIE/dialog obyczajowo-krajoznawczy/'
przez fircyk dnia 11-08-2003 o godz. 05:53:14
Bezchmurne niebo,a gwiazdek:ani dychu,ani słychu.Czyżby Łukasz niebo na kłódkę zamknął?

Jarku-wnosisz odpowiednią dawkę w smutne wrota poezji fabrycznej



Re: 'O NIETYPOWYCH KIBELKACH I PRUSAKACH W WARSZAWIE/dialog obyczajowo-krajoznawczy/'
przez Anonimus dnia 12-08-2003 o godz. 15:34:55
Hm... Nic głębszego, jak podejrzewam, autor nie chciał przekazać, więc nie zwracam uwagi na poziom, zwłaszcza, że mi odpowiada... hehheheh

Fajnie się czytało, ale byłem pewien, że tak będzie. Niektóre żarty czynione na siłę, ale nie byłoby lepiej chyba, gdyby je pominąć, więc dziękuję panu, Yarre, za kolejne miłe chwile...



Szkoda, że nie dowiedzieliśmy się, jak wybrnęła Żona z krępującej ją sytuacji w tym warszawskim lokalu... Ten ( nie wiem, który: szatyn czy brunet, bo się pogubiłem...), który miał "obowiązek" wobec Czytelnika się dopytać, nie zrobił tego... Ale zapewne dlatego, że żona tego drugiego poszła się wysikać po prostu i odbyło się to mało humorystycznie, heh.



Pozdrawiam



Re: 'O NIETYPOWYCH KIBELKACH I PRUSAKACH W WARSZAWIE/dialog obyczajowo-krajoznawczy/'
przez Anonimus dnia 12-08-2003 o godz. 01:54:01
A to ci sęk.

Nie sęk tylko Prusak.

Jaki Prusak?

Jest Warszawa, w Warszawie wucet, a w wucecie Prusak

Siedzi na desce, a w desce sęk.

A w d... jęk.



Gratulacje



Czekoladowy Pies






Re: 'O NIETYPOWYCH KIBELKACH I PRUSAKACH W WARSZAWIE/dialog obyczajowo-krajoznawczy/'
przez synthspirit dnia 12-08-2003 o godz. 18:01:16
Taaak... Idę zaraz do "Czterdziestek" i podrzucę szefowi pomysł, by nad kiblowym lustereczkiem powiesić portret Freuda. A w ogóle, to "Czterdziestki" są następnym argumentem za Białymstokiem jako lokalizacją ew. fabrycznego zjazdu.

Co do gwiazdek, to gdyby nie moja świeżo narodzona i rosnąca do nich awersja, zgłosił bym postulat o jak najwięcej. Ale przecież ten dialog broni się sam, bez okraszania na czerwono...



ps



Remont trwa, Yarre. Do skutku:)



Re: 'O NIETYPOWYCH KIBELKACH I PRUSAKACH W WARSZAWIE/dialog obyczajowo-krajoznawczy/'
przez Voronwe dnia 13-08-2003 o godz. 14:46:45
Jeden z kuzynów profesora Tarantogi (stworzony przez Lema) zbierał sentencje powypisywane na ścianach publicznych toalet świata. Czytałem też o kobiecie (Rosjance - ale też w opowiadaniu SF, nie w realnym świecie), która na temat syberyjskiej wygódki napisała doktorat. Asimov w swoich "robotach" też opisywał społeczeństwa przyszłości przez ich zachowanie w toaletach. Jednym słowem mamy do czynienia z opowiadaniem SF ;)

Może dla tego nie poznałem Warszawy?

Kisielewski podobno wolał Warszawę od Krakowa, bo "Warszawa to normalne sowieckie miasto, podczas gdy Kraków jest europejskim miastem pod okupacją". Wiele jest prawdy w tej ocenie, ale Warszawa zmianiała się - przez ostatnie lat kilkanaście - w oczach. Moim zdaniem na lepsze.

Ostatnio opisywał mi pewien znajomy, jak to był gościem rozwodzącej się rodziny - w Melbourne. Nie było prusaków, ale i tak było nieprzyjemnie.

Pozdrawiam.



Re: 'O NIETYPOWYCH KIBELKACH I PRUSAKACH W WARSZAWIE/dialog obyczajowo-krajoznawczy/'
przez werjust dnia 09-11-2006 o godz. 00:34:14 http://werjust.blox.pl/html
Ja leże, dialog jest super! Chwila, musze wytrzeć monitor, bo oplułam, kiedym śmiechem wybuchała ;)
Niesamowicie realistycznie opisana knajpa, zwłaszcza ta cerata zamiast obrusa ;)
Edyta Górniak- świetne! Od początku dobrze się zaczyna!
"qwerty"- skąd wiedziałeś jakie mam hasła do kont? ;)
"PKP" ;)
"Może, ale w polskich kiblach brud, to znak wyróżniający. Takie - nieco inne - "Teraz Polska"."- to mnie rozłożyło na łopaty ;)
Czytelnia jest rewelacyjna! Cholernie dobry pomysł ;) Lusterko- hmm jestem tylko kobietą ;)
Opis perypetii z uzyskaniem klucza- leże po raz drugi ;)
Wizta u znajomych- nokaut, już nawet nie próbuję się podnosić ;) Parzone prusaki ;) I ta teściowa na koniec ;)
Yarre ja nie wiem jak Ty ro robisz, ale wprawiasz mnie w niesamowicie dobry humor! Skąd Ci się takie pomysły biorą? ;)
Dialog wielowątkowy, przez to ciekawy. Kible opisane tak realistycznie, że aż dreszcze przebiegały mi po plecach ;)
Wszystko podane w wyśmienity sposób, rzeczywiste aż do bólu i tak cholernie ironiczne! ;)
Pozdrawiam rozbawiona!




Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim