Nowe recenzje
· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz[ RECENZJE ]
Online
Aktualnie jest 46 gość(ci) i 1 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
NA FORUM
 | wszystko jest do zmiany |
 | FABRYKA-NASZE MIEJSCE W KOSMOSIE |
 | Funkcja redaktora - rezygnacja umorusańca |
 | Jerzy Reuter - Izobar nie żyje |
 | CO Z RUBRYKĄ |
 | Zaproszenie na kwietniowy DACH |
 | O stronie na stronie. |
 | Fantazje Zielonogórskie 2012 - konkurs na opowiadanie |
 | Coś dla poetów i miłośników poezji |
 | Kwiecień plecień w netkulturze! |
 | Cytat z Forum |
 | Zbieramy teksty do nowego numeru Magazynu Cegła!!! |
 | Konkurs Poetycki „O Srebrne Pióro MDK” – VI edycja |
 | CHATA |
 | Dość codzienność! |
 | Zapraszamy na Świąteczny DACH |
 | Kto |
 | Ody odbite Karola Maliszewskiego |
 | Pierwsze zdanie! |
 | współpraca przy scenariuszu - za pieniądze |
 | Ankieta dotycząca czytelnictwa kryminałów |
 | Czarny Kot |
 | Rozwój osobisty medytacje terapeutyczne |
 | ID w Czasie Fantastyki |
 | Barwy, a tworzenie nastroju |
 | Nieznane teksty Tadeusza Konwickiego w |
 | Rozwój osobisty kluczem do sukcesu |
 | Co Na Scenie - Nowy Wymiar Teatru |
 | nieTUZINkowa 12-ka Netkultury |
 |
Autor: bimbolud
II „I czego się spodziewacie pokurcze ?”, spytał się majestat, „Że się wystraszymy ? Każę ogniem wypalić wasze Lasy Bestiowe, wylęgarnie wszelakiego plugastwa ! Tak was będziemy ścigać aż ślad po was wszelaki zaginie”, tu majestat sapnął i jakoś ryknął złowrogo. Jeden z rozpłaszczonych na ziemi skrzatów raczył wtedy wysyczeć, „Ty świnio wypasiona, jurny wieprzu obleśny. Wybijesz całą dziką zwierzynę i ziemię pozbawisz rośliny, a sam się wniwecz obrócisz. Wiemy o twych planach, wiemy”, syczał ciągle nieuprzejmy, „Przybylimy do ciebie by ci pokazać to i owo i abyś poszedł precz”, tu skrzat wydał jakiś dźwięk przejmujący i z nieba spadły potwory. Nim jednak zwarły się ze zbrojnymi ludźmi słychać było chrzęst łamany karków bezczelnych pokurczów w poselstwie. Bój rozpoczął się straszliwy. Świsnęły wszelkie bełty i strzały. Furknęły dzidy i oszczepy. Odpowiedziało temu wycie skrzydlatych. Potem słychać było głuche uderzenia, łopot skrzydeł i wrzask niesamowity. Najjaśniejszy majestat sam krzepkim ramieniem zbrojnym w miecz, smoka małego rozpłatał co mu się chciał w kark wpijać. Gargulce porywały całych mężów, a czasami ich kawały, i wzbijając się w górę rzucały nimi w ludzi na dole. Najgorzej było z dużymi smokami. Te i porywały ludzi, ale i gniotły ich swym ciężarem pacając na ziemię. Maszkarony kąsały okrutnie. Trup ludzki i bestiowy padał gęsto. Zakłuto sporo dużych smoków, a małych nasiekano jeszcze więcej. Widziano mężów zbrojnych jak radośnie biegali ze świeżo odciętym łbem gargulca czy też ciągnęli za odnóże jakiegoś maszkarona. Rogi i narośla z ubitych smoków odcinano zaraz chętnie bo były lekarstwem na wszelakie dolegliwości w tym marność popędów. Tak trwało ponad godzinę. Wtedy to co lata uleciało w dale. Ludzie zaś odetchnęli i poczęli lizać rany licząc padłych. Sporo tego było, ale i armie ludzkie były ogromne więc nie odczuto tego nazbyt dotkliwie. Nakazano pilnie rozstawiać liczne straże w tym i obserwatorów niebios. Do ran dnia następnego nic się jednak nadzwyczajnego nie zadziało. Dnia kolejnego ruszono ponownie ku Lasom Bestiowym. Postanowiono też odwiedzić miasto czarownic i czarowników, wiedźm i zaklinaczy które napatoczyło się po drodze. Zwał się ten gród Filuternią Magów. III Filuternia Magów była sławnym jako i strachy budzącym miejscem. Jak wspomniano zamieszkiwane było ono przez przedziwne i mocy pełne osobniki i indywidua. Bywało tak w wiekach przeszłych, że nawet cesarze zwracali się potajemnie o pomoc do niektórych mieszkańców tego miasta, a to w sprawach i państwowych jako i własnych jeśli rzecz jasna jedno drugim nie była lub i drugie pierwszym. Mówiono jednak o tym z rzadka bo wstyd się było przyznać do cesarskiej niemocy. Magowie i inni kazali sobie też za owe pomoce słono płacić co najmniej złotem. Krążyły pogłoski jak to nie jednego brata, żonę czy kogoś możnego magią filuterniańską tak ogarnięto, że ten czy żyw czy umarły kłopotów już żadnych nie czynił. Samo miasto było przepięknie położone na zielonych i często lesistych wzgórzach. Domostwa i rezydencyje porozkładane były w sporym od siebie oddaleniu. Cóż, magowie, czarodzieje czy wiedźmy nie lubili zbytnio sąsiedztwa takich jak oni, by nie zaglądali im ciekawie w ich sztukę. Każdy przecież lubi strzec swych tajemnic. Mówiono jakoby ludzi tajemnic niesamowitych zamieszkiwało na tych wzgórzach ledwie kilkuset. Tysięcy parę innych to byli rzemieślnicy, sługi, ogrodnicy i wielu innych. Nie dziwota. Filuternia Magów była miejscem wielu pielgrzymek mających niesłychanie ważne sprawy czy pilne prośby. Nie opasywał jej żaden mur obronny bo i po co. Wystarczała groza mocy jej mieszkańców. Tedy na trakcie idącym obok Filuterni stanął na popas cesarz ze swą przyboczna świtą i pchnął czym prędzej umyślnych by oznajmili jego przybycie i zapewnili gościnę. Dodajmy jako miastem zarządzała rada wybrana pośród najprzedniejszych w swych zawodach, a w tym nie tylko ludzi czy istot sztuk tajemnych. Oczekiwano nawet dość długo bo rada musiała się pewnie zebrać i pogwarzyć. W końcu nie wszyscy tam na odległość myśli swe słać mogli. Coś pewnie uradzono, gdy jego imperatorostwo posilało się udźcem dziczym , plackiem i winem. Najpierw przeleciały jakby nietoperze co dziwnym przecie było za dnia. Później przygalopowali umyślni wraz z jakimś małym i grubym człekiem na ośle. Ten nadspodziewanie zwinnie skoczył ze swego wierzchowca, przywarł prawie do najjaśniejszych stóp, rzecz jasna pod czujnym okiem straży, i oznajmił jako rada niecierpliwie oczekuje znamienitego gościa i szykuje przeróżności by go zacnie ufetować. Tedy porzucono posiłek i ruszono w miasto. Gdzieniegdzie wznoszono miłe dla ucha okrzyki, wznoszono ramiona, klękano i się kłaniano. Ot, takowe miłe strony cesarskiego bycia. Wreszcie zatrzymano się przed dużym budynkiem na wzgórzu z którego zaraz wyroiło się mnóstwo sług gotowych do posług wszelakich. Zaraz za nimi wyszło kilku magów i sądząc po stroju wróżów. Ci skłonili się uprzejmie, ale bynajmniej nie przesadnie i wskazali rękami drogę dla majestatu i jego najbliższych, którzy zaraz ruszyli tam w zbrojni i zakuci.
|
Autor: golesz
Lepsze (?) nowe.
Czy mamy ręce i nogi (myślę o ludziach "kompletnych")? Nie! Mamy kończyny górne i dolne. A gdy leżymy, lub stoimy na głowie lub rękach - pardons - na kończynach górnych, to które są górne, a które dolne? Pamiętacie, jak niejaki Wałęsa stawiał na lewą nogę? No więc szło mu o lewą kończynę dolną. A oznajmiał to stojąc, co by nie komplikować. Głowy też nie mamy. Mamy raczej mózgoczaszkę, twarzoczaszkę, puszkę mózgową. Niekoniecznie z zawartością. A wszystko umieszczone na podstawie, wyrastającej dumnie z korpusu. No więc nie martwcie się, nie pochylajcie tak twarzoczaszki.
W określonym towarzystwie nie wypada mówić murzyn. Trzeba użyć określenia afroamerykanin, czy jakoś tak. Rozumiem, a w każdym razie staram się, gdy mówimy, dajmy na to, o Obamie. Baracku. On mieszka i żyje w Ameryce - jest nawet prezydentem. Ale jak nazwać czarnego gościa z Paryża czy Polski. Afroparyżanin? Afropolak? To mu uwłacza jeszcze bardziej, wszak facet żyje tu od pokoleń. Skąd więc ta Afryka? No, chyba, że mówimy o rodowitym afrykańczyku. Czyli jak - afroafrykańczyk? To tak, jakby mówić, że jedziemy do Baden - Baden. Jak ten gość z filmu: "Chłopcy z ferajny", który wszystko powtarzał dwa razy. To akurat brzmiałoby: Baden - Baden, Baden - Baden.
Pieniędzmi też się nie posługujemy. A zwłaszcza, gdy ich nie mamy. To znaczy może i mamy, choć to w tym momencie nieistotne. Znacznie ważniejsze jest to, że brakuje nam środków. A jeszcze częściej środków finansowych. Nazwa pieniądz jest be, śmierdzi. Choć podobno jednak nie, zważywszy na klasyczne już od dawna stwierdzenie, że: - Petunia non olet. Ale pani Krysia z księgowości nie powie przecież, że brakuje jej pieniędzy. Jej brakuje środków! A cała reszta - boki, góra, dół, lewe i prawe, do wywalenia. Najlepsze są, jak wiadomo, tylko środki. Finansowe ewentualnie.
Co innego pieniążki. Mówiłem tak, również na banknoty, gdy byłem małym, debilnym, sepleniącym dzieckiem. Ale mi przeszło (może jednak nie do końca?). Innym za to nie. Inni nie mają na coś (lub mają) mnóstwo pieniążków. Nie dotarła jeszcze przecież wywrotka z ładunkiem małych, metalowych krążków. Ale gdy dotrze, to:
- Panie Stasiu, zwal pan to na kupę. O tu, tu.
I wtedy mamy całą kupę pieniążków. Spokojnie więc możemy umrzeć?
E... nie za bardzo. Teraz się nie umiera, teraz się odchodzi. Również nie schodzi, jak jeszcze niedawno, gdy ktoś zszedł był na koklusz, bo to sugeruje kierunek - w dół. Brak w tym progresu i... nieokreśloności.
- Panie, odejdź pan wreszcie stąd!
No więc odchodzę. I nie wiem kiedy wrócę.
golesz@wp.pl
|
Autor: zyzy52
Późny wieczór. Koło parku,
wzdłuż kolei, ciemna droga.
Drogą idzie jakaś pani,
wystraszona ciut, nieboga.
Każdy krzak ma wielkie oczy,
a tu, na dodatek jeszcze,
z tyłu biegnie ciemna postać.
Panią aż wstrząsnęły dreszcze.
Przyśpieszyła, lecz tragedii
nic zapobiec nie jest w stanie.
Za plecami coraz bliżej
ciężkie kroki i sapanie.
Odwróciła się i mówi.
- Już uciekać nie mam siły.
Dobrze, zgoda, niech pan gwałci,
tylko niech pan będzie miły.
Tu mężczyzna zwolnił nieco
i tak tylko jej odpowie.
- Co ode mnie chcesz kobieto.
Tobie tylko jedno w głowie.
Nie myślałem o tym nawet,
aby z tobą tutaj grzeszyć.
Nie mam czasu, biegnę dalej,
bo na pociąg mi się spieszy!
|
|
Żarty: Śledziem być.../debiut
|
|
Autor: Ilerazy
Chciałabym być śledziem. Serio. Takim małym, srebrnym śledziem, który pływa w brudnych wodach Bałtyku. Takiemu to dobrze. Płynie sobie przez życie beztrosko. I nie płynie sam. Nigdy. Wokół niego cała zgraja sióstr, braci i znajomych, tak samo małych, srebrnych i beztroskich jak on.
Płyną taką watahą to tu to tam i co najlepsze, żaden z żadnym się nie trąca a Ty co? Idąc ulicą co i rusz strefy intymne przechodniów naruszasz. Oni Twoją zresztą też. Gdzie tu logika? My, ludzie, tych neuronów różnych więcej chyba mamy, nie? Jak śledzie płyniemy ulicami, brudnymi jak Bałtyk. To tu, to tam i nawrotka. To tam, to tu i nawrotka. I tak bez końca. Ooo pewnie, że są takie skubańce co to przez lata się nauczyły bez trącania. Tu unik, tam zwrot i chyżo przed siebie. Praktyka czyni mistrza, się wie.
Śledź ma wieczne wakacje. I gdzie je spędza? Tam gdzie najdrożej, wiadomo. Opłat klimatycznych taki nie płaci, za kwaterę też nie a do tego pełne all inclusive. Żyć nie umierać. A propos tego ostatniego. Takie balansowanie na granicy życia i śmierci, my nieśledzie, zwykliśmy nazywać sportami ekstremalnymi. Czego to my nie wymyślimy, żeby było straszno. A nasz bohater, proszę bardzo, codziennie jakaś przygoda z dreszczykiem. To slalom gigant między oczkami sieci czy skoki do wody pośród otwartych dziobów skrzydlatych potworów. Taka rozrywka, żeby nie zwariowac z tej beztroski.
Ostatnio dużo się mówi o zdrowym stylu życia. Gonimy za wieczną młodością labiryntami cudownych diet i wyszukanych zabiegów. A ten to już ma raj na ziemi. Dietka bogata w jod, ta najmodniejsza, śródziemnomorska a do tego jeszcze leczenie zimnem. Śledziowe zmarszczek nie mają, to udowodnione.
Chciałabym być śledziem. Serio.
|
|
Żarty: Żaba i Ropuch /dla dzieci/debiut
|
|
Autor: Ziemowit
To jest żabka Rerekum
A to ropuch druh jej kum
Żabka kumka z całej siły
Kumkaj ze mną kumie miły
Ale ropuch nic nie kuma
Tylko jakby nad czymś duma
Co tak myślisz drogi kumie
Czy kum kumkać już nie umie
Ależ umiem tobie psocę
Dziś nie kumkam dziś rechocę
|
Autor: paradox
pamiętam rok w którym obrodziły śliwki
soczyste jak magdaleny usta
nawet popędziłem w jedenaście butelek
po ginie
smutno tu zimą
no może nie tak dziko bo ujadanie jenotów
i dymy z chałup widać za końskim zadem
a do najbliższego sklepu parę minut piechotą
namaszczony niedzielną wodą mszalną, spoczywam
pod setnym dębem by oddech wypalić
ponoć dęby mają w sobie moc uzdrawiania
więc podeprzeć się wypada i z bogiem pogadać
ba teraz frasobliwy natchniony jak amsterdamski kloszard
wracam by w kominku napalić
resztkami nakarmić kota on łasy po libacji
a jutro być może sięgną mnie przywidzenia
wnet zakusy byle do wiosny bliżej w łany pachnące
oj serce twardnieje
zostawię by nie ulec zawczasu
|
|
Żarty: Korona Stworzenia wraca z łowów /satyra/ ?
|
|
Autor: flamenco
a więc mówisz, że okazja, że nagłe olśnienie Anioł cię za rękę wyciągnął z Gomory wrzenia między lwy wszedłeś, a jednak nietkniętyś suchą stopą w upolowanej ryby poniesiony trzewia
od losu dostałeś bilet na arkę? ty losu ofiaro! tyś nie szczęściarz, nie bóg, tyś nie wybraniec jędrną deską w łeb ci dali, a ty na czole widzisz znak - to znieczulenie, matole! szpetna blizna i mózg wyskrobany a ty nadal się cieszysz...
jaki Anioł, baranie? blond-dren, rozmiar piątka Ewa też była niezbędna, byś zgrzeszył
|
Autor: Deep_Blue
po pierwszym słowie drugie posłowie po pierwszej głowie druga pogłowie po pierwszym tomie drugi potomek po pierwszym domu drugi podomek po pierwszym pędzie drugi popęd po pierwszym rządku drugi porządek po pierwszym żądaniu drugie pożądanie po pierwszym daniu drugie podanie po pierwszym parciu drugie poparcie po pierwszym żarcie drugie pożarcie po pierwszym morzu drugie pomorze po pierwszym łożu drugie położę po pierwszej gardzie druga pogarda po pierwszym licu drugie police po pierwszym kocie drugi pokot po pierwszym miocie drugi pomiot
|
|
Żarty: /Autor zapomniał, a ja nie wiem/ x
|
|
Autor: Palmer
Dziś rano wstałam i włączyłam komputer. Z resztą jak zwykle. Chciałam
sobie zrobić niespodziankę i nie sprawdziłam czy przyszły jakieś
nowe maile...Poczytałam chwilę wiadomości na głównym Polskim portalu
i odechciało mi się żyć. Nawet poleciała mi łza po policzku...
|
|
Żarty: Nie czytałem ''Sępów'' /wywiad z mgr inż. Markiem Bąkiem/
|
|
Autor: grafomani
Koń Na Wzgórzu: Zacznijmy może od początku...
mgr inż. Marian Bąk: Urodziłem się 3 lipca 1960 roku we wsi Lipnica, parafia Dzikowiec, jako szóste dziecko Teofila i Leokadii, małorolnych chłoporobotników.
KNW: Czy Pańscy rodzice także nie czytali ,,Sępów”?
Mgr inż M.B. : Wie Pan, wtedy były inne czasy, wtedy bardziej nie czytało się literatury reżimowej, takiej jak chociażby „Opowieść o prawdziwym człowieku”. Tej książki u nas w domu nikt nie przeczytał, ale „Sępów” też nie czytali, więc pewna tradycja rodzinna to jest. Mogę kontynuować?
|
|
Żarty: 40 lat minęło /wiers / >x
|
|
Autor: bosa_nimfa
Młodość to czas, jak ze złota.
Kroplą w morzu, gdy byt Twój szeroki.
Nie pozwól by zapał, ochota
odpłynął do Hadesu, gdzie mroki.
Choć brzmi grobowo, przedśmiertnie,
na myśl samą wzdryga Twym ciałem,
ściska gardło, wzrok zawiesza mętnie,
czujesz dreszcze, jak zbieg przed odstrzałem…
|
Autor: stukpuk
Mój szort jest prawdziwy. Szort mój jest życiem, a życie jest z szorta. Czy jakoś tak… Ta materia, jak orzechu łupina, jak wydzielina skapująca… Skądś. Kap. Jedno kap na papierze, a tysiące atomów w nim wirujące. To mój głos urwany, zawieszony na samogłosce ‘a’.
Lub ‘u’…
Budzę się w szorcie ciemną nocą. Pot na czole i krew z nosa. Bo zawsze nadmiernie się pociłem i miałem problem z krzepliwością. Urocze. Zlany tą krwią i tym potem gwałtownie podnoszę głowę, ale nagle ta sama głowa równie gwałtownie opada z powrotem na poduszkę. Przypieprzyłem czołem w sufit. Zabolało, a przed oczami ujrzałem haiku. Nic dziwnego. To w końcu szort… Ześlizguje się z łóżka. Czuję się jak wąż. Ślizgnę po podłodze. Językiem sprawdzam drogę. Przy okazji zapalam papierosa. Zaciągam się. I… No i tyle. Papieros też jest szort. Jedną dziurką z nozdrza ulatuje wątły dymek. Z przygłuszonym, acz rozdzierającym piskiem umierającego, niknie rozpuszczony w powietrzu. „Biedak” – myślę, ale wiem, że nie mogę przystawać. Już go nie uratuję. Wzywa mnie potrzeba wyższa. Zatem wślizguję się do toalety. A raczej, toaletki. Kibelek. Bystre spojrzenie. Ręka. Noga. Oddech. Zapaszek. Powoli unoszę tułów do pozycji klęczącej. Zdejmuję szorty, spoglądam w dół. Nie mogę uwierzyć własnym oczom. Ale szort…
|
|
Żarty: Redaktorzy portalu literackiego /lyryka autotelyczno-yronyczna/ XXTEKST GRANICZNY. CHWILOWO WRACAMY DO DAWNEJ FORMUŁY. SZCZEGÓŁY NA STRONIE GŁÓWN
|
|
Autor: Tomlogan
Gęsta zarozumiała ślina redaktorów portalu literackiego
kazała mi podrwić z nich i ich poezji
Używam więc ich konwencji,
udając poetę pełnego treści - żołądkowej
Takie, kurwa, pierdoły pisać nie każdy może.
Czy to jest poezja, czy ten esej ma sens ?
Ma, bo żaden kutas go nie zrozumie
gdyż jest on pełen gówna zmieszanego
z gęsta śliną jednego z redaktorów,
ODKLEJONĄ od rzeczywistości
Trzy minuty mi wystarczą by napisać dzieło,
warte najwiekszej ilości gwiazdek.
A iterpunkcja...?
Mam ją z dupie.
GWIAZDKI SĄ WAŻNE !!!
|
|
Żarty: Zło /wywiad?????/ X
|
|
Autor: thespia
ZENOBIUSZ: O kogo ja widzę! Zło!
ZŁO: Nie no co Ty...
ZE. : Oj Chyba jednak tak. Coś mi się widzi, żeś ty Zło. i to przez duże "Zy"
ZŁ. : Mówi się wielkie.
ZE. : Czyli się przyznajesz !
ZŁ. : powiedziałem tylko że mówi się " wielkie" nie "duże" Zy.
ZE. : Srali muszki będzie wiosna. Ja tam swoje wiem. Zło masz wypisane na ....
ZŁ : ...twarzy?
ZE: plakietce. Zapomniałeś odczepić jej pewnie po pracy. Tak mi się coś widzi. ..Nakryłem cię - siło nieczysta ! Ha ha
ZŁ : ha ha ha
ZE : ha ha ha ha
Zł : ha ha ha ha ha
ZE : Żałosne. Znudziła mi się ta gra. Kto więcej razy powie ha. Głupie to.
ZŁ : Nie , czemu? To znaczy....Zastanawia mnie na jakich na jakich przesłankach opierasz swoje przypuszczenia.
ZE: Chyba ci się jedno " na jakich " skopiowało i samo z się wkleiło... Na takich na takich przesłankach, iż wydaje mi się, że ta gra jest niezdrowa i niedobra. Zawsze odpadam po piątym ha. W związku z tym sądżę, iż jest to głupie.
ZŁ: No dobra jak chcesz.
ZE.: Zło...
ZŁ. : No...
ZE: a tak właściwie ...to czemu ty jesteś zły?
ZŁ : wiesz co ....Bo to nie tak jest do końca...Ktoś kiedyś takie dziwne ploty o mnie puścił...I przyczepili mi tę plakietkę na piersi "Zło". A tak w sumie, w gruncie rzeczy, naprawdę, zgodnie ze stanem faktycznym to posiadam w sobie dużo dobra.
ZE: Aha .
ZŁ : No bez kitu !
ZE: A wiesz co ? pewnie nie wiesz ...to ci powiem, żebys nie mówił potem, że cię gdzies za plecami obgaduję czy oczerniam . Ja sobie myślę, że ty zły jesteś, bo się boisz!
ZŁ: że niby jak ?
ZE : No tak. Boisz się , to zły jesteś.
ZŁ: y-y.
ZE : Boisz się, że surykatki australijskie zjedzą wszystkie banany z Afryki - a ty jak słyszałem lubisz banany. I dlatego jesteś zły. Bo jak będziesz zły to wszyscy będą składać ci w ofierze na przebłaganie te banany i będziesz zły ale w stopniu trochę mniejszym . Zbijesz na tym interes - założysz hurtownię owoców tropikalnych i do końca życia będziesz się pławić w luksusach na jakiejśtam Majorce czy na Bieszczadach.
Zł: Mówi się w Bieszczadach...ale tak z grubsza to rozgryzłeś mnie. Taki właśnie mam plan . Szacunek dla ciebie. Godnyś rywal dla mnie ...Twój intelekt opiewają góry i lasy. Jak w utworach Kochanowskiego .
ZE : No widzisz...
ZŁ: Nie to że się podlizuję, tylko tak jakoś ten tego no mi się powiedziało.
ZE: Aha
ZŁ : wiesz co konczę mama na obiad mnie woła. Sam ziemniaki kroiłem, więc chyba bedzie dobry.
ZE: papatki.
ZŁ : buziaczki .
|
|
Żarty: Adieu pracodawco!/ dialożek o naruszeniu prawa pracy ;)/ żart/ :)
|
|
Autor: Teano
– Podaj mi tamtą mini.
– Ty, poważnie? Naprawdę chcesz wyjechać?
– Wyglądam na osobę skorą do żartów?
– Nie, ale...
– Co ty mi tu dajesz? Zgłupiałeś? Jadę na urlop! Sam sobie tym
machaj. Zobacz, jak przyjemnie. Jak się kręgosłup wykrzywia. O
chorobach zawodowych słyszałeś?
– Myślałem, że lubisz.
– Nawet jeżeli, to nie znaczy, że mam zasuwać cała dobę. Gdy wrócę,
praca od ósmej do piętnastej. Weekendy wolne. I dodatek szkodliwy.
Oczywiście prawo do urlopu. Wiesz w ogóle, co to urlop? Po tysiącach
lat nienagannej pracy chyba mi się należy?
– Ale przecież twój zawód... Nie możesz...
– Nie mogę? Nie mogę? O syndromie wypalenia słyszałeś? Czuję się
pusta w środku. Zbrzydłam. Musze zadbać o siebie! Koniec z
nadgodzinami, pracą w nocy. Koniec gadania o powołaniu. Mam kilkaset
lat zaległego urlopu!
– Ale... Ja... Ja ci zabraniam!
– Mam cię podać do sądu pracy?
– To ci się nie uda. Co się tak szczerzysz?
– Poprą mnie miliardy klientów. Zaprzeczysz? A teraz, adieu!
– Nie zostawiaj mnie samego z tą kosą!!!
Z http://www.fahrenheit.net.pl/forum/viewtopic.php?t=2253&start=0
|
|
Żarty: laską ruch ekwilibrystyczny /żart/ *?
|
|
Autor: marypoole
Oddalenie: cywilizacja trawiona przez własne schematy, brudne pieniądze i puste przestrzenie, po których hula wiatr i roznosi śmieci, roznosi brud i bakterie. Wieżowce, kamienice, pałace, a w środku kluby dla pedałów i wietnamskie bary z mięsem psim, kocim przelewającym się przez żółte ręce, przez krwiożercze i wszędobylskie żółte mordy. Przekrwione oczy. I nie że halo, pardon ja spadam, bo wszystkim śpi się źle w tym kraju i nie śnią się idee i ja ci mówię wszystko tu zobaczysz, wszystko kupisz. Pomniki, wieżowce, sekretarki na pełen etat, mosty, mosty.
Przybliżenie: Most XIX - wieczny, groteska, kalka, na której ja leżę oto, element doklejony do tej całej tragikomedii, element jak najbardziej nieśmieszny. I jestem jak rok temu byłam i jak za tydzień będę, wspaniały show w teorii - bolą mnie blizny na twarzy, na rękach, na sercu, i nie jestem podobna do żadnej antycznej boginii. Postmodernizm i syf, syf co mnie karmią nim każdego rana, co serwują na złotych tacach, żeby lądował we mnie codziennie i poza mną na jakiejś średnio lukratywnej pozycji. I już nawet niebo odwróciło się w drugą stronę, przesiliło, jest tylko woda wściekle brudna, mętna a w niej czarnookie anioły, trupy w aureolach co zdezertowały ze Stocznii Gdańskiej jakieś dwie dekady temu i teraz płyną wzdłuż mostu, płyną i syczą od tego umierania, syczą głośniej od bomb. Więc nie ma przepowiednii, nie ma zbawienia, nie ma gibsona mela, który obiecał że zjawi się z krzyży orężem, z szajką swoją świętą i ostateczną. Pagan poetry, ja wam mówię, to jest całkowicie niezabawne, jest czarno - białe i zimne i podchodzi pod jakiś chory realizm magiczny, pod dickowskie science fiction, coraz więcej idiotwów chce trzymać mnie za ręce, nie daje spać. Jest most, ostatnia wieczerza, kolacja, ścieki podmiejskie, wiatr, wiatr. Bezdeszczowo, mokro i wszyscy podają mi placebo w tym kraju bezpańskich mostów, w którym wszystko jest nudne i szare i nawet w mordę nie ma komu przywalić bo niby za co, dla leżących pijących to zasiłek, wywiady specjalnie dla telewizji. Dla chorych tylko biblia i łopata i od dziecka ucz się umierać, ja ci mówię stary, od dziecka się ucz.
Zoom, zoom: więc leżę na tym moście jak rytualnie zabijany baranek, wykrawawiam się mentalnie jak drzewo ścięte, zasuszone. I nic złego nie knuje, coraz ciszej mi jest, spokojniej. Aż tu niebo przysłania mi czyjeś nakrycie głowy archaiczne, pejoratywnie rzecz ujmując z chuja wyczarowany kapelusz. Myślę sobie: Jezusie mój słodki Jezusie przenajświętszy częstochowski z błogosławionego plastiku, co Cię za 8,50 złotego kupić nie chciałam. Zabierz tę zjawę, majak ten przed twarzą moją rozwiej. A oto ta zmora, zły sen ten się krystalizuje i kontury wyraźniejszymi się stają i bolą mnie oczy od latarki w jego ręcę dzierżonej, boli mnie całe ciało. Więc kapelusz góruje nad szalikiem z dzianiny homo-metro-luxdżizus, nad laską ciupagą drzewnianą. I nie jest to młody Werter ani trup żywy z filmów Finchera, zombie, jest to wieszcz nasz postmodern-narodowy, superPolak, Jacek Dehnel. Co już anaforą zaczyna do mnie przemawiać, potokiem epitetów ekskluzywniejszych, konfetii, szmapan, nic, nikogo, nigdy. Że słownikiem terminów literackich to on nie jest, a mówiąc ściślej, dokładniej most budowany był przez jego ojca za z jego babki jelit wyprute pieniądze. I dwa kilometry stąd są plantacje tytoniu szeleszczące, dla poety młodego wielce inspirujące , na które on papiery właściwe w kieszeni płaszcza-cud posiada. Więc zejdźże stąd mała, wypierdalajże mówiąc językiem dla Ciebie charakterystycznym. Jam jest Dehnel Jacek i nie ma we mnie nic efemerycznego, cały jestem wyraźny. I laską ruch ekwilibrystyczny przed twarzą samą mi wyprawia, a laseczka hokus pokus w miecz średniowieczny w mig oka mgnnienie się przemienia i wiem już, że uciekać i nigdy, przenigdy na most nie wracać, bo ostrze zatrute jadem pewnie aorty mojej przeznaczeniem się stanie. Komedia tragiczna śpiewana ale bez linii melodycznej, dzieciom małym serwowana ale z przemocy agresji potężną dawką. Więc mówię pardon, przepraszam Dehnelu z domu Jacku, twój jest most a moja nafta, szlachta ze mnie żadna i schodzę w podskokach, raz dwa. Już mnie nie ma. A jak idę wzdłuż mostu, to w geście zabobonnym patrzę tylko już przed siebie i jakąś tam piosenkę sobie nucę pod nosem. Hip-hopową, o kończeniu się świata.
|
Autor: ryba
Sądząc po orędziu pana prezydenta na zewnątrz trwa jeszcze okupacja w pokoju pełnym wrogów pokoju ktoś rozrzucił włóczkę i druty od razu zalęgły się babcie
przyciągają je wypadki i nietypowe produkcje porno w ogniu ewolucji kanał IV ERPE - To anorektycy są źli zepsuci do kości - grubas z ambony odtajnił najnowsze wiadomości – Precz z kultem jednostki miar i wag
|
|
Żarty: Bajka /krótka bajka, niekoniecznie dla dzieci, powstała przez przypadek/ ~> x
|
|
Autor: Jedi_Henryk
- Kto nie je nie pije, a chodzi i bije??
- zegar!
- pff... dresiarz!!
Dawno, dawno temu...
W pewnym królestwie, bardzo daleko stąd, żyła sobie nieśmiertelna magiczna królewna syrenka księżniczka ninja (którą dla skrótu będziemy nazywać księżniczką bądź królewną)
Żyła... a potem przestała.
Jak napisałby Kurt Vonnegut jr : „zdarza się”.
Śmierć królewny nie wszystkim się to spodobała, zwłaszcza, że było paru takich którym podobała się sama królewna. Fakt, że była martwa nie radował ich specjalnie. Jak zwykle w takich wypadkach ktoś wpadł na genialny pomysł: "wezwijmy maga!". No to wezwali...
Mag, przybył, obejrzał królewnę dokładnie, po czym stwierdził rzeczowo: "nie żyje, należy się 200 złotych monet za postawienie diagnozy".
Jak łatwo się domyślić mag skończył na stosie, a tym czasem, nad martwą królewną zaczynały gromadzić się muchy...
Szybko posłano po drugiego, który wiedząc o losie poprzednika stwierdził, że: „oczywiście, można ją ożywić, czemu nie, tylko że trzeba znaleźć parę niezbędnych artefaktów, których strzegą potwory”...drobnostka...
Radość była wielka, dopóki mag nie pokazał rycerzom podobizn potworów, z dokładnym opisem ich zwyczajów, charakteru pancerza i rzutów obronnych.
Po chwili namysłu rycerze stwierdzili, że jednak w sąsiednich królestwach też są królewny i się rozjechali. Zostało tylko dwóch śmiałków...
Śmiałkowie przygotowywali się do niebezpiecznej wyprawy, w tym czasie królewnę obłożono lodem, czarami ochronnymi oraz hojną dawką kremów regenerujących do skóry.
Rycerze zaś wylosowali między siebie potwory i rozjechali się.
Mijały dni, tygodnie...i tak dalej...
Na zamku panowała atmosfera wiecznej stypy, biesiadna sala pełna była pijanej szlachty, mag, jako odporny na działanie trunków, z nudów przystawiał się do dziewek kuchennych... Nagle gruchnęła wieść o powrocie obu rycerzy.
I tu pojawił się problem...
Który powinien otrzymać rękę królewny? Przecież obaj na nią zasługiwali...
Postanowiono, że „szczęśliwcy” rozstrzygną sprawę między sobą i przestano się tym zajmować. Rycerze nie chcieli sporu rozstrzygać walką, byli przyjaciółmi, siedzieli więc z zasępionymi minami i myśleli głęboko...
"na honor", mówili unisono...
Po chwili patrzyli na siebie...
- oczko!
- ...
- wygrałem!!
- łotrze!
- haha! Skisłeś!!
I tak by to trwało, gdyby nie wpadli na GENIALNY POMYSŁ....
Pomysł zawierał się w słowach: „najpierw ją ożywimy, a potem każemy jej wybierać któregoś z nas dwóch i zobaczymy co ona na to”.
Rozsądne, chciałoby się powiedzieć...
Z pomocą maga ożywiono królewnę, była zachwycona, dwór szalał z radości, a służba płakała po kątach.
Obaj śmiałkowie padli królewnie do nóg. Królewna, była już jakby mniej zachwycona...
„Patałachy, mam wybrać któregoś z was?, o losie!”, rzekła z czarującym uśmiechem.
Jako, że rycerze bardzo przypadli do gustu królewnie, za nic nie mogła się zdecydować...
A że rycerze bardzo się przyjaźnili, to w końcu któryś wstał i sobie poszedł...
...ale bajka nie mówi który... nie... wykreśl!!
do dupy z takim happy-endem ;)
Ale że to bajka, rozwiązanie się znalazło... nagle na scenie pojawił się mag. Stwierdził, że najchętniej to sklonował by królewnę, niestety klonowanie w królestwie było zakazane, a poza tym wymagało by zabicia paru innych potworów. Mag zaproponował więc aby znowelizować konstytucję królestwa i zezwolić na poligamię. Rada światłego męża wzbudziła w królestwie powszechny entuzjazm i prędko przystąpiono do dzieła.
No i mamy huczne wesele
KONIEC
Morał na koniec: „Nie ma to jak rozsądne prawodawstwo, wtedy wszyscy są szczęśliwi, pod warunkiem, że żyją w bajkowym królestwie.”
|
|
Żarty: Spotkanie /żart/ x
|
|
Autor: barbarella
Cześć co słychać? kupiłem samochód ma silnik ciągnie lekko idzie jak rakieta no wiesz kupiłem go dla dzieci I co jeszcze u ciebie? no wiesz była okazja fajny domek nad zalewem w pobliżu las a samochodem pięć minut do miasta robię kominek bo wiesz to atrakcja taki fajny nastrój gdy kolacja pamiętasz Edzia ten nie narzeka ma kupę kasy i panienek gęsto na pewno robi jakieś prze kręty a Paweł wyjechał do stanów bracie tam ma na rękę zielonych ja cię! a Michał zakręcił się i ożenił z dzianą lalunią nic się nie zmienił a Marka widziałeś ten się obłowił złomem handluje długów narobił Roman się dorwał do dużej kasy Widziałem go wczoraj ma dużo czasu prochami handluje, no jego sprawa na razie wyczuł rynek i zlewa a jeszcze Łukasz ten to oryginał wpakował w akcje i po nim finał a co u ciebie brachu jak sprawy? znam parę dziwek chodźmy do baru no co ty koleś masz jakieś wąty? pedał ty jakiś, taki porządny a może dmuchasz jedną panienkę chory tyś człeku pożyj se prędko nie pijesz kurde, to jakieś żarty? coś ty za jeden chory o kurwa co twardy? po co udajesz bądź sobą bardziej co jesteś? używaj wyłącznie rodzimej gwary ja cię jesteś poetą zalewasz stary co to za fucha? masz z tego kasę? biznesik marny po co w tym siedzisz ? co że, co warto ile na czysto? poczytać darmo? no mogę liznąć byle by prędko nie wciskaj mi kitu bo inwestuje tylko w poważne mity naskrob mi parę pikantnych rzeczy żeby opylić i kasę liczyć co ty na głowę cierpisz kolego nie chcesz kasiory co co nic z tego nie chcesz się dzielić ze swoim ziomem? spadam na chatę jesteś ułomem
|
|
Żarty: WIERSZYKI DWA DLA DZIECI /żart/ ~ x
|
|
Autor: chdstakes
MUCHA PIRAT
Wrzeszczy wniebogłosy Beczka pełna rumu Czemu? - pyta chochla - Robisz tyle szumu?
Beczka kręci wieczkiem Wciąż krzyczy ratunku! Po czym wieczko zdjęła Wyjmij muchę z trunku!
Chochla hyc wskoczyła I o dno rozbiła Toż to mucha pirat Cały rum wypiła.
ŻABKA ALBINOSKA
Zielona żabka nie mądra była Zielone pojęcie gdzieś swe zgubiła Cała zbielała z tego przejęcia Nie mogąc znaleźć swego pojęcia! Pytała w lesie, wołała w stawie I na pagórku i na murawie..
I biała żabka słynna się stała, Lubiana była ze swego zacięcia I również wierszyk ten odwiedziła Choć zielonego nie mam pojęcia!
|
|
Żarty: Dramat w jednym akcie/stare ale jare/ żart/ ~
|
|
Autor: Teano
Dramat w jednym akcie:
Czas akcji: późny wieczór Miejsce akcji: przytulny pokój w akademiku
Osoby:
w roli gospodyni - Brunetka (farbowana na blondynkę)
w rolach gości: - Blondynka (farbowana na brunetkę) i Ruda (farbowana na rudo)
AKT PIERWSZY (i ostatni)
Brunetka (trzyma w ręku tacę z owocami):
- Może banana?
Blondynka (z przestrachem):
- O tej porze?! Przeciez to owoc południowy!
Ruda (wpadajac w slowo) z obrzydzeniem:
- Niee, nie mogę patrzeć na banany. Jak się niedawno poślizgnęłam na skórce od banana, to leżałam przez miesiac.
Blondynka i Brunetka (zdziwione):
- Jak to! I nikt cie nie podniósł?!!???
Kurtyna
|
|
Żarty: Dla kanarka /epitafium/ X
|
|
Autor: Mnemos
Ten leży tu, co śpiewał tak aż brakło tchu.
|
|
Żarty: Wiosna /fraszka/ x
|
|
Autor: zyzy52
Choć ta pogoda istna udręka, W pracy witała mnie dziś wiosenka. Dzień dobry panu, rzecze z uśmiechem, No i w powietrzu już pachnie grzechem. Ja przemoknięty, zmarzłem troszeczkę, A ona w cienką tylko bluzeczkę Ubrała cały wdzięk swój uroczy. Widząc jej duże, niebieskie oczy, Myślę by ciepłe ubranko zrzucić. Czas letni przecież ma wnet powrócić. Ucieszył bym się, gdy na dodatek, Wróciło by mi z dwadzieścia latek.
|
|
Żarty: Bez incypitu /eksperyment /żart/
|
|
Autor: eMPe1989
Słowem wstępu: to jest tylko taki eksperment, podejrzewam nawet, że nie jestem pierwszą osobą go wykonującą. Właściwie wcześniej nie słyszałam, żeby ktoś takie coś zrobił, ale znając moje szczęście na pewno ktoś taki już był. Uwaga: wszelkie przecinki, kropki, wykrzykniki etc. nie są wstawiane na chybił- trafił. Miejsce każdego z nich jest starannie przemyślane, o ile można coś takiego starannie przemyśleć. Powiem też, że będę zdziwiona, jak to zostanie tu opublikowane. Mniejsza o to. Zaczynamy:
Bez incypitu.
Wtedy, , : , , , ,. . . . ! ,. !!! Rozmawiam jeszcze, , . ? ? ? Odpowiesz mi znakami?
|
|
Żarty: O piramidzie Cheopsa /fraszka/ x
|
|
Autor: Mnemos
W piramidzie Cheopsa idzie o psa faraona Chufu, który po nocy hopsa i bez trudu, strzeże to zwierze... (Tu wam się zwierzę.) Pssst! . Tajemnicę kodu szakalego rodu. Moi mili - wiadomość z ostatniej chwili: "Z polskich pomiarów wynika, że rozchodzi się o psa - Szarika."
|
|
Żarty: Kanta-maranta /żart/
|
|
Autor: Macierzanka
Na półce, tuż obok Kanta
jak kot szylkretowy się pręży
z lekka przywiędła maranta.
Ma liście okrągłe, a męki cierpi jak Syzyf lub Tantal, filozoficzne trapią ją lęki. Przetchlinka się jej nie domyka i myśli jej znam z pierwszej ręki, czystego rozumu krytyka przyczyną jest stu niepokoi, że w szparkach nie bardzo jej styka w teorii lub też a priori. I coś z moralnością nietęgo, niedobrze też z siłą woli coś się w marancie ulęgło jakaś fuj, aspołeczność od dawna nie nęci ją piękno a tylko poznania konieczność i nie wiem, czy wciąż ją podlewać bo w gardle mi staje jak ość: w dzień regularnie omdlewa, lecz nocą już jakby mniej i jęczy, że niebo gwiaździste… a prawo moralne jest w niej
|
|
Żarty: Kalasanty Świerk podejmuje się zadania /opowiadanie/ ~ ?
|
|
Autor: ryszelie
Kalasanty Świerk, poszukiwacz listów zagubionych, patrzył w zamyśleniu
na talerz zupy pomidorowej z ryżem. Talerz znajdował się na poplamionej
sosem pieczarkowym ceracie w truskawki. Stół, jak większość mebli w
barze mlecznym „Jagienka”, kulał na jedną nogę. Tu była to noga
przyokienna.
Świerk przychodził do baru codziennie. Początkowo wchodził by słuchać
historii, które być może naprowadzą go na trop nieodkrytej jeszcze,
schaszczałej, skrzynki pocztowej. Szukał początków, wątków, punktów
zaczepienia, by potem rzucić się w wir akcji i znaleźć kolejny list,
który nie trafił o czasie do adresata.
Zupełnie mimochodem, tak się przysłuchując, podgadując, czerpiąc
informacje i nawlekając je na niteczki pamięci, skojarzeń, faktów,
mitów, itd. polubił zapach zupy pomidorowej. Zasmakował w podwójnych
ruskich z kefirem. Kolor kompotu z truskawek działał na niego
uspakajająco a smak podrywał do dalszego działania.
Kalasanty jadał więc obiady w barze mlecznym „Jagienka” między
czternastą a piętnastą, z wyjątkiem sobót i niedziel, bo wtedy jadał
między trzynastą a czternastą. Smakował, słuchał, wiódł rozmowy i był.
Teraz zamyślony. Spotkanie z Gniewościskiem Szponderem podziałało na
niego zadumująco. Dumał więc nad ludzką naturą, pazernością
cywilizacji, problemami zdrowotnymi Fidela Castro, problemami rasowymi
w Nowym Orleanie, a zupa pomidorowa stygła. W niej stygł ryż.
Kalasanty najpierw poczuł, a dopiero potem zobaczył, siadającego przy
jego stoliku mężczyznę. Świerk wyczulony był bowiem na krzywdę ludzką,
a ten mężczyzna musiał być skrzywdzony okrutnie, bo śmierdział bardzo.
Czosnkiem, cebulą, rybami, starym salcesonem oraz zgniłymi skórkami
pomarańczy.
Ubrany był w jeden łachman, który workiem pokrywał go od stóp do głowy.
Bez oddzielania rękawów, nogawek czy wcięcia w talii. Bezkształtny
ubiór pokrywał postać niskiego wzrostu, łysą na głowie i bujnie
owłosioną na brodzie, gdzie wiła się broda.
Z obawy, by nie dostrzec, czy coś się też wije w brodzie, Kalasanty
spojrzał mężczyźnie w oczy. Niebiesko zamglone już porannym winem. A
teraz wpatrzone w talerz zupy, który stał przed Kalasantym.
Spojrzenie miało typowy charakter żebraczo – żądalny. Kalasanty nie mógł mu odmówić.
Podsunął talerz mężczyźnie. Mężczyzna z ochotą talerz przyjął. Zaczął
jeść. Ryż. Wyławiał go z zupy, dmuchając w łyżkę osuszał z pozostałości
po cieczy pomidorowej, i zjadał. Powoli. Bardzo.
Dopiero po chwili Kalasanty spostrzegł, że powolność ta spowodowana
jest tym, że mężczyzna zatrzymywał ryż przed zębami, a następnie wsysał
go sobie w usta przez wąską szczelinę między zębami. Ziarenko po
ziarenku.
Kalasanty patrzył zafascynowany. Po chwili stał przed nim talerz zupy bez jednego ziarenka ryżu.
- Już – odpowiedział mężczyzna w worku.
- Widzę – odpowiedział Kalasanty.
- Co?
- Widzę, że pan zjadł cały ryż.
- I co z tego?
- Jak to? Powiedział pan, że już, ja na to, że widzę, że zjadł pan cały
ryż, więc czemu mnie pan pyta „co?”, skoro pan pierwszy powiedział już,
ja tylko potwierdziłem.
Workowaty patrzył na niego dziwnie. Kalasanty poczuł się nieswojo.
- Co? – zapytał cokolwiek niepewnie, i ledwo to powiedział, to już był
zły, że konwersacja ledwo się rozpoczęła a już utknęła na miałkich
„cowaniach”. – Coś nie tak?
Workowaty wyciągnął rękę. Spod mankietu błysnęła wypielęgnowana dłoń, paznokcie po manicure i na palcu serdecznym sygnet. Złoty.
- Już czas się przedstawić. Atanazy Abażur.
Kalasanty wziął jego rękę w swoją, uścisnął.
- Kalasanty Świerk.
- Wiem.
Kalasanty zdziwił się. Nawet trochę wzruszył. Znają go.
- Pan mnie zna?
- Słyszałem.
- O!
Zdziwienne „O!” zawisło nad stołem. Kalasanty widział je jako otwarcie
do dalszej rozmowy, jako oczekiwanie na kolejny zestaw pytań, podziwów,
wynurzeń, jako ochotę do ciągnięcia tego wątku dalej. Atanazy widział w
nim samogłoskę, która jest kolejną literą, która ma prowadzić go do
celu. Zdań, które wyłuszczą sens tego spotkania.
- Szuka pan zagubionych listów...
Kalasanty kiwnął głową.
- Znajduje je pan, dostarcza na pocztę, oni dostarczają adresatom...
Kalasanty kiwnął głową.
- Czasem znajduje pan w skrzynkach starych, czasem u listonoszy, czasem
w piwnicach, czasem na strychach, pod mostem, na dnie rzek...
Kalasanty kiwnął głową.
- Musi pan znaleźć list wysłany do mnie.
Kalasanty kiwną głową.
- Już.
- Widzę – odpowiedział machinalnie Kalasanty. Od razu też poczuł, że
znów jest na początku, a chyba powinien być znacznie dalej. –
Przepraszam.
- Za co? – zdziwił się Atanazy.
- Nie wiem. Proszę dać mi chwilę.
Atanazy dał. Nawet kilka chwil. W czasie tych chwil Kalasanty
przypomniał sobie całą rozmowę, od pierwszego ziarenka ryżu do
ostatniego „chwilę”, przecedził, odrzucił „cowanie” i „o!” oraz własne
myśli nieskromne, włączył analityczny umysł poszukiwacza i już był
gotów. Jeszcze. Mankiety wygładził. Kanty wyprostował. Już.
- Skąd pan wie, że list do pana nie dotarł?
- Bo dotarł pierwszy.
- Proszę?
- Dotarł do mnie pierwszy list, który zapowiadał przyjście listu kolejnego.
- Czy to było pismo urzędowe, wiarygodne?
- Nie urzędowe. Wiarygodne.
- Na czym pan opiera jego wiarygodność?
- Bo się spełniło.
- Co?
- No właśnie... – Atanazy westchnął. Musi to opowiedzieć. Znów.
Opowiedział.
Atanazy Abażur pracował jako kierowca karetki pogotowia w Szpitalu dla
Niespokojnych. Praca była ciężka, stresująca, słabo płatna. Przez żonę
i dwójkę dzieci zmuszony by zarabiać popełnił dwa czy trzy telefony do
zaprzyjaźnionych firm pogrzebowych.
Nie patrzył w lusterko wsteczne, nie pytał czemu czasem każą jechać
szybciej a czasem całkiem powoli i jeszcze na dodatek skręcić dwa razy
nie tam gdzie trzeba. Starał się robić swoje, nikomu nie przeszkadzać,
czasem prezent dla domowników zrobić. Wiedział, że z pracą ciężko, więc
trzymał się jej jak mógł pazurami.
Choć uwierało go takie życie. Piło w podeszwy. On też czasem wypił za
dużo. Za kółko wypity nie siadał, tylko żal w nim większy do świata
rósł – że Kubica w BMW, że Rasiak w drugiej angielskiej, że Gosiewski
perony buduje, że poetów tylu w internecie, każdy ma swoją stronę, a on
– w karetce jeździ. Zwykły taki żal w kieliszku przelewał jak każdy.
Zalany wtedy wracał z baru „Meduza”. Na piechotę, po dyżurze, do domu,
gdzie już nie za bardzo czekali. Zanurzył się w wilgotną, ciemnistą
parabolę bramy, potem dalej, te kilkanaście kroków, już był za drzwiami
kamienicy. Teraz tylko na drugie piętro, jeszcze 28 schodów, trzymając
się poręczy, tak łatwiej.
Przed ta drogą jeszcze się zatrzymał, nabrał powietrza, poszukał
wzrokiem punktów oparcia dla swojej chwiejności. Uśmiechnął się nawet,
że to takie metaforyczne. Błysnęło bielą.
W skrzynce na listy. Dziwił się, że żona nie wyjęła, że nikt nie ukradł
włamując się do skrzynki, że tak leży i świeci na biało. Wokół ciemno –
a list jasny.
Na skrzynce były ślady, jakby ktoś chciał otworzyć, rysy po
śrubokręcie, wygięta blacha. Zamek wytrzymał. Normalnie – byle
zahaczyć, szarpnąć i już otwarte, a tu nie, nie dał się. List był.
Wziął. Spojrzał. Kiedy spoglądał, to pomyślał – „głupiś, przecież
ciemno, co zobaczysz?”. Ale zobaczył, adresat wyraźny: Atanazy Abażur,
adres: Uklejna 7/6. To on. Do niego.
Wystraszył się. Nie żeby sąd czy prokuratora, żeby policja albo urząd
skarbowy. Atanazy poczuł strach ze zdziwienia. List ten czekał na
niego, wyraźnie na niego, nie dał się wziąć nikomu innemu. Włożył list
do kieszenie koszuli, pod sweter. Poszedł na górę. Na pierwszym piętrze
zapomniał.
List przypomniał o sobie koło południa, jak tylko się obudził. W
swetrze spał, na fotelu, w dużym pokoju. W ręku trzymał pilota od
telewizora, na kolanach rozścielona gazeta, obok, na stoliku, dwa zimne
kotlety mielone z buraczkami. W domu cicho. Żona gdzieś, dzieci gdzieś.
Nie wiedział. Paliło go w piersi.
Kac, zgaga. Odruchowo sięgnął, żeby pomasować, potem wstać, zapić. Pod dłonią zaszeleściło. Papier. List. Przypomniał.
W dzień już tak nie świecił, tylko mrugał. Jak lampka kontrolna. Nie na
czerwono oczywiście, ale tak się mienił w słońcu, które wdzierało się
zza firanek, błysnął jaśniej, ściemniał, zbłysnął, zblakł, tak na
zmianę.
Poczuł znów lekką obawę, nie ten strach co wczoraj, widać po pijaku
łatwiej wierzyć w bajdy, w zmory, w diabły i siły nadprzyrodzone, ale
obawę właśnie. Może mu i ręka drgnęła, może palec się omsknął, ale
kopertę rozerwał.
Papier był biały, zblakły nawet. Na papierze napisane. Atanazy przeczytał.
„Ta wiadomość jest początkiem zmian w Twoim życiu. Więcej dowiesz się z
kolejnego listu, który niebawem trafi w twoje ręce. Jedno tylko wiedz –
to będą zmiany na lepsze, na najlepsze... Będziesz wielki, Atanazy...”
„Będziesz wielki, Atanazy”. Te słowa pulsowały mu w skroniach.
„Będziesz wielki, Atanazy”. Jakoś tak, po prostu, uwierzył w słowa.
Poczuł się dziwnie. Lepiej. Wygładzony. W duszy. W ciele. Ręka, która
trzymała dłoń zadrżała. Drżenie to zaczynało się, szeleszcząc
muzycznie, w papierze, biegło przez palce, dotykało przedramienia,
gasło. Potrwało chwilę, ucichło.
Ręka była już inna. Delikatniejsza, jakby wydepilowana, zniknęły grube
węzły żył oraz owłosienie. Dłonie wyszczuplały, palce się wydłużyły,
paznokcie wyglądały jak po manicure. Na palcu serdecznym błysnął złoty
sygnet.
Zaklął – „kurwa mać!”. To znaczy chciał zakląć, bo zamiast kurwymaciowej z jego ust popłynęło przyjemnym basem:
Freude, schöner Götterfunken
Tochter aus Elysium,
Wir betreten feuer-trunken,
Himmlische, dein Heiligtum!
Deine Zauber binden wieder
Was die Mode streng geteilt;
Alle Menschen werden Brüder,
Wo dein sanfter Flügel weilt – idealnie w rytm muzyki Beethovena.
Oszołomiony rozejrzał się po pokoju. Wszystko było jak przed chwilą,
ciasne M, kotlety, gazeta, pilot, skarpetki pod fotelem. Tylko on miał
inną rękę i śpiewał po niemiecku.
„To takie mają to być zmiany?” – pomyślał Atanazy – „O ja pie....”
Coś jednak w głowie mu przeskoczyło i zaczął sobie przypominać, że pod
wpływem pierwszym rzymskich inspiracji zbudował Bramante niewielki
kościółek przy San Pietro in Montorio, tak zwane Tempietto.
Brunelleschi, Alberti, Sangallo, podobnie zresztą jak i inni włoscy
architekci XV wieku, akcentowali silniej płaszczyzny niż samą bryłę
budynku. Tempietto jest pierwszym we Włoszech dziełem o bryle
budowlanej harmonijnie rozwiniętej. Świątyńka ta, w kształcie walca
otoczonego kolumnadą, przypomina model dawnej rotundy. Zatrzymał myśli
oszołomiony.
No nie. To ma być tak?
Kalasanty Świerk słuchał oszołomiony.
- I co? Co dalej? Czemu pan tak...
Wskazał dłonią dziwny strój Atanazego. Atanazy westchnął.
- Z wszystkim mi się tak robi. Wkładam marynarkę, koszulę, dres –
wszystko przerabia się na worek. Traci kolory. Śmierdzi. Ile razy bym
się nie kąpał – zawsze śmierdzę! Człowieku!!!
Ostatnie słowo zabrzmiało poniekąd dramatycznie.
- Straciłem pracę, bo jak może brudny śmierdziel być kierowcą karetki?
Na dodatek nie wiadomo, kiedy wystrzeli Szekspirem, Schopenhauerem czy
Asnykiem, zagada po węgiersku czy w suahili. Po co ktoś taki w służbie
zdrowia? Żona zabrała dzieci i odeszła – nie mogła się ze mną dogadać.
Dzieciaki patrzyły jak na dziwadło. Lump z jedną ręką jak szlachcic.
Myć jej nie muszę – a zawsze czysta. Ubabram ją w najgorszym świństwie
– ona zawsze pachnie. Tylko trzeba się dobrze pochylić i nawąchać, bo
tak, to inny smród zabija. Roboty żadnej. Staję czasem na ulicach i jak
mnie najdzie, to śpiewam arie operowe. Ludzie czasem grosz wrzucą.
Niekiedy koledzy wino postawią, gdy ubawię ich czymś, zawzruszę. Dziś
np. „Pana Tadeusza” w całości raczyłem był im wyprezentować.
Zamikł. Odetchnął. Zakontynuował.
- Dużo sobie pomyślałem przez ten czas, choć wie pan, nie za bardzo
potrafię kontrolować te dziwne natchnienia i o myślenie normalne mi
ciut trudno, i doszedłem do wniosku, że ja jestem taki osobnik
pośredni, larwa. Rozumie pan?
- Nie.
- Zrozum pan. Pierwszy list – zapoczątkował przemiany. Zaczęło się
zmieniać we mnie, zaczęło od ręki, poszło trochę w umysł, ale
chaotycznie, bezsensownie. Drugi list rozwinąłby te zmiany,
uprządkował. Trzeci – by je zakończył. Pal sześć ten ostatni, nie muszę
być skończenie doskonały, ale... Ale ten drugi... Żeby choć nie
śmierdzieć, żeby jakoś tak... Normalniej...
Urwał nagle, uważnie popatrzył na Kalasantego.
- I jeden z nas - to jestem ja,
którym pokochał. Świat mi rozkwitł
jak wielki obłok, ogień w snach
i tak jak drzewo jestem prosty.
A drugi z nas - to jestem ja,
którym nienawiść drżącą począł,
i nóż mi błyska, to nie łza,
z drętwych jak woda oczu.
A trzeci z nas - to jestem ja
odbity w wypłakanych łzach,
i ból mój jest jak wielka ciemność
W oczach Atanazego zapalił się nagle płomień, który zgasł, gdy skończył
recytację. Cały bar „Jagienka” słuchał tej deklamacji, wszyscy oderwali
się od talerzy, gdy rozbrzmiał głos Abażura, który w tym momencie był
bardziej głosem Holoubka, ale wychodził wszak z ust Atanazego.
- O ja cież nie pierdolę... – wyszeptał Kalasanty Świerk.
- No! – potwierdził Atanazy Abażur, kiedy ucichły już wszystkie brawa.
Świerk patrzył na niego zafascynowany.
- I w żaden sposób pan tego nie kontroluje?
- Trochę. Ciężko to ogarnąć. Trochę kombinuję.
- I jak?
- Coś jest z tym sygnetem.
- To znaczy?
Abażur pochylił się nieco nad stołem.
- Jak sygnet trzymam przy prawym oku, to wyrzucam z siebie teksty
bardziej filozoficzne, jak po lewej, to tak bardziej idę w historię
sztuki, a jak między oczami, to dramaty. Proza jest przy lewym uchu.
- A poezja?
- Z tą jest różnie. Teraz akurat przy piersi rękę miałem. Ale wie pan,
jak chodzę, to ręka mi wie pan gdzie dynda... Jakie ja wtedy teksty
recytuję!!! Ech... Wstyd między ludzi iść...
Zamilkł. Milczał też Kalasanty Świerk. Jeden czekał na decyzję, drugi ważył ja w sobie. Kalasanty nagle ożywił się.
- A ten ryż?
- Co ryż?
- Czemu pan tak osobno, ziarenko po ziarenku, z zupy wyjada?
- Aaaa... Ja tak od dzieciństwa mam... I chciałem jakoś rozmowę zagaić. No i faktycznie – głodny byłem.
- Acha....
Achanie przeszło w ciszę. Kalasanty Świerk przerwał ją szurnięciem
krzesła. Atanazy podniósł na niego spojrzenie. Mina Kalasantego lśniła
uroczyście.
- Pomogę panu.
Atanazy odetchnął z ulgą. Aż pokraśniał.
- Dziękuję! Dziękuję z całych sił!!!
Swoją wypielęgnowaną ręką sięgnął po dłoń Kalasantego i zaczął ją
ściskać, ściskać z całych sił. Aż Kalasanty wrzasnął z bólu. Atanazy
dłoń puścił, ale po policzkach nie przestawały mu płynąć łzy wzruszenia.
Wiwatom w barze „Jagienka nie było końca.
|
Data: 22-02-2007 o godz. 18:01:43 (Odsłony: 780)
(brak komentarzy | Ocena czytelników: 0)
|
|
|
Żarty: bajka o stonodze i raczku /żart/
|
|
Autor: Ala
życie nie jest łatwe jak problemom sprostać, gdy się pani stonodze rak, za męża dostał?
co tu robić gdy zechcą pójść przypuśćmy na spacer, sto bucików założyć? toż pan mąż się zapłacze!
a jak będzie chciała kozaczki kupić nowe? to się biedny małżonek pewno złapie za głowę!
czy nie znajdzie się na to jakaś dobra rada? chyba pójdę do sowy, z kimś mądrym pogadam.
tak od słowa do słowa już o pomoc ją prosi… - moja droga spraw żeby na rączkach ciebie nosił.
***
chcecie wiedzieć co u nich?... nocą szepcze jej w łóżku: - dlaczego masz miła tylko pięćset paluszków?
04.03.2006.
|
|
Żarty: 'HENRYK czyli pieśń zachodzącego słońca' /ironia romantyczna/
|
|
Autor: dans
Wieczór był ciepły. Henryk znalazł się na skraju obszernej polany. W oddali rysował się horyzont, znad którego zachodzące słońce rozlewało na łąkę całe bogactwo swego pomarańczowego ciepła. Każda, nawet najmniejsza trawka odbijała niczym lustro wątłe słoneczne promyki i przekazywała je dalej, i dalej...
Niczym niezmącona cisza zalała świat, pośród niej wpatrzonemu uparcie w odległy horyzont Henrykowi wydało się, że szybuje ponad polaną; że płynie swobodnie w słonecznym świetle. Czuł, że każde źdźbło trawy, każdy listek na krzaku, każdy płatek polnego kwiatu jest w nim, a on jest w nich i słyszy ich głosy. Wszystko zdało mu się dziwnie oczywiste i zrozumiałe; niczym człowiek, który w jednej chwili pojął tajemnicę istnienia, był bezgranicznie szczęśliwy.
Lekki wietrzyk skierował jego lot jego myśli w stronę lasu. I wydalo mu się, że nawet drzewa wołają do niego, że chcą wyrwać się z korzeniami z uścisku otulającej jej ziemi, i wznieść się w powietrze, by razem z nim tańczyć radosny taniec wolności. Ta bezgraniczna tęsknota drzew przeniknęła również jego.
Na ich liściach wzmagała się czerwień - kolor nieposkromionej namiętności.
Po raz ostatni Henryk zwrócił swój wzrok ku słońcu. Już tylko mały skrawek jego tarczy wychylał się ponad linię lasu na horyzocie. Henrykowi łzy stanęły w oczach. Zachodzące słońce nuciło swą smutną pożegnalną pieśń. Z każdym momentem śpiew ten stawał się coraz bardziej przenikliwy, przepełniony żalem i tęsknotą...
- To słońce potrafi śpiewać?! - zdziwił się nagle Henryk.
|
|
Żarty: kiedy szampan daje znać o sobie /wiersz/
|
|
Autor: kkakaz
schowała się w guzikach ciepłem odcieni nitką po szybie tocząc białe zwoje z dymem puszcza policzki brązowe i prawie nagie dęby do snu kładzie
spojrzała na palto w szkocką kratę w grosik co przetrwał czerwcowe podboje na strych wchodzi potańczyć z golfem botki zamszowe wita uśmiechem
zejdź zimo drabiną z północy przywitam cię szczyptą soli, rumieńcem do marca bądź w kapeluszu igliwiem tęsknoty służebnicą na mym stole w noc w Betlejem gwiazdy cieniem rozgość się wina napij skosztuj jadła bądź kądzielą, karuzelą, workiem cudów moją bielą nie usypiaj bądź do wiosny i nie unoś się mogę kocham cię
to taki poetycki bąbelkowy zwrot miłosny
|
Data: 11-11-2006 o godz. 11:11:29 (Odsłony: 971)
(brak komentarzy | Ocena czytelników: 0)
|
|
164 tekstów (6 stron, 30 na stronie) [ 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 ] |
|
|  |
POEZJA - najnowsze teksty
PRYWATA
Tylko zarejestrowani uzytkownicy moga sie wypowiadac w Prywacie. login lub w procentach Zarejestruj sie.
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione. |
Reklama w Portalu Literackim
|
|